dziki_lad

Fragment książki

72 minuty czytania

1

Giniemy!

Śmigłowiec ciął nisko, tuż nad ziemią – tak nisko, że tumany brudnoszarego kurzu wciskały się do jego wnętrza, a o poszycie łomotały ostre odłamki kamieni. Pilot wyciskał z maszyny siódme poty, zmuszając ją do coraz bardziej oszalałego pędu nad pustkowiem; majestatyczne szczyty gór, z początku jedynie majaczące na północnym horyzoncie, wgryzały się coraz wyżej i wyżej w niebo swoimi śnieżnobiałymi kłami.

Królewicz Izzat Szamar siedział na progu szeroko otwartych drzwi i zwieszał na zewnątrz rozkołysane nogi. Drobinki piasku siekły go po goglach i hełmie, szarpały kraciastą, tradycyjną chustę. Tuż obok, tak samo wciśnięty w sploty zabezpieczających lin, siedział książę Malik Leewe, rodzony kuzyn następcy tronu. Jego chusta, widać niestarannie zawiązana, opadała co chwilę, pozwalając, by do nosa i ust wciskał się nieustępliwy kurz. Malik poprawiał ją co chwilę, odrywając dłoń od drogocennej broni, ale uparte podmuchy bezlitośnie zdzierały łopoczący materiał i znów karmiły księcia suchą, jałową ziemią Regana Mzakka.

– Giniemy! – Choć w tym huku i tak nikt nie zdołałby go usłyszeć, Izzat bezwiednie ściszył głos. Niemniej jednak królewicz ośmielał się wypowiadać zakazane słowa, a to mogło skończyć się niewesoło. Owszem, sam ojciec ich użył, ostatnio nie dalej jak zeszłej nocy. Ale zabronił powtarzać komukolwiek, a na to Izzat, choć rodzony syn, mógł mieć tylko jedną odpowiedź: „Tak jest, Wasza Wysokość!”.

Farja ginie, a my razem z nią.

Królewicz zerknął na towarzyszy. Malik, wierny druh, niemalże wrośnięty w Izzatowe ramię, z dłońmi zaciśniętymi na nieodłącznym karabinie. Amniat, drugi kuzyn, skupiony za sterami śmigłowca, jakby na stałe zespolony z maszyną. Izzat nie widział jego oczu, ale mógłby przysiąc, że świecą niczym gwiazdy – jak zawsze, kiedy książę Szamar dosiadał któregoś ze swych skrzydlatych rumaków.

Obaj są najbliższą rodziną, westchnął Izzat, lecz żaden z nich jeszcze nie wie, nie ma prawa wiedzieć. Domyślają się zapewne: wychowani w pałacu czują wszelkie zmiany szóstym zmysłem, a kto nie nauczy się tego na czas, ginie, choćby nie wiadomo, jak wysoko był urodzony. Domyślają się, ale póki co o niczym nie wiedzą, przynajmniej nie oficjalnie i nie na pewno.

No i Tom, wysłannik Obcych. Ten, oczywiście, zawsze wie o wszystkim.

Przepisowo przypięty pasami do fotela, Obcy siedział bez ruchu, z tym swoim charakterystycznym uśmieszkiem, zdałoby się na stałe przyklejonym do twarzy. Oto wcisnął dzikusom kolejny sznur paciorków i z pobłażliwym rozbawieniem obserwuje ich radość, w myślach przeliczając otrzymany za nie czars. Niewątpliwie pisze już w głowie raport do swoich przełożonych w Dol-Zan: „Książę Amniat zachwycony osiągami sikorsky’ego UH-60 M black hawka. Kontrakt na kolejnych dziesięć maszyn w drodze”.

Izzat zacisnął palce na broni. Jeden strzał, pomyślał, i zmazałbym ten jego uśmieszek na zawsze…

Cóż z tego. Rzecz jasna, królewiczowi nie spadłby z tego powodu włos z głowy – kuzyni solidarnie zaświadczyliby, że Toma dosięgła zabłąkana kula, wypuszczona przez któregoś z wrogich górali. Ale opuszczone przez wysłannika miejsce natychmiast zająłby kolejny Obcy: Karl, Szasza czy inny Lien. I wszystko byłoby po staremu.

A gdyby żaden nie przybył… to dopiero byłoby nieszczęście. Cóż poczęłaby Farja, po dobrych dwudziestu latach pozbawiona możliwości kupna najnowocześniejszego sprzętu, do którego już zdążyła przywyknąć? Padłaby ofiarą chciwego, lepiej uzbrojonego sąsiada, i to w mgnieniu oka.

Poniekąd sami jesteśmy sobie winni, westchnął Izzat w duchu. Wszak Obcy sprzedają nam dokładnie to, na co opiewa zamówienie. A czy to ich wina, że nam w głowie nic, tylko broń i broń? Można by postawić fabryki. Pobudować więcej szkół. Nawodnić pustynię, zmienić w rajski ogród… Obcy to potrafią, wystarczy tylko pstryknąć palcami, no i, oczywiście, dostarczyć czars. Ale zawsze gdzieś z tyłu głowy, za uszami, siedzi ten mały wredny dżinn i wrzeszczy co sił: „Uriadz kupił nowy samolot! Uriadz kupił nowe armaty! Uriadz kupił nowy czołg! Więc buduj sobie, co chcesz, głupcze, za parę lat będziesz patrzył, jak sąsiad pożera twój kraj!”.

Izzat westchnął, powrócił niewidzącym wzrokiem do szczytów Loe Sar. Ich miejsce przed oczami zajęła wywołana z pamięci poważna, zasępiona twarz ojca.

– Giniemy, synu – mówił Sakawat Szamar pośród mdłych światełek swojego tajnego gabinetu. – Najwyższy czas spojrzeć prawdzie w oczy. Giniemy.

– Tak, tato – wyjąkał wtedy Izzat, bacznie obserwując sieć zmarszczek na twarzy starego króla.

Dla wszystkich mieszkańców pałacu stanowiła mapę pozwalającą w miarę bezpiecznie poruszać się po labiryncie nastrojów władcy. Ci, którzy nie byli w stanie jej odczytywać, błyskawicznie popadali w niełaskę i pochłaniały ich mroki niepamięci. Nawet królewicz, choć jedynak, nie mógł czuć się do końca bezpieczny. Jeśliby okazał się nazbyt nieposłuszny czy – nie dajże, Jedyny! – nieudany, Święte Królestwo Farji dysponowało zapasowymi kandydatami na władców. Zaraz za Izzatem w kolejce do tronu stał kuzyn Amniat, syn księcia Mokama, królewskiego brata. A gdyby i Amniat nie spełnił pokładanych w nim nadziei, zawsze można było sięgnąć po Malika, zrodzonego przez księżną Sartaję, królewską siostrę, i wychowującego się w pałacu po tragicznej śmierci obojga rodziców. Co prawda tron Farji rzadko dziedziczono po kądzieli, ale jeśli taka byłaby królewska wola Sakawata Szamara Trzydziestego Szóstego, któż ośmieliłby się sprzeciwić?

Królewicz wpatrywał się więc uważnie w zmarszczki na twarzy ojca. Nie układały się we wzory uśmiechu ani aprobaty, ale i też nie sygnalizowały gniewu. Dobre chociaż to.

– Jego Wysokość król Maar Uriadz, oby żył wiecznie – wypowiedział król zwyczajową formułkę, choć Izzat założyłby się o dowolną kwotę, że ojciec, gdyby mógł, utopiłby sąsiada w łyżce wody – podniósł nam myto na czars, transportowany przez jego Sailab do siedziby Obcych w Dol-Zan.

– Słyszałem – przyznał królewicz, choć ciarki niepokoju przespacerowały mu się po plecach. Zaraz będzie bura. Wiadomość wypłynęła na ostatniej Radzie, z której następca tronu urwał się haniebnie. Ale jakże tu wysiedzieć wśród zrzędzenia tych dziadygów, skoro do magazynów właśnie dotarły świeżutko zakupione kołowe transportery opancerzone?

– Słyszałeś, oczywiście, od Amniata – rzucił kwaśno władca. – Dobrze, że chociaż jeden z was uczestniczy w posiedzeniach Rady. Bo ciebie z Malikiem próżno szukać gdziekolwiek indziej niż w koszarach! Nie wiem, jak zamierzacie kiedykolwiek rządzić tym krajem…

– Przyjmowałem najnowszy transport uzbrojenia od Obcych – bąknął królewicz bez specjalnej nadziei, że przywołanie tego argumentu choć trochę mu pomoże.

– Nie pyskuj. Słuchaj.

– Przepraszam, Wasza Wysokość.

– Jak dobrze wiesz, gospodarka Sailabu, tak jak i nasza, opiera się obecnie na eksporcie czarsu do Obcych. Uriadz nakazał ostatnio przeznaczyć kolejną część pól pod jego uprawę. Jakie wnioski? – król lustrował syna badawczym spojrzeniem.

– Zaraz będzie miał głód w kraju – pośpieszył Izzat z odpowiedzią. – Właściwie nie sieje już pszenicy. Tylko czars.

Sakawat zacisnął usta. Królewicz westchnął ukradkiem. No cóż, pudło. Tym razem prawidłowa odpowiedź była inna.

– Sailab wciąż zaopatruje się w nową broń – przypomniał ojciec po raz tysięczny. – I ma na to coraz więcej i więcej pieniędzy. Sam sprzedaje coraz więcej czarsu, ponadto podnosi nam cło. Jak myślisz, co nastąpi najpóźniej za parę lat? Póki żyjemy, Uriadz i ja, wiąże nas osobista przysięga przyjaźni. Ale kiedy mnie nie będzie, a ty, drogi synu, obejmiesz tron…

– Pobije nas z kretesem – Izzat wyrecytował wyuczoną lekcję. – Zhołduje mnie i całą Farję, a potem poprowadzi skrajnie rabunkową politykę. Wyniszczy kraj do cna.

Król Sakawat nie skomentował. Odwrócił się do stolika, sięgnął po charakterystycznie obłą butelkę sarkariańskiego wina. Nalał do kielicha rubinowego płynu, podniósł do ust. Pił powoli, drobnymi łykami, popatrując na syna, jakby wciąż nie mógł się zdecydować na powiedzenie czegoś, o czym wiedział, że wyjawić to absolutnie musi. Ale bardzo nie chce.

– Pójdziesz na wojnę – rzekł wreszcie. – Teraz, póki jeszcze nie jest za późno.

– Na wojnę? Z Sailabem?!

Izzat nie mógł uwierzyć własnym uszom. Złamanie świętej przysięgi przyjaźni między dwoma królami było nie do pomyślenia. Nie tylko skazywało Sakawata na wieczyste męki, ale i kładło się czarnym cieniem klątwy na całym rodzie Szamarów oraz wszystkich i wszystkim, co doń należało. A więc i na całym kraju, będącym ich wyłączną własnością.

Król parsknął, rozchlapując wokół krwawe krople wina.

– Oszalałeś? Z jakim Sailabem? Z Wysokimi!

– Ach tak. Oczywiście. Przepraszam, tato.

Królewicz odchrząknął, choć czuł się coraz bardziej zagubiony w tej konwersacji. Niby nic nowego, wojny z Wysokimi, niepokornymi plemionami zasiedlającymi góry odgraniczające Farję od północy, stanowiły część odwiecznej tradycji. Każdy młody następca tronu wyprawiał się przynajmniej raz w życiu, by „nauczyć pastuchów rozumu”, jak mawiano w królewskim pałacu w Sarkari. Odbywał kilka mniej lub bardziej znaczących potyczek i wracał do kraju okrzykiwany wielkim zwycięzcą. Ale teatralna wojna z Wysokimi, kolejny wydatek, właśnie teraz? Kiedy Sailab coraz szybciej się zbroi?

– Gdyby dało się przesyłać czars do Dol-Zan Szlakiem, który wiedzie przez nasze góry, droga byłaby do pięciu razy krótsza od wiodącej przez Sailab – powiedział król. – Jednak jest ona w znacznej mierze nieprzejezdna, poza tym przechodzi przez tereny Wysokich.

Izzat pokiwał głową, wpatrując się w oczy ojca. Patrzyły nań jak zawsze surowo spod krzaczastych brwi, tym razem jednak migotało w nich coś jeszcze. Strach?

– Samoloty Obcych wypatrzyły możliwość wykonania znaczących skrótów przy użyciu materiałów wybuchowych. Jeżeli opanowalibyśmy Szlak, cały czars z okolicy szedłby przez nas. I to my moglibyśmy Uriadzowi podnosić cło! – Sakawat odchylił się w swoim majestatycznym wyściełanym fotelu, nie spuszczając wzroku z jedynaka.

Izzat przełknął ślinę.

– Wojny z Wysokimi nie wygrał nigdy nikt – odważył się zaszemrać cichutko.

– Tym razem ją wygramy. Musimy. A raczej… – Król przechylił się do przodu, położył dłonie na ramionach następcy tronu. – Ty ją wygrasz, synku!

– Ja?! – Izzat pokręcił głową z zaskoczeniem. – Jak to… ja?

Król wyprostował się. Oczy zabłysły mu złowrogim, zawziętym płomieniem.

– Wygrasz tę wojnę – powtórzył z naciskiem. – Słyszysz? Po coś wykosztowałem się na cały ten złom od Obcych. A ty… – zimny, dumny uśmiech przemknął mu przez twarz. – Jesteś Izzat Szamar, Honor Smoka, i wygrasz tę wojnę. Inaczej zginiemy.

Królewicz przymknął powieki. Zaplótł palce i nabrał głęboko powietrza do płuc.

Właściwie to sam nie rozumiał, czemu był zaskoczony. Od dawna przecież wyczekiwał tej chwili! Wraz z nieodłącznym Malikiem prześcigali się w wymyślanych opisach dnia, w którym Jego Wysokość rozkaże im, by, jak przystało na prawowite latorośle rodu Szamarów, wybrali się na północ potykać się z Wysokimi pośród złowrogich gór. Oczywiście, zawsze w swych opowieściach odnosili spektakularne sukcesy i nasyceni triumfami wracali do stolicy, by zapisać się złotymi zgłoskami na kartach historii. Tylko Amniat, jak zwykle sceptyczny i nad wiek poważny, kręcił z powątpiewaniem głową: jak dotąd nikomu nie udało się poskromić wojowniczych plemion, teraz wy chcecie oberwać? Nie brali sobie tego w ogóle do serca. Kuzynek, wiadomo, zawsze skłonny był szukać dziury w całym – o ile tematem rozmowy nie były jego ukochane samoloty lub śmigłowce. Wtedy budził się w nim prawdziwy szamarski, łopoczący skrzydłami Smok.

A teraz upragniony dzień walki wreszcie nadszedł. Co prawda w marzeniach wyglądał całkiem inaczej. Nie niósł ze sobą tej gigantycznej odpowiedzialności, no i był dniem, nie nocą. Ale stało się, jest. Król wysyła wojska do Wysokich. I pragnie zwycięstwa!

Izzat podniósł głowę, popatrzył na ojca. Ten najwyraźniej czekał na odpowiedź.

– Tak jest, Wasza Wysokość – oznajmił z mocą następca tronu. – Wygram tę wojnę!

Siateczkę zmarszczek władcy rozjaśnił nareszcie uśmiech. Izzat skwapliwie odpowiedział tym samym. Ale oczy, miast się uśmiechać do ojca, wciąż bacznie analizowały każdy jego ruch. Na wszelki wypadek, tak z nawyku.

Nagle Izzat zatęsknił do matki, do jej kojącej, bezpiecznej obecności. Bezpowrotnie minęły chwile, gdy król z królową, w kapciach i piżamach, zaśmiewając się do rozpuku, walczyli na poduszki. Izzat był wtedy mały i ledwo pamięta, ale przecież jednak pamięta. Z pewnością zaś nie zapomni tych przerażających chwil, kiedy dowiedział się, że matka nie żyje… i zaraz potem zwaliła się nań lawina plotek, kogo to Jego Wysokość wybierze mu na macochę. Szczęściem bądź nie, król postanowił wychowywać syna samotnie i poświęcił się całkowicie pracy, czyli gospodarzeniu krajem. I zmieniał się we własny posąg, z dnia na dzień.

– Trzymajcie się! Wracamy! – zakrzyknął Amniat, nagłym skrętem maszyny przywracając Izzata do rzeczywistości.

Śmigłowiec przywarował tuż nad ziemią, tak niziutko, że królewicz mógł dostrzec poszczególne źdźbła wyschłej rudej trawy. A potem w ciasnym kosiaku wyprysnął do góry z siłą, która wbiła buty załogi w Obcy metal listwy u progu, i pomknął z powrotem ku Sarkari, pełnej starych, dostojnie kamiennych pałaców, z wystrzeliwującymi tu i ówdzie spomiędzy nich Obcymi konstrukcjami ze stali i szkła.

Giniemy… – pomyślał następca tronu, podnosząc wzrok do błękitnych ogrodów Jedynego, rozpostartych ponad nimi pośród nielicznych kłębków chmur. Ale może jeszcze nie dziś?

***

Która jest najpiękniejsza ze wszystkich księżniczek?

Izzat uśmiechnął się, powtarzając w duchu pytanie ze starej baśni. Miał na nie własną odpowiedź. A któraż by inna, jak nie księżniczka Nafasa, córka księcia Zamindara, ministra rolnictwa?

Kiedy tylko służba zapowiedziała dostojnego gościa, księżniczka wybiegła mu na spotkanie, jak zawsze promieniejąca. Będzie doskonałą królową, rozmarzył się Izzat w duchu chyba już po raz setny. Piękna, uśmiechnięta i dobra.

– Wasza Wysokość! – Nafasa skłoniła się przed nim lekko. Delikatne, powiewne tkaniny jej szat zafalowały wdzięcznie na zgrabnej kibici. – Chodź, chodź prędko! Muszę ci coś pokazać!

– Wedle życzenia! – zaśmiał się i poszedł w ślad za nią do prywatnego buduaru. Od razu serce zabiło mu żywiej. Może pozwoli sobie skraść pocałunek?

Na jej skinienie zamknął drzwi. Czyżby…?

Nafasa zakręciła się w miejscu, zdobiona suknia opadła z niej nagle… I oczom zdumionego królewicza ukazał się frywolny Obcy strój.

– Pójdę w tym dzisiaj do Toma! – oznajmiła triumfalnie. – Wszystkie księżniczki poumierają z zazdrości!

Izzat przełknął ślinę, nie wiedząc w pierwszej chwili, jak zareagować. Tańce u Toma odbywały się w charakterystycznym Obcym stylu i większość gości zdążyła się już do tego przyzwyczaić. Farjanie dość szybko polubili hałaśliwą muzykę, rytmiczne basowe dudnienie i natłok migoczących świateł. Obce stroje wkładali jednak wyłącznie mężczyźni. Kobiety w swej skromności rzadko kiedy decydowały się na tak śmiały krok.

– Co, nie podobam ci się? – przerwała mu rozmyślania, wydymając usta w żałosną podkówkę. – Powiedz uczciwie. A książę Angur był zachwycony… Odwiedził mnie rano i nie mógł się nachwalić mojego gustu!

Izzat odchrząknął. Angur, syn księcia Kanuna, ministra spraw wewnętrznych, nie zaprotestowałby, nawet gdyby Nafasa pojawiła się naga, na karym rumaku, otoczona kręgiem równie roznegliżowanych dam. Ba, niewątpliwie byłby tym szczerze zachwycony. Ale, w odróżnieniu od następcy tronu, nie musiał wiecznie dbać o tę przeklętą reputację!

– Wyglądasz cudownie – orzekł, pieszcząc zachłannym spojrzeniem jej delikatne kostki, smukłe łydki, a nawet, wybacz Jedyny, przepiękne kolana. – Ale jeśli tak pokażesz się ludziom, ojciec nigdy w życiu nie pozwoli mi się z tobą ożenić!

– Głupie, staroświeckie przesądy! – burknęła, rozeźlona, i demonstracyjnym gestem zrzuciła powłóczysty szal. Oczom Izzata ukazały się krągłe ramiona i imponujący dekolt. – U Obcych kobiety chodzą, jak chcą, i nikt z tego powodu nie robi afery!

– Masz rację. U nas też to się zmieni, z czasem. Ale póki co… – Podniósł z dywanu szal i okrył ją, klnąc w duchu na swą bezdenną głupotę. Trzeba było raczej poczekać. Kto wie, co Nafasa w uwielbieniu dla ekshibicjonistycznej kultury Obcych zdecydowałaby się jeszcze z siebie zdjąć? Ale cóż, chciał w niej mieć królową, nie uliczną dziewkę. – Póki co… – powtórzył niepewnie, zgubiwszy wątek.

