Fragment książki

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Sygnał nadano po dwóch godzinach i pięćdziesięciu sekundach. Płaskie pokrywy włazów o numerach od jednego do czternastu znikły w ścianach, desantowcy przykucnęli równocześnie, jakby wykonywali jakieś ćwiczenie akrobatyczne, a potem - wsunąwszy nogi w czarne otwory i przyciskając ręce do bioder - zjechali w dół, tam, gdzie w okrętowej ładowni stały gryfy. Każdy w oddzielnym maleńkim boksie, jak pociski w łódce nabojowej; osiem wzdłuż lewej burty, osiem wzdłuż prawej. Za nimi, w hangarze dziobowym, stały „simy”, czołgi amfibie przeznaczone do działań lądowo-wodnych, zwane ze względu na szybkość i zwrotność karaluchami. I jedne, i drugie były groźną bronią z arsenału krążownika i bez wątpienia najmądrzejszą – przecież kierowali nimi ludzie. Oczywiście, nie bez pomocy komputerów.

Szeroki elastyczny wąż wyrzucił Litwina prosto w objęcia fotela-kokonu. Powłoka ochronna otuliła ramiona i piersi, brzuch i biodra, kolana i łydki, pozostawiając swobodne ręce i szyję; z góry opadł hełm, za nim nasunęła się osłona kabiny, w jej matowej głębi zapłonęła siatka wskaźnika celu. Litwin odruchowo napiął mięśnie lewej nogi, potem prawej i gryf zakołysał się w gnieździe w przód i w tył. Kiedy człowiek pokręcił szyją i poruszył oczami, zabłysło światełko modułu medycznego, a kontrolki rakiet, laserów i wielolufowych swomów posłusznie spłynęły po osłonie, będącej teraz również ekranem. Teraz, wepchnięty w naszpikowaną bioczujnikami tkaninę kokonu, podłączony do autopilota Litwin stanowił jedność ze swoją maszyną, czuł ją jak przedłużenie własnego ciała – przede wszystkim kończyn i oczu. Było to dobrze mu znane uczucie, do którego zdążył się przyzwyczaić podczas dziewięciu lat lotów w próżni i w atmosferach trzech planet.

- Pierwszy gotowy – oznajmił Litwin i usłyszał takie same meldunki trzech swoich podwładnych. Potem komunikator burknął głosem Chevreuse’a: „Zgoda na katapultowanie!”.

Litwin delikatnie poruszył lewą stopą. Błona śluzy rozstąpiła się, strumień sprężonego gazu wyrzucił gryfa na odległość stu metrów od okrętu, cicho zamruczał silnik, a w osłonie – teraz już przezroczystej - zabłysły gwiazdy i pojawił się tarcza Jowisza – ogromny, trzy razy większy od ziemskiego księżyca. Siatka wskaźników celu zaświeciła jaśniej. Świat w kratkę, żartowali piloci desantowcy.

Litwin obserwował, jak trzy srebrne strzały wyfrunęły ze śluz w obłokach białawej pary. Rodrigueznatychmiast ustawił się z tyłu, Corcoran i McNeal zatoczyli koło pod płaskim brzuchem Skowronka. Na powierzchni statku blisko dziobu widniał wizerunek ptaka, ale sam krążownik przypominał raczej rybę. Ogromnego pstrąga pływającego w ciemnych, nocnych wodach. Tylko anteny lokalizatorów, lufy miotaczy plazmy i wieżyczki strzelnicze zaburzały opływowy kształt kadłuba. Za rufą statku ciągnął się język ognia.

- Gryfy w przestrzeni – zameldował Litwin. – Przystępujemy do wykonania zadania.

- Ruszajcie – rozbrzmiał komunikator, tym razem głosem kapitana.

Myśliwce odleciały w różne strony - jedna para po spirali w górę, druga w dół.

Skowronek z wielkiej ryby zmienił się w małą rybkę, a po chwili znikł zupełnie – pozostała tylko plamka na ekranie lokalizatora. Plamek było w sumie pięć – krążownik, trzy MU i ostatnia z rozstawionych boi majacząca na krawędzi jak ledwie dostrzegalna iskierka. Poza tym Litwin nie widział nic – nie licząc, oczywiście, Jowisza i gwiazd. Ale te ciała niebieskie ani trochę go w tej chwili nie interesowały.

