Królewski skrytobójca

Krzysztof "krzyslewy" Lewandowski środa, 19 listopada 2014
królewski skrytobójca, okładka

Zastanawialiście się kiedyś, jaki wpływ na czytelnika wywiera książka? Oczywiście w Internecie roi się od doniesień, że wzbogaca jego słownictwo, rozwija myślenie oraz wyobraźnię, ale ciekawsze wydaje się pytanie, czy kształtuje osobowość. Niektórzy rzekomi specjaliści zdają się potwierdzać to przypuszczenie. Podobno możemy przejmować od głównego bohatera niektóre zachowania, poglądy i opinie, choć żeby do tego doszło, musimy się z nim identyfikować. Nie tylko rozumieć jego postępowanie, nie tylko je popierać – ale brać za własne. Wtedy tożsamość czytelnika nie ma znaczenia, bo na czas lektury staje się kimś innym – Bastardem albo Harrym Potterem dla przykładu. Nie jest łatwo jednak uzyskać opisany efekt, ponieważ skutecznie potrafi go zepsuć nawet najmniejszy drobiazg. Niech bohater lubi placki – pozornie nic złego w tym nie ma, lecz jeśli czytający z kolei nie będzie ich znosił, może to destrukcyjnie wpłynąć na identyfikację z główną postacią. „Uczeń skrytobójcy” okazał się jedną z niewielu powieści, którym udaje się oddziaływać na odbiorców. Bawiła się moimi emocjami i sprawiała, że czułem się prowadzącym narrację, Bastardem Rycerskim. Nie dziwota więc, iż po „Królewskiego skrytobójcę” sięgnąłem z największą ochotą, żądny kolejnych przygód umiejscowionych w świecie stworzonym przez Robin Hobb.

Po rozgardiaszu, do jakiego doszło w pasjonującym finale pierwszego tomu, przychodzi czas na uspokojenie akcji. Autorka stopniowo rozwija zapoczątkowane wcześniej wątki i pieczołowicie przypomina wydarzenia z „Ucznia skrytobójcy” oraz zawarte w nim informacje o świecie. Może doceniłbym te starania, gdybym po drugą część nie sięgnął ledwie chwilę po poprzedniej. W ten sposób, nadal mając w pamięci całą historię, początkowe rozdziały odrobinę mnie nużyły. Wrażenie potęgował fakt, że Robin Hobb używała dokładnie tych samych zwrotów, co w nie tak dawno ukończonej przeze mnie książce. Jednak trudno pozostać długo obojętnym na magię „Królewskiego skrytobójcy”, więc po pewnym czasie znów z napięciem śledziłem losy Królestwa Sześciu Księstw oraz towarzyszyłem bohaterowi w rozwiązywaniu stawianych mu na drodze problemów.

królewski skrytobójca

Podobnie jak większość drugich tomów, książka stanowi rozwinięcie wątków ukazanych w części pierwszej, dlatego nie będzie dla nikogo zaskoczeniem dalsze obserwowanie walki ojczyzny Bastarda z agresorami oraz spisków księcia Władczego, które stanowią fundamenty opowiadanej historii. „Królewski skrytobójca” wciąga czytelnika w świat wydarzeń szczególnie dzięki sprawnie prowadzonym intrygom oraz nieraz skutecznie zaskakującymi zwrotami akcji. Nie podoba mi się jednak zachowanie bohaterów, którzy późno zdają sobie sprawę z rosnącego zagrożenia ze strony wrogów. Nieustanne lekceważenie przeciwników byłoby jeszcze zrozumiałe, gdyby już w „Uczniu skrytobójcy” nie udowodnili oni, że potrafią być niebezpieczni. Niemniej rodząca się sytuacja, wynikająca głównie z nieuwagi postaci, jest do przełknięcia, a większych usterek w fabule nie dostrzegłem. Powieść nadal stanowi wynik rzetelnej pracy autorki, która skumulowała w swoim dziele najważniejsze zalety gatunku fantasy. Z pewnością historię, mimo wspomnianej wady, można do nich zaliczyć, ponieważ wciąga po uszy i – identycznie jak tom pierwszy – oferuje fantastyczny finisz wolny od nudy i ślimaczego rozwoju wydarzeń.

Robin Hobb „Królewskim skrytobójcą” udowodniła, dlaczego cieszy się tak dużą popularnością. Nic w jej świetnym stylu, który podziwiałem w poprzedniej części, nie uległo zmianie. Historia snuta przez prowadzącego narrację Bastarda nadal zadziwia lekkością, pomimo obecności opisów o dość pokaźnej długości. W gruncie rzeczy mogę tylko powtórzyć napisane wcześniej myśli – autorka zwraca uwagę jedynie na najbardziej interesujące szczegóły budujące klimat powieści. Nie ma miejsca na nieistotne fragmenty, więc całość sprawia wrażenie naprawdę przemyślanego tekstu. Mogę zarzucić Hobb jedynie nadmierne zamiłowanie do powtórek. Nowych informacji na temat uniwersum jest niewiele. Trudno mi jednak uznać to za poważny uszczerbek w twórczości Amerykanki, ponieważ stworzona przez nią kraina jest bogata w wiele ciekawych pomysłów i niełatwo do tej wizji dorzucić teraz kolejne równie zachwycające idee. Przynajmniej za to sprawdza się moja przepowiednia – świat wykazuje się coraz większą niestabilnością, przez co dalszy ciąg stanowi niemożliwą do odgadnięcia zagadkę. Chcecie poznać jej rozwiązanie? Musicie zagłębić się w opowieść Robin Hobb.

