Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie

3 minuty czytania

Możemy chyba zgodnie uznać, że trudno o coś bardziej charakterystycznego dla powieści fantastycznonaukowych niż podróż w czasie. Trudno też znaleźć motyw równie zużyty i wyeksploatowany, którego nawet fani literatury sci-fi mieliby dość w podobnym stopniu. Oto jednak natrafiamy na książkę, w której czas nie stanowi pretekstu do radosnych wojaży w irracjonalnych machinach. Książkę, w której prezentowana opowieść jest złożoną, skomplikowaną i ze wszech miar dramatyczną historią, pozostawiającą po sobie znacznie więcej niż tylko wspomnienie spędzonego na lekturze czasu.

"Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie" – nieco przydługi tytuł sugeruje nam kolejne kompendium przygód o mocno rozrywkowym charakterze. Nic bardziej mylnego. Charles Yu przedstawia nam świat, w którym podróże w czasie są czymś tak powszechnym i zwyczajnym, jak jazda pociągiem. Głównym bohaterem oraz narratorem jest tu serwisant wehikułów czasu, jeden z wielu pracowników wielkiej korporacji kontrolującej tę dziedzinę rynku i życia w niezliczonych wszechświatach. Jego zadaniem jest nie tylko naprawa zepsutych maszyn, lecz także wyciąganie klientów z czasowych pętli i paradoksów. Zadanie, jak się okazuje, bardzo monotonne i niewdzięczne, gdyż ludzie z maniakalnym uporem starają się zmienić przeszłość. Chociaż bez względu na wszystko jest to niemożliwe, kolejni klienci wykorzystują niemal nieograniczone możliwości swych maszyn w podobnych celach – by zabić swego ojca, dziadka, siebie, by raz po raz przeżywać największe błędy i najgorsze chwile swojego życia.

Opowieść naszego bohatera (będącego literackim alter-ego pisarza), mająca wszelkie cechy pamiętnika, zaczyna się w nieokreślonym momencie między czasami i wymiarami. Zmęczony, znudzony człowiek podróżuje w maszynie wielkości budki telefonicznej, za jedynych towarzyszy mając superinteligentny, kobiecy program o imieniu TAMMY oraz Eda – psa, który nigdy nie istniał. Zawieszony w czasowej i emocjonalnej próżni prezentuje nam swe cierpkie, analityczne spostrzeżenia o swojej pracy, życiu, związanych z nim ludziach, przede wszystkim zaś o tym, jak bardzo ludzie nie potrafią korzystać z czasu i możliwości, które zostały im dane.

On sam nie jest w tej kwestii lepszy – młody mężczyzna bez osiągnięć i perspektyw, od lat pracujący dla firmy, która zniszczyła zarówno jego ojca, jak i ideę wehikułu, nad którym pracował całe życie. W efekcie tego wszystkiego ojciec zniknął, odszedł w nieznany czas i miejsce, a jego własny syn nie potrafi go odnaleźć.

Cała powieść, o fabule o której nie mogę powiedzieć już nic więcej ponad to, że rozwija się bardzo nieszablonowo, została podzielona na rozdziały zwane modułami. W pierwszym z nich poznajemy świat przedstawiony i bohatera, wraz z jego problemami, alienacją i samotnością. Swym lekko psychodelicznym nastrojem przypomniał mi "Solaris" Stanisława Lema. Stało się tak za sprawą niezwykłego stylu, którym posługuje się Charles Yu. Z jednej strony śledzimy strumień świadomości narratora – proste, krótkie, niekiedy chaotycznie konstruowane zdania lub ich równoważniki, świetnie obrazujące zagubienie i obojętność bohatera. Z drugiej strony natrafiamy na rozbudowane i zagmatwane, sięgające niekiedy dwóch stron ciągi spostrzeżeń i autorefleksji zawarte w ramy jednego zdania, gdy główna postać przeżywa silne emocje lub ważne momenty. Wszystko to pozwala dobrze poznać bohatera-narratora, a także doskonale koresponduje z rozwojem akcji.

Sama akcja i sposób jej prowadzenia to kolejne atuty powieści amerykańskiego pisarza. Zadziwiająco sprawnie potrafi on zmieniać jej tempo, miejsce i czas. Dynamizuje ją lub zawiesza w niemal absolutnym bezruchu, choć narracja i relacjonowane przez nią wydarzenia nadal trwają... No właśnie – trwają. Autor nie tylko opisuje podróże w czasie. Pośpiech, nuda, bezczas, deprywacja sensoryczna – Yu pozwala nam doświadczać ich na równi z bohaterem.

Jeszcze nim zakończę swe wywody, muszę przyznać, że od czasów Zajdla nie trafiłem na powieść science-fiction, w której z równą starannością traktowano by część fantastyczną i naukową. Każdy podrozdział poprzedza kilka haseł wystylizowanych na specjalistyczne, dotyczących zagadnień, które będą istotne później. Nie chodzi tu jednak o popisywanie się wiedzą przez autora i pseudonaukowy bełkot. Bodaj pierwszy raz ukazano prawa fizyki i zasady tworzenia opowieści jako nierozerwalne, współzależne elementy tej samej całości. Bardzo ciekawy i udany zabieg.

Tej, liczącej sobie 266 stron, książce trudno cokolwiek zarzucić. Od projektu okładki, przez świetny przekład, po samo przystępne wydawnictwo oferowana jest nam pozycja nader atrakcyjna i dopracowana. "Jak przeżyć..." to powieść, która wymaga od czytelnika zarówno uwagi i inteligencji, jak i otwartości umysłu i emocjonalnej wrażliwości. Proporcje między humorem, tragizmem, akcją i filozofią zostały doskonale wyważone. Brak tu "filozujstwa", sofizmatów czy natarczywego moralizatorstwa, a jednak opowiadana historia angażuje nas w pełni i nie przemija od razu po zamknięciu książki. To nie tylko powieść, która zasługuje na Wasz czas i pieniądze, lecz przede wszystkim taka, na którą zasługuje każdy, kto oprócz okazji do oderwania się od rzeczywistości poszukuje nowych sposobów patrzenia na nią.

Ilu z Was idzie przez życie patrząc w przeszłość?

Ilu z Was chciałoby to zmienić?

Dziękujemy wydawnictwu Prószyński i S-ka za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe
9
Ocena użytkowników
8,5 Średnia z 1 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...