Fragment książki

14 minut czytania

Prolog

W imię naszego świętego zgromadzenia i jego nierozerwalnej wspólnoty sióstr niniejszy raport zostaje uznany za rzetelny i godny włączenia do kronik kapituły.

To dobrze znane zalecenie odchodzi w niepamięć za sprawą słów i czynów baszara Milesa Tega, ostatniej osoby we wszechświecie, po której mogłybyśmy się spodziewać takiego objawienia.

Co sprawiło, że Teg przejrzał? On sam mówi, że było to spotkanie z żołnierzem Rozproszonych, wziętym do niewoli na Gammu i poddanym wyczerpującemu przesłuchaniu. Ten człowiek wzywał Wielkiego Boga Dura [przyp. arch.: Guldur, inne imię Tyrana], by napełnił klejnotami kieszenie tych, którzy go schwytali, jeśli go oddadzą dostojnym matronom.

Pamiętając metody Missionaria Protectiva, Teg zastanawiał się głośno, czy ta prośba mogła zostać wysłuchana. Myślał przy tym, że taka wątpliwość skłoni jeńca do wzywania Dura do zemsty na jego wrogach.

Tymczasem jeniec się śmiał. Zastanawiał się chwilę, a potem przyznał, że nigdy nie słyszał, by komuś napełniono kieszenie klejnotami.

– Pragniesz takiej boskiej odpowiedzi? – spytał Teg, badając jego wiarę.

– Napędziłaby mi strachu – odrzekł jeniec. – Zbyt wielu chciałoby mieć swój udział.

Teg opowiada, że od razu przejrzał prosty, surowy wszechświat tamtego, uświadamiając sobie, jak doskonale taka konstrukcja podlega decyzjom wierzącego. Była to kwestia wiary. Wszechświat był taki, bo wierzący chciał go takim widzieć.

– Natychmiast zauważyłem, że tak samo jest ze mną i ze wszystkimi znanymi mi ludźmi – mówi nam Teg, dodając, że w owej chwili zrozumiał prawdziwą naturę planu ułożonego przez matkę przełożoną Tarazę dla gholi i dla Rakis.

Objawienie Tega skierowało jego uwagę ku zapisom historycznych wydarzeń. Przypomniał sobie nasze nauczanie, że egzotyczne idee głoszone w określonych językach można wyrazić w pełni tylko w tych językach. Tłumaczenie zawsze zawodzi, gdy idzie o pierwotne znaczenia. Według niego zapisy zwykle odwracają uwagę od ukrytych implikacji historycznych zdarzeń. Nazywa to historią sceniczną.

Często zauważałyśmy, jak łatwo wielcy historycy mogą ulec pokusie wspierania tych, którzy odwracają naszą uwagę. Przypominam, że Tyran zabił historyków, którzy go rozgniewali z tego właśnie powodu.

Łatwość, z jaką dają się uwieść historycy, można po części wyjaśnić tym, że krwawe wydarzenia przyciągają rodzaj ludzki z magiczną siłą. Historycy nie stanowią tu wyjątku. Zaspokajają to prastare ludzkie pragnienie, które ujawnia się w tłumach cisnących się w miejscach straceń albo nieszczęśliwych wypadków.

Dodatkowym bodźcem jest to, że dostarczanie krwawych atrakcji często przynosi bogactwo i władzę. Daje popularność. Natomiast zgłębianie niewyjaśnionych zdarzeń i tajnych machinacji ludzi pozostających w cieniu jest nie tylko trudniejsze, ale wyraźnie zagraża karierze, jeśli nie życiu. Taka działalność rzadko przynosi dzieła historyczne, które zyskują powszechne uznanie. A jeśli nawet takie odkrywcze dzieła się pojawiają, znikają w dziwny sposób wraz ze swymi autorami. Mamy zatem rozszerzenie tego, co nasze zgromadzenie nazywa „permanentnym konfliktem”. Stawki w konfliktach się nie zmieniają. O tym, kto zdobędzie bogactwo, rozstrzyga walka.