– Póki co będziemy się zachowywać, jak należy, czekając cierpliwie na swoją kolej – rzuciła z rezygnacją. – Czy tak?

– Zgadza się. Wiesz przecież, że król Sakawat Szamar Trzydziesty Szósty uważa w mądrości swojej, że przyszła królowa Farji musi być wzorem i ostoją wszelakich cnót, pod żadnym pozorem nie wolno jej ulegać obyczajom Obcych, a już na pewno, na litość Jedynego, nie może pokazywać kolan całemu miastu!

Westchnęła ciężko. Podeszła do porzuconej sukni, zaczęła niechętnie wdziewać ją na siebie.

Patrzył na nią w zachwycie, myśli znów powędrowały mu ku lubieżnym scenom, które mogłyby się dziać po ślubie. Ale zaraz otrząsnął się, zwrócił ku temu, co było celem wizyty.

– Jeślibym musiał wyjechać na jakiś czas… – wyrzekł powoli – poczekałabyś na mnie?

Otworzyła szeroko oczy.

– A więc to prawda? – wyszeptała, załamując dłonie. – Wysyłają cię na wojnę?

Izzat zmarszczył brwi. Plotki w tym mieście były szybsze niż myśl.

– Kto tak mówi?

– Angur. Podobno Jego Wysokość jest na ciebie bardzo zły, że się opuszczasz w nauce rządzenia. Nie przychodzisz na posiedzenia Rady i takie tam… Więc chce cię wysłać do Wysokich, żeby ci przetrzepali skórę. Jemu przecież już nie wypada cię lać, jesteś prawie dorosły.

– Angur tak mówi? – powtórzył Izzat, blednąc z wściekłości.

Synalek księcia Kanuna, odkąd sięgał pamięcią, zawsze wchodził mu w paradę. Niby nigdy nie na wprost, zawsze ukradkiem, półgębkiem, ale wciąż starał się przyczepić królewiczowi jakąś łatkę. Tajemnicą poliszynela było, że sam żywił nadzieję na ożenek z Nafasą.

– Och, wiesz, jaki on jest – księżniczka machnęła lekceważąco ręką. – Wykapany ojciec. A przecież Kanun lubi wiedzieć wszystko o wszystkich. Taki ma zawód. Więc jak, jedziesz do Wysokich?

– Nic nie wiem o żadnej wojnie z nimi – wykrztusił Izzat. – Przynajmniej nie oficjalnie.

– A nieoficjalnie? – zaśmiała się, mrużąc oczy.

Położyła mu dłoń na ramieniu ciepłym, czułym gestem, od którego od razu żywiej zabiło mu serce.

– Nieoficjalnie też nie – skłamał szybko.

Były takie sprawy, takie obietnice, których nie łamało się nawet dla najpiękniejszej z księżniczek.

– To dobrze – westchnęła z ulgą. – Nie chciałabym cię stracić. A przecież mogliby ci rozkazać, byś jak Leewanay Szalony poszedł na samo Khuni Baha, krwawą stolicę Wysokich. Na samą myśl robi mi się słabo… Pamiętasz z lekcji historii? Sangar, niezdobyta twierdza u kresu Hunrizi Szadid, Potoku Krwi?

– To znowu rewelacje księcia Angura? – rzucił kwaśno.

No tak, już widać, co tu się kroi. On, Izzat, będzie się wykrwawiał w górach, a w tym czasie książę konkurent będzie atakował inną drogocenną fortecę.

– No, właściwie tak… – przyznała, spuszczając wzrok. Podniosła go zaraz z powrotem, z niezrównanym wyczuciem zmieniając temat. – Zatem jak uważasz, mam nie zakładać tych sukien Obcych?

– Absolutnie nie! – pokręcił skwapliwie głową. – A już na pewno nie przy moim boku! – uśmiechnął się porozumiewawczo.

Stropiła się wyraźnie. Zatrzepotała rzęsami.

– Izzat, miałeś mi dać znać wczoraj wieczorem – wyszemrała, przygryzając wargę. – Ale nie odezwałeś się, więc kiedy dziś rano przyszedł Angur, obiecałam, że pójdę z nim. Tym bardziej że wiesz, jego siostra, Zelgia, idzie z Amniatem i będziemy wszyscy razem… Przepraszam.

Żachnął się w duchu. Faktycznie, obiecał zajrzeć do Nafasy i już nawet szykował się do drogi. Ale wtedy właśnie zawołał go ojciec do swojego gabinetu. No trudno, stało się.

Giniemy – jak zaklęcie, powróciła doń znowu czarna myśl. Odegnał ją, choć przecież wiedział, że prędzej czy później i tak znowu powróci.

– Mam nadzieję, Wasza Wysokość, że nie zmienisz zdania po jednym wieczorze z księciem Angurem i nadal będziesz na mnie czekała – powiedział z całą dwornością, na jaką było go stać.

– Oczywiście – zapewniła gorąco, patrząc mu prosto w oczy.

Skłonił się i już chciał wyjść, kiedy zaplotła mu dłonie na szyi i delikatnie musnęła usta wargami. Oderwała się zaraz, płonąc stosownym rumieńcem.

– Będę czekać – obiecała, spuszczając wzrok. – Tylko wróć!

– Wrócę do ciebie – wyszeptał z niezdarnie tłumionym pożądaniem.

Skłonił się ponownie i opuścił czym prędzej pałac księcia Zamindara, pieszcząc w myślach zobaczone przed chwilą kształty księżniczki. Ech, dobrze wyglądała dziś w tym Obcym stroju. Wyjątkowo dobrze! Owszem, wkurzająco, bo Obco, ale jednocześnie podniecająco…

Trzeba będzie zaciągnąć do łóżka którąś ze służek, bo chyba przyjdzie oszaleć, zanim ojciec wyrazi zgodę na ślub. Na szczęście komu jak komu, ale córce bajecznie bogatego księcia Zamindara nie powinien być przeciwny. A zatem to niewątpliwie tylko kwestia czasu.

O ile młody Angur nie popsuje Izzatowi szyków.

***

Królewicz robił, co mógł, by pozostawać w dostojnej pozie na swym zdobionym, wysokim, diablo twardym i niewygodnym krześle następcy tronu. Od dziecka powtarzano mu, że panowanie nad sobą to najwyższa władza, którą bezwzględnie należy posiąść, nim zacznie się panować nad innymi. Starał się więc, choć rzadko kiedy wychodziło mu to – przynajmniej w opinii ojca – zadowalająco.

Rozejrzał się dyskretnie po zgromadzonych w tajnym gabinecie. Władca w swym majestatycznym fotelu, obok niego niemalże w takim samym fotelu wujek Mokam. Z lewej strony pod oknami królewska młodzież: on sam, Amniat, Malik. Od czasu do czasu bębniły o szyby rozbryzgi spadającego niemal tuż za nimi wodospadu Maklawi.

Naprzeciwko królewskich braci wyprężeni na baczność stali wojacy dowodzący poszczególnymi rodzajami wojsk. Pułkownik hrabia Askar, wojska lądowe. Pułkownik hrabia Baad, siły powietrzne. Pułkownik hrabia Spin, siły specjalne.

– Dziękuję wszystkim za przybycie – rozpoczął król, jak zwykle poważny i dostojny. – Przypominam, że nasze spotkanie jest w najwyższym stopniu tajne. Absolutnie nic nie może się wydostać z tego pokoju.

Królewicz rozejrzał się wokół ze skrywanym westchnieniem. To oczywiste, że jeśli spotykają się w prywatnym gabinecie, sprawa jest ściśle tajna. Gdyby Jego Wysokość chciał ją nagłaśniać, spotkałby się z nimi w audiencyjnej, gdzie jest podsłuch na podsłuchu i mówi się tylko te rzeczy, którymi chce się nakarmić różne służby.

– Rozpoczynamy kolejną kampanię Smoka przeciw Wysokim – oznajmił król. – Tym razem poprowadzi ją mój syn, a zatem zwać się będzie kampanią Honoru Smoka.

– Niech żyje Farja! – odparli wszyscy obecni bez chwili wahania.

Izzat spostrzegł jednak, że Askar odrobinę przekrzywia głowę i bardzo, ale to bardzo uważnie wpatruje się swemu władcy prosto w oczy.

– Jak niewątpliwie dobrze pamięta wielu z was, poprzednia chwalebna kampania Hojności Smoka dotarła aż do wrót Baaz Tsuka – ciągnął władca. – Powróciliśmy stamtąd syci wojennej chwały i łupów, a pokora Musafira, tolwaka Wysokich, trwa nieprzerwanie po dziś dzień.

– Dzięki niech będą Jedynemu! – zakrzyknął Izzat wraz z innymi.

Wojenna sława króla Sakawata była co najmniej naciągana. Ówczesny następca tronu dostał od Wysokich haniebny łomot, a życie jego samego i garstki pozostałych mu żołnierzy ocaliła dopiero zdecydowana odsiecz króla Aqela. Sam Musafir zaś nadal ani myślał uznać się farjańskim lennikiem i nigdy nie zapłacił żadnego podatku. Ale oficjalna propaganda głosiła nieustanną chwałę Korony Smoka i tego bezwzględnie należało się trzymać.

Wstał książę Mokam.

– Na podstawie danych przekazanych nam przez Obcych ustaliliśmy z naszym drogim bratem najskuteczniejszy plan postępowania. I oto, co zalecamy… – Mokam pstryknął pilotem, ekran pojaśniał od światła włączonego rzutnika.

Izzat uśmiechnął się. Kiedyś tylko Tom przynosił na zebrania prezentacje w Power Poincie, nie zważając na skrzywione miny dostojników. Przez pewien czas ten sposób przekazywania informacji uważany był za wyjątkowo nieelegancki. Ale nie minęło parę lat, jak sam Jego Wysokość, a w ślad za nim cały dwór zaczęli używać również i tego produktu technologii Obcych. Część zebrań trwała dzięki temu dużo krócej, aczkolwiek, niestety, zawsze znalazł się taki, co uważał za niezbędne wkleić wszystkie grzecznościowe powitania i formuły, dodatkowo opatrzone zdjęciami lub obrazkami ze swojego regionu. Takie prezentacje potrafiły przeciągać się w nieskończoność i Izzat miewał poważne problemy z utrzymaniem stosownego wyrazu twarzy. Ale wujek Mokam mówił krótko, treściwie i nie nudził, królewicz słuchał więc z zainteresowaniem.

– Jak dobrze wiecie, góry Loe Sar, otaczające Farję od północy, są podzielone na kilka pasm – Mokam wyświetlił mapę. – Pomiędzy nimi, niczym klejnot w koronie, lśni jezioro Dżahil, z którego bierze początek Maklawi, królowa naszych rzek.

Kiwali zgodnie głowami. Nic nowego, lekcja geografii.

– Dotychczasowy Szlak rozpoczyna się na granicy lenniczego nam księstwa Wysokich – królewski brat tradycyjnie zaakcentował słowo „lenniczego” – w okolicy Regana Mzakka. Z początku podąża nieznacznym łukiem wzdłuż południowej granicy gór, by potem, na wysokości miasta Garam Yilaka, odbić na północ i zagłębić się pomiędzy niższe szczyty. Następnie dociera do Baaz Tsuka, drugiego co do wielkości miasta Wysokich, stamtąd wiedzie wprost do jeziora Dżahil. Odbija na wschód i, klucząc pomiędzy szczytami, sięga samego Khuni Baha, stolicy Wysokich. Podąża przez surowe przełęcze Loe Sar i w końcu przedziera się przez nie do naszego północnego sąsiada, Gawandu. Stamtąd do Dol-Zan, gdzie stacjonują Obcy, pozostaje nie więcej jak sto kru.

Askar odchrząknął znacząco.

– Proszę, pułkowniku – zareagował natychmiast książę Mokam.

– Zadanie, postawione naszemu młodemu władcy, jest niewątpliwie chwalebne – zaczął gładko stary wojak. – I wykonamy je, skoro taka królewska wola. Chciałem tylko zapytać, ile czasu raczyliście, Wasze Wysokości, na nie przeznaczyć? Mam zaszczyt pamiętać ostatnią kampanię Hojności Smoka, kiedy to mój miecz, wówczas młodego kapitana, służył królowi Sakawatowi. Dotarliśmy do samego Baaz Tsuka, ale zajęło nam to całe lato i jesień, a o ile pamiętam, surowa górska zima dała nam się nieźle we znaki…

– Musimy opanować Baaz Tsuka przed pierwszymi śniegami – zgodził się z nim milczący dotąd Spin. – Przejąć miasto, zabezpieczyć je i przezimować. Stamtąd dopiero podjąć trud marszu do Khuni Baha i zdobyć je, tym samym ostatecznie zabezpieczając Szlak.

– Przecież to jest niewykonalne! – nie wytrzymał Malik. – Nie wspominając o tym, że większość naszych kampanii połamała sobie zęby już o Baaz Tsuka, samo Khuni Baha jest nie do zdobycia! Miasto, wyrzeźbione wśród skał przez dawno nieistniejącą rzekę, nie ma murów ni warowni, jeno nieprzebyty labirynt skał, w których kryją się hordy krwiożerczych Wysokich. Żadna armia go nie zdobędzie! Ta wyprawa to samobójstwo! I wątpię, wuju – zwrócił się bezpośrednio do króla – byś w mądrości swojej o tym nie wiedział, więc pokornie proszę o wyjawienie prawdziwego planu!

Król z bratem uśmiechnęli się pogodnie. O ile obaj byli dość bezwzględni w stosunku do własnych potomków, Malik, jako sierota, cieszył się pewną taryfą ulgową.

– Książę Leewe ma oczywiście rację – oznajmił Sakawat. – Nie jesteśmy w stanie opanować Szlaku w tej postaci, w jakiej przebiega obecnie.

– W związku z tym – przejął pałeczkę książę Mokam – trzeba będzie stworzyć nowy Szlak. – Wskazał ponownie mapę Farji. – Z pomocą minerów Obcych przejrzeliśmy dogodne miejsca. I doszliśmy do wniosku, że najwłaściwsze będzie, by królewska wola zmieniła oblicze gór. Minerzy wyprawią się nad jezioro. Poszukają najlepszego miejsca, tam podłożą ładunki. Wybuch utoruje przejście nowej rzece. Poziom wody w jeziorze obniży się – zaczął wskazywać pointerem – i tu, tu, a wtedy tu powstanie nowy Szlak.

– Zaiste królewska wola imponująca jest i majestatyczna – wysilił się Izzat, po czym od razu przeszedł do rzeczy: – Oświeć mnie jednak, drogi ojcze: na czym ma polegać moja kampania?

– Wyprawisz się wraz z wojskiem do Regana Mzakka – odparł władca. – Stamtąd będziesz prowadził niezbędne operacje. Po pierwsze stabilizacja regionu. Krótko mówiąc, będziesz odwracał uwagę Musafira od naszych minerów. Są Obcymi, więc niełatwo im będzie pracować skrycie, każdy ich odróżni. Im więcej Musafir będzie miał z tobą roboty, tym lepiej dla nich. Po drugie wysiedlanie lokalnej ludności z terenów ewentualnego zalewu. Najprawdopodobniej nowa rzeka biec będzie w okolicy Regana Mzakka, co, nawiasem mówiąc, tylko przysłuży się piaszczystemu regionowi.

– A czy nie zabraknie nam przez to wody w Maklawi? – zaniepokoił się Amniat. – Żyzne pola na tym nie ucierpią?

– Jezioro obniży się zaledwie o parę arszynów – uspokoił go ojciec. – Obcy twierdzą, że Maklawi będzie przez to mniej wylewać, co raczej wyjdzie nam tylko na dobre. Aczkolwiek przestrzegają, że odległe skutki mogą być nieprzewidywalne. Cóż – wzruszył ramionami – walczymy o życie. Z problemem poziomu wody w rzece będziemy radzić sobie później.

Amniat pokiwał głową, usatysfakcjonowany odpowiedzią.

– Kiedy już minerzy zameldują gotowość wykonania zadania – ciągnął król – wyruszycie z Regana Mzakka i dojdziecie do przyjaźnie nastawionego Garam Yilaka. Może nawet zamarkujecie wyprawę w kierunku Baaz Tsuka. Musafir powinien sądzić, że zamierzacie zaatakować miasto, wtedy skupi siły na jego obronie. Tymczasem celem waszym będzie, oczywiście, zabezpieczenie nowego Szlaku, kiedy tylko zostanie utworzony. Wszystko jasne?

– Tak, Wasza Wysokość – bąknął Izzat nieco smętnie. To się nawojuje, nie ma co. Będzie siedział w bazie i wysiedlał okolicznych chłopów. A już się rozhulał w marzeniach, że ojciec naprawdę wymyślił, jak zdobyć Khuni Baha…

No, cóż. Nieśmiertelna sława pierwszego Farjanina, który postawił stopę na ruinach niezwyciężonej stolicy, będzie musiała ustąpić prozaicznej renomie sprawnego wykonawcy królewskiego planu. Wola władcy, z nią nie ma dyskusji. Może kiedyś, kiedy Izzat sam zasiądzie na tronie, wykombinuje coś bardziej spektakularnego i rzuci sobie Wysokich do stóp?

– Jaką rolę sił powietrznych widzi Wasza Wysokość w swym prześwietnym planie? – zapytał Baad.

Izzat ściągnął wargi. Faktycznie flota powietrzna przedstawiała się, póki co, nad wyraz ubogo i należało nią gospodarować bardzo ostrożnie. Cała potęga lotnicza Farji opierała się na dziesięciu black hawkach, dwunastu apache’ach, czterech chinookach, jednym królewskim eurocopterze i dwóch samolotach typu Casa. Tom, kiedy był trochę wstawiony, naśmiewał się czasem z Baada, że tak naprawdę powinien być podwładnym Askara. Na odległej Obcej Ziemi śmigłowce wchodziły w skład wojsk lądowych, a dwie casy w tę czy w tamtą nie robiły specjalnej różnicy. Ale Baad odpowiadał mu wtedy z godnością, że w Farji lotnictwem jest wszystko, co lata, a jeżeli Obcy uważa inaczej, może o tym podyskutować z Jego Wysokością.

– Przynajmniej dwa black hawki i dwa apache’e oddelegujemy na potrzeby minerów – orzekł Sakawat. – Ich zadanie jest w tej sytuacji priorytetem. Pułkownik Spin będzie łaskaw z kolei oddać na ich usługi dwie swoje sekcje.

– Tak jest, Wasza Wysokość! Jeśli wolno zapytać… Kto będzie dowodził tym zespołem? – zapytał prędko Spin.

Wszyscy wiedzieli, że nie cierpi nikomu oddawać swoich ludzi pod komendę. Sakawat spojrzał więc nań surowo, tak, żeby pułkownik nawet nie pomyślał o proteście:

– Tom wyznaczy kompetentną osobę. Ich działanie pozostaje całkowicie poza waszym zainteresowaniem.

– Tak jest – wykrztusił pułkownik z trudem.

– Czy dobrze rozumiem, Wasza Wysokość… – spytał z wahaniem Baad. – Oddajemy im ludzi, sprzęt i praktycznie zapominamy o ich istnieniu?

– Zgadza się.

Zapadła cisza. Każdy przetrawiał zasłyszane informacje.

– Dość na dzisiaj – orzeł król, wstając z miejsca. Podźwignęli się natychmiast wszyscy pozostali. – Niewątpliwie macie o czym myśleć, panowie. Dowódców wszystkich rodzajów wojsk proszę o przygotowanie szczegółowych propozycji składu kontyngentu. Termin: za trzy dni.

– Tak jest, Wasza Wysokość! – odparli zgranym chórem.

– Możecie wyjść.

Pułkownicy zgięli się w pokłonach i ruszyli do drzwi.

– Wy zaczekajcie – skinął król na młodzieńców, siadając. Zasiedli więc i oni, posłusznie. – Chciałbym, by nie było żadnych wątpliwości, jaki będzie przydział zadań. – Skinął na brata, ten przyciskiem wyświetlił kolejny diagram.

– Głównodowodzącego Izzata wspierać będzie pułkownik hrabia Askar – rzekł książę Mokam, patrząc w sposępniałe oczy bratanka z wyraźnym ostrzeżeniem mówiącym: „Nawet nie próbuj protestować, dzieciaku!”. – Siły powietrzne oddajemy pod komendę Amniata, którego wspomoże pułkownik hrabia Baad. – Uśmiechnięte oczy spoczęły na rozradowanej twarzy syna. – Zaś wojskami specjalnymi, pod oficjalnym nadzorem Malika, dowodzić będzie najmłodszy w tym szacownym towarzystwie, niemniej jednak bardzo kompetentny pułkownik hrabia Spin.

– Nie jest dobrze! – zajęczał Malik z udawanym przerażeniem. – Będę pracował z gościem, który wedle legendy potrafi zabić człowieka pudełkiem zapałek i parą sznurówek. – Złożył prosząco dłonie. – Czy ja jednak mógłbym zostać w domu?

– Ty, młody książę, pojedziesz tam jako pierwszy z pierwszych – uśmiechnął się król. – Izzat i Amniat mają święcenia kapłańskie pod koniec miesiąca. Ciebie ten zaszczyt spotka dopiero za rok, więc możesz spokojnie udać się do Regana Mzakka i zacząć przygotowywać bazę na przybycie wojsk.

– Rzekłeś, panie! – Malik zerwał się z krzesła i skłonił teatralnie. – Ktoś musi jako pierwszy wypróbować nowe, lokalne piękności!

– Na razie idźcie wypróbowywać stare, tutejsze. – Jak zwykle wygłupy Malika rozweseliły władcę. – Dziś tańce u Toma, tak? No to już was tu nie ma!

Książęta wstali, skierowali się ku drzwiom. Izzat obrócił się na progu, obejrzał na ojca.

– Askar?! – zaryzykował jęknięcie. – Już lepiej kup mi, tato, cyjanek. Farja poradzi sobie jakoś bez następcy…

– Idź już, synu – powiedział król, spojrzenie mu stwardniało. – Bzdurzysz.

Królewicz skłonił się w milczeniu, wyszedł z gabinetu. Na korytarzu czekali Malik z Amniatem.

– Nic nie mówiłeś! – napadli nań natychmiast. – Po to cię wczoraj ojciec ściągnął nocą, tak?

– Rozkaz Jego Wysokości – rzucił królewicz wymijająco. – Wiecie, rozumiecie.

Wzruszyli ramionami, wciąż ostentacyjnie prezentując obrażone miny.

– Pominąwszy cały ten kibel, panowie… – spróbował więc ugłaskać ich choć trochę – nadszedł dzień naszej chwały! Jesteśmy potencjalnymi zbawcami ojczyzny! Miła to rzecz, wszak nie zaprzeczycie!

Odpuścili, pokiwali głowami z uradowaniem.

– A jak laski będą na to leciały… – orzekł Malik w rozmarzeniu. – Pójdą ze mną co najmniej w pięć. I to jeszcze dziś!

– Siedź cicho na razie – ofuknął go Amniat. – Zgłupiałeś? To jeszcze nie jest oficjalna wiadomość!

– Cholera, ty to potrafisz zepsuć nastrój, kuzynie.

– Dziwisz się? U nas to dziedziczne. Popatrz na mojego starego.

– Mokam nie ma lekkiej ręki – przyznał Malik. – Matka cię czasem nie broni?

– Księżna Graana organizuje nowy sierociniec – rzucił Amniat, sznurując usta. – Broni, i owszem, dziesiątków kolejnych niewinnych duszyczek przed złem świata tego. Chwalebnie.

– Jak cholera chwalebnie. Napiję się za to jeszcze dziś. Izzat, Nafasa idzie z tobą?

– Niestety nie. Miałem wczoraj do niej zajrzeć, ale ojciec mnie odwołał. Więc pójdzie z Angurem.

– Ma dziewczę talent do manipulacji! Biorąc pod uwagę, że i tak już niechybnie będę miał ciebie za króla, myśl o niej jako królowej sprawia, że moczę się nocą. Nikomu nie będzie łatwo w tym pałacu! Oby szlachetny syn Kanunowy uwolnił nas od tego strasznego losu, o co mi się zdarza nawet i modlić czasem…

– Odczep się, księżniczka jest piękna, mądra i dobra i będzie doskonałą królową. Poczekamy, zobaczymy, kogo ty sobie znajdziesz, cwaniaczku!

– Jestem romantykiem! Marzę o prawdziwej miłości! – Malik wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. – Uwiodę jakąś kwiaciarkę albo skrzypaczkę i z nią się ożenię. Będzie mi dozgonnie wdzięczna za zmianę statusu społecznego i dzięki temu nie będę miał żadnych fochów w domu. Zobaczysz!

– Ojciec ci się w grobie przewróci… – pogroził mu Izzat, ale zobaczywszy nagle posmutniałe oczy kuzyna, odpuścił i zmienił temat: – A ty, Amniat, idziesz z Zelgią?

Królewski kuzyn skinął głową.

– Brzydka jest jak koza! – wstrząsnął się Malik.

– Ale za to mądra – rzucił tamten krótko i zamilkł.

Wiedzieli dobrze, że nic więcej z niego nie wyciągną. Jeśli nawet Amniat posiadał tak zwane życie wewnętrzne, strzegł go pilnie i ujawniał dokładnie tyle, ile chciał. Niewątpliwie znać w tym było surową rękę księcia Mokama.

– No to w drogę, panowie! – zarządził Izzat. – Na dzielnych obrońców ojczyzny czekają: wino, kobiety i śpiew!

Pośpieszyli marmurowymi korytarzami pałacu wśród gnącej się w ukłonach służby. Noc była jeszcze młoda i tyle miała im do zaoferowania.

I nie pachniała jeszcze wojną. Nic a nic.

2

– Szybciej, Vialt! Szybciej!

Znajda wrzeszczał co sił, starając się zagłuszyć zmorę strachu, wczepioną w kark i zaciskającą krtań zimnymi palcami. Spadniesz, syczał jej złowrogi głos, spadniesz i znów, połamany i bezradny, będziesz skamlał o łaskę u obcych ludzi…

– Szybciej!

Ogier, którego Znajda dostał od gospodarza, nie był bynajmniej tym najszybszym w stadzie ani też najłatwiejszym we współpracy. Nierówny, nieprzewidywalny, narowisty, złośliwy. Gospodarz przeznaczył go na rzeź, po tym jak kolejny stratowany przezeń jeździec wyzionął ducha, ale Znajda uprosił, by mu konia darowano, miast zabijać. I solennie zaczął odpracowywać wartość sześciuset kilogramów koniny.

A teraz pędził na tym bydlęciu z piekła rodem, modląc się w duchu, by nie zostać zrzuconym w pełnym galopie. Vialt robił ten numer z upodobaniem, zatrzymując się raptownie, schylając łeb pod nogi i podrzucając zadem, na skutek czego jeździec wylatywał z siodła z ochrypłym: „Aaa!”.

– Szybciej, Vialt!

Stara siwa klacz, przewodniczka stada, o dobrych parę chwil wcześniej zdążyła spostrzec potrzaskane wczorajszą wichurą drągi. Wyłom wręcz zapraszał do skosztowania soczystej trawy po drugiej stronie ogrodzenia. Klacz zadudniła kopytami, a za nią posłusznie ruszyło stado. Nie było ani chwili do stracenia.

– Jazda, stary! Szybciej, jazda!

Prawy bark, mozolnie poskładany przez miejscowego znachora, zaczął rwać niemiłosiernie, a ból musiał być bardzo silny, skoro zdołał przebić się przez potoki strachu. Od razu zaczęła też drętwieć ręka. Powoli, lecz nieustępliwie, wodze wyślizgiwały się z palców…

– Szyb-ciej!

Jeżeli stado, powierzone jego opiece, przekroczy granicę i pogalopuje het w góry, bez wahania przejmą je Wysocy. Poprzepalają znamiona, część koni zjedzą, część popędzą na targ, może część dostanie się żołnierzom z pobliskiego garnizonu – ci niby nie powinni kupować kradzionych, ale wiadomo, jak jest. Za to nie ma wątpliwości, że Znajda do końca życia nie wypłaci się gospodarzowi z tej straty.

– Vialt, ty synu muła pociągowego i koślawej chabety! Ruszaj się!

Dopadli wyrwy o kilkanaście sekund przed klaczą. Na leciuteńkie ściągnięcie wodzy Vialt zatrzymał się natychmiast – z pełnego pędu, z fontanną grudek ziemi wytryskującą spod czterech kopyt. Żadnego przechodzenia do kłusa, stępa, choćby w kilku krokach, takie rzeczy są dla mięczaków. Pełen stop, koń uwielbiał ten numer i ćwiczył go przy każdej okazji.

Znajda tylko cudem utrzymał się w siodle. Spojrzał w pędzący ku nim tabun i zaczął wywijać batem nad głową.

– Wynocha stąd! Już!

Klacz skręciła w ostatniej chwili, tuż przed nim, aż poczuł na twarzy smagnięcie powietrza, przesyconego ostrym zapachem końskiego potu.

– Wynocha!

Konie pogalopowały w prawo, nad strumień. Tam zatrzymały się i najspokojniej w świecie zaczęły obskubywać niebieskie dywany wiosennych kwiatków.

Wodze wysunęły się ze zmartwiałych palców. Znajda poczuł, jak przez całe ciało przewala się fala ukropu, zalewa piersi, spływa do brzucha, a potem do stóp.

– Dupa jestem, nie jeździec – wyszeptał drżącym głosem. – Nic a nic nie nadaję się od tej roboty…

Wysunął stopy ze strzemion, przerzucił prawą nogę nad zadem, zeskoczył z wierzchowca. Z trudem uwiązał wodze do sterczącego smętnie pala.

Czucie w prawej ręce powoli wracało.

– Dzięki, stary! – poklepał Vialta po szyi. – Dzięki, że mnie nie zrzuciłeś.

Rumak wbił w człowieka swoje poziome źrenice, Znajda przysiągłby, że migają w nich złośliwe ogniki. No, może jeszcze nie tym razem, zdawał się mówić koń.

Człowiek westchnął i zaciskając zęby, zabrał się do naprawy ogrodzenia.

***

Zanim Znajda zegnał konie z pastwiska, słońce zdążyło się schylić ku zachodowi. Gospodarz wszedł nerwowym krokiem do stajni; gdy tylko zobaczył parobka, podniósł siwe, krzaczaste brwi. Z brązowych oczu strzelały mu gniewne skry.

– Gdzieżeś był? Wołaliśmy! Komisyja!

– Wyrwa w płocie u przesmyku – tłumaczył się Znajda śpiesznie. – Omalże by pouciekały, małpy jedne! Załatałem.

Tamten zawarczał coś pod nosem, obrócił głowę i machnął nią ku prostokątnym zabudowaniom domostwa.

– Idź. Są jeszcze. – Powrócił wzrokiem do parobka, wciąż kipiąc nieskrywaną złością. – Tylko nijakich kłopotów! Wieszże to?

– Wiem.

Gospodarz podszedł do swego ulubionego ogiera, wyciągnął doń rękę. Ten nie zareagował, zajęty pałaszowaniem ziaren owsa, hojnie nasypanych do żłobu. Człowiek cofnął dłoń, zacisnął ją w pięść. Zaczął przechadzać się nerwowo po stajni.

Znajda pokłonił się chlebodawcy, wymknął na podwórze kalaty. Powiódł spojrzeniem po murach dookoła: ulepione były z gliny, słomy i bydlęcego nawozu i twardsze nad skałę. Ale nigdy nie przestały wydzielać tego charakterystycznego zapachu.

Błysk słońca odbitego w lusterku zatrzymał go na chwilę, przygiął czujnie do ziemi.

Żołnierze!

Panoszyli się tuż za bramą w swoich pomalowanych na piaskowo wozach. Jeden z nich siedział w wieżyczce strzelniczej, rozglądając się z wolna dookoła. Spod hełmu spływały mu po szyi strużki potu, które w zachodzącym słońcu wyglądały jak krew.

Znajda wzdrygnął się lekko i przebiegł jak najszybciej do domostwa gospodarza. Przeskoczył wytarte kamienne stopnie, pchnął zbolałym barkiem skrzypiące drzwi.

– A to ten, o którym mówiłem wielmożnemu panu oficerowi – bystry wzrok syna gospodarza wyłowił go natychmiast z półmroku sieni. – Znajda.

Łysy, żylasty mężczyzna podniósł wzrok znad wertowanych ksiąg. Zmierzył nim przybysza, uważnie, taksująco. Żołnierze, stojący pod ścianami, ściskali swe karabiny z wyjątkowo znudzonymi minami.

Znajda przeszedł do pokoju, skłonił się w milczeniu. Nie należało się odzywać niepytanym, tę zasadę już znał.

– Wspominaliście, nawet już poprzednio – potwierdził łysy powoli. – Naszliście go w bagnach, połamanego w drobiazgi, bez przytomności. Ej, ty… Znajdo! Nadobrzałeś już nieco?

Parobek pokłonił się ponownie, roztropnie nie unosząc wzroku powyżej polerowanych butów oficera. Czerwonozłote promienie zachodu wpadały przez okno, ścieliły się tamtemu do stóp.

– Całkiem dużo, panie – oznajmił parobek pokornie. – Już mi lepiej.

– I tak, kaleka – machnął wzgardliwie ręką gospodarski syn. – Ledwo co najgorszą chabetę objeżdża, ręce ma omdlałe, do żadnej cięższej roboty niezdatne…

Wojskowy rzucił mu spojrzenie, od którego tamten zamilkł natychmiast.

– Kim jesteś i skąd się tu wziąłeś? – spytał, podnosząc jedną z ksiąg.

Znajda poczuł, jak plecy zlewa mu kroplisty, lodowaty pot.

– Nie wiem, panie – rzucił śpiesznie. Podniósł dłonie przed twarz, obejrzał pobieżnie. – Musi chłopski ze mnie syn, żadne paniątko, bo łapska mam jak trza. I konie ogarniam, ledwo tylko zapytawszy, co trzeba i gdzie. Na pewno robiłem tak i przedtem.

– To widać – przerwał mu tamten wyniośle. – Aby tylko spojrzeć na ciebie, widać, żeś cham. Jeno skąd? Czyj ty żeś syn? – Pochylił się do przodu, przez stół, piwne oczy zdawały się świdrować parobka na wylot. – Gdzie twój dom?

Znajda pokręcił głową bezradnie.

– Nie wiem, panie. Nic nie wróciło. Nic a nic.

– Ile masz lat?

– Nie wiem, panie. Dwudziestu jeszcze nie, chyba. Ale i halakiem już nie jestem. Osiemnaście może? Dziewiętnaście? Nie wiem.

– Nadobrzeje… – wtrącił się znowu gospodarczyk. – Najsampierw to przeca i mówić nie umiał… ale sobie napomniał. Całkiem wrychle. Wróci mu i to.

Oficer zamknął księgę z trzaskiem. Ze stołu poderwał się wszechobecny pył, zatańczył przez chwilę i opadł z powrotem.

– Do służby wojskowej na razie niezdatny. Może iść.

Znajda nie dał sobie powtarzać dwa razy. Wyprysnął z chałupy co tchu.

Przebiegł do stajni skulony, ze spuszczoną głową, nie podnosząc wzroku na rozpanoszonych żołnierzy i ich połyskującą broń.

Gospodarz głaskał najedzonego już ulubieńca. Zdawał się nie zauważać parobka, ten jednak ośmielił się podejść. Nie zagadywał jednak, czekał cierpliwie.

– Kazali dwa pola zboża wyciąć w pień. Niedojrzałego! – nie wytrzymał wreszcie gospodarz. – Zaczynamy jutro.

– Siejemy czars? – zaszemrał Znajda cichuteńko. Przed oczami stanęły mu ościste, bure, wiecznie rozchełstane źdźbła zielska. Rosły w oczach, tylko co komu po nich? Jeść się nie dały, przędzy też z nich żadnej nie było…

Tamten podniósł wzrok.

– A jakże!

Pogłaskał konia po chrapach, zaczęli się bawić w ulubioną zabawę: koń łapał zwinnymi wargami palce człowieka, ten umykał, wkładając mu co chwila palce do pyska. Końskie koci, koci, łapci.

– A jakże. Dwa pola czarsu, natychmiast. Rozkaz Jego Wysokości. – Umilkł raptownie, wpychając z powrotem do gardła niebezpieczne, buntownicze kęsy słów.

Odetchnął w końcu głęboko, powoli. Odwrócił wzrok na zamyślonego parobka.

– Idź spać! – zakomenderował oschle. – Jadłeś już co?

– Nic jeszcze.

– To szoruj do kuchni, niech ci Pegla da chleba z gęsim smalcem. I mleka od krowy, już nadojone. Tylko… tylnym wejściem! Nie pchaj się żołnierzom przed oczy!

– Się wie!

Znajda poczuł nagle ogromne zmęczenie, przygniatające niczym głaz. Nie chciało mu się jeść. Ale gospodarską kolacją wzgardzić nie idzie. Mogą jej nie dać jutro, urażeni.

Wymknął się więc tylnymi drzwiami i, powłócząc nogami, podreptał do domu.

W połowie drogi przystanął. Dłonie same zacisnęły się w pięści.

– Dwa pola zboża! – wykrzyknął bezgłośnie. – Niedojrzałego!

Obrócił wzrok na żołnierzy: ładowali się do swych maszyn, ich zamaskowane goglami twarze znikały za zmatowiałymi kuloodpornymi szybami.

– Sssskurwysyny!

Słońce schowało się już za skałami. Zapadał zmrok.

***

Kogut wydzierał się jak zarzynany, witając świt. Nie można było mieć do ptaka pretensji, był jeszcze bardzo młody i dopiero uczył się piać. Stary kogut trafił do świątecznego rosołu zaledwie przed tygodniem, Znajda mlaskał do tej pory, wspominając jego smak. Ale nie ma nic darmo i teraz trzeba było znosić wrzaski nieopierzonego małolata.

Parobek wygrzebał się z kupki siana nad stajnią, podczołgał śpiesznie do kwadratowego otworu w podłodze, którym zrzucało się paszę na dół, do koni. Rozejrzał się, mrugając zaspanymi oczami. Są wszystkie, całe i zdrowe? Są.

Potrząsnął głową, wysuszone źdźbła posypały się ze zmierzwionych czarnych włosów.

Każdego ranka to samo: wewnętrzny lęk, czy aby ktoś nie ukradł koni, kiedy on sobie smacznie chrapał na górze. Bo, oczywiście, do końca życia nie wypłaciłby się gospodarzowi… I tak dalej, i tak dalej, wiadomo.

Wstał, przeciągnął się, aż strzeliło mu w zastanych stawach, zaraz też bark przypomniał o sobie gwałtownie.

Nic to. Podreptał do drabiny, zszedł po skrzypiących szczeblach. Dowlókł się od studni, zaczerpnął wody, zaczął ochlapywać opuchniętą, pokłutą sianem twarz. Przeczesał palcami swą rzadką, krótką brodę młokosa, wyplątał parę kłujących, ościstych kłosów.

– Nie śpisz, dobrze – pochwalił go gospodarz ze schodów domostwa. – Weźmij śniadanie, zaraz jadziem.

– Jadziem?

– Na targ. Krasulę trza sprzedać.

Znajda pokiwał posłusznie głową, nie dopytując co i jak. Gospodarska to głowa, nie jego, parobczaka. Jadziem, to jadziem, ot i wszystko. Na targ.

Zresztą, nie ma co tu dumać, tylko złapać kromkę chleba i duchem lecieć przyprzęgać kobyłę.

***

Targ w Gharibi, jak co tydzień, przytłaczał gwarem rozmów, bogactwem zapachów, feerią barw. Znajda przycupnął na snopku słomy rzuconym obok wozu. Otwierał szeroko ciekawe oczy, nadstawiał ucha. Odkąd gospodarz przyjął go do siebie, może ze dwa razy zabrał go na targowisko. Parobek z rozrzewnieniem wspominał te chwile, tak różne od surowej monotonii codziennej, ciężkiej harówki na gospodarce.

Dziś targ pobrzmiewał jeszcze czymś nowym: nieuchwytnym, niespokojnym pomrukiem; tak brzęczą pszczoły w ulu, gdy zwiadowcy dostrzegą rabusi. Do Znajdy dolatywały urywki ukradkiem wymienianych zdań, w których jedno słowo pojawiało się z częstością natrętnej muchy: czars. Czars. Czars.

Krążyły wokół niego jeszcze i inne: przedwcześnie ścięte zboże, nędza, głód. Ale te wylatywały bardzo nieśmiało i trwożliwie – i chowały się natychmiast, przed byle błyskiem żołnierskiej broni. Szaropiaskowe pojazdy rozparły się wygodnie u wjazdu do miasteczka, słudzy Jego Wysokości przechadzali się leniwie po targu, czasem kupując to i owo od nagle spokorniałej ludności, odprowadzani udawanie obojętnymi spojrzeniami.

Kiedy podeszli do jego gospodarza, Znajdę naszła gwałtowna trzęsiawka, ani wiedział, skąd też się mogła wziąć. Przełykając ślinę, chciwie chłonął każdy szczegół: wyczyszczona broń, hełmy w piaskowych pokrowcach, połyskujące gogle, mundury, nakolanniki, kamizelki z ciężkimi kieszeniami, wyładowanymi tajemniczym sprzętem… I nagle pomyślał, że nienawidzi każdego z nich, głęboko, do szpiku kości – tylko nie miał pojęcia dlaczego.

Skulił się więc, wcisnął pięści w żółtoszare źdźbła słomy. Żołnierze pogadali chwilę z gospodarzem, zaśmiali się z czegoś, odeszli. Zawirował za nimi wszechobecny kurz.

Znajda oddychał głęboko, z zimnym potem skroplonym na czole i dreszczami na plecach mimo upału. Gospodarz odwrócił się, zerknął nań, ale nie rzekł nic, zaraz wrócił do klientów. Parobek wstał więc, wdrapał się na wóz, sięgnął do zapasów ciepłej, lepkiej, nieco już prześmiardłej starą beczką wody. Pił długo, zapamiętale.

– Daj i chabecie – rzucił gospodarz, nie odwracając się.

Znajda skinął głową, zaczerpnął do wiadra. Przeszedł do bułanej klaczy, uwiązanej w cieniu drzewa za stoiskiem. Opuściła ochoczo łeb i zaczęła ciągnąć życiodajny płyn.

– Hrabia Cień – powiedział ktoś nagle głośno.

Znajda odwrócił się, ale nikogo nie było obok: widać musiał jakiś głos odbić się, pokrążyć po targowisku, a potem dotrzeć pod drzewo. Nadstawił chciwie uszu, ale głos już się nie powtórzył.

– Może mnie się tak od gorąca zwiduje – mruknął więc i rzucił kolejne spojrzenie w kierunku oglądających następne stoisko żołnierzy. Coście mnie zrobili, skurwysyny, wyszeptał bezgłośnie, oćca, matkę ubili czy jak? To od was jestem taki połamany?

Zamrugał, próbując wygrzebać ze zbolałej głowy choćby okruchy wspomnień, ale nic nie wypłynęło na powierzchnię. Ciągle tak było: niczego nie wiedział, nic nie pamiętał, musieli mu wszystko pokazywać, objaśniać jak małemu dziecku. Kiedy już zobaczył, zrozumiał, zapamiętywał błyskawicznie, nie trzeba mu było powtarzać dwa razy, jakby umysł od razu wpadał w dawno już przetarte koleiny myśli. Ale niczego nie odtwarzał sam z siebie. Nie potrafił.

W oddali zabrzmiały dźwięki muzyki. To przejezdni grajkowie stroili swoje instrumenty. Na prowizorycznej scenie, kwadracie uklepanym w gliniastej ziemi, szykowali się do koncertu.

Znajda dopadł gospodarza co tchu.

– Mogę? – zapytał, wskazując ręką na muzykantów.

Chlebodawca zmarszczył brwi. Rozejrzał się po zapleczu straganu, jakby szukając wymówki, co pozostało jeszcze do zrobienia. Ale wszystko było jak należy: śmieci wyzbierane, owoce poukładane, zwierzęta napojone. Snopki słomy stały równiuteńkim rządkiem przy wozie. A do handlu i klienteli, wiadome, nie trza się wtrącać parobczakowi.

Sapnął więc, zrezygnowany.

– Idź. Jeno bacz na żołnierzy! – pogroził palcem.

– Się wie! – krzyknął Znajda, uszczęśliwiony, i już zwijał się pomiędzy tłumem.

Dotarł do sceny, wypatrzył miejsce na uboczu, pod starym krzewiskiem, i przycupnął tam, starając się nie rzucać nikomu w oczy. W razie kłopotów nikt się nie ujmie przecież za przybłędą, no, może trochę gospodarz, ale i on nie będzie za wiele ryzykował w obronie obcego młodziaka. Lepiej więc nie kusić losu, zostać z tyłu i unikać kłopotów. Się wie.

Muzykanci zaczęli rozstawiać dziwaczny sprzęt; parobek wytrzeszczył na nich zaciekawione oczy. Prócz zwykłych instrumentów – gitary, bębnów, kobzy – były tam jeszcze jakieś czarne pudła, wężowe plątaniny kabli, stalowe stojaki…

To pewnie ta cała elektryczność, ucieszył się w duchu, że oto trafił na tak nowoczesne przedstawienie. W dużych miastach elektryczność była od ładnych kilkunastu lat, ale do małej mieściny u podnóża gór zawitała dopiero niedawno. Mieszkańcy ponoć nie mogli się jej nachwalić, przyniosła ze sobą różne urządzenia ułatwiające życie. No i żołnierze, ci mieli elektryczności pod dostatkiem, ich pustynne wozy przecinały reflektorami mrok, jak tylko chciały, ich stalowe ważki warczały nocami na niebie.

Ale Znajda nie słyszał jeszcze nawet o użyciu jej w służbie czegoś tak błahego jak muzyka, więc od razu podziękował w duchu gospodarzowi za zgodę na zobaczenie koncertu. I oby jej nie odwołał, aż do samiuśkiego końca!

Wysoki, blady muzyk o przeraźliwie jasnych oczach wziął do rąk gitarę, brzdęknął kilkakrotnie. Znajda poczuł dziwne drżenie w piersiach.

Znał ten dźwięk. Słyszał go już kiedyś: ostre, surowe akordy elektrycznej gitary, na rozkaz grającego wdzierające się sztyletem w uszy, tak odmienne od łagodnych, akustycznych brzmień…

Gitarzysta pomknął palcami po strunach; dźwięki, które się wydobyły z jednego z czarnych pudeł, sprawiły, że targowisko zamilkło na chwilę, ludzie przystanęli w miejscu. Zdumienie na ich twarzach mieszało się z ciekawością, ale i u niektórych z niechęcią, nie podobał im się ten nowy, hałaśliwy rodzaj muzyki. Dopiero kiedy dołączyły znane, oswojone dźwięki bębnów i kobzy, ruszyli ku scenie. Również i żołnierze zaczęli przepychać się przez tłum, z uśmiechami na twarzach brnąc ku pierwszym rzędom. Najwyraźniej ta nowość dla nich bynajmniej nowością nie była.

Zespół zagrał kilka dobrze znanych taktów ludowej piosenki. W nowej aranżacji była czymś swojskim i obcym zarazem, ale najwyraźniej interesującym dla większości słuchaczy. Tylko niektórzy, co starsi, poodwracali się, ten i ów splunął na piach, roztarł ślinę sandałem.

Znajda wsłuchiwał się, targany emocjami, których nie potrafił określić. Nawet nie zauważył, gdy wstał i niczym urzeczony opuścił swoje bezpieczne miejsce w krzewinie, dołączył do tłumu.

Nagle, nie wiadomo skąd, na scenie znalazła się dziewczyna ze skrzypcami. Musiała wyjść spomiędzy wozów muzykantów, ale kiedy i jak to zrobiła? Nikt nie zauważył.

Była przeraźliwie chuda, bliźniaczo podobna do gitarzysty… i wyjątkowo brzydka. Piegowaty nos sterczał pomiędzy małymi, wodnistymi, wąsko osadzonymi oczami, szerokie usta wykrzywiały się mało czarownym uśmiechem. Ale kiedy zaczęła grać, Znajda od razu podarował jej nieciekawy wygląd. Skrzypce w jej dłoniach ożyły, splotły swe dźwięki z melodią pozostałych instrumentów, zaklęły publiczność w oczarowane kamienie. Po skończonej piosence opadły kaskady braw.

Muzycy grali więc dalej, coraz bardziej panując nad zasłuchaną publicznością. Stare i nowe, dobrze znane i nigdy niesłyszane melodie wypływały w tłum.

– A teraz… – odezwał się prowadzący – na zakończenie… piosenka pożyczona od Obcych, w moim prywatnym tłumaczeniu. Może nie do końca dokładnym, ale… – zawiesił głos, popatrzył porozumiewawczo po pozostałych członkach zespołu.

Trzy… cztery… zaczęli!

Melodia była rzeczywiście Obca, na początku drażniła, ale po chwili zaintrygowała, wciągnęła swoją odmiennością. Zaś słowa…

W górach Wysokich historia grobów świeżych
Pyta, czym dzisiaj swą krew i honor mierzysz
Duchy herosów wciąż szepczą o przeszłości
Kraj chcą ocalić rozlanej krwi świętością

hej nana hej nana hej nanana nej na na
hej nana hej nana ej nanana nej na
hej nana hej nana hej nanana nej na na
hej nana hej nana ej nanana nej na

WOLNOŚĆ! WOLNOŚĆ! WOLNOŚĆ! WOLNOŚĆ!

Znajda stał jak wryty, drżąc na całym ciele. Słowa, wspomagane ostrymi riffami gitary, wbijały mu się prosto w mózg, perkusja grzmiała niczym strzały z broni żołnierzy.

Słyszał to już gdzieś, kiedyś? Tę dziwną pieśń…

Nie, akurat tej nie słyszał nigdy!

W górach Wysokich historia grobów świeżych
Powie, czym dzisiaj swą krew i honor zmierzysz
Łzy otrzyj z oczu, ma miłość silna wiarą
Stanie przed Jedynym, by zechciał nas ocalić

hej nana hej nana hej nanana nej na na
hej nana hej nana ej nanana nej na
hej nana hej nana hej nanana nej na na
hej nana hej nana ej nanana nej na

WOLNOŚĆ! WOLNOŚĆ! WOLNOŚĆ! WOLNOŚĆ!

Chciał czegoś. Bardzo, ogromnie, potwornie czegoś chciał. Tęsknił bólem milionkrotnie złamanego serca, zapierającym dech w piersiach, wciskającym w oczy kaskady łez…

Nie tylko on czegoś chciał. Ludzie stężeli, na twarzach pojawiły się zacięte grymasy.

WOLNOŚĆ!

Żołnierze oparli dłonie na karabinach.

WOLNOŚĆ!

Zespół skończył i bez słowa, bez ukłonu, zszedł ze sceny. Niczym duchy znikli gdzieś pomiędzy swoimi wozami, paru niedorostków zaczęło zwijać kable i ściągać ciężkie pudła.

Ludzie rozchodzili się w milczeniu, zamyśleni.

Znajda wciąż stał, wpatrzony w opustoszałą scenę. Potrącili go żołnierze, może umyślnie, dla draki, nie zauważył nawet. Poszli więc dalej, ku straganom, dyskutując o czymś zawzięcie, raz i drugi odwrócili ku niemu głowy, najwyraźniej stał się przedmiotem rozmowy. Nie zwrócił na to najmniejszej uwagi.

WOLNOŚĆ! WOLNOŚĆ! WOLNOŚĆ! WOLNOŚĆ!

Ocknął się wreszcie, rozejrzał po opustoszałym placu. Powłócząc nogami, wrócił do stoiska…

I spojrzał wprost w chmurne, rozwścieczone oczy gospodarza.

***

Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy dotarli do gospodarstwa. Znajda przetrwał podróż, kolebiąc się na wozie wśród resztek siana, co i rusz popatrując nerwowo na chlebodawcę. To milczenie nie wróżyło niczego dobrego. Zazwyczaj gospodarz wracał z targu wesół, podchmielony, podśpiewując sprośne piosenki. Teraz siedział na koźle posępny niczym puszczyk o północy i nieznośnie trzeźwy. Nie odzywał się, ale to jego milczenie wystarczało za tysiąc słów. Parobek rozumiał doskonale: jest źle. Nawet bardzo źle.

Gdy tylko dojechali, Znajda zeskoczył z wozu, zaczął gorliwie krzątać się koło zwierzyny. Gospodarz zaś ani mruknął, tylko poszurał do domostwa. Drzwi skrzypnęły równie ponuro, jak ponura była mina człeka, który je pchnął.

Znajda już prawie obrobił się z robotą, gdy nadszedł gospodarski syn.

– Wołają cię – rzucił krótko, machnąwszy głową w kierunku domu. Na twarzy zamigotał mu złośliwy uśmieszek.

Parobek podreptał śpiesznie we wskazanym kierunku. Przygładził dłonią rozczapierzone włosy, wszedł do izby. Stanął przed stołem z pokornie pochyloną głową.

– Miałeś nie leźć w oczy żołnierzom! – padło bez wstępów. – Rzekałem ci, cobyś miał baczenie! Głuchyś? Czy ino głupi?

– Starałem się… – bąknął Znajda pokornie, ale potwierdziło się tylko, co przypuszczał już wcześniej. Jest źle. I chyba niezbyt da się temu zaradzić.

– Kielik muzykantów i już rozum traci! Jak ten słup solny stoi na samym środku, wielmoża, żołnierzy trąca i nawet nie przeprosi! Chceszże ty… – gospodarz przygiął się nad stołem, niczym żmija gotowa atakować – by tu do nas ciemną nocą przyszli? Inwentarz zabrali, chaty popalili i buntownikami nazwali? Tak chceszże się za łaskawy chleb odwdzięczyć?

Parobek spuścił głowę. Nie odzywał się.

– Hardyś – mruknął mężczyzna, prostując się z wolna. – Za hardy na moje panowanie.

Znajda poderwał się wnet, dopadł stołu.

– Darujcie mnie to, gospodarzu! – Przychylił się tamtemu do rąk, gotów całować w pokorze. – Raz mnie się zdarzyło, raz jeden, więcej nie powtórzy! A tak… Gdzież ja się podzieję?

– Nie jestem ci nieżyczliwym – gospodarz cofnął dłonie, splótł na kolanach pod stołem. – Jeno odpowiedzialność na mnie spoczywa. Za nas wszystkich tutaj. – Odwrócił głowę ku oknu. Zmierzch ścielił się po polach, żaby rechotały w stawie. – Przemyśliwuję cię oddać tam, gdzie się lepiej przysłużysz.

Parobek wyprostował się z wolna. Nie odezwał się, patrzył tylko bystro staremu w pobrużdżoną twarz.

– I tak długo tu miejsca nie zagrzejesz, żołnierze położą na tobie łapy ani się obejrzysz. Odzieją w mundur, broń dodadzą i każą takich jak my, maluczkich, udręczać. A nie, to kula w łeb.

Znajda milczał posępnie.

– Oddam cię Hrabiemu. Nadasz się mu, oj, nadasz. Wszak i on potrzebuje takich jak ty niedorostków do posługi dla ludzi i koni. A i jużci będzie wiedział, jak się hardym młokosem zająć.

– Hrabiemu?… – Znajda uniósł pytająco brwi.

Gospodarz wstał. Podszedł do okna, wyjrzał na zewnątrz: pusto, upewnił się. Stare drewniane okiennice zaskrzypiały przeraźliwie, gdy zamykał je na haczyk.

– Ano Hrabiemu. Dla ciebie nie ma znaczenia, kto on i co robi. Będziesz mu służył w zamian za dach nad głową i strawę, jako mnie.

– A… – Parobek przełknął ślinę w nagle zaschniętych ustach, pomilczał chwilę, wreszcie ośmielił się dokończyć: – A… Vialt?

Tamten przymknął oczy.

– Daruję cię koniem – rzekł głucho. – Kto wie, może i kiedyś zbrojnym ostaniesz. Kto wie.

Musi się bardzo bać, przemknęło przez głowę pokornie skulonemu Znajdzie. Odda konia i wszystko, byle tylko mnie się stąd pozbyć.

– Stokrotnie dziękuję, panie gospodarzu! – Skłonił się w pas. – Obym się kiedyś zdołał wywdzięczyć…

– Służ dobrze Hrabiemu. Wystarczy.

Parobek skłonił się ponownie.

Milczeli obaj, przeżuwając myśli. Zmrok kładł się cieniami po izbie, muchy bzyczały nad kuchnią, wirowały w swych niezrozumiałych tanecznych figurach.

– Możesz wyjść – odezwał się wreszcie gospodarz. – Zajdź z rana do kuchni, Pegla wyszykuje ci koszyk na drogę. Nie trza, by Hrabia pomyślał, że cię z gołym zadkiem przysyłam… – Machnął ręką, jakby odganiał jedną z tych natrętnych much. – No, idź!

– Dziękuję, gospodarzu – wyszeptał Znajda jeszcze raz, odwrócił się i ruszył po skrzypiących deskach podłogi.

Wyjście do sieni zdawało się majaczyć w oddali, stawiał krok za krokiem, ale nie był ani odrobinę bliżej. Wyrzucają go stąd, ledwo co przygarnęli, podleczyli, a już wyrzucają. Nie liczył, że znajdzie tu swój dom na zawsze, aż tak głupi nie był, ileż można trzymać znajdę. Ale miał nadzieję, że jeśli będzie pożyteczny, zabawi tu dłużej, rok, może dwa…

Widać nie był wystarczająco dobry, by ktoś go zechciał chcieć.

Dotarł wreszcie do drzwi. Skrzypnęły, wypuszczając go na świeże wieczorne powietrze. Odetchnął głęboko, rozejrzał się wokół po kamienistym, otoczonym prowizorycznym płotem podwórzu. Jeszcze tu wrócę, pomyślał z drżeniem. Wrócę i… podziękuję.

Powędrował do stajni, przytulił się do konia.

– Zajmę się tobą, Vialt – obiecywał, nie będąc ani trochę pewnym, że zdoła dotrzymać rzucanych śpiesznie słów. – Damy radę, razem, zobaczysz. Damy radę. Tylko nie zrzucaj mnie, dobrze? Bo jak ten cały Hrabia zobaczy, że obaj jesteśmy do niczego…

Koń stał grzecznie i pozwalał się głaskać, podrzucając tylko głową od czasu do czasu. Jakby rozumiał, że oto dostają ostatnią szansę.

***

Więzień przebudził się.

O ile można było nazwać przebudzeniem powrót do tego upiornego zawieszenia między rzeczywistością a koszmarnym snem, kiedy koszmar rzeczywistości jest bardziej dotkliwy niż ścigające w nieprzytomności snu demony. Gnali jego tropem zajadli, nieprzejednani wrogowie. Pełzł wśród skał, przejście zawężało się coraz bardziej, szczelina, w którą próbował się wciskać, zdawała się nie mieć końca – i oby go nie miała, byle naprzód, dalej od prześladowców; wokół z hukiem rozrywały się granaty, sypały odłamki skał, szczelina wabiła, obiecywała schronienie, ale jednocześnie zaciskała się nieustępliwie. Uwięźnie w niej, uwięźnie w końcu, a pocisk z fosforem rozpryśnie się wokół i zacznie palić go żywcem…

Chluśnięcie wody. Wzdrygnął się. Woda nie działa na fosfor, nie wiecie?!

Ponowne chluśnięcie przebudziło go, przywołało do rzeczywistości – a raczej przerzuciło z jednego koszmaru w drugi.

Rozmazane twarze nieprzyjaciół pochylały się nad nim w szyderczych uśmiechach. Zacisnął zęby, powstrzymując bezradny krzyk.

Czasy, kiedy wywrzaskiwał dumne i chmurne hasła prosto w ich powykrzywiane pyski, minęły szybciej, niż kiedykolwiek mógł się spodziewać. W ciemnościach lochu czas biegł dziwnym, pokoślawionym torem, nie dbając już o przywdziewanie masek dnia i nocy. Może więc to były godziny, a może tygodnie, kiedy jego sztandarowe: „Niech żyje Farja!” zastępowało żenujące, coraz słabsze skamlenie. I tylko z jednym wciąż jeszcze walczył: by ten skowyt nie został zwerbalizowany, by nie zacząć wprost i bez osłonek błagać o litość.

A wiedział, że jest tego bliski.

3

Generał Malik książę Leewe mrużył oczy.

Słońce ledwie wstało, a już zdążyło rozprażyć okoliczne skały, rozmazać kontury budynków bazy w falującym powietrzu. Zapowiadał się kolejny nieznośnie upalny dzień.

Malik zaklął pod nosem, zawrócił do pokoju. Po raz setny podziękował Stwórcy, że nie musi smażyć się w drewnianych barakach razem ze zwykłymi żołnierzami; że wysokie urodzenie i świeżo otrzymany patent generalski pozwalają mu korzystać z luksusu przebywania w chłodzie kamiennych ścian.

Pochwycił pozostawione na stoliku okulary przeciwsłoneczne: kolejny imponujący produkt Obcych. Szerokie, wyściełane pianką oprawki zatrzymywały wszechobecny pył i kurz, a twarda lustrzana powłoka była – ponoć – odłamkoodporna. Malik nie miał najmniejszej ochoty sprawdzać, jak to faktycznie jest z tą odpornością, pocieszał się jedynie, że skoro cena produktu była dość wygórowana, to i jego jakość powinna być wysoka. Chociaż tu też nie mogło być żadnej pewności. Tom, wysłannik Obcych, wspominał niejednokrotnie, że w jego świecie powyższe wartości niekoniecznie są ze sobą powiązane. Farjańczycy protestowali wtedy z oburzeniem: dobre kosztuje, tak zawsze było, jest i skoro tak powinno być, to i zarazem tak być musi! Tom machał wtedy ręką, odpuszczał i tylko prosił, by sprawdzać, czy na produkcie nie ma znaków pisma Obcych: „MADE IN CHINA”. Jeżeliby były, do nabytego przedmiotu należałoby podchodzić ze szczególną nieufnością.

Okulary miały niegroźne „MADE IN EU”, na dodatek, póki co, sprawowały się całkiem przyzwoicie. Malik założył je, przeszedł kilka kroków pociemniałym korytarzem, dotarł do sieni. Zatrzymał się jeszcze na chwilę przed drzwiami wyjściowymi, przygotowując na uderzenie ściany gorąca. Wreszcie pchnął ciężkie, masywne skrzydło, niechybnie pamiętające jeszcze czasy Szamara Osiemnastego, i wyszedł na zewnątrz.

Otrzymał zaszczytne zadanie modernizacji garnizonu i dostosowania go do potrzeb nowego rodzaju wojsk, co w praktyce oznaczało zbudowanie bazy niemalże od podstaw. Stare kamienno-ceglane budynki nadawały się najwyżej na sztab i Centrum Operacji Taktycznych, zwane TOC-kiem, od Obcego zwrotu „TOC”, czyli „Tactical Operations Centre”. Młody generał wziął się rzetelnie do roboty: nowe zabudowania powstawały w imponującym tempie, ale wciąż było ich mało.

Na obrzeżach bazy rozstawili namioty, otoczyli je pierścieniem HESCO-bastionów. To całe HESCO to był całkiem pożyteczny wynalazek Obcych, Malik nie mógł się go nachwalić. Druciane siatki, otulone grubym materiałem, tworzyły wielkie prostokątne kosze. Wystarczyło taki kosz wypełnić ziemią, połączyć w szereg z kolejnymi i konstrukcja była praktycznie nie do ruszenia.

Tak czy inaczej, budowa wymagała czasu. A Izzat siedział w stolicy jak na rozżarzonych węglach i żądał meldunków o postępie prac – codziennie, a czasem nawet kilka razy dziennie. Malik serdecznie kochał kuzyna, ale teraz klął na niego pod nosem do żywego. Najwyraźniej następcy tronu wydawało się, że to takie proste – ot, poprzestawiać trochę klocków i mamy nową bazę! A tymczasem świeżo mianowany generał co i rusz napotykał nowe problemy, kompletnie niezwiązane z honorowym dowodzeniem w boju.

Generatory dostarczające elektryczności nawalały codziennie, a ponieważ nikt nie przewidział aż takiego zapotrzebowania na części zamienne, wieczory przy świeczce były standardem. Z braku prądu zepsuła się żywność przywieziona w chłodniach i wojsko musiało przejść na suche racje. Butelkowana woda skończyła się dwa razy szybciej, niż zakładano, konwoje dostawcze myliły drogę i trzeba się była zadowalać śmierdzącą cieczą z okolicznych studni. Ale gdybyż to był koniec problemów!

Koparki do wypełniania HESCO nawalały co chwila, serwisantów było niewielu, ponieważ musieli być wyszkoleni przez Obcych. Trzeba ich było ściągać z najodleglejszych stron kraju. To z kolei powodowało przestoje w pracy i zabierało cenny czas. Ziemię z okolicy wybrano do cna, trzeba było jeździć po nią coraz dalej. Robotnicy żądali obstawy, na wypadek gdyby Wysokim przyszło do głowy zorganizować zuchwały napad na koparkę. Gdy im odmówiono, sabotowali pracę, symulując różnorakie choroby. Kiedy tylko Malik ugiął się i przydzielił im patrole, od razu wzburzyli się żołnierze. Mieli wojować z Góralami, a nie ryć w ziemi – wystawiało to przecież na szwank ich honor wojowników! Musiał więc im naobiecywać szereg wysokich odznaczeń plus dodatek do żołdu za trudne warunki pracy. Wysłał zatem do Wysokiej Rady stosowny projekt i czerwieniał na myśl o szyderczych uśmiechach, z jakimi zapewne komentowali ten pomysł. Pierwszy order generała Malika księcia Leewe z kampanii smoka: Odznaka Honorowego Kopacza!

Według planu budynki mieszkalne miały być lekkimi drewnianymi konstrukcjami. Dostawca desek okazał się jednak nierzetelny, przywiózł jedną trzecią zakontraktowanego towaru, zażądał wyższej ceny za resztę, a kiedy nie dostał tyle, ile chciał, zerwał kontrakt. Malik zeźlił się, kazał go zakuć w kajdany i odesłał do stolicy celem dokończenia pertraktacji. Tam zajęli się nim fachowcy księcia Kanuna, ministra spraw wewnętrznych, i dość szybko uzyskali szczere przeprosiny, tudzież wyrazy serdecznego ubolewania z powodu takiego obrotu spraw. Drewna od tego jednak nie przybyło, okazało się bowiem, że dostawca znacznie zawyżył ilość posiadanych zasobów. Wygrał przetarg, nie troszcząc się o skutki tak krótkowzrocznej polityki. Dostawcy, którzy nie mieli szczęścia otrzymać rządowego zamówienia, zdążyli już zakontraktować swoje zapasy gdzie indziej. Desek aktualnie nie było na rynku. Generał pozostał z niczym, a kiedy następca tronu zadał kolejne ze swoich idiotycznych pytań, Malik wysłał robotników po odpadki z drewna, zbudował szałas wielkości psiej budy, zrobił mu zdjęcie i wysłał je Izzatowi, meldując, że kwatera Jego Wysokości gotowa. Ten, jak na złość, zachwycił się nowym lokum i zainstalowałby się w nim natychmiast, gdyby mu tego surowo nie zabronili ojciec ze stryjem Mokamem. Królewicz miał dołączyć do kuzyna dopiero wtedy, gdy baza osiągnie pełną gotowość operacyjną. Izzat, wściekły, został w domu i dalej zadręczał niecierpliwością swojego kuzyna.

Malik westchnął ciężko, otarł pot z czoła. Ruszył ku prowizorycznym budkom kantyny. Tuż za węgłem niemalże wpadł na pułkownika Spina. Wojak zasalutował i wykrzywił się lekko, co w jego wydaniu oznaczało szczery, szeroki uśmiech.

– Może jakiś mały wypad po górach? – zaproponował z nadzieją w głosie. – Chłopaki się nudzą…

Malik przygryzł wargi. Bardzo, ale to bardzo chciałby, żeby się wreszcie zaczęło dziać coś choć odrobinę bardziej interesującego niż kopanie latryn i budowa stołówki. Ale zaczepianie Wysokich przed osiągnięciem choćby wstępnej gotowości operacyjnej byłoby szczytem głupoty. Spojrzał wymownie na pułkownika i pokręcił głową.

– Oczywiście, panie generale – odparł tamten gładko, jak gdyby nigdy nic. – Przeprowadzimy ćwiczenia w bazie. Dziś będziemy symulować podejmowanie rannego z placu boju. – Zasalutował służbiście i odmaszerował między namioty swoich ludzi.

Generał skrzywił się odruchowo, słowa pułkownika uruchomiły ciąg skojarzeń: ranny, mam za mało medyków, nie dotarły leki, i przypomniały mu o kolejnych kłopotach. Westchnął ciężko, wszedł po kamiennych schodkach do swojego prowizorycznego biura. Wezwał do siebie komendanta bazy i zagłębił się wraz z nim w rozwiązywanie dziesiątków prozaicznych problemów.

Kiedy zadzwonił Izzat ze swoim odwiecznym: „Jak długo jeszcze?”, Malik był już bliski królobójstwa. Na razie w wyobraźni, ale kto wie, jak to się skończy naprawdę.

***

Black hawk kręcił z wolna śmigłem, plując z dysz strumieniami rozżarzonego powietrza.

Izzat przełknął ślinę. To już?

Zerknął na postępującego w ślad za nim Amniata, kuzyn słał dumne uśmiechy do Zelgii, która machała dłonią jak szalona, żegnając swojego bohatera. Tuż obok niej stali Angur z Nafasą, Izzat odwrócił się więc natychmiast do śmigłowców. Cały poprzedni wieczór spędził na nerwowych rozważaniach, czyby nie pójść do Nafasy i zapytać wprost: „Zostaniesz moją żoną, księżniczko, jeśli wrócę zwycięsko?”.

Ale w końcu zdecydował, że nie pójdzie. Będzie miał czas na zadawanie takich pytań, kiedy już rzeczywiście wróci zwycięsko… A jeśli okaże się, że Nafasa nie czekała, cóż… Nie potrzeba mu tak niewiernej i płochej królowej!

Królewicz poprawił pas z oporządzeniem, zacisnął dłonie na karabinie. Zerknął w bok. Król polecał oddziały opiece Jedynego, żołnierze prężyli się w szeregach.

Obaj książęta sfrontowali do władcy, skinęli głowami krótko, po żołniersku. Ten odpowiedział salutem.

– Niech żyje Farja! – zagrzmiało niczym grom, setki gardeł powtórzyły ten okrzyk: – Niech żyje! Niech żyje!

Izzat i Amniat zwrócili się z powrotem do śmigłowca. Baad, który przecież wylatał był już z nimi dobre setki godzin i niejednokrotnie pozwalał sobie na uszczypliwe poufałości, tym razem zachowywał się inaczej: odświętny, poważny, wręcz napuszony, salutował służbiście. To zaszczyt gościć Wasze Wysokości na pokładzie!

Książęta szli w świeżuteńkich, wyprasowanych pustynnych mundurach. Kamizelki, hełmy i broń lśniły nowością. Z tyłu za black hawkiem cztery groźne apache’e wyszczerzały zbrojne szeregi rakiet.

Nadzieja Farji wyruszała na wojnę.

Następca tronu wskoczył do śmigłowca, zajął swoje miejsce, zapiął pasy. Wymienił spojrzenia z zasiadającym tuż obok Amniatem. Serca kuzynów łomotały ożywieniem. To już?

Gwardziści wspięli się na pokład błyskawicznie, pozajmowali stanowiska.

– Niech żyje Jego Wysokość królewicz Izzat Szamar, Wschodzące Słońce Farji! – wiwatował tłum. – Niech żyje Jego Wysokość książę Amniat Szamar! Niech żyją!

Śmigłowiec poderwał się z ziemi lekko, delikatnie. Zawisł w powietrzu na kilku metrach. Izzat wychylił się nieco, spojrzał w dół. Ojciec stał z ręką wciąż uniesioną w salucie. Książę odsalutował więc, a tłum na placu zahuczał wiwatami na jego cześć.

Black hawk poderwał się, błyskawicznie nabierając prędkości. Apache’e pomknęły w ślad za nim. Udekorowany odświętnie zamek, wyprostowany dumnie król i wiwatujący tłum zmalały, zniknęły w oddali.

Izzat z Amniatem wyglądali na zewnątrz, skupieni, milczący. Stalowa ważka sunęła do przodu, domy, pola, łąki i pastwiska uciekały żołnierzom spod stóp.

Lecieli wprost w wyszczerzoną, posiniałą paszczę nieubłaganych gór.

***

Baza w Regana Mzakka pachniała starością. Od dawien dawna królowie z linii Smoka zbierali tu swe wojska przed kolejną z kampanii przeciw Wysokim. Najstarsze budynki pamiętały ponoć Szamara Trzynastego, który dociągnął granice Farji do tego pustynnego miejsca, by potem wdać się w wieloletnią przepychankę z Wysokimi, zakończoną niejednoznacznym zwycięstwem pod Baaz Tsuka, Sokolim Szczytem. Niejednoznacznym, albowiem obie strony uznawały bitwę za wygraną, choć przecież miasto nie zostało zdobyte. Od tamtej pory każdy tolwak Wysokich był tradycyjnie uznawany przez Farjan za lennika – krnąbrnego, ociągającego się z podatkami, których w rzeczywistości nigdy nie płacił, ale jednak lennika. Z kolei Wysocy sławili Musafira Pierwszego jako tego z tolwaków, który wywalczył im niepodległość. Niestety okoliczne narody, bacznie zważając na utrzymywanie dobrych stosunków z Koroną Smoka, uparły się uważać ich za lenników Farjan i Wysocy nie zdołali ustanowić oficjalnego przedstawicielstwa ni ambasady na żadnym z królewskich dworów. Obie strony konfliktu regularnie brały się za łby celem ostatecznego rozwiania wszelkich wątpliwości, jednak wynik pozostawał ten sam od wieków. I właśnie młody następca tronu miał go zmienić – lub zginąć wraz z całym krajem.

Izzat przechadzał się po bazie z nieodstępnym Malikiem u boku. Wyszli ze starego kamiennego budynku komendy, jak dawniej nazywano sztab, obecnie przemienionego na część mieszkalną dla głównodowodzącego i jego najbliższych współpracowników. Przeszli do ceglanej stołówki. Tom upierał się nazywać ją difakiem, od dining facility, to słowo jednak się nie przyjęło. Owszem, odkąd przybyli Obcy, mowa Farjan aż zaroiła się od nowych słów. Słychać je było zwłaszcza u żołnierzy, szkolonych nowymi metodami i na nowym sprzęcie przez instruktorów Obcych. Bardzo często nawet stare dobre zwroty wyparte zostały przez nowe wyrażenia, ewidentnie uznawane za bardziej cywilizowane, a przez to i bardziej prestiżowe. Ale pewne słowa, jak wspomniany difac, nie przyjmowały się w ogóle i nikt nie potrafił powiedzieć dlaczego. Niektóre słowa zostawały, inne odchodziły i nawet Obcy nie mieli pojęcia, gdzie i kiedy pozostawią swój wymowny ślad.

Stołówka, dla odmiany, pachniała nowością. Malik zrobił, co mógł, by dostosować archaiczne pomieszczenia do nowych standardów, i wynik był bardziej niż zadowalający. Izzat tylko klepał kuzyna po ramieniu, oglądając odnowione ściany, i tamten już wiedział, że jest dobrze. A kiedy podeszli z tacą do punktu wydawania posiłków i dostali ulubiony przysmak ich obu: zapiekane ośmiorniczki prosto z Garam Mosum – twarze pojaśniały im od szerokich uśmiechów. Może jednak na tej wojnie nie będzie tak strasznie?

Zjedli i ruszyli na dalszy obchód bazy. Minęli korpulentny budynek sztabu, z nigdy niezasypiającymi oknami TOC-u, przeszli dalej, na jego tyły.

Tu zaczynało się królestwo żołnierzy. W labiryncie HESCO-bastionów usadowiły się trzydziestoosobowe namioty.

– Doskonała robota – orzekł Izzat, ocierając pot, który już zdążył zrosić mu czoło. – To całe HESCO… W razie ataku jesteśmy nie do wzięcia.

– Nikt nigdy nie atakował Regana Mzakka – uśmiechnął się przyjaciel. – Ale pamiętam dobrze, co mówił Tom. Hoping for best, but expecting the worst.

– Facet przeżył niejedną wojnę – zgodził się machinalnie Izzat, rozglądając się dookoła. – Dobrze… Łazienki mają niemal co krok, to dobrze. Nie grozi nam epidemia. Skąd bierzemy wodę?

– Mamy trzy własne źródła, o, tam – machnął ręką Malik w kierunku budynku, którego strzegli czterej żołnierze. Podeszli do nich, natychmiast natykając się na groźne spojrzenia i uniesioną broń.

– Stój, kto idzie? – zapytał sierżant dowodzący wartą.

– Głównodowodzący Izzat Szamar. – Królewicz wyciągnął identyfikator, pokazał.

Spodobało mu się to, bardzo. Nareszcie ktoś nie tylko nie zanurkował w ukłonie na sam jego widok, ale jeszcze zażądał dowodu tożsamości. Wojna jednak jest super.

– Generał książę Leewe – przyjaciel poszedł błyskawicznie w jego ślady. – Pokazuję Jego Wysokości efekty rozbudowy bazy.

– Oczywiście, Wasze Wysokości – dowódca zasalutował odruchowo, po czym zapewne przypomniał sobie ostatnie wytyczne pułkownika Askara, że na wojnie się nie salutuje, i natychmiast opuścił rękę. – Życzycie sobie…?

– Nie będziemy wchodzić do środka – zadecydował Izzat. – Następnym razem. Chodź, Malik, pokażesz mi obwarowania!

– Tajest – rzucił generał służbiście na użytek warty. – Tędy, Wasza Wysokość!

Przeszli parę kroków, śmiertelnie poważni, skręcili za kolejne HESCO. Dopiero wtedy pozwolili sobie na wybuch radosnego śmiechu.

– Jak rany, wylegitymował mnie! – Królewicz przewrócił oczami. – Widziałeś?

– No, to tylko dobrze o nim świadczy.

– Jak najlepiej, stary, jak najlepiej!

– Ale wiesz, moim zdaniem odwalili pokazówkę. Ściemnimy królewiątku, że nikt go tutaj nie poznaje i musi się legitymować jak każdy. A co. Niech się dziecko cieszy.

– Tobie też robili takie numery?

– Tak, na samym początku. Potem im się znudziło. No i mieliśmy w cholerę roboty, nikomu się nie chciało zajmować pierdołami.

Izzat przystanął, poprawił broń.

– Dobra, chłopie, prowadź do bramy!

– Rozkaz, Wasza Wysokość!

Malik powiódł przez labirynt HESCO, szybko i pewnie. Dotarli do szerokiej szutrowej drogi, na której panował wściekły ruch. Strykery, MRAP-y i hummery mijały się na niej z zawrotnymi – jak na nie – prędkościami.

Izzat uśmiechnął się znów, szeroko, z całego serca. To całe zamieszanie to była wschodząca potęga Farji: nowoczesnej, uzbrojonej, z dumą patrzącej w przyszłość.

Tylko że cała ta przyszłość zależała od Obcych, zmarszczyła mu czoło smutna refleksja. Żadna z maszyn nie została wyprodukowana tu, na miejscu, wszystkie przybyły z tajemniczej, odległej Ziemi.

I co z tego, że Obcy sami nie wynaleźli Strumienia Gwiazd, ale ponoć odkryli go tylko, jakby od zawsze czekał na nich niezbadanym wyrokiem Jedynego, splatającego ze sobą dwa równoległe światy. Za to wynaleźli mnóstwo innych ciekawych i pożytecznych rzeczy. Teraz trzeba jak najszybciej przejąć ich technologię, pootwierać własne kopalnie i fabryki…

Niestety przybysze z gwiazd wcale nie są tacy chętni do dzielenia się swoimi sekretami. Owszem, chętnie sprzedają wytwory swych rąk i umysłów, wymieniają je na czars. Ale do ujawniania, jak co się robi, podchodzą z ogromną ostrożnością. Niekiedy pozwalają ludziom z Dżahanu dokonywać podstawowych napraw zakupionego sprzętu. Jednakże wszelkie co bardziej skomplikowane procesy przeprowadzane mogą być wyłącznie w autoryzowanych warsztatach Obcych, zatrudniających fachowy ziemski personel. Tom, przyciskany do muru, miewa nawet czelność powiedzieć królowi Szamarowi prosto w twarz, że Farjanie nie do wszystkiego jeszcze dorośli i że nie daje się dziecku brzytwy do ręki, by się nią pobawiło.

Królewicz zacisnął pięści, przez twarz przebiegł mu gniewny grymas. Za jego rządów Farjanie dorosną, nawet się nie spodziewają jak szybko. Będą zapieprzać, aż się tylko kurz podniesie. Ale dorosną. Będą musieli!

– Coś nie tak? – zaniepokoił się Malik, ze zdziwieniem obserwując wyraz twarzy kuzyna. Spodziewał się peanów pochwalnych, a ten mu marszczy brwi. – O co ci chodzi?

– A nie, nic. – Izzat oderwał się od własnych rozważań, rozejrzał szybko dookoła. – Zamyśliłem się troszkę.

– Nigdy cię nie zrozumiem! Taka piękna, nowoczesna armia zapiernicza po bazie ufortyfikowanej nad podziw, aż serce rośnie, a ty się zamyślasz na niewesoło. Musisz być dziedzicznie obciążony!

– Bo jestem. Patrz, jakie to wszystko ładne, piękne… Jak te szklane paciorki, które sprzedajemy dzikusom z pustyni Reik. – Urwał, wykrzywił wargi. – I na podstawie tej prostej analogii nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Obcy po prostu wciskają nam swój złom.

– Masz talent do komplikowania spraw! – Malik westchnął, pokręcił głową. – Rozumiem twoją bolączkę. Ale Obcym nie podskoczysz, taka jest rzeczywistość i nie masz innego wyjścia, jak się z nią pogodzić.

– Do czasu – Izzat zacisnął zęby. – Zobaczysz. Do czasu. Dogonimy ich, choćbyśmy mieli gnać do utraty tchu!

– Obawiam się, że będziesz cholernie wymagającym królem – rzucił Malik bez swojego zwykłego uśmiechu i odwrócił głowę.

– Przyjdzie czas, zobaczysz. Kiedyś nawet wystrzelimy własnego satelitę.

– Aha. Chyba z procy.

Zamilkli obaj. Przypatrywali się strażnikom na bramie uwijającym się przy pojazdach. Pierwsza, druga linia kontroli, slalom pomiędzy betonowymi przeszkodami, a potem jeszcze jeden punkt sprawdzenia. Generał Malik niewątpliwie zadbał o bezpieczeństwo.

Królewicz Szamar spojrzał na zegarek.

– Dobra, wracajmy. Za piętnaście minut odprawa, mamy kupę spraw do omówienia.

– Nie mogę się doczekać – powiedział Malik dość dziwnym tonem, Izzat nie był w stanie rozgryźć, czy kuzyn się cieszy, czy wręcz przeciwnie. Na wszelki wypadek postanowił więc go pochwalić.

– No ale bazę mamy zrobioną rewelacyjnie. Czy Tom wyrażał już swój zachwyt? O ile się nie mylę, co chwila konsultowałeś z nim kwestie rozbudowy bazy. Powinien się cieszyć, że ma tak zdolnego ucznia!

Malik, zgodnie z oczekiwaniami, rozpromienił się natychmiast.

– Oj wiesz, on jest raczej oszczędny w pochwałach. Ale powiedział: „No, może być”…

– To znaczy, że jest rewelacyjnie! – Izzat wyciągnął rękę ostentacyjnie oficjalnym gestem. – Najszczersze gratulacje, panie generale!

– Dostanę medal? – Malik ujął oburącz dłoń kuzyna i zaczął nią potrząsać z gigantyczną wręcz żarliwością. – Wasza Wysokość?!

– Nawet dwa. – Izzat spróbował uwolnić rękę, bezskutecznie. – Tylko sobie wymyśl, jakie mają być.

– Honorowego Kopacza już mam. Żołnierze nie chcieli przyjmować tego syfu, póki sam nie zacząłem wyrażać ogromnej radości z powodu odznaczenia i demonstracyjnie nosić go na piersi dzień i noc. – Malik puścił wreszcie rękę królewicza, ten wycofał ją zaraz i przybliżył do oczu, jakby już spodziewając się siniaków.

– Hm, wygląda na całą, twoje szczęście. Wiesz, sam bym chętnie sobie przypiął, zaraz, jak ten Kopacz nazywa się oficjalnie, aha: Opokę Bezpieczeństwa, ale mi się nie należy. Przecież siedziałem na dupie w pałacu i nie kiwnąłem nawet palcem.

– Ale co się nalatałeś, wyciągając od ojca i ministrów kasę na to i owo…

– O tym historia milczy. Taki to niesprawiedliwy los głównodowodzących.

– Wiele jest na tym świecie niesprawiedliwości… – potaknął Malik z pozornie smutną miną, ale Izzat widział, że kuzyn już poweselał.

– Dobra, spadamy. Proszę prowadzić jak najkrótszą drogą, panie generale!

– Tak jest, Wasza Wysokość!

Ruszyli wzdłuż drogi, w tumanach kurzu wzbijanego przez pojazdy. Żołnierze w ich wnętrzach zdawali się nie zwracać na nich żadnej uwagi. Zapewne nie spodziewali się, że te dwie niepozorne figurki w pustynnych mundurach to sam głównodowodzący i jeden z generałów.

Słońce wzbijało się coraz wyżej.

***

Królewicz Izzat Szamar, Wschodzące Słońce Farji, wbiegł po metalowych stopniach MRAP-a. Grubo opancerzony pojazd Obcych powinien – wedle nazwy Mine Resistant Ambush Protected – chronić załogę przed wszelkimi wybuchowymi niespodziankami. Izzat, oczywiście, nie miał najmniejszej ochoty przekonywać się tu i teraz, na ile prawdziwe są zapewnienia dostawców sprzętu, ale i tak doceniał sam fakt znalezienia się w takim pojeździe. Wszak bezsprzecznie oto miał do czynienia z sytuacją, w której wjechanie na minę jest w ogóle brane pod uwagę. W odróżnieniu na przykład od wysprzątanych, ukwieconych, eleganckich ulic stołecznego miasta Sarkari.

Izzat wcisnął się w fotel obok kierowcy, a broń – nowe cudeńko, karabin HK 416 – oparł na kolanach, tak by mógł ją poderwać w każdej chwili i otworzyć ogień.

Nareszcie znalazł się tam, gdzie powinien, w sytuacji, do której od tak dawna tęsknił każdym włóknem mięśniowym, każdym nerwem swojego młodego, kipiącego energią ciała. Brać udział w bitewnej zawierusze, przez pot, krew i łzy dojść do skraju własnych możliwości, wypróbować je, znaleźć własną granicę – i pokonać ją, a przy tym zniszczyć wrogów i ocalić kraj. Czyż może być cokolwiek bardziej godnego króla?

Przywołał z pamięci słowa Onsuriego z Balchu, powtarzając je samym ruchem warg:

Popatrz na miecz królewski, starych ksiąg nie czytaj,
bo bardziej prawdomówne jest ostrze od księgi.
Kiedy się człowiek czuje pewnym w swej sztuce,
idzie wroga spotkać gotowy do walki,
na nic mu przewodnicy, słowa astrologa
czy rady wykładacza snów, rady wróżbity,
idzie tak, jak do bitwy poszedł władca Wschodu.

– Smok Jeden gotów! – rzucił w słuchawki, nawet nie starając się skrywać podekscytowania.

– TOC potwierdza: Smok Jeden gotów! – usłyszał niewesoły głos Malika.

Westchnął lekko. Kuzyn zazdrościł mu wyjazdu i wcale tego nie krył. Któryś z nich musiał jednak zostać w centrum dowodzenia, a Amniat już wprosił się do śmigłowca i teraz sunął gdzieś nad drogą w zabezpieczeniu konwoju.

W głębi duszy Izzat musiał przyznać, że nieuczciwie wykolegował Malika z tego miejsca w MRAP-ie. Pułkownicy nalegali, by Jego Wysokość następca tronu pozostał bezpieczny w bazie i osobiście dowodził operacją z Centrum Operacji Taktycznych. Niewątpliwie mieli rację. Ojciec i stryj Mokam nakazaliby to samo. Miejsce w konwoju, jeżeli już, należeć powinno do Malika. Ale Izzat się uparł. Pojedzie w tym konwoju, pojedzie wśród swoich żołnierzy na wojnę i nikt ani nic na świecie nie zdoła go od tego odwieść!

– SMOK – dostojnie, z namaszczeniem Malik wypowiedział kryptonim rozpoczęcia działań. – Powtarzam: SMOK!

Kierowca MRAP-a wyszczerzył zęby do swojego królewskiego załoganta… i wcisnął pedał gazu.

Zaczęło się!

Szeroko otwartymi oczami Izzat chłonął każdy szczegół. Wojna, nareszcie. Jego własna wojna!

Wozy zakręciły ogromnymi, głęboko bieżnikowanymi kołami, popełzły przez bramę jeden za drugim. Konwój przedefilował przez Regana Mzakka, mijając gliniane, zakurzone domostwa zwane tutaj kalatami. Na podwórkach tłoczyły się czeredy zaciekawionych, brudnych dzieciaków, szybko odwoływanych do środka przez zaniepokojone matki. Oto kolejny król jedzie na wojnę z Wysokimi – i jak zwykle nie wróży im to niczego dobrego.

Wreszcie wydostali się z miasta, podążyli kamienistą drogą wśród poszarzałych pól. Góry pochylające się nad okolicą przypatrywały im się ciekawie.

Izzat rozglądał się bacznie dookoła, zaciskając palce na broni. Czy nawiążą dziś jakiś kontakt ogniowy? Wysocy byli wszak nieprzewidywalni, mogli urządzić zasadzkę w najbardziej niespodziewanym z miejsc. Co prawda rozpoznanie nie meldowało o jakichkolwiek ruchach nieprzyjaciela w okolicy, ale kto wie, może ci dranie potrafią ukryć się na tyle dobrze, by zwieść i bezzałogowe statki powietrzne, skrupulatnie przeczesujące tereny dookoła?

Wtem konwój stanął. Izzat napiął wszystkie zmysły do granic możliwości. Zasadzka?!

– Smok Jeden, tu TOC – odezwał się Malik beznamiętnie. – Jeden z transporterów złapał gumę. Wymienią koło, ale to trochę potrwa. Odbiór!

– Smok Jeden, zrozumiałem – odparł Izzat, czując, jak opada zeń napięcie, a w ślad za nim pojawiają się pierwsze ukłucia rozczarowania. Transporter złapał gumę. A to przygoda! – Odbiór!

– No tak to właśnie jest – mruknął Malik w słuchawkach, Izzat mógł tylko mieć nadzieję, że nie używał częstotliwości ogólnie dostępnej. – Wojna… Tia.

Jeżeli moim pierwszym medalem z kampanii smoka będzie Honorowy Zmieniacz Koła, palnę sobie w łeb! – pomyślał Izzat z przerażeniem, wspominając utyskiwania kuzyna sprzed kilku tygodni. Coś mi dziwnie ta wojna wygląda… Zupełnie nie tego się spodziewałem!

– Smok Jeden życzy sobie rozprostować nogi? – Pułkownik Spin wychylił się z tylnego siedzenia, wydając dłonią rozkazujący gest swoim podwładnym.

Izzat ochoczo skinął głową, po czym wyskoczył z pojazdu. Przeszedł kilka kroków, stanął na poboczu. Spojrzał na góry, podniósł broń. Uśmiechnął się władczo, odwrócił i popatrzył triumfalnie na specjalsów rozstawionych wokoło.

Miny mieli raczej znudzone. Odpowiedzieli uprzejmymi imitacjami uśmiechów, w których kryło się dość widoczne lekceważenie. Ot, królewski dzieciak przyjechał pobawić się wojenkę. Pojedzie w konwoju na najprostszą operację, cordon and search, czyli otoczą i przeszukają jakąś wiochę. Arystokrata posiedzi w uzbrojonym po zęby pojeździe, a potem zaszyje się w bazie i będzie strugał bohatera, wpisując swoje dostojne imię złotymi zgłoskami do honorowych ksiąg. Jak oni wszyscy, jak zwykle.

Izzat przełknął ślinę, odwrócił się ku górom. Uśmiech spełzł mu z twarzy, zastąpiony nieprzyjemnym rumieńcem zażenowania. Loe Sar tuż przed nim zdawał się rosnąć wzwyż i wzwyż, aż następca tronu poczuł się maleńki jak mrówka.

Tych gór nie pokonał nigdy nikt. Każdy Szamar połamał sobie na nich zęby.

– Możecie ruszać – oznajmił Malik.

– Odebrałem, odbiór – potwierdził Izzat, kierując kroki z powrotem do pojazdu. Usiadł na swoim fotelu, wbił wzrok w okno.

Nie zaciskał już palców na broni. Zwisała swobodnie z ramienia. Swobodnie, a nawet trochę smętnie, można by powiedzieć.

Konwój toczył się powoli.

***

Izzat dotarł do celu po dobrych pięciu godzinach. Dolina o granitowych, niemal pionowych ścianach zapełniona była wysiedleńcami, już spakowanymi i gotowymi do drogi.

Wszystko przebiegało gładko i sprawnie. Jedni żołnierze ładowali ludzi na ciężarówki, inni przeszukiwali opuszczone chaty, sprawdzając, czy nikt i nic nie pozostało w środku. Nad głowami krążyły śmigłowce, pilnując porządku.

Izzat przypatrywał się krzątaninie z pełnym aprobaty uśmiechem. Wiedział doskonale, że wszyscy na niego patrzą i że potem będą szeroko komentować jego zachowanie. Więc tak właściwie to jaki jest ten nasz nowy król?

Ano nijaki. Siedzi, uśmiecha się, kiwa ręką.

Mijały godziny.

Wreszcie Izzat nie wytrzymał. Złapał za klamkę, pchnął ciężkie, pancerne drzwi wozu. Dość tej farsy, po prostu dość. Wyjść choćby na chwilę, rozprostować nogi… Nie siedzieć w tym pudle!

Drzwi zastygły w miejscu, unieruchomione silnym ramieniem któregoś z ochroniarzy. Izzat szarpnął gniewnie, ale tamten nadal blokował wyjście, a gdy napotkał rozwścieczone spojrzenie królewicza, tylko pokręcił głową i wskazał na pułkownika.

Izzat odwrócił się do Spina.

– Proszę nie utrudniać, Wasza Wysokość – odezwał się tamten spokojnie. – Wypełniam tylko swoje obowiązki!

– Zdaje się, że jestem tutaj głównodowodzącym – wycedził królewicz. – I to na tyle przytomnym, że wiem, kiedy mogę wyjść z wozu, a kiedy nie!

– Z całym szacunkiem, ale najwyraźniej jednak Wasza Wysokość nie jest całkiem świadom zagrożenia. Wysocy, nawet zachowując się tak spokojnie i niewinnie jak teraz, w mgnieniu oka mogą się zmienić w żądną krwi tłuszczę. A osoba Waszej Wysokości jest dla nich, że się tak wyrażę, łakomym kąskiem.

– W razie czego zdążę wrócić! Na litość Jedynego, nie odejdę dalej niż na parę metrów! A i tak przecież twoi ludzie mnie ochronią!

Spin nagle stracił swój uprzejmy wyraz twarzy.

– Wasza Wysokość sugeruje, że moi chłopcy mają ginąć, bo jeden niedoświadczony smark nabrał ochoty na spacerek w kompletnie nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie?

Izzat otworzył szeroko oczy. Z początku miał ochotę wybuchnąć nieopisanym gniewem i zrugać starego żołnierza, jak tylko władca potrafi. Niech zasraniec zobaczy, jak wygląda królewska złość!

Odwrócił spurpurowiałą twarz ku oknu.

– Ma pan rację, pułkowniku – wykrztusił. – Nie pomyślałem o tym. Przepraszam.

Na twarzy pułkownika pojawiło się zdziwienie. Ewidentnie nie spodziewał się takiego obrotu zdarzeń i szykował na grubszą konfrontację. A tu proszę, nic.

– Dziękuję za zrozumienie, Wasza Wysokość.

– Proszę.

Odwrócili się obaj bez dalszych słów, każdy do okna po swojej stronie. Ewakuacja trwała w najlepsze. Ślamazarnie, ale bez zakłóceń.

– Jak leci? – zapragnął się dowiedzieć Malik. – Mkniesz na czele szarży kawalerii poprzez krwawe pole bitwy?

– Nie dobijaj mnie. Błagam!

– Tylko się odgrywam za te miesiące budowania bazy. Jesteś inteligentnym smoczkiem, na pewno to wiesz.

– Sam chciałeś! Zgłosiłeś się na ochotnika! Generał M., on ci to pierwszy z pierwszych postawił stopę na odległej, wrogiej ziemi!

– Teraz ty ją tam stawiasz. I jak smakują gloria i chwała?

Izzat sapnął tylko z wyraźnym rozdrażnieniem. W słuchawkach rozległ się cichy śmiech.

– A wiesz, tutaj jest nawet ciekawie. Sztabowcy biegają dookoła jak mrówki, którym ktoś kopnął w mrowisko. Zasadniczo nic się nie dzieje, ale oni tak na wszelki wypadek. Stolica dzwoni co chwilę. I posrani są wszyscy równo, bo jakby ci się coś stało…

– Skądś znam ten schemat z dzwoniącą co chwilę stolicą. Nadal się mścisz?

– Niezbadane są ścieżki możnych tego świata… – odparł generał filozoficznie.

Izzat pochwycił karcące spojrzenie pułkownika.

– Dobra, cisza na planie. Smok Dwa zaczyna się wkurwiać, że nie przestrzegamy zasad łączności. W jego profesjonalnym umyśle już dawno ktoś nas namierzył poprzez fale eteru, a teraz przygotowuje ostrzał. I bęc!

– Dziwisz się? Stary powierzył cię jego opiece. Jak ci się coś stanie, zdegraduje go i powiesi. Potem wyrżnie całą jego rodzinę i znajomych, a na koniec rozkaże zabić wszystkich, których imię zaczyna się na literę S.

– Masz nieaktualne dane. Tak postępował Zalim Szamar Dwudziesty. Obecny władca, zgodnie ze swym prywatnym imieniem, jest wzorem łagodności.

– Z tymi władcami to nigdy nie wiadomo. Zawsze im się może odmienić. Tak słyszałem.

– Dobra, jak wrócę, to cię poćwiartuję. Tak dla wprawy, rodzinnie. Ale teraz rozłącz się, bo pewien bardzo niebezpieczny pan naprawdę już mnie morduje wzrokiem. Odbiór!

Pułkownik Spin spoglądał w sposób niepozostawiający cienia wątpliwości, co myśli o swoim aktualnym podopiecznym. Kompromitująca nieodpowiedzialność, tudzież niekompetencja. Pogaduchy w eterze. A potem bęc!

Izzat nałożył na twarz obowiązkowy oficjalny uśmiech i znów przybliżył się ku oknu. Ano, trudno, jak trzeba, to trzeba. Zachowuj się, chłopie, w końcu jesteś tu w pracy!

***

Wrócili do bazy po dwunastu godzinach. Konwój z przesiedleńcami skierował się na południe. Izzata odstawiono do budynku komendy. Już miał wejść pod prysznic, spocony, wymęczony upałem i nudą, gdy przybiegł dyżurny i zgarnął go do TOC-u.

Dzwoniła stolica.

Utkwił w TOC-u na ponad godzinę, przekazując Wysokiej Radzie szczegóły przebiegu spektakularnej akcji zakończonej spodziewanym sukcesem. Trzystu osadników wyruszyło do nowych miejsc zamieszkania. Żadnych kłopotów. Żadnych strat. Doskonale, Wasza Wysokość, doskonale!

Malik i Amniat uzupełniali relację w razie potrzeby, obaj stosownie poważni. Wreszcie ojcowie, stryjowie i inni dostojnicy poczuli się usatysfakcjonowani i rozłączyli się, życząc generałom dalszych sukcesów.

Przyjaciele popatrzyli po sobie posępnie.

– I co, jedziesz jutro na wysiedlanie? – zagaił Amniat. – Ma to sens?

Izzat przeciągnął dłonią po włosach, osypując z nich wszędobylski kurz.

– Sam nie wiem – przyznał szczerze. – Jakieś to jest… No niekoniecznie takie, jak się spodziewałem.

– To może się zamienimy? Co?

– Zgłupiałeś? – zdziwił się Malik. – Miałeś z nas wszystkich najfajniejszą robotę! Hasałeś sobie śmigłowcem nad górami, podczas kiedy Iz smażył się w tym pudle, a ja słuchałem, jak się dziadki sztabowe kłócą o zasady ortografii…

– Nawet mi nie mów! Mój śmigłowiec latał nad drogą wte i wewte. Żadnych kosiaków, zwrotów, górek. Równiutko i prościutko, jak po sznurku, na zadanej wysokości. Tak było ponoć najbezpieczniej. Bzdury, w razie ostrzału stanowiliśmy najlepszy możliwy cel! I nawet nie dali mi usiąść za sterami, siedziałem na trzeciego. Do diabła, myślałem, że zdechnę z nudów, na ćwiczeniach było ciekawiej! Nauczyłem się na pamięć każdego krzaka przy trasie!

– To się tu nawalczymy od jasnej cholery – rzucił Malik smętnie. – Tia…

– Starzy napieprzają, jak to mamy dowodzić, budzić w żołnierzach posłuch i budować sobie autorytet. A jak przychodzi co do czego, traktują nas jak dzieci specjalnej troski i robią obciach przed wszystkimi! – użalił się Izzat. – Jakaś paranoja!

– Dokładnie! – zapalił się Malik. – Jak ja mam sobie budować autorytet? Siedząc w TOC-u i pierdząc w stołek, bo i tak zawsze dowodzi tu Askar? Nie możemy tego tak zostawić, panowie!

Izzat zacisnął pięści.

– Masz rację. Nie możemy spędzić tej wojny w charakterze malowanych lalek. Musimy się jakoś wyrwać spod tej kurateli. Ale jak?

– Wyhamuj, mości kuzynie – wtrącił ponuro Amniat. – Jeżeli zaczniemy lekceważyć zasady bezpieczeństwa i któryś z nas wpadnie, a zwłaszcza ty, możemy przegrać wojnę, zanim ta się na dobre zaczęła. Największa przysługa, jaką możesz wyświadczyć Wysokim, to dać się wziąć do niewoli. A wtedy oni będą dyktować warunki pokoju twojemu staremu w zamian za całość twojego drogocennego królewskiego tyłka.

– No, twój tyłek też jest trochę wart!

Amniat odwrócił wzrok. Popatrzył na ścianę, na której pyszniło się dumnie godło Farji: zielony smok w złotej koronie, rozpościerający skrzydła na krwawoczerwonym polu.

– Wiesz dobrze, że akurat mój stary jest w tej kwestii nieugięty – rzekł cicho. – Poświęci mnie bez chwili wahania, jeśli tylko uzna, że wymaga tego dobro kraju.

– Jak to miło być dopiero trzecim w kolejce – podsumował Malik. – Jestem sobie zwykłym księciem, mam sympatycznych wujów, którym zostawiam na głowie cały ten cyrk związany z zarządzaniem włościami, a sam idę balować. Normalnie żyć nie umierać! To jest to!

Obaj książęta odwrócili się do niego jednocześnie, jak na komendę.

– Nie wkurwiaj nas!

Roześmiał się i pokazał im język w odpowiedzi.

– A ja i tak coś z tym zrobię – uparł się Izzat. – Nie spędzę całej tej wojny w bazie. Co to, to nie!

– W pięć minut po pierwszej próbie wylądujesz u ojca na dywaniku – przestrzegł Amniat. – Tyle wyjdzie z twojego „co to, to nie”.

– Tchórzysz? – zaczepił go Malik z wyzwaniem w głosie. – Boisz się, co to będzie, jak się na ciebie tata ze stryjkiem pogniewają?

– Nie. Po prostu myślę. Rozsądnie!

– Uhm, jasne. Jak się ktoś nazywa „bezpieczeństwo”, nie może myśleć inaczej – dociął mu rozdrażniony Izzat. – Tylko ugodowo!

– Odczep się. Jak się ktoś nazywa „honor”, dobrze by było, by myślał nie tylko o swoim osobistym honorze, ale i zaposiadał ciut szersze horyzonty – odgryzł się kuzyn bez pardonu. – Co ty na to?

Teraz z kolei Izzat odwrócił twarz ku ścianie. Złość i rozżalenie wzbierały w nim coraz silniej i domagały się ujścia. Amniat miał rację, cholera, miał stuprocentową rację, nie należało nawet myśleć o sprzeciwianiu się Ich Wysokościom. Ale wszystko w królewiczu krzyczało, że nie może, nie powinien się na to zgodzić. Wreszcie znalazł się na tej wymarzonej wojnie – i co? Miałby ją tak upokarzająco spędzać dosłownie na niczym?

– Panowie, wyluzujmy – sapnął Malik. – To dopiero początek. Może jeszcze coś się zmieni na naszą korzyść i zacznie się grubsza rozróba, w której będziemy mogli wziąć udział. Czas pokaże. Bo faktycznie, Izzat, co ty chciałbyś teraz robić? Własnymi rękami wyrzucać z domów te kobiety i dzieci?

– Nie – odezwał się następca tronu lekko schrypniętym głosem. – Jasne, że nie!

– Na pewno nie przysporzyłoby to żadnemu z nas bojowej chwały – westchnął Amniat, również starając się opanować poirytowany ton. – Trzeba czekać. Nie ma innego wyjścia.

– Ano właśnie – podsumował Malik, wstając. – Nie wiem jak wy, ale ja bym się poszedł napić, a przede wszystkim wykąpać. W tym cholernym klimacie wszystko się do mnie lepi.

– Racja, racja – przyznał Izzat. – To co, spotykamy się u mnie na piwku za godzinkę?

Obaj wytrzeszczyli oczy.

– Na jakim piwku, żartujesz? Przecież obowiązuje prohibicja!

Uśmiechnął się triumfalnie.

– Nie mogę być tak stuprocentowo grzecznym chłopcem! Przemyciłem to i owo.

– Mnie stary wszystko pozabierał – bąknął Amniat, rozkładając ręce w geście bezradności. – Sprawdził, drań, bagaże tuż przed wylotem!

– A ja już dawno wypiłem, co miałem – wyznał Malik. – Chłopaki coś kombinują z okolicznych rynków, ale musiałbym zagadać z Askarem, żeby do nich dotrzeć. Cholera, boję się go.

– Zasadniczy jest jak diabli – potwierdził Izzat. – Poza tym jestem dziwnie przekonany, że ma gorącą linię z moim starym i co tylko przyuważy, to donosi. Dobra, to, co mam, wystarczy dzisiaj na trzech. A potem się będziemy martwić, co dalej.

Poweseleli, jakby to planowane drobne wykroczenie podniosło ich na duchu, pokazując, że jednak mogą wymknąć się spod klosza starszyzny. Sporadycznie, ale jednak jest to możliwe.

Wyszli z sali, powędrowali do budynku komendy.

Nadchodziła kolejna wojenna noc.

4

Zamek Hrabiego mógł być zwany zamkiem tylko przy zachowaniu bardzo dużego marginesu życzliwości. Wyglądał jak chałupa, która została tknięta demonem nowotworu i od tego rozrosła się bezładnie wszerz i wzwyż. Kolejne pomieszczenia dobudowywano w miarę potrzeb, nie troszcząc się o kompozycję całości. Wyraźne pęknięcia w kamiennym murze świadczyły o nadwerężonej nośności ścian, szczerbate okna straszyły spomiędzy wpółprzymkniętych zbutwiałych okiennic. Nie było żadnej głównej bramy ani balkonu. Schody prowadzące do niektórych kondygnacji rozsypały się i zostały zastąpione zwykłymi drewnianymi drabinami. Wróg, który próbowałby zdobyć budowlę, miałby poważny problem: gdzie przypuścić szturm, by nie zginąć pod gruzami?

Znajda zadzierał głowę z niepewnością. Stał tutaj już dobre pół godziny i nikt się nie pojawił. Vialt szarpał łbem w proteście – może chciał spróbować ostów sterczących spośród kamieni? Parobek powstrzymywał go coraz bardziej ścierpniętą ręką. Nigdy nie wiadomo, te osty mogą być dla mieszkańców ważne.

O ile są tu jacyś mieszkańcy…

Zamek straszył zastygłą, martwą ciszą. Nawet kruki kołujące nieopodal nie ośmielały się jej mącić swymi ochrypłymi głosami. Jaszczurka przemknęła pomiędzy kamykami, strąciła kupkę piasku, drobiny zahuczały niczym lawina.

Znajda stał nieruchomo, ze struchlałym sercem.

Czy byłże to tylko ponury żart gospodarza? A może tamten wysłał go gdziekolwiek, po to tylko, by się go wreszcie pozbyć? W drodze na służbę do wyimaginowanego Hrabiego ktoś się przybłędą zaopiekuje: zbójcy połakomią się na konia, Wysocy z gór zrobią niewolnikiem…

Znajda przypomniał sobie niechętne ukradkowe spojrzenia, rzucane mu po drodze przez okolicznych wieśniaków. Nie lubimy tu obcych, krzywiły się twarze spalone słońcem. Idź stąd. Im prędzej, tym lepiej. Po prostu idź.

– Hrabia Cień… – wymówił nagle półgłosem.

Kruki zatrzepotały skrzydłami i odleciały śpiesznie, wciąż w całkowitym milczeniu.

Parobek westchnął. Rozejrzał się wokół. Nic, tylko kurz, kamienie, wypłowiałe osty. Ani kropli wody, Vialt zaraz zacznie się wściekać. Co tu robić, co robić?

Przysiadł bezradnie w pyle drogi, puścił wodze. Koń natychmiast powędrował do ostów, popróbował ich kolców miękkimi chrapami, odwrócił się do człowieka wymownie. I kto tu jest odpowiedzialny za wyżywienie? – zdawał się sapać oburzeniem. To jak, dba się o zwierzę czy nie?

Drewniane drzwi uchyliły się, wyjrzała zza nich blada, niespokojna twarz. Ogromne oczy popatrzyły pytająco na przybysza.

– Ja… – Znajda zachrypiał, zerwał się na nogi. Odchrząknął śpiesznie, wypluł kłąb wszechobecnego kurzu. – Ja do pana Hrabiego!

– Nie chcemy tu obcych – odwarknął mężczyzna, wysunąwszy się jeno odrobinkę zza drzwi. – Idź stąd. Prędko! Prędko!

– Mój gospodarz, Arintek z Gharibi, przysyła mnie na posługę! – Znajda zaczął trajkotać w obawie, że drzwi zaraz znów się zamkną, a on zostanie na tej drodze już na zawsze. – Z koniem, do pana Hrabiego! Parobczak jestem… Z Gharibi!

– Czekaj – burknął mężczyzna. Wycofał się, zamknął drzwi.

Martwa, nieruchoma cisza powróciła, niczym przywołana zaklęciem.

Znajda rozmasował dłoń. Podszedł do konia, ujął wodze. Vialt patrzył na pobliskie góry, całkowicie ignorując poczynania człowieka.

Czekali.

Słońce zaczęło zachodzić. Najpierw powoli, potem coraz śpieszniej skrywało swoją tarczę za szczytami. Jakby nie mogło się doczekać, kiedy opuści tę przeklętą, wypaloną krainę przynajmniej na jedną noc.

Mrok zdążył już rozłożyć się nad doliną, kiedy drzwi otworzyły się ponownie, wypuszczając wąziuteńki promyczek światła.

– Chodź – mruknęła niewyraźna postać, Znajda nie miał pojęcia, czy to ten sam mężczyzna, który rozmawiał z nim przed paroma godzinami, czy ktoś zupełnie inny. – Chodź tutaj.

Podreptał śpiesznie, krótkimi szarpnięciami dłoni zmuszając opornego konia do posłuszeństwa. Vialt nie miał zbytniej ochoty gościć w tym dziwacznym zamku, ale i nie protestował otwarcie. Najwyraźniej kurz i osty były mało obiecującą alternatywą.

– Pan Hrabia w łaskawości swojej zdecydował się z tobą porozmawiać – oznajmił mieszkaniec. – Ale pamiętaj… Nie odzywasz się niepytany. Umiesz się chyba zachować? – rozmówca błysnął niechętnym, groźnym spojrzeniem.

– Ho, panie! – odparł Znajda usłużnie.

Byle się jakoś wkupić w łaski tutejszych, może pozwolą mu zostać choć na trochę, podleczyć bark…

– Nie ma tu panów. Jesteśmy braćmi.

– Rozumiem.

– Nie rozumiesz. Ale nie musisz. Hrabia zadecyduje.

– Oczywiście.

– Nie gadaj tyle. Po prostu idź.

Dreptali w ciemnościach ledwo rozświetlanych migotliwym płomieniem lampki. Kamienne mury piętrzyły się wokół, odgradzały wąskie przejścia, wyznaczały poplątane w labirynt ścieżki.

Nagle przewodnik przystanął.

– Stań. Zostaw konia.

Znajda przełknął ślinę, zatrzymał się posłusznie.

Popatrzył niepewnie na zwierzę. Serce skurczyło mu się nagłym lękiem. Vialt…?

Ktoś zaszurał w ciemnościach. Kolejna postać zbliżyła się do nich, w migającym świetle lampki wyciągnęła rękę w milczeniu.

Chłopak zmartwiałymi palcami przekazał wodze.

Vialt poszedł za człowiekiem, nie obejrzawszy się nawet. Zniknęli w ciemnościach.

– Tędy.

Ruszyli znów. Dziesiątki drzwi otwierały się przed nimi bezgłośnie, śliskie kamienne schody wiodły to w górę, to w dół. Labirynt zdawał się nie mieć końca.

Ogromna sala otwarła się przed nimi znienacka. Znajda przeszedł kolejne drzwi, spodziewając się jeszcze jednego zatęchłego korytarzyka, i nagle znalazł się w majestatycznym pomieszczeniu odbijającym po tysiąckroć echo jego własnego oddechu. Ściany i sufit ginęły we wszechobecnym mroku, jakby właśnie spotykały się z Nieskończonością.

– Gość, najstarszy bracie – powiedział przewodnik.

Pchnął przybysza do przodu i wycofał się natychmiast. Razem z nim odeszło blade światełko.

– Zbliż się.

Znajda rozejrzał się w popłochu. Zbliż się, jasne – ale dokąd? Skąd dochodzi ten głos?

Postąpił kilka kroków, zatrzymał się niepewnie.

– Tchórz!

Ruszył więc przed siebie, zaciskając zęby. Tchórz, jasne. Po prostu chciał być grzeczny, pójść tam, gdzie mu kazano…

– Stój.

Nogi zatrzymały się, nim jeszcze dostały rozkaz z oszołomionej głowy. Rozległ się cichy śmiech.

– Dobrze!

– Panie… – ośmielił się sapnąć Znajda, ale przerwano mu natychmiast, ostro:

– Nie pytałem cię!

Zamilkł więc, zastygł w nieprzeniknionych ciemnościach.

Nagle wszystko stało się obojętne. Niesprawny bark, zdrętwiała ręka. Zbójcy na drodze i wiecznie szczerzący kły Wysocy z gór. Pobladły ze strachu gospodarz, odchodzący powoli w ciemnościach Vialt…

– A więc przysyła cię Arintek?

Znajda odchylił głowę.

– Ho – odparł z wolna. – Arintek z Gharibi. Mój gospodarz.

– Czemu cię nie chce? Jesteś złym parobkiem?

– Twierdzi, żem hardy.

– A to prawda?

– Staram się nie być. Ale z żołnierzami nigdy nie wiadomo.

– Ach, ten Arintek… Stary tłuścioch boi się kłopotów?

– Nie śmiem tak myśleć, panie.

Głos umilkł, zostawiając przybysza znów sam na sam z ciemnością.

– Zobaczymy, czyś hardy – wycedził po długiej chwili. – U parobka nie jest to mile widziane.

Znajda odwrócił wzrok od nieskończoności, spojrzał wprost przed siebie.

– Postaram się, panie – powiedział, już bardziej miękko. – Naprawdę się postaram.

– Musisz. Zginiesz, jeśli się nie postarasz.

Parobek przekrzywił głowę, zaskoczony.

– Kto raz tu trafi, albo zostaje jednym z nas… albo nie zostaje i ciało przyjmuje rzeka. Rozumiesz? – głos brzmiał twardo, nieustępliwie.

Rzeka już raz darowała ci życie, posłyszał Znajda zduszony wewnętrzny szept. Potrzaskany, podniesiony prawie bez ducha z rozlewisk nieopodal Gharibi, ozdrowiałeś jeno cudem… Lepiej nie ryzykuj ponownie!

– Rozumiem, panie.

– Nie ma tu panów – złagodniał głos w mgnieniu oka. – Jesteśmy braćmi. Wszyscy.

Parobek, niepytany, przezornie się nie odezwał, choć w głowie kłębiły mu się dziesiątki wątpliwości. Wszyscy? Braćmi? Jak?

– Możesz odejść.

Odwrócił się, ruszył przed siebie w ciemności. Wnet znalazły go czyjeś ręce, przytrzymały, poprowadziły do wyjścia.

Więc ta rozmowa miała świadków? Ciekawe, ile osób przysłuchiwało mu się, gdy… Gdy znów próbował wygrać życie…?

Westchnął, pozwalając się prowadzić w ciemnościach niezliczonych korytarzy, a potem ścieżkami wśród skał. Byle przetrwać. Czegóż innego można chcieć od życia prócz tego, by jeszcze trwało?

***

Znajda niemrawo rozwarł powieki. Snopy światła przedzierały się pomiędzy szparami w deskach, raziły go w oczy. Przeturlał się więc na bok, zakrył głowę dłonią…

Wtem poderwał się na równe nogi. Słońce! Tak wysoko! Zaspał, trzeba oporządzać zwierzęta, nim gospodarz przyśle kogo z awanturą!

Rozejrzał się wokół, przysiadł z głębokim sapnięciem. Ostatnie zdarzenia przemknęły mu przed oczami. Nie ma już gospodarza. Teraz jest służba u Hrabiego.

Stryszek był łudząco podobny do tego, w którym spędził ostatnie miesiące – nierówne deski zarzucone zakurzonym sianem, nad nimi koślawy, kryty słomą dach. Prostokątna dziura w podłodze nieopodal, tam pewnie będzie powykrzywiana drabina…

Podpełzł śpiesznie. Nie inaczej. Zlazł więc w dół, szczeble chybotały się i piszczały z protestem pod jego ciężarem. Widać dawno nieużywane.

– No witamy, witamy szanownego brata! – rzucił przez ramię stojący w drzwiach stajenki posiwiały, drobny mężczyzna. Odwrócił się, a wtedy Znajda zobaczył, że jest on staruteńki, pomarszczony i wysuszony jak wiór. – Dobrze się spało?

– Jak kamień – odparł parobek, rozglądając się wokół ciekawie.

Stajenka jak stajenka, kilkanaście boksów dla koni, obecnie pustych, ale sądząc podle ilości gnoju, niewątpliwie używanych. Szerokie wrota. Wiadra z wodą pod ścianą, w niej małe drewniane drzwiczki wiodące zapewne do izdebki staruszka. Uwiązy, kantary wiszące na krzywych gwoździach. Ot i wszystko.

– Dziś ostatni raz wypuściłem konie na pastwisko – oznajmił staruszek leniwie, przypatrując się nowemu współpracownikowi spod krzaczastych brwi. – Teraz to będzie twoje zatrudnienie!

– Jasne, jasne – zgodził się Znajda skwapliwie. Podszedł do drzwi, uśmiechnął się przymilnie. – Można?

Tamten odsunął się troszkę, pozostawiając akurat tyle miejsca, by parobczak przecisnął się między nim a ścianą, przestąpił próg i zakrzyknął cichutko z zachwytu.

Znajdowali się w niemal idealnie okrągłej kotlinie. Dookoła pięły się ku niebu olśniewająco białe skały. Nieopodal stajenki krystalicznie czysta woda tryskała spomiędzy głazów, opadała kaskadą i wężowym strumieniem wiła się wśród szmaragdowych traw. Konie, pasące się w kotlinie, podchodziły leniwie do strumienia i pochylały nad nim swe lśniące grzywy. Słońce, zawieszone nad nimi w błękicie wśród śnieżnobiałych chmur, zdawało się uśmiechać do wszystkich dookoła.

– Jak pięknie… – wyszeptał Znajda powoli.

Dziadunio wykrzywił się, jakby parobek wychylił się z czymś absolutnie niestosownym.

– Widok jak widok, ciągle ten sam – rzucił kwaśno i wycofał się w głąb stajenki. Skrzypnęły drzwi; pewnie wszedł do swojej izdebki. Powrócił zaraz, trzymając w ręku pęto kiełbasy i chleb. – Na!

Dopiero teraz Znajda poczuł, jaki jest głodny. Przyjął ofiarowany posiłek, zaczął szarpać zębami tłustą kiełbasę i ościsty razowy chleb. Przypatrywał się przy tym koniom, oceniając ich dumny chód. Wtem zmrużył oczy: czy to… Vialt?

Tak, to Vialt!

– Ano, jest i ta twoja chabeta – pokiwał głową staruszek. – Najstarszy brat nakazał, coby i na nią mieć baczenie. Wszak jesteśmy w rodzinie.

– Najstarszy brat?

Dziadunio uśmiechnął się dumnie.

– Dla nas brat – rzucił, jakby szczycił się uzyskanym w ten sposób członkiem rodziny. – Dla obcych, rzecz jasna, Hrabia Cień.

– Służymy mu? – zapytał Znajda ostrożnie, z przeczuciem, że stąpa po dziwnie śliskim i zdradliwym gruncie.

– Mu? Służymy? – Staruszek zmierzył go gniewnym spojrzeniem. – Skądeś ty się wziął, co to nie wiesz? – Odwrócił głowę, sapnął i zaraz dodał spokojnie: – Przepraszam, bracie. Starość mi umysł zaćmiewa. Nie trzeba mnie cię wypytywać. Nie uchodzi.

– Jestem tu nowy – spróbował wyjaśnić Znajda, licząc na to, że może dowie się czegoś więcej, ale tamten tylko pokręcił głową.

– Przysłał cię najstarszy brat, to mnie, staremu, wystarczy. Jesteś moim bratem. Robimy tu razem. – Odwrócił się na pięcie i znów podreptał do swojej izdebki. Zatrzasnął drzwiczki za sobą i już nie wrócił.

Znajda wybrał się więc przez pastwisko ku koniom. Dotarł wreszcie do krnąbrnego ogiera, przytulił się do gniadej szyi z całych sił.

– A więc jesteś, stary draniu!

Koń bynajmniej nie wyglądał na wzruszonego. Pochylił się, strząsnąwszy ręce człowieka, i zaczął beznamiętnie skubać soczystą trawę.

***

W górach Wysokich historia grobów świeżych
Pyta, czym dzisiaj swą krew i honor mierzysz
Duchy herosów wciąż szepczą o przeszłości
Kraj chcą ocalić rozlanej krwi świętością

hej nana hej nana hej nanana nej na na
hej nana hej nana ej nanana nej na
hej nana hej nana hej nanana nej na na
hej nana hej nana ej nanana nej na

Znajda poderwał się z siana, wsłuchał w noc. Wydawało mu się, czy…? Nie, zdecydowanie nie wydawało mu się! Gdzieś w oddali rozbrzmiewał ten dobrze zapamiętany śpiew:

WOLNOŚĆ! WOLNOŚĆ! WOLNOŚĆ! WOLNOŚĆ!

Zbiegł po drabinie, wypadł przez drzwi prosto w rozgwieżdżoną noc. „WOLNOŚĆ! WOLNOŚĆ! WOLNOŚĆ! WOLNOŚĆ!” – błąkało się wśród gór.

Rozejrzał się. Kotlina, zalana księżycowym światłem, była całkowicie pusta. Ruszył jednak przed siebie, tam, skąd, jak mu się wydawało, dobiegał głos. Przeskoczył strumień, przebiegł ponad połowę łąki, dopiero wtedy zrozumiał. Dźwięki były echem, teraz z kolei zdawały się dobiegać z przeciwnego kierunku – ale i to mogło być ułudą. Odwrócił się więc ku drodze pomiędzy skałami. Wedle zapewnień staruszka wiodła ku milczącemu zamkowi Hrabiego.

Czyżby to stamtąd dochodziła muzyka?

Zaczął biec w tamtym kierunku, zawahał się jednak wkrótce i przystanął. Stary zapowiedział wyraźnie: nie próbuj się tam pokazywać nieproszony. Najstarszy brat nie cierpi takich niespodzianek. Sam cię wezwie, gdy będziesz potrzebny.

A na razie módl się do Jedynego, pracuj uczciwie. Twoja ścieżka otworzy ci się przed oczami szybciej, niż myślisz.

Znajda westchnął ciężko, zawrócił do stajenki. Konie spały, stojąc, tylko młody źrebak leżał na świeżo zaścielonej słomie.

W górach Wysokich historia grobów świeżych
Powie, czym dzisiaj swą krew i honor zmierzysz
Łzy otrzyj z oczu, ma miłość silna wiarą
Stanie przed Jedynym, by zechciał nas ocalić.

Parobek wdrapał się po drabinie, powlókł do stogu siana, zwalił nań z ponownym westchnieniem. Leżał w chłodzie nocy z szeroko otwartymi oczami, chłonąc dochodzący z oddali śpiew.

WOLNOŚĆ! WOLNOŚĆ! WOLNOŚĆ! WOLNOŚĆ!

***

– Bracia zbrojni! Wstawaj, bracia… Skorpiony jadą!

Staruszek łomotał drabiną w ożywieniu, stajenka zdawała się cała trząść w posadach. Znajda zerwał się natychmiast. Ruszył do wyjścia, przeczesując naprędce palcami włosy i coraz dłuższą, coraz bardziej męską brodę. Skorpiony? A któż to taki?

Kilkunastu mężczyzn stało przed stajenką w półmroku świtu. Starzec giął się w pokłonach.

– To zaszczyt, bracia, to zaszczyt!

– Potrzebujemy koni – rzekł krótko jeden z nich. Wszedł do środka, potoczył wzrokiem i od razu wskazał Vialta: – Tego!

To mój koń, chciał zaprotestować Znajda, ale opamiętał się, pomyślał, że w tej dziwacznej „rodzinie” mogą się zeźlić na takie postawienie sprawy. Zamiast tego zakrzyknął więc:

– Narowisty! Nie próbujcie go lepiej albo obaczycie…

Tamten spojrzał na niego jak na krowi placek przyklejony do buta.

– Bracie…. – wycedził przez zęby. – Czym prosił cię o radę? Nie pamiętam…

– Nie odzywaj się niepytany! – rzucił cierpko drugi z przybyszów. – Dawaj konia i nie mędrkuj!

– Ino nie ubijajcie, jeślibyście się na niego zeźlili… – wyszeptał Znajda, otwierając furtkę do boksu.

Vialt mrugał zaspanymi oczami. Pozwolił się wyprowadzić, stał spokojnie, kiedy go siodłali. I tylko Znajda widział, jak w końskich ślepiach zapalają się dobrze mu znane wredne ogniki.

Przybysz dosiadł konia, pogalopował w blady świt. Wnet rozległ się krótki wrzask, a zaraz potem Vialt pojawił się w drzwiach stajenki sam, bez jeźdźca. Wszedł do swojego boksu, Znajda gotów był przysiąc, że gdyby tylko mógł, trzasnąłby metalową furtką. Nie mógł jednak, więc tylko demonstracyjnie odwrócił się tyłem do ludzi.

Towarzysze niefortunnego jeźdźca pobiegli nad strumień, jakby dopiero teraz zbudzeni z osłupiałego snu. Wrócili po dobrej półgodzinie, z zaciętymi minami i bezwładnym ciałem zawiniętym w płaszcz.

Znajda spojrzał tylko na nich i natychmiast rzucił się do boksu.

– Nie ubijajcie! – wykrzyknął z całych sił. – Koń niczemu nie winien!

– Bydlę z piekła rodem! – zawarczał jeden z nich. – Jeźdźca nie chce nosić, jeno morduje! Po co takiego żywić? Na mięso go trzeba!

– Jak kto nie umie, niech nie jeździ! – odgryzł się Znajda rozpaczliwie. – A konia nie wini!

Spoważnieli, położyli ciało na ziemi.

– Nie było jeźdźca nad Inerda – oznajmił najwyższy z nich, surowo, poważnie. – A jednak kark skręcił… Znajdź takiego, co by bestię ujeździł, darujemy jej życie, a nie, na mięso dla psów ubijem!

– Chodź, Vialt! – Znajda wszedł do boksu, szarpnął zdecydowanie za wodze. – Chodź!

Przybysze patrzyli za nim, brodate twarze wciąż krzywiły się nieprzyjaźnie. Wyprowadził ogiera ze stajni, spojrzał mu w oczy.

– Tylko spokojnie… – poprosił cicho. – Chyba głupi nie jesteś, widzisz, co jest grane. Grzeczny koń!

Dosiadł Vialta, jak zawsze w duchu żegnając się z życiem. Ruszył stępem…. Dobrze.

Przeszedł w kłus. Potem w galop.

Koń zachowywał się bez zarzutu.

Znajda zacisnął zęby, pomodlił się w duchu… i puścił cwałem przed stajenką. Zwolnił zaraz, zawrócił. Zatrzymał konia przed zdumionymi przybyszami.

– Może być? – zapytał, nie zsiadając. – Czy jeszcze?

– Złaź! – sapnął ten najwyższy, pewnie dowódca. – Dość tego, złaź!

Parobek zeskoczył z siodła, wpatrzył się weń w napięciu.

– Pójdziesz z nami – zarządził ten sucho. – Pójdziecie obaj, ty i ten koń. Straciliśmy Inerda, uzupełnisz oddział w jego miejsce.

– Dziękuję, bracie! – rozpromienił się Znajda, ale tamten powstrzymał go drobnym, ledwo dostrzegalnym ruchem ręki.

– Nie masz za co. Śmierć ci przynoszę, nie ocalenie.

– Zaszczytną śmierć! – zagardłował od razu ten, który dopiero co warczał w złości, niewysoki, chudy jak wiór człowieczek o przenikliwym spojrzeniu. – Chwalebną śmierć!

Znajda wydął wzgardliwie wargi, spojrzał tamtemu w oczy. Nie polubimy się, bracie, wycedził w duchu. Oj, nie polubimy!

– Bierzcie konie! Bierzcie ciało! – zarządził dowódca. – Wracamy!

Zakrzątnęli się co tchu, zaczęli wyprowadzać konie jeden po drugim.

– Znowu sam będę robił! – Dziadek splunął ze złością na ziemię. – I sam tu siedział, kiej ten grzyb!

– Nie bluźnij, stary! – sarknął któryś z braci podnoszących ciało w płaszczu. – Dla Sprawy, wiesz dobrze! Dla Sprawy!

Staruszek zacisnął wargi, wszedł do stajni, a potem do swojej izdebki. Trzasnął drzwiami z całych sił. Tumany pyłu i źdźbła siana posypały się ze ścian i z sufitu.

Znajda patrzył na to bez żalu. Nie zdążył się zadomowić ani też przyzwyczaić do nowego towarzysza. Pełen był ciekawości, co też przyniesie ten nowy przydział. Kim są i co robią bracia zbrojni?

– Siadaj na konia! – nakazał dowódca. – Jak cię zwą?

– Znajda.

– Ja jestem Kirygert. Twój starszy brat.

Znajda pokiwał gorliwie głową. Wdrapał się na Vialta z lekkim mimowolnym westchnieniem. Oby bydlęciu nie przyszło na myśl tym razem…

– Desperat jesteś – zaśmiał się starszy brat ledwo dosłyszalnie. – Ale koń cię lubi. Tylko jeździsz dziwnie, jakoś tak nie po naszemu… – Zaciął swojego rumaka, pognał w przód, ku przesmykowi.

Ruszyli wszyscy w ślad za dowódcą.

***

Wbrew oczekiwaniom Znajdy nie pojechali do zamku Hrabiego. Droga wiodła ich wśród skał, plątała się z innymi, aż wreszcie doprowadziła do kotliny niemalże identycznej jak ta, z której wyjechali. Ta była jednak znacznie mniejsza, a miast wszechobecnej trawy piętrzyły się tutaj chaotyczne mury zabudowań. Znać w tym było wciąż tę samą szaloną manierę architektoniczną Hrabiego: zrakowaciałe budowle, rozpełzające się wzwyż i wszerz.

Jeźdźcy dotarli do zabudowań. Do wnętrza wiodła tylko jedna brama, nad którą pysznił się wielki, wymalowany czerwoną farbą skorpion z groźnie uniesionym kolcem jadowym.

Kirygert zatrzymał konia: wielkiego, smukłego siwka z ogromnymi, łagodnymi ślepiami i rozczochraną grzywą.

Skinął na Znajdę:

– Zsiadaj, bracie. Pokażemy ci twój dom.

Wykonał rozkaz natychmiast. Pozsiadali i inni, rzucili wodze halakom, którzy nie wiadomo skąd pojawili się na podwórzu i wnet poprowadzili konie między zabudowania. Jeźdźcy jęli przeciągać się leniwie, prostując krzyże.

– Chodź!

Znajda podążył skwapliwie za dowódcą. Weszli do ciemnego, wionącego stęchlizną przedsionka, powędrowali korytarzem, rozjaśnianym jedynie nielicznymi wiązkami promieni słonecznych, opadających ku nim z wysoko wykutych w suficie świetlików.

– Tutaj – oznajmił Kirygert, naciskając klamkę starych, spróchniałych drzwi. – Tu mieszkał Inerd. Zająłeś jego miejsce, więc teraz to będzie twój dom. – Wszedł do środka.

Znajda przestąpił próg, rozejrzał się ciekawie po pomieszczeniu.

Wydawało się niemal puste. Wąska drewniana prycza pod ścianą, słomiany materac, na nim gruby koc. Stół, ława, kilka półek. Nie było okna, ale kolumna światła wpuszczanego przez świetlik w suficie rysowała się majestatycznie w samym środku pokoju.

– Pięknie tu – powiedział Znajda wprost.

Kirygert wzruszył ramionami.

– Nie ma być pięknie – rzucił, nadspodziewanie oschle. – Ma po prostu być. Zresztą… – urwał nagle, ale Znajda i tak domyślał się, co dowódca chciał powiedzieć: „Zresztą, nie pożyjesz na tyle długo, by to docenić”.

Nie wiedzieć dlaczego nie obeszło go to ani trochę. Zamiast przejmować się rychłym spodziewanym zgonem, poczuł się niedorzecznie szczęśliwy z powodu nagłego posiadania własnego pokoju, stołu, łóżka. Dotąd błąkał się przecież pomiędzy snopkami siana w poszczególnych stajenkach, a teraz tak szykowne lokum wydało mu się niesłychanym wręcz luksusem.

– Dziękuję, bracie – rzucił krótko.

Kirygert skinął głową. Zawrócił do drzwi.

– Rozgość się. Niezadługo przyjdzie po ciebie brat Imkaan, oprowadzi.

Wyszedł, zostawiając Znajdę samego.

Ten zaś podszedł do łóżka, przysiadł na nim. Zaskrzypiały stare deski. Coś stęknęło głucho, jakby drewno o drewno. Zsunął się na podłogę, zajrzał pod łóżko. Stała tam ogromna skrzynia z metalowymi uchwytami. Pociągnął, wysunął…

– Nie śpiesz się tak, bracie – powiedział od progu dość młody mężczyzna. – Trochę czasu minie, nim się na tym cokolwiek poznasz. No, chyba że już się znasz? – Wszedł, przyklęknął przy skrzyni, popatrzył na Znajdę badawczo, pytająco. – Co?

Ten rzucił okiem do środka. Skrzętnie, równiuteńko poukładane szare kostki, pozwijane kable, dziwaczne urządzenia… Potrząsnął głową w zaprzeczeniu. Nie, nigdy czegoś takiego nie widział. Chociaż, może… Nie, na pewno nie!

Przybysz uśmiechnął się.

– Imkaan jestem – przedstawił się, zgoła niepotrzebnie, skoro był zapowiedziany.

– Znajda.

– Ciekawe imię…

– Chłopi znaleźli mnie bez przytomności na rozlewiskach Maklawi. To i tak nazwali. Znajda.

– A kim jesteś naprawdę? – Imkaan podniósł się, zaplótł ramiona.

Patrzył z wysokości na swojego nowego brata, ten jednak milczał przez chwilę, wreszcie wydusił niechętnie:

– Nie wiem. Głowa porozbijana, nie chce pamiętać.

– Patrząc po rękach, chłopski żeś syn. Piach i gnój wżarł ci się chyba do samych kości.

– Ano. I konie obrabiam bez trudu, widać i wcześniej się na tym wyznawałem.

Imkaan westchnął głęboko, ze źle maskowanym śladem rozczarowania.

– A więc to prawda – rzekł z wolna. – No cóż. Kirygert przyjął cię do Skorpionów. Jego wola jako starszego brata. Słuchać nam trzeba. Ale i to wiedz, że będą kłopoty.

Znajda podniósł się, stanął w rozkroku, zaplótł ramiona, jak i rozmówca. Spojrzał mu w oczy.

– Kłopoty? – zapytał spokojnie.

– Wszyscy bracia zbrojni szlachetnie urodzeni. Nasi nic nie powiedzą, Skorpion to Skorpion, razem giniemy, razem się trzymamy. Ale inni… Nie będą lubić pastucha. Chyba że…

– Chyba że prędko zginie. Dla Sprawy.

– Ty to powiedziałeś! – Imkaan roześmiał się, nieco cynicznie, spoważniał zaraz. – Pilnuj się. Staraj się, ale pilnuj.

Znajda przymrużył oczy.

– Czemuś mi tak życzliwy? Wszak i tyś… – popatrzył wymownie na elegancką sylwetkę rozmówcy – szlachetnie urodzony?

– Boś Skorpion – odparował tamten bez wahania, wprost. – I póki choć jeden z nas żyje, póty kąsamy!

Milczeli obaj przez chwilę.

– Chodź, pokażę ci łaźnię – odezwał się w końcu Imkaan. – I tak będą krzywić nosy, że cię stajnią czuć, ale, na Jedynego, niech chociaż w tym nie mają racji! – Uśmiechnął się, wykonał zapraszający ruch ręką w kierunku drzwi.

Znajda potaknął, zawstydził się nagle. Jakby dopiero teraz zauważył swoje brudne, pocerowane łachmany, zastarzały piach wżarty w ręce i twarz, zmierzwione włosy. Pospieszył więc za Imkaanem co tchu.

***

Wyszedłszy z kąpieli, Znajda czuł się niczym nowo narodzony. Półdługie czarne włosy, w których przebłyskiwały zaskakująco siwe pasemka, wyczesał dokładnie i związał na karku rzemieniem. Broda nie miała jeszcze co prawda rozmiarów godnych prawdziwego wojownika, ale z dnia na dzień stawała się coraz dłuższa.

Od swych nowych braci dostał brązowe bawełniane spodnie, takąż koszulę i czarny pas, pięknie opinający szczupłą talię. Największym jednak skarbem były buty: solidne, wysokie, sznurowane, dokładnie takie, jakie noszą żołnierze. Do tej pory Znajda donaszał stare sandały po gospodarzu, teraz więc poczuł się jak sam król. Nie pamiętał, by kiedykolwiek był tak dostojnie i odświętnie odziany.

Ośmieliło go to nieco: gdy Imkaan wprowadził go do wspólnej sali, przechylał grzecznie głowę, by nie wydać się swoim nowym braciom nazbyt krnąbrnym i zarozumiałym, ale też starał się nie pochylać jej zbyt nisko. Skorpion, powtarzał sobie w myślach, Skorpion – to brzmi dumnie!

Przypatrywali mu się ciekawie, zerkając znad paleniska dymiącego na środku sali. Z zawieszonego nad nim kociołka dochodziły smakowite zapachy.

– Przedstawiam wam nowego brata! – oznajmił Kirygert, gdy tylko ujrzał go przy ogniu. – Naszego nieodżałowanego Inerda nie da się zastąpić. Ale każdy, kto chce poświęcić swe życie Sprawie, godzien, jest, by z nami być. Bracia, powitajcie… – urwał, speszył się nagle, zmuszony wpleść prozaiczny dysonans w patetyczny ton: – Znajdę! – dokończył, znacznie mniej podniośle.

Powstawali, skinęli głowami, uprzejmie, acz z wyraźnym dystansem. Wnet zaczęli przedstawiać się sami:

– Czawem.

– Pemen.

– Ghel.

– Dard.

– Agzaj – warknął chudy złośliwiec, od samego początku spoglądający złowrogo na przybysza.

Znajda kiwał uprzejmie głową, nie próbując nawet spamiętać wszystkich imion, które splątały mu się wnet, zlały w jedno. Braci było około dwudziestu: bliźniaczo podobne piaskowe stroje, pospinane z tyłu ciemne włosy, półdługie, elegancko przystrzyżone brody. Potężne ramiona, wychylające się spod koszulek, nosiły jeden i ten sam znak: wypukłego czerwonego skorpiona z uniesionym groźnie kolcem jadowym.

– Siadaj, bracie! – Przesunęli się, wskazali miejsce w kręgu. – Jedz! – wcisnęli mu w ręce miskę z zupą, dodali chleb.

Zaczął zajadać w milczeniu, bojąc się wyrwać z czymś głupim bądź niestosownym. Wytrwale udawał, że nie widzi badawczych, wnikliwych spojrzeń.

Imkaan usiadł obok, trącił go przyjacielsko w bok. Wnet zaczął rozmawiać z sąsiadem z drugiej strony jak gdyby nigdy nic. Rozgadali się, Znajda nie miał pojęcia, o czym mówią. Chyba o opatrywaniu ran?

– Wybieramy się jutro w drogę – rzekł Czawem. Gwar przycichł natychmiast. – Może weźmiemy naszego nowego brata? Niech się wdraża…

Kirygert skinął głową.

– Doskonały pomysł, bracie. Doskonały.

Znajda podniósł ukradkiem wzrok, w samą porę, by spostrzec aż nazbyt czytelną wymianę spojrzeń pomiędzy Czawemem a dowódcą. Sprawdzimy młodego, zadecydowali bez słów, i to jak najszybciej, teraz, już!

Przełknął ślinę. Miał nadzieję, że go najpierw przyuczą, choćby z grubsza… Ale widać bracia nie chcą na próżno inwestować w niesprawdzony towar. To, że jak wariat wsiada na konia zabójcę, oczywiście nie wystarczy, by być jednym z nich.

Ciekawe, co też mu każą robić…

Zatrząsł się w duchu. Cokolwiek by nakazali, wszystko będzie lepsze od tego ciągłego brudu, głodu i chłodu, od pasania narowistych koni i nieustannego pochylania głowy przed byle kim!

„WOLNOŚĆ! WOLNOŚĆ! WOLNOŚĆ! WOLNOŚĆ!” – zadudniło nagle we wspomnieniach.

Uśmiechnął się, wpychając do ust pachnący świeży chleb.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
Wczytywanie...