Karabiny Avalonu

3 minuty czytania

Muszę się wam przyznać, że w całym swoim życiu nie spotkałem się jeszcze z książką, która... zniechęcałaby do czytania treścią okładki. Dobrze zrozumieliście – nie samym wyglądem, lecz tekstem na niej napisanym. Spójrzcie sami:

Naprawdę zazdroszczę tym, którzy jeszcze nie doświadczyli przygody spotkania z Rogerem Zelaznym. Theodore Sturgeon "The New York Times"

Doprawdy nie wiem, czy jest to wina tłumacza, czy też pana Theodore'a. Niemniej jednak ktoś tutaj odwalił naprawdę porządną fuszerkę.

karabiny avalonu, okładka

Wróćmy jednak do tego, co jest esencją książki, czyli do fabuły. W "Dziewięciu książętach Amberu" zostawiliśmy naszego Corwina, gdy po odzyskaniu wzroku i nabraniu sił wyruszył z Cabry w nieznane. Od razu na początku dowiadujemy się, że tym nieznanym miejscem jest Avalon... A właściwie jego Cień. Pierwotny Avalon był krainą, rządzoną przez Corwina całe wieki temu. Był, gdyż już nie istnieje. Dlaczego? Tego już nie będzie dane nam się dowiedzieć. Cel tej wyprawy zdradza nam sama okładka książki. Księciu potrzebny jest jubilerski proszek, dostępny tylko w tym Cieniu. Służy on jako jedyny działający proch strzelniczy w Amberze.

W krainie tej nasz bohater spotyka dawnego znajomego Ganelona. Dawno temu Corwin wygnał go z Avalonu za zdradę. Nie było to rzecz jasna zwykłe wygnanie. Książę zabrał go na piekielny rajd przez Cienie i zostawił w jakiejś innej krainie. Teraz obawia się, że będzie to ta sama osoba. Głównym wątkiem tego tomu jest oczywiście obalenie Eryka, odebranie mu tronu i zwykła zemsta za cztery lata spędzone w ciemnicy.

Gdy ukończyłem lekturę, zacząłem się zastanawiać, jak ocenić ją w stosunku do poprzedniej części. Doszedłem w końcu do wniosku, że nie jest ona ani lepsza, ani gorsza – równie dobrze można byłoby stopić oba tomy w jeden i nikt nie zauważyłby różnicy. W książce poznajemy kolejnego z braci Amberytów, co dodatkowo wikła i tak już mocno skomplikowaną fabułę. Dochodzą nowe teorie na różne zdarzenia, obalanych jest kilka starych, a nasza pewność, że rozgryźliśmy już tę historię dawno temu i wiemy jak się skończy, zaczyna powoli znikać.

Pan Zelazny wie, co jest jego mocną stroną i wykorzystuje to. Wykreowany świat oraz prawa nim rządzące to po prostu cud, miód i orzeszki. Czasem z niecierpliwością czekałem aż bohaterowie w końcu przemieszczą się do innego Cienia, aby dowiedzieć się, co też autor wymyślił w nim. Ale on całe szczęście umie zbalansować treść książki. Tak więc pomiędzy dobrymi opisami, pojawia się akcja. A raczej Akcja, gdyż dzieje się tu naprawdę dużo i szybko. Już w pierwszym tomie można było zauważyć, że mimo występowania wielkich bitew, autor opisuje szerzej raczej pojedynki jeden na jeden. I dobrze, bowiem te są naprawdę ciekawie napisane. To znaczy weterani szabli podczas ich czytania ziewnęliby raz czy dwa z nudów, ale przeciętny czytelnik powinien być zadowolony.

karabiny avalonu, okładka

Pojawił się w tym tomie także wyczekiwany przeze mnie pazur. Doliczyłem się aż jednego przekleństwa. Fakt – mało, ale przynajmniej nie wypatrzyłem takich absurdów, jak "Zamknij buzię" z poprzedniej części. Załapiemy się nawet na jeden czy dwa romanse. Romantycy jednak nie mają czego tutaj szukać. Miłostki nie są epickie. Ba, nawet nie są legendarne. Tylko tyle, żeby mieć materiał na fabułę do kolejnych tomów... Tak, w "Karabinach Avalonu" już widać, że autor ma nakreślony w głowie cały szkic fabularny i nawet najmniejsza pierdółka może nagle nabrać kluczowego znaczenia.

Kilka słów odnośnie tłumaczenia. Zmienił się autor przekładu. Pani Blanka została zastąpiona sławnym Piotrem W. Cholewą. Czy jest to zmiana na lepsze? Zdecydowanie tak! Ale jeszcze nie w tym tomie... To znaczy nie zrozumcie mnie źle. Tłumaczenie jest dobre, ale podczas pracy w korekcie GameExe wyczuliłem się na najmniejsze odchylenia od normy. Takie więc zdanie: "Miałem nieprzyjemne przeczucie, że po zmroku las może zaroić się od nieczystych mieszkańców jakiegoś przeklętego Kręgu, o których nie miałem pojęcia, ale od których się tu pewnie roiło." rzuca cień zarówno na tłumacza, jak i korektę...

Nie wiem, co pracownicy firmy Zysk i S-ka brali przed implementowaniem ilustracji na okładce, ale w tym tomie również nie ma ona żadnego powiązania z treścią lektury. Jestem w stanie uwierzyć, że jakiś chochlik drukarski pozamieniał obrazki i teraz na okładce jakiejś książki o czarownicy z lustra widnieje Corwin oraz Ganelon z armią z Riik wyposażoną w karabiny z Avalonu...

Na koniec powiem tylko – znajdźcie i przeczytajcie tę książkę, bo będziecie naprawdę żałowali, jeżeli wam się to nie uda.

Ocena Game Exe
7
Ocena użytkowników
8 Średnia z 2 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
Wczytywanie...