- Pierwszy do drugiego. Kurs równoległy do statku, odległość jeden megametr. Trzeci i czwarty taka sama marszruta, ale w dolnym sektorze.

- Zrozumiałem – odezwał się Corcoran. – Przejmujemy dolny sektor, odległość jeden megametr.

Louis także potwierdził odległość, potem chrząknął i dodał:

- À propos Acapulco. Najlepsze są tam kubańskie Mulatki czekoladki. Mają takie…

- Gryfy, nie zaśmiecać eteru! – warknął kapitan. – Co pokazują lokalizatory i czujniki?

- Nic, sir – zameldował Litwin. – Reliktowe promieniowanie kosmiczne i składowa słoneczna.

- Meldować co pięć minut.

- Tak jest, sir.

Litwin uruchomił timer i sygnał dźwiękowy, potem delikatnie odchylił głowę, napawając się widokiem nieba. Wyraźne punkty gwiazd pobłyskiwały wśród obłoków pyłowych i mgławic, jaśniała zakrzywiona ścieżka Drogi Mlecznej, w ciemnej otchłani kryło się nieznane – galaktyki, których światło jeszcze nie dotarło do Ziemi, czarne dziury, gwiazdy neutronowe… Obraz ten zawsze zachwycał Litwina i jakby na zasadzie kontrastu wywoływał wspomnienia o rodzinnym Smoleńsku; Droga Mleczna stawała się Dnieprem, a z konturów gwiazdozbiorów przebijały znajome stare mury z ceglanymi wieżami, kopuły cerkwi, teatr miejski albo dom na ulicy Gagarina, gdzie mieszkali jego bliscy: matka, ojciec, siostra z mężem, dwójka siostrzeńców… Po każdym rejsie wracał do domu; stromy brzeg Dniepru przyciągał go bardziej niż plaże Acapulco, a jeśli chodzi o dziewczyny, to żadne czekoladowe Kubanki nie mogły się równać ze smoleńskimi ślicznotkami. Chociaż i czekoladki warto by spróbować – tak dla odmiany. Litwin nie był Don Juanem, ale nie gardził damskim towarzystwem.

Timer zaśpiewał melodyjnie. Litwin odczytał wskazania czujników i zaraportował:

- Gryf Jeden do okrętu. Optyka nic. Lokalizatory nic. Rejestruję typowe promieniowanie tła.

- Gryf Trzy do okrętu – natychmiast odezwał się Corcoran. – Sytuacja analogiczna. Tylko tło trzy procent powyżej normy.

- Przyjąłem. Kontynuujcie obserwacje.

Wszystko wskazywało na to, że ten rejs na Skowronku będzie dla Litwina ostatni. Podejrzewał, że w sztabie ZSK przygotowano już rozkaz o awansie i przeniesieniu do Trzeciej Floty – być może na ciężki krążownik, taki jak Barakuda, Starfire albo Syberia. Nie ma co, potężne skorupy! Osiem pokładów, baseny, sale gimnastyczne, galerie spacerowe i żadne tam kubryki – dla każdego oddzielna kajuta… A przede wszystkim trzydzieści sześć MU, i to nie gryfów, które czasy świetności miały już dawno za sobą, a kań najnowszej konstrukcji. Dowodzenie takim desantem kusiło ogromnym prestiżem, choć rozstanie ze Skowronkiem wywoływało smutek i melancholię. Pewnie nigdy już nie spotka Richarda, cichej Abbie ani gadatliwego Rodrigueza… Każde z nich miało własny harmonogram urlopów, więc jeśli w ogóle się kiedyś spotkają, to za dziesięć lat, gdy przejdą w stan spoczynku. Być może nie pozbędą się ich bezceremonialnie, lecz jako zasłużonych weteranów skierują do jakiejś jednostki naziemnej, na stację orbitalną albo do księżycowej bazy ZSK… Na razie nie miał ochoty o tym myśleć, mimo że w bazie były przestronne salony, a kuchnia zasługiwała na wszelkie pochwały. Litwin wolał ciasny kubryk i monotonne racje, byleby tylko loty się nie skończyły. Coraz dalej i dalej, z Jowisza na Saturn, z Saturna na Urana, Neptuna, Plutona i wreszcie w ciemną otchłań oddzielającą Układ Słoneczny od najbliższych gwiazd…

Westchnął. Takie marzenia raczej nie spełnią się za jego życia. Napęd termojądrowy dawał statkom prędkość wystarczającą do podróży po Układzie Słonecznym, lecz wyprawa do gwiazd wymagała czegoś innego. Czegoś, co wynajdą dopiero przyszłe pokolenia…

Timer znowu brzęknął.

- Gryf Jeden do okrętu. Wszystkie parametry bez zmian.

- Gryf Trzy do okrętu. Wizualnie ani na lokalizatorach nic nie stwierdzam, ale wartość promieniowania tła wzrosła o dwanaście procent.

- U nas o pięć procent. Prawdopodobnie zbliżamy się do miejsca wybuchu.

To był Chevreuse, po którym natychmiast zabrzmiał głos komandora.

- Gryf Trzy i Gryf Cztery, określić gradient wzrostu promieniowania. Idę w waszą stronę, podejdźcie do epicentrum. Gryf Jeden, „Gryf Dwa, za mną. Odległość od trzynastu do piętnastu kilometrów.

- Zrozumiałem – odpowiedział Litwin.

- Rozpoczynam manewr – oznajmił Corcoran.

Miał wraz z McNeal krążyć w pustce, kierując się wskazaniami czujników. Zrodzone w dziwnym wybuchu potoki zjonizowanych cząstek i kwantów gamma jeszcze się nie rozpłynęły, dzięki czemu przy pewnym nakładzie pracy można było określić epicentrum fenomenu. Coś tam zawsze znajdziemy – pomyślał Litwin, zmieniając trajektorię. – Jeśli walnął reaktor, będą odłamki, a jeśli rozsypał się kamień, to jego prochy jeszcze unoszą się nad Jowiszem.

Z kamieniami miał do czynienia już wcześniej. Jednym z głównych zadań ZSK było zapewnienie bezpieczeństwa, czyli ochrona Ziemi przed intensywnymi wybuchami na Słońcu i ciałami kosmicznymi, które spadając na powierzchnię Ziemi, mogły zakończyć pochód cywilizacji ku gwiazdom. Wśród małych planet było z pół setki obiektów o średnicy od jednego do ośmiu kilometrów, których orbity przecinały ziemską, a energia potencjalnego zderzenia wynosiła sto tysięcy megaton. W 1937 roku jeden z nich, Hermes, przemknął w odległości ośmiuset megametrów od Ziemi, czyli w skali kosmicznej tuż obok. Arsenał jądrowy i statki kosmiczne gwarantowały, że katastrofa podobna do tej, która doprowadziła do wyginięcia dinozaurów, więcej się nie powtórzy. Przykładowo – flota złożona z dziesięciu statków rozniosła w proch jeden z obiektów w pasie asteroid. Litwinowi pozostały wspaniałe wspomnienia tej operacji.

Timer przypomniał, że pięć minut minęło.

- Gryf Jeden do okrętu. Odnotowałem wzrost promieniowania tła o szesnaście procent. Znajduję się w strefie widoczności optycznej. Na lokalizatorze nic.

- Gryf Trzy do okrętu. Minąłem obszar trzykrotnego wzrostu promieniowania tła, prawdopodobnie epicentrum. – Pauza. - Do wszystkich gryfów! Konfiguracja x-cztery.

Oznaczało to, że myśliwce powinny patrolować w ariergardzie ustawione w krzyż albo romb; taki schemat był odpowiedni do obserwowania peryferii. Dowódcy grupy przypadała pozycja u góry, jeśli za punkt odniesienia przyjąć północny biegun Galaktyki. Litwin poprowadził więc gryfa ku wierzchołkowi krzyża, śledząc na lokalizatorze położenie maszyn McNeal, Corcorana i Rodrigueza; Abbie znajdowała się dokładnie pod nim, Louis i Richard – niżej, z prawej i z lewej. Malutkie myśliwce zaginęły w kosmicznym mroku, ale Skowronka można było rozpoznać w wizorze optycznym: srebrna strzałka z purpurowym strumieniem gazu na końcu. Ogień zgasł, po czym buchnął znowu, ale tym razem płomienie wylatywały z silników pomocniczych, otaczając krążownik różową migotliwą aureolą.

- Hamujemy. Półtora g – padł rozkaz Chevreuse’a. – Do wszystkich gryfów: kapitan nakazał zbliżyć się na odległość pięciu kilometrów.

Litwin wprowadził poprawkę i ruszył naprzód, ale po minucie pod hełmem rozbłysnął czerwony sygnał błędu. Było to nie tylko dziwne, lecz wręcz nieprawdopodobne: podczas wspólnych lotów gryfy otrzymywały dane o kursie bezpośrednio z KAN-u. Niemniej…

- Oddalają się od nas – zabrzmiał głos Corcorana. – Nie hamują, tylko się oddalają z dotychczasową prędkością! Śnię czy nasz komputer oszalał?

- Śpisz – wtrącił Rodriguez. – Tylko ciekawe, z kim?

McNeal milczała. Była nadzwyczaj spokojną i milczącą dziewczyną. A do tego zdyscyplinowaną: wiedziała, że dowódca ustali, co jest powodem opóźnienia.

- Gryf Jeden do okrętu – powiedział Litwin. – Proszę o potwierdzenie rozkazu hamowania.

Komunikator milczał. Minęła sekunda, druga, trzecia, po czym Be Jay wrzasnął:

- Pełna moc, Chevreuse! Co się tam, do diabła, dzieje?!

- Hamujemy, komandorze. Coś nas przyciąga…

- Gdzie? Tam niczego nie ma! Niczego, klnę się na reaktor!

Ano niczego – potwierdził w duchu Litwin, rzucając okiem na lokalizator. Na kursie Skowronka była tylko próżnia. Trzy atomy wodoru na metr sześcienny. Ani czarnych dziur, ani białych karłów, ani innych anomalii.

- Alarm czerwony! – nieoczekiwanie krzyknął komandor. – Powtarzam, alarm czerwony! Swomy, gotowość bojowa, na moją komendę ognia!

Swomy były bronią humanitarną – oczywiście, w porównaniu z laserami i resztą arsenału okrętu. Rój lecących z ogromną prędkością lodowych kryształów zmieniał w sito pancerze, skafandry, mechanizmy i ludzkie ciała, jednakże nie powodował tak zgubnych zjawisk, jak promieniowanie czy fala uderzeniowa; rój czyścił tylko ograniczoną przestrzeń , nie pozostawiając nieprzyjemnych następstw.

- Może uderzymy rakietami? – ochrypłym głosem wyszeptał Chevreuse.

- Nie, nie wiemy, co tam jest – odmruknął komandor. – Swomy od pierwszego do szóstego, wąską wiązką, ognia!

Ekrany lokalizatorów pokazały sześć półprzezroczystych plamek. Oderwały się one od ciemnej strzały okrętu i pomknęły w pustkę, przecinając ekran. Przy prędkościach kosmicznych uderzenia drobnych kawałków lodu miały większą moc niż kiedyś wybuch pocisku artyleryjskiego.

- Manewr okrążający. Przygotowanie do ataku – zarządził Litwin.

Ustawił swoją maszynę z lewej strony, a Rodriguez natychmiast podążył za nim; Corcoran i McNeal zajęli pozycje z prawej na tej samej wysokości. Szyk gryfów przypominał w tej chwili kleszcze, gotowe w każdej chwili się zacisnąć.

- Kogo atakujemy, Pierwszy? – zapytał Rodriguez. – A może co? Próżnię?

Pytanie było nie od rzeczy: Litwin nie widział nic, co można by było zaatakować…

- Gryf Jeden do okrętu. Proszę o instrukcje. Co…

Nie zdążył dokończyć, bo słabo pobłyskująca z przodu łuna wybuchła, zalewając zdało się, cały wszechświat. Zawyła syrena, autopilot przejął sterowanie, gwałtownie szarpnął stateczkiem w górę, próbując sprowadzić go z linii ognia, ale w tej samej chwili poszycie zadudniło. Pękła pokrywa, coś przebiło lewą rękę i nogę Litwina, wbiło się w żebra. Poczuł ciepłe strużki krwi wypływającej z ran. Potem ogromny ciężar rozmazał go po powłoce kokonu, a gasnący umysł podpowiedział: przyśpieszenie co najmniej piętnaście g.

Ostatnie, co zobaczył, to poprzebijany korpus Skowronka; z setek dziur wyciekało powietrze, zmieniając się w białawe śnieżne płatki. Zginęli, wszyscy zginęli – przemknęła myśl. – Ale jak?...

Stracił przytomność.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...