Kompleks 7215

Marcin "Amaro" Martyniuk poniedziałek, 29 lutego 2016

Przez wiele lat literatura postapokaliptyczna nie była w Polsce zbyt popularna, znajdując się daleko za plecami choćby space oper czy fantasy. Sytuacja zaczęła ulegać zmianie, dzięki czemu polscy autorzy zaczęli tworzyć swoje historie w tego typu światach. Jedną z takich opowieści jest debiutancki utwór Bartka Biedrzyckiego – "Kompleks 7215".

Naturalnie pierwszym, co rzuca się w oczy, jest podobieństwo do uniwersum stworzonego przez Dmitrija Głuchowskiego, czyli "Metra 2033". Co prawda w tym wypadku ludzkość wyginęła nie przez atomową wojnę, a broń biologiczną, ale efekt jest bardzo zbliżony – nieliczni, którzy przeżyli, zostali zmuszeni do poszukiwania schronienia w bunkrach i przede wszystkim w podziemnych tunelach metra. Dodajmy, że metra warszawskiego, bowiem akcja "Kompleksu 7215" ma miejsce właśnie w naszej stolicy, w dwudziestym pierwszym roku po katastrofie. Trudno nazwać wyjściowy pomysł oryginalnym, ale niejednokrotnie mogliśmy się przekonać, że czasem sztampowy zamysł rozwija się w interesującą historię. Niestety, w tym przypadku ta reguła się nie sprawdziła.

Głównym bohaterem jest Borka, rudobrody najemnik stojący na czele kilkuosobowego oddziału, który chwyta się zleceń różnych grup lub jednostek. Motywację do dalszych działań stanowi dla niego gorące pragnienie odnalezienia swego ojca, który zaginął w dniu katastrofy. Był porucznikiem, co oczywiście powoduje, że Borka nie przepuści szansy odwiedzenia jakiegokolwiek kompleksu wojskowego, o którym usłyszy. Tak też się dzieje po otrzymaniu informacji o Atomowej Kwaterze Dowodzenia znajdującej się w Puszczy Kampinoskiej. Tląca się w najemniku iskra nadziei nabiera mocy, co doprowadza do zebrania oddziału i wyruszenia na niebezpieczną wyprawę.

Okładkowy blurb głosi, że Borka to najemnik intelektualista, ale nie da się tego odczuć, nawet biorąc pod uwagę, że po globalnej katastrofie kryteria określania kogoś mianem intelektualisty zapewne znacząco by spadły. Naszego protagonistę z pewnością można nazwać dobrym dowódcą, nawet pomimo młodego wieku, ale nazywanie go intelektualistą to przesada. Niemniej da się go polubić i śledzić poszukiwania ojca; tego pierwszego nie da się powiedzieć o pozostałych postaciach, które są bez wyrazu, a przesadą nie będzie nazwanie ich jedynie tłem dla misji Borki, ponieważ autor nie był zainteresowany tworzeniem realnych osobowości, rezygnując z rozbudowanych dialogów, wewnętrznych rozterek, a wzmianki o ich przeszłości przedstawił bardzo skrótowo.

Większość postapokaliptycznych powieści cechuje ponura, wręcz duszna atmosfera, nadająca charakteru całej opowieści. Niestety w tym przypadku klimat jest szczątkowy, brakuje uczucia zagrożenia i niepewności, obawy przed każdym kolejnym dniem, a wszystko to przez dosyć pobieżne opisy, które nie pozwalają wczuć się czytelnikowi w sytuację bohaterów. Codziennemu życiu, a zwłaszcza wyprawom na powierzchnię towarzyszą standardowe dla gatunku mutanty, ale sposób ich ukazania w niczym nie odbiega od innych tytułów postapo.

kompleks 7215

Społeczeństwo metra zostało podzielone na frakcje, co oczywiście wywołuje skojarzenia z utworem Głuchowskiego. Mamy więc m.in. Błękitnych, czyli dawnych stróżów prawa; tworzących tzw. Kryształowy Pałac naukowców i ludzi uczonych; oraz Święty Krzyż, którego nazwa mówi sama za siebie. Istnieje znacznie więcej stronnictw i można mieć słuszne wątpliwości, czy nie jest ich zbyt wiele jak na tak ograniczoną przestrzeń i liczbę ludności. Na szczęście Biedrzycki był świadomy pewnego odrealnienia swych kreacji, o czym sam pisze w posłowiu.

Sama fabuła w dalszej części książki prezentuje zbliżony poziom. Główny wątek, czyli poszukiwanie ojca nie jest czymś przesadnie oryginalnym, a w drodze do odrobinę chaotycznego, lecz niezłego zakończenia rozwój akcji trudno nazwać interesującym. Sytuację ratuje lekki styl autora, który sprawia, że powieść czyta się błyskawicznie, chociaż już dialogi sprawiają niekiedy wrażenie sztucznych i przesadnie zdawkowych.

Poza główną historią w książce znalazły się też dwa opowiadania zatytułowane "I tak warto żyć" oraz "Ostatnia Posługa". Ich celem jest przede wszystkim dołożenie kilku elementów do tego świata, np. wprowadzenie postaci, która pojawia się także w kolejnym tomie Biedrzyckiego. Prawdę mówiąc, to właśnie te dwa krótkie teksty zrobiły na mnie większe wrażenie niż główna opowieść. W jednym z nich opisana jest przygoda dziewczynki o zdolnościach telepatycznych, zaś w drugim kilka osób postanawia znaleźć lek, który pomoże chorej na białaczkę kobiecie. Oczywiście nie ma mowy o jej wyleczeniu, a jedynie o staraniach ograniczenia jej cierpienia. Obie historie są krótkie, ale przykuwają uwagę głównie dzięki ciekawym pomysłom.

Debiut Biedrzyckiego nie robi wielkiego wrażenia, zbyt wiele tu wtórności względem innych postapokaliptycznych utworów, bohaterowie są mało realni i poza Borką trudno któregoś polubić. Zawodzi też klimat, który w niczym nie przypomina dusznej atmosfery chociażby moskiewskiego metra. Powieść mogę polecić tylko zagorzałym fanom gatunku, reszta czytelników nie odnajdzie tu zbyt wiele ciekawego.

Ocena Game Exe 5  
Ocena użytkowników 5 Średnia z 1 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...