Teg przypomina nam o tym, co już wiemy, ale czego nie stosujemy w pełni do siebie. My, członkinie zgromadzenia, jesteśmy niczym górnicy drążący coraz głębiej chodniki ludzkiej złożoności. Dobrze wiemy, że wygląd, postawa, kształt i kolor ciała nie muszą oznaczać wartości człowieka czy jego inteligencji.

Żaden człowiek czy społeczeństwo nie jest nigdy iglicą wieży. Ewolucja nie zbliża całych gatunków do zagłady. Narzuciliśmy niezliczonym planetom rytm pór roku, ale tylko nieliczne z nich uległy pokusie wiecznej wiosny czy nawet wiecznego lata. Brak zmian rodzi nudę. Znudzeni natomiast są nieposłuszni.

Czyż Tyran nas nie ostrzegał?

„Antropologia to ja – powiedział. – Przyjrzyjcie mi się, a zobaczycie, dlaczego żaden argument nie usprawiedliwia wiary w naturalną wyższość waszego gatunku. Wyższość może być cechą jednostek. Jedne społeczeństwa mogą demonstrować przewagę nad innymi, wszystko jednak przemija.

Nie mówcie mi, że to rozumiecie! Jeśli się na to odważycie, rzucę wam w twarz ostrzeżenie zensunnitów!

Założenia oparte na idei »zrozumienia« atakują nas ze wszech stron. Teorie te pokładają wiarę w słowach bardziej niż zorganizowane religie. Rzadko kiedy kwestionuje się wiarę. Samo stwierdzenie, że istnieją rzeczy, których nie można opisać, wstrząsa światem, w którym słowa i systemy ich przekazywania są najwyższym bóstwem”.

Systemy, siostry! Oto sedno objawienia Tega. Ranga i pozycja społeczna mogą leżeć w centrum ewolucji społeczeństw, ale słowo „systematyka” pozostaje niebezpieczne. Systemy wzorujące się na podświadomości swoich twórców zawsze biorą górę. To właśnie naszym systemom zawdzięczamy obecne ciężkie położenie! Wciąż jednak mamy ów nieśmiertelny wybór: zdegenerować się albo pokonać naszych przeciwników.

– matka przełożona Darwi Odrade, wystąpienie na radzie


Dyscyplina przeważnie pozostaje w ukryciu, a jej celem nie jest wyzwalanie, ale ograniczanie. Nie pytaj: „Dlaczego?”. Bądź ostrożny z „Jak?”. „Dlaczego?” prowadzi nieuchronnie do paradoksu. „Jak?” zamyka cię w uniwersum przyczyn i skutków. Jedno i drugie jest zaprzeczeniem nieskończoności.

Apokryfy Arrakis

– Taraza powiedziała ci chyba, że zużyłyśmy już jedenastu gholi Duncana Idaho? Ten jest dwunasty.

Sędziwa matka wielebna Schwangyu celowo powiedziała to z goryczą, spoglądając z drugiego piętra na samotnego chłopca bawiącego się na trawniku zamkniętego ogrodu. Jaskrawe południowe światło słońca planety Gammu odbijało się od białych murów dziedzińca, napełniając ogród jasnością padającą na młodego gholę niczym blask reflektora.

„Zużyłyśmy!” – pomyślała matka wielebna Lucylla. Pozwoliła sobie na krótkie skinienie, myśląc o chłodnych, bezosobowych manierach Schwangyu i jej doborze słów. „Zużyłyśmy cały nasz zapas. Przyślijcie więcej!”

Chłopiec na trawniku wyglądał na dwanaście lat standardowych, ale wygląd mógł być mylący w przypadku gholi, w którym nie obudzono jeszcze jego pierwotnych wspomnień. Podniósł głowę i spojrzał na patrzące na niego kobiety. Miał mocną budowę ciała i spoglądał śmiało spod czarnych, kędzierzawych włosów. Był opalony na brąz, ale gdy się poruszył, rękaw niebieskiego kombinezonu odsłonił jasną skórę na ramieniu. Żółtawe słońce wczesnej wiosny rzucało krótki cień u jego stóp.

– Ci ghole są nie tylko kosztowni, ale i skrajnie niebezpieczni – powiedziała Schwangyu. Głos miała bezbarwny, ale przez to bardziej władczy. Tak matka wielebna instruktorka przemawia do akolitki. Utwierdziło to Lucyllę w przekonaniu, że Schwangyu była jedną z tych, które otwarcie sprzeciwiały się wykorzystywaniu gholi.

Taraza ostrzegała ją: „Postara się przeciągnąć cię na swoją stronę”.

– Jedenaście porażek wystarczy – powiedziała Schwangyu.

Lucylla spojrzała na jej pomarszczoną twarz i nagle pomyślała: „Kiedyś ja też będę stara i pomarszczona. I też będę kimś w Bene Gesserit”.

Oznaki starości Schwangyu mówiły o długich latach służby na rzecz zgromadzenia. Była niewysoka, jej czarna szata zaś skrywała kościste ciało, które mało kto widział prócz jej akolitek i mężczyzn, z którymi ją łączono. Miała szerokie usta, a bruzdy ograniczające dolną wargę zbiegały się do wydatnego podbródka. Cechowała ją oschłość, którą nieznający jej bliżej odbierali często jako gniew. Komendantka twierdzy Gammu była bardziej zamknięta w sobie niż większość matek wielebnych.

Lucylla znów poczuła żal, że nie zna całego planu wykorzystania gholi. Taraza wyraźnie zakreśliła granicę jej wtajemniczenia, dodawszy: „Kiedy chodzi o bezpieczeństwo gholi, nie można ufać Schwangyu”.

– Uważamy, że sami Tleilaxanie zabili większość z tych jedenastu – powiedziała Schwangyu. – Już to jedno o czymś świadczy.

Lucylla przyjęła na wzór Schwangyu postawę spokojnego, beznamiętnego oczekiwania mówiącą: „Mogę być o wiele młodsza niż ty, Schwangyu, ale i ja jestem pełnoprawną matką wielebną”. Czuła na sobie spojrzenie tamtej.

Schwangyu oglądała wcześniej holoobraz Lucylli, ale w rzeczywistości ta kobieta była o wiele bardziej niepokojąca. Znakomicie wyszkolona imprinterka, bez wątpienia. Błękitne w błękicie oczy robiły wrażenie przenikliwych i pasowały do wydłużonego owalu twarzy. Odrzucony kaptur czarnej aby ukazywał kasztanowe włosy zebrane w ciasny węzeł, a potem spadające kaskadą na plecy. Nawet najsztywniejsza szata nie mogła ukryć pełnych piersi Lucylli. Jej linia genetyczna słynęła z instynktu macierzyńskiego. Kobieta ta dała już zgromadzeniu troje dzieci, z tego dwoje z tym samym mężczyzną. Tak, kasztanowłosa uwodzicielka o pełnych piersiach i matczynym charakterze.

– Jesteś bardzo małomówna – stwierdziła Schwangyu. – Podpowiada mi to, że Taraza ostrzegała cię przede mną.

– Masz powód przypuszczać, że asasyni spróbują zabić tego dwunastego gholę? – spytała Lucylla.

– Już próbowali.

Lucylli przyszło do głowy, że to dziwne, jak słowo „herezja” samo się nasuwa, kiedy się myśli o Schwangyu. Czy herezja mogła istnieć wśród matek wielebnych? Religijne konotacje tego słowa wydawały się nie na miejscu w odniesieniu do Bene Gesserit. Jak herezja może się pojawić wśród tych, które traktują religię wyłącznie jako środek manipulowania ludźmi?

Lucylla przeniosła uwagę na gholę, który wykorzystał ten moment, by wykonać serię młynków wokół trawnika, póki nie znalazł się tam, gdzie stał wcześniej, patrząc na obserwatorki.

– Pięknie ćwiczy! – parsknęła Schwangyu. Starczy głos nie zdołał ukryć nienawiści.

Lucylla spojrzała na nią. „Tak, herezja”. „Dysydencja” nie była odpowiednim słowem. „Opozycja” nie obejmowała tego, co się wyczuwało w tej starej kobiecie. To było coś, co mogło wstrząsnąć Bene Gesserit. Bunt przeciw Tarazie, matce wielebnej przełożonej? Nie do pomyślenia! Matki przełożