szczury_wroclawia_szpital

Fragment książki

środa, 17 czerwca 2015

Rozdział pierwszy
Pieśń czarnego krokodyla

Policjanci zawsze coś przegapią. I zawsze chodzi o ten najważniejszy szczegół. Jonatan, opatulony kocem i zaopatrzony w kubek gorącego kakao, jakby policja oficjalnie uznała go za przedszkolaka, śledził z kryjówki pod schodami postępy detektywów. Przetrząsnęli już kuchnię i balkon, na którym schło pranie, stratowali grządki sałaty i pachnący groszek w ogrodzie, a teraz poszli na piętro, żeby przewrócić do góry nogami sypialnie. Gdyby Ela go tu zobaczyła, wkurzyłaby się i powiedziała, iż znowu wydaje mu się, że jest najmądrzejszy na świecie, a wszyscy inni są głupi. Cóż. W końcu czego mogła się spodziewać po dwunastoletnim chłopcu.

Oboje mieli za sobą okropny dzień. Być może najcięższy w życiu, oprócz tamtego czarnego dnia przed dwoma laty. Wtedy chociaż mieli obok siebie tatę. A teraz byli zupełnie sami. Ela siedziała w domku na drzewie, który zbudowała w koronie drzewa miodli. To tam zawsze znikała, kiedy chciała się powściekać i spędzić czas w towarzystwie jedynej osoby, na której mogła polegać – czyli we własnym. Jonatan został pod opieką pulchnej policjantki o zrośniętych brwiach. Dała mu swoją komórkę, żeby go czymś zająć, ale szybko się znudził. Urządzenie było naprawdę prymitywne i nic, co na nim działało, nie mogło się równać z jego imponującą kolekcją gier. Ojciec Jonatana nie potrzebował świąt ani urodzin, ani żadnej z tych szczególnych okazji, na które inni rodzice czekają, żeby pokazać, jacy są kochani i hojni. Z radością obsypywał potomka prezentami, a im bardziej były skomplikowane, tym lepiej. Wierzył, że dzięki nim syn ćwiczy umysł i poszerza horyzonty. Jonatan strasznie już tęsknił za tatą i bardzo się o niego martwił. Czuł, jakby jego pierś miażdżyła wielka bryła betonu.

Ich ojca zabrał ambulans, który przyjechał o świcie. Wprawdzie Jonatan i Ela rzadko widywali załogi karetek w akcji, ale z min młodych sanitariuszy wywnioskowali, że sytuacja jest nietypowa.

– Widziałeś kiedyś coś podobnego? – rzucił jeden z nich do swego towarzysza.

Na widok Jonatana i Eli zamilkli.

– Kiedy wróci do domu? – zapytała Ela rzeczowo, ale Jonatan czuł, że jego siostra walczy ze łzami.

Sanitariusze wymienili współczujące spojrzenia, jakby dziewczyna nie rozumiała podstawowych rzeczy. Jeden z nich położył dłoń na jej ramieniu.

– On wyzdrowieje, kwiatuszku – zapewnił ją. – Wszystko będzie dobrze. Nie uwierzysz, co ci dzisiejsi lekarze potrafią zrobić. Ożywiają nawet ludzi, którym serce przestało bić, a przecież waszemu tacie do tego daleko.

Coś w jego uspokajającym tonie sprawiło, że Jonatanowi i Eli ciarki przeszły po plecach.

– Nasz tata też jest lekarzem – powiedział Jonatan. – I naukowcem. Nazywa się doktor Emanuel Margolis.

– Wiem. Czytałem o nim w gazetach – odparł sanitariusz. – Wasz ojciec dał nadzieję wielu ludziom, ale każdy czasem potrzebuje wsparcia i teraz nasza kolej, aby to jemu pomóc.

Gorzkie doświadczenia życiowe nauczyły już Jonatana i Elę, że lepiej nikomu nie ufać. Zwłaszcza tym, którzy twierdzą, że mogą im pomóc. Spojrzeli po sobie z przerażeniem. Ale sanitariusze byli zbyt zajęci, żeby to zauważyć. Zabrali nosze, a Jonatan próbował poukładać w głowie niepojęte wydarzenia ostatniej doby.


Poprzedni dzień zaczął się fatalnie już z samego rana. Był pierwszy lipca, pierwszy dzień wakacji, i gdy inne dzieciaki wybierały się na plażę i do kina albo przynajmniej wychodziły z domu, by poszwendać się po centrum handlowym, Jonatan i Ela czuli, że nadszedł dzień wizyty u mamy. Oczywiście kochali ją i bardzo im jej brakowało. Ale przed odwiedzinami, które odbywały się cztery razy do roku, dom przy ulicy Pierwiosnka ogarniała ciężka atmosfera. Ich roztargniony, dbający zwykle o radosny nastrój ojciec nagle robił się nieswój. W te dni nie podawał im na sobotnie śniadanie przypalonych naleśników z uśmiechniętymi buźkami z syropu klonowego, żeby ich rozbawić. „Jesteście już na to za duzi – mówił. – Od lat ciągnę tę kiepską sztuczkę”. Gdy prosili, żeby poruszał uszami, też się wykręcał, choć zwykle chętnie popisywał się tym talentem. Wiedzieli, iż czasem odwiedza ich mamę sam i że tamte wizyty też napełniały go smutkiem. Ale wyglądało na to, że spotkania całej rodziny wprawiały go w szczególne przygnębienie.

W drodze na północ Jonatan i Ela spoglądali w milczeniu na pola uprawne, które powoli ustąpiły porastającym kamieniste zbocza sosnowym lasom. Rozmyślali o dobrych czasach, które teraz wydawały się odległe niczym legenda. Jonatan wspominał łagodny dotyk mamy, zapach jej lawendowego mydła i aurę spokoju, którą roztaczała. W deszczowe weekendy opowiadała im historie ze swoich opasłych naukowych tomów, o wiele ciekawsze niż te z książek dla dzieci. Ale wszystko to skończyło się nagle przed dwoma laty, dokładnie w dniu dziesiątych urodzin Jonatana.

Kiedy elektryczna żelazna brama otworzyła się ze skrzypnięciem i wjechali samochodem na teren ośrodka, wszyscy zadawali sobie pytanie, w jakim nastroju będzie dziś mama. Jonatan zaciągnął się czystym, rześkim powietrzem. Miał nadzieję, że może tym razem nie będzie tak udręczona, jakby była zanurzona w niewidzialnej mętnej wodzie. Oby tylko się nie rozpłakała. Wtedy zawsze czuł się winny i bezradny. Gdy tak patrzył na ogród i trawniki otaczające trzykondygnacyjny budynek, który kiedyś miał sprawiać wrażenie jasnego i radosnego, a teraz był wyblakły, zniszczony przez deszcz i wiatr, Jonatan dziwił się, jak ktokolwiek mógłby tutaj wyzdrowieć. Rząd wąskich, wysokich okien, surowy i odpychający, przywodził mu na myśl bunkier, w którym czaił się wróg.

Przywitali się z pielęgniarką w recepcji i weszli na drugie piętro. Tami siedziała opatulona w fotelu na biegunach naprzeciwko okna, ale nie wyglądała na zewnątrz.

– Przywieźliśmy ci owsiane ciasteczka. Razem je upiekliśmy – powiedział Emanuel z wymuszoną radością i wszyscy pomyśleli (a zwłaszcza on sam), że mówi jak lektor z reklamy.

Tami Margolis podniosła wzrok. Jonatan pomyślał, że chyba przez cały ranek płakała. Miała opuchnięte powieki, jej piękna twarz była smutna i blada, ciemne włosy, z których dawniej była tak dumna, teraz były skołtunione i matowe niczym nasiąknięte deszczem ptasie gniazdo, a zakończone obgryzionymi paznokciami palce drżały. Jeszcze nigdy nie wyglądała tak okropnie. Wyglądała nawet gorzej niż tamtego lata, kiedy karetka zabrała ją z ulicy Pierwiosnka.

– Emanuelu – odezwała się do męża. – To wraca.

– To niemożliwe. Bez sensu. Przecież leczenie powinno pomóc.

– Ale to się tylko nasila. Czuję, jak się zbliża.

Jonatan i Ela udawali, że przeglądają literaturę naukową mamy – książki nadal stały w równych rzędach na półkach, choć było jasne, że od dawna z nich nie korzysta – a Emanuel zmierzył żonie puls, obejrzał jej język i oczy.

– Pod względem fizycznym jesteś zupełnie zdrowa, kochanie – oświadczył. – Chodź z nami na spacer. Wyjdź na słońce. Świeże powietrze dobrze ci zrobi.

– Nie mogę. Boję się.

– Jego?

– Tak.

– Ale on nie istnieje, Tami. Wymyśliłaś go. To tylko koszmar, zły sen.

– Mylisz się, Emanuelu. On naprawdę istnieje. Czuję, jak się porusza głęboko we mnie.

– Wiesz, kto naprawdę istnieje? Twoje dzieci. Spójrz na nie. Stoją tu, przed tobą. W tym pokoju. One cię potrzebują.

Tami wybuchła płaczem.

– Czy kiedykolwiek mi wybaczycie? Tak bardzo chciałabym być z wami, ale nie mogę. Boję się, że już nigdy do was nie wrócę.

– Nie mów tak. – Ich ojciec gniewnie miął w palcach brzeg zasłony. – Po prostu jesteś zmęczona. Wkrótce poczujesz się o wiele lepiej. Obiecuję, Tami. Poczujesz się świetnie. Pracuję nad tym. Daję ci słowo, że końcowa formuła wygląda znakomicie. Wymaga tylko ostatnich szlifów.

– Dość już tych lekarstw, Emanuelu. Proszę. Przez nie czuję się tylko gorzej.

– Ale to nie jest kolejne lekarstwo, kochanie. To będzie ostatnie lekarstwo.

Tami zamilkła i wbiła wzrok w kolana, a Emanuel wstał, zasmucony.

– Będę w gabinecie dyrektora Szapiro – powiedział i wyszedł.

Jonatan i Ela zostali sami z matką. Jonatana zawsze łączyła z nią wyjątkowa więź. Kiedy był malutki, wierzył, że mama umie czytać w jego myślach, i nawet teraz podejrzewał, że dalej to potrafi, tylko kryje się z tym, żeby go nie zawstydzać. On sam czuł każdy odcień jej ponurych nastrojów, a czasem nawet udawało mu się przewidzieć, co zrobi. Ta wyjątkowa bliskość teraz mu nie ułatwiała sytuacji. Przeciwnie. Bardziej niż jego siostrę, bardziej nawet niż ich ojca dręczyło go poczucie, że zawiódł. Powierzono mu rzadki klejnot, a on pozwolił, aby wypadł mu z dłoni i roztrzaskał się o ziemię. Jonatan zagryzł wargę i uklęknął obok fotela na biegunach z cieniem nadziei, że mama uśmiechnie się do niego i potarga mu włosy.

Z drugiego końca pokoju Ela posłała mu pogardliwe spojrzenie. Sama bardzo chciała przytulić się do mamy, ale czuła się na to zbyt dorosła, i choć nigdy otwarcie o tym nie mówiła, Jonatan wiedział, że w sercu powierzyła mu rolę młodszego rozpieszczonego braciszka, podczas gdy jej samej przypadł los tej rozsądnej i odpowiedzialnej.

– Zaczekaj tutaj – rzuciła do Jonatana. – Pójdę sprawdzić, co oni tam knują.

Jednak gdy usłyszał jej rzeczowy, surowy ton, poczuł sprzeciw. Być może, dokładnie tak jak tego chciała Ela, przepełnił go wstyd, że jest tak kochany właściwie bez powodu. Musiał udowodnić swojej siostrze, mamie, sobie samemu, że i on może się do czegoś przydać.

– Nie – powiedział. – Zostań. Teraz moja kolej.

Ela nie zaprotestowała. Zapewne nawet skrycie cieszyła się, że zostanie z mamą. Oboje nie znosili pana Szapiro. Nie był to typ człowieka, w którego ręce chciałoby się oddać własną matkę.

Gabinet dyrektora kliniki znajdował się na końcu korytarza, za niewielką recepcją. Na szczęście dla Jonatana sekretarka, która zwykle tam siedziała, wyszła akurat na obiad. Udał, że zaciekawiło go akwarium przy wejściu, i pomału zbliżył się do otwartych drzwi gabinetu. Pan Szapiro, niestrudzony pochlebca o ciężkich powiekach, siedział za biurkiem i ścierał palcami z blatu niewidzialne plamy. Sapał przy tym jak gruby jamnik, którego zmęczył już pościg za obiecaną kiełbaską.

– Ale kiedy wreszcie będzie gotowe? – zapytał. – Od dwóch lat rzuca pan obietnicami!

– Cierpliwości, Izajaszu. Nie możemy się spieszyć. Lekarstwo jest niedopracowane. A jeśli pojawią się skutki uboczne?

Szapiro zdjął okulary.

– Nie oszukujmy się, Emanuelu. Widział pan Tami. Jak pan myśli, ile jeszcze wytrzyma?

– Przecież pan wie, że wkładam w to wszystkie siły. Ale nie przyspieszę procesu.

– W przypadku jej typu depresji mogą się sprawdzić elektrowstrząsy. Mamy bardzo nowoczesny gabinet. Seria zabiegów zrobi z niej nowego człowieka.

– Izajaszu, proszę! – sprzeciwił się doktor Margolis.

Szapiro zagryzł wargi i zamyślił się, a Jonatan poczuł, że te myśli nie mają nic wspólnego z dobrem ich matki.

– Może jednak mógłbym panu trochę pomóc – powiedział Szapiro.

Dyrektor kliniki sięgnął do szuflady i wyjął z niej płytę CD w plastikowym etui. Pozłacane opakowanie połyskiwało w jego małych, pulchnych dłoniach. Ze swojego punktu obserwacyjnego za akwarium Jonatan dostrzegł wytłoczoną na etui postać, grubą i skręconą, przypominającą tłustego, czarnego węża o krótkich łapach. Nie wiedząc czemu, na ten widok Jonatan się wzdrygnął.

– Co to jest? – zapytał ich ojciec.

– Muzyka, a cóż by innego.

– Dziękuję, ale nie interesuje mnie muzyka. Nie mogę się przy niej skupić.

– Ale nie przy tej! – Szapiro się rozpromienił. – To dziś najgorętszy towar na rynku. Ta muzyka pomaga w koncentracji! Nie wiem, gdzie ją nagrano, ale z tego, co wiem, ma związek z jakąś plemienną ceremonią. Myśliwi jednoczą się z duszą swojej zwierzyny czy coś w tym stylu.

„Pokręcona muzyka etniczna”, pomyślał Jonatan. Jego ojciec także wydawał się podejrzliwy, choć może z innych powodów.

– Wierzy pan w takie głupstwa? – spytał doktor Margolis.

– A co to może zaszkodzić? I tak pan utknął.

– Już panu mówiłem, że wcale nie utknąłem. Brakuje mi tylko jednego genialnego pomysłu, to wszystko.

Mimo wszystko ojciec schował dysk do kieszeni, aby nie urazić pana Szapiro. Potem wrócili do domu i wszystko się zaczęło. Czy ta muzyka miała jakiś związek z wydarzeniami poprzedniej nocy? Nie mogli mieć pewności. Ale kiedy rano Jonatan szukał płyty, okazało się, że zniknęła. Próbował powiedzieć o tym detektywom, od których roiło się w domu, ale oni tylko wydawali się rozbawieni.

– Płyta z muzyką? To na pewno bardzo ważne. Zaraz ściągniemy tu helikopter. Ale skoro tak ci się spieszy, żeby pobawić się w Sherlocka Holmesa, może na razie poszukaj drobiazgów, na przykład rozbitych szyb, odcisków stóp, dziur po kulach i plam krwi.

Jonatan się zdenerwował. Dlaczego odrzucali potencjalny trop, skoro nie mieli nic lepszego? Największą zagadką dla policji było to, że w domu nie było ani śladu włamania. Ale to, co zdarzyło się poprzedniej nocy, w żadnym wypadku nie mogło się wydarzyć samo z siebie.


Doktor Margolis postanowił mimo wszystko przesłuchać płytę z muzyką, którą dostał od dyrektora Szapiro. Późnym wieczorem włożył dysk do komputera w laboratorium. W salonie piętro wyżej słychać było tylko stłumione, monotonne, odbijające się echem dźwięki. Potężne bębny jak toczące się głazy, ogromne statki uderzane przez fale, olbrzymie trąby grzmiące głęboko w trzewiach ziemi. Jonatanowi i Eli przytrafiło się coś, co prawie nigdy im się nie zdarzało: ich oczy same się zamknęły i zasnęli na kanapie w salonie przed telewizorem. Może to właśnie ta ciężka muzyka uśpiła ich i dlatego nie wiedzieli, co działo się w piwnicy.

Doktor Emanuel Margolis mógłby dostać do dyspozycji najnowocześniejsze laboratorium w dowolnym koncernie farmaceutycznym na świecie. Ten genialny psychofarmakolog specjalizujący się w badaniach nad lekami psychotropowymi wpływającymi na stany psychiczne i nastroje pracował nad wynalezieniem lekarstw, które rozwiązałyby najstarsze problemy trapiące rodzaj ludzki. Emanuel zasłynął jako wynalazca pigułki Eros-BME2 pomagającej zakochać się nawet najbardziej krytycznym i cynicznym ludziom. Ponadto został nominowany do Nagrody Nobla jako twórca Kain-X7, silnego antidotum przeciwko zazdrości, które zdaniem Organizacji Narodów Zjednoczonych miało odegrać decydującą rolę w zapobieganiu konfliktom i wojnom na całym świecie. Ale doktor Margolis postanowił stworzyć laboratorium tam, gdzie inni ludzie zwykle urządzają siłownię lub schowek – w piwnicy własnego domu. Za jego plecami szeptano, że podjął tak nielogiczną decyzję, bo chciał być blisko dzieci. Potem ci sami plotkarze kręcili głowami i wspominali jego biedną żonę. Wielka szkoda, że właśnie na ten mrok, który ogarnął jej duszę, nie znalazł jeszcze lekarstwa. Gdyby mu się to udało, doktor Margolis stałby się pewnie jednym z najbogatszych ludzi na świecie. Któż bowiem odmówiłby małej pigułki, która usunęłaby z jego duszy smutek i cienie?

Także w firmie Hypocricom Ltd. tak uważano. Hypocricom był największym koncernem farmaceutycznym na świecie. Przeznaczał na badania prowadzone przez doktora Margolisa astronomiczne sumy, zaspokajał wszystkie jego potrzeby i zapewniał mu byt. Emanuel Margolis nie przyjął posady etatowego pracownika firmy – takiego, który dostaje rozkazy z góry – dlatego też traktowano go w Hypocricomie z dyplomatyczną uprzejmością i widziano w nim jakby partnera. Koncern już zadbał o to, aby do prasy wyciekła informacja, iż jej czołowy badacz jest bliski wynalezienia lekarstwa, które zmieni melancholię w relikt przeszłości. „Mam ciało tak zdrowe / tak dobrze się czuję / na sercu tak lekko / i nic mnie nie kłuje!”, piały radośnie reklamy Hypocricomu w radiu, telewizji i internecie.

Laboratorium w piwnicy domu przy ulicy Pierwiosnka zbudowali inżynierowie koncernu. Każdy centymetr kwadratowy został maksymalnie wykorzystany. Przywieziono najnowocześniejsze urządzenia. Laboratorium było niewielkie, ale znakomicie wyposażone, a każda rzecz, poczynając od ręczników po przedmioty, które wyglądały jak maleńkie reaktory atomowe, miała wytłoczone logo Hypocricomu: był nim czerwony wąż oplatający srebrną strzykawkę. Doktor Margolis codziennie spędzał w swoim laboratorium wiele godzin i zapominał wtedy o całym świecie. Jego dzieci musiały czasami zejść do piwnicy, aby go stamtąd wyciągnąć.

Jonatan i Ela obudzili się nagle w środku nocy na kanapie, przestraszeni i zlani potem. Co dziwne, obojgu śniło się, że ktoś ich goni. Ich serca łomotały jak oszalałe. Ale szybko zapomnieli o śnie, bo w domu było jakoś dziwnie. Na początku nie mogli zrozumieć, co właściwie się zmieniło. Zegary stanęły, a na ekranie telewizora błyskały bezgłośnie kolorowe, fosforyzujące łuki. Ela pomyślała, że pewnie niechcący przełączyli na nieznany kanał, i wyłączyła odbiornik. W ciemności, która zapanowała, w jednej chwili zrozumieli, co jest nie tak: zapach! Choć było lato, dom pełen był zimowych woni: naelektryzowanego powietrza, burzy z piorunami, mokrej ziemi, przypalonych grzanek, wody kapiącej z liści hiacyntów w ogrodzie. Zapach ten był bardziej namacalny od wszystkich znanych im woni. Pulsował i łaskotał ich nozdrza niczym żywe stworzenie. Powietrze w domu mruczało potężną energią. Jonatan spojrzał na telefon, który zupełnie zwariował i migotał przeróżnymi światełkami, po czym dotknął swoich włosów – tak naelektryzowanych, że iskrzyły z trzaskiem w ciemności.

– Wyglądasz jak wkurzony pawian! – Roześmiał się, spojrzawszy na Elę, której krótka czarna czupryna sterczała na wszystkie strony.

– Idiota – skwitowała krótko. – Zastanowiłeś się w ogóle, co się dzieje z tatą tam, na dole?

Poczuł, jak włoski na jego karku stają dęba. Ela pierwsza się otrząsnęła. Lata treningów kung-fu i samoobrony zrobiły swoje. Ostrożnie weszła do kuchni. Po krótkim namyśle wybrała wałek do ciasta i podała go Jonatanowi. Jeszcze jedna szybka myśl – i dla siebie wzięła duży nóż do mięsa.

– Schowaj się za mną – poleciła bratu, a on po raz pierwszy ochoczo jej posłuchał.

W laboratorium panowała ciemność. Nie było prądu. Wydawało im się, że coś żywego drży w mroku i przygląda się im. Ciężki sejf leżał otwarty na podłodze. Otaczały go potłuczone słoje, zdeptane pigułki, podarte kartki i roztrzaskane próbówki. Drogi elektroniczny mikroskop leżał na ziemi niczym sztywny trup z nogami w powietrzu. Na monitorze błyskały wznoszące się i opadające fale o lśniącej barwie, takie same jak te na ekranie telewizora. Później detektywi odkryją, że komputer zmienił się w martwą masę układów scalonych, a cała jego zawartość uległa zniszczeniu.

– Szukali lekarstwa – powiedział Jonatan i przeszył go dreszcz.

Jego wzrok powędrował w stronę dużego aluminiowego zlewu w kącie, który najwyraźniej przetrwał bez szwanku ogólną demolkę. Z brzegów wylewała się woda. Jonatan miał wrażenie, że na podłodze pod zlewem zauważył mokrą plamę w kształcie odcisku męskiego buta. Ale zanim mógł się upewnić, czy nie jest to złudzenie, albo zawołać Elę, żeby sama spojrzała, woda zalała jedyny dowód.

W kącie laboratorium leżał ich ojciec w nienaturalnej pozycji, jakby cisnęła go tam jakaś ogromna siła. Wyglądał jak porażony piorunem. Jego włosy, rzęsy, a nawet koniuszki palców były osmalone. Otaczała go ciężka, ostra woń deszczu i burzy. Na twarzy miał kilka krwawych rozcięć, ale ku wielkiej radości Eli i Jonatana okazało się, że oddycha. Jego ciało zasłaniała zerwana ze ściany wielka płachta z tablicą Mendelejewa. Ela właśnie miała ją przesunąć, żeby sprawdzić, czy ojciec nie ma poważnych obrażeń, lecz w tym momencie oboje instynktownie poczuli, że pod spodem coś jest nie tak, jakby ciało ich taty było jakoś zniekształcone.

– Odsuń się! – rzuciła Ela i gwałtownie odepchnęła brata.

– Nie boję się.

Skłamał. Cały dygotał. Zza pleców siostry nic nie widział. Czyżby ojcu czegoś brakowało? A może coś poruszało się w miejscu, gdzie nie powinno się poruszać, albo miał dodatkową kończynę, której mieć nie powinien?

Nie dowiedział się, co się stało. Ela z powrotem przykryła ojca i zamrugała, wstrząśnięta.

– Dzwoń na policję – nakazała bratu, trupio blada z przerażenia.

Kolana się pod nią ugięły i zrobiła coś, co nigdy jej się nie zdarzało: wsparła się na ramieniu Jonatana.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...