okładka, królewski skrytobójca

Relacje między postaciami były tak solidnie rozwijane w „Uczniu skrytobójcy”, że na „Królewskiego skrytobójcę” niewiele przypadło ciekawych, zdumiewających spostrzeżeń z nimi powiązanych. Dlatego książka pod tym względem pełni funkcję dopowiedzenia poruszanych stosunków, potwierdzając na przykład zażyłość Bastarda z Brusem. Pojawiają się jednak zupełnie nowe koligacje, które potrafią zainteresować, aczkolwiek bogactwem nie dorównują pierwszemu tomowi. Pewnie zauważyliście, że prawie na każdym kroku zaznaczam jego wyższość nad drugim. Trochę to zaskakujące, skoro książka ma niecałe osiemset stron, kiedy poprzednia posiadała około trzystu mniej? Dzieje się tak głównie dlatego, iż największym atutem całości jest rozbudowana fabuła, pojawiające się wszędzie intrygi, poczucie zagrożenia zwiastujące niechybnie nieszczęście, nieustanne napięcie... W konsekwencji zaś na ostatnich stronach rewelacyjna końcówka jest wolna od pompatyczności i gorzka. Nie wolno tego nie docenić.

Jaki jest więc „Królewski skrytobójca”? Gorszy od pierwszego tomu? Wzdrygam się przed takim określeniem, bo ponownie z wypiekami na twarzy śledziłem rozwój historii, przynoszący mi prawdziwą euforię, której próżno szukać gdziekolwiek indziej. Ponadto zauważyłem zmianę na lepsze w dialogach – wśród nich znacznie częściej skrywał się humor lepiej działający na samopoczucie niż większość komedii. A postacie? To wciąż te same charaktery, które pokochałem w „Uczniu skrytobójcy”. Dlatego zachęcam do sięgnięcia po dzieło Robin Hobb. Amerykanka jest obdarzona niebywałym talentem i nikt nie potrafi snuć opowieści z równie wysokim kunsztem jak ona. Czaruje, zaskakuje, gra na emocjach – można oczekiwać czegoś więcej?

Dziękujemy wydawnictwu MAG za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe 9,5  
Ocena użytkowników 8,72 Średnia z 9 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Fantazjel · czwartek, 20 listopada 2014, 15:00
+1
Czy zastanawiałem się jak książka może oddziaływać na człowieka? Ja i trylogia Skrytobójca jesteśmy żywym przykładem tego, że może to być wpływ przeogromny.
Tytułem wstępu: cieszę się bardzo, że MAG wznowił Skrytobójcę i Złotoskórego, bo to moja ulubiona "saga", czekam też na Kupców i ich Żywostatki, bo tylko tych do tej pory nie przeczytałem i tylko ze względu na to, że niezwykle trudno je dostać. Liczę też, że pójdą za ciosem i wprowadzą na polski rynek więcej książek przewspaniałej Robin Hobb - Soldier Son czy ostatnio wydany Fools assassin.
A teraz do rzeczy - wyobraźcie sobie prostego gimnazjalistę, który lubi po szkole pograć w piłkę i gry komputerowe. W jednej z gazet (nieistniejący już Click) czyta o nadchodzącej wielkimi krokami polskiej grze Wiedźmin i łapie za prozę Sapkowskiego. Fantastyka zaczyna mu się podobać, więcej, jest nią oczarowany. Chce więcej. W bibliotece znajduje, gdzieś w rogu półki niebieską okładkę z napisem "Andrzej Sapkowski poleca". Wypożycza trylogię fantasy. Robin Hobb "Skrytobójca". Możecie mi nie wierzyć ale przez okres około dwóch tygodni nic się dla mnie nie liczyło. Wracałem ze szkoły i czytałem do późnego wieczora, coraz bardziej zanurzając się w Królestwie Sześciu Księstw i coraz więcej myśli FitzChivarly'ego (czyli polskiego Bastarda) uznając za swoje. To ja później wręcz wymusiłem na paniach bibliotekarkach, by zakupiły Złotoskórego. I mija tak z grubsza siedem lat, mam na koncie liczne przeczytane książki, nieustające zamiłowanie do fantastyki, wybrany kierunek studiów - filologia polska (bez zbędnych, ironicznych uśmieszków i swoje własne pomysły na epickie historie. Dzięki jednej sadze.
Więc jeśli nadal macie wątpliwości, a jeszcze nie czytaliście książek Margaret Astrid Lindholm Ogden, to na co jeszcze czekacie?! Biegiem do biblioteki/księgarni/cioci Zosi. Może i wy przeżyjecie taką przygodę jak ja.
Jezid · poniedziałek, 24 listopada 2014, 22:55
0
Nie ukrywam, że podejrzewałem autora entuzjastycznej recenzji o przesadę. Wypada sprawdzić.
Fantazjel · środa, 26 listopada 2014, 16:39
0
Koniecznie! Nie zawiedziesz się.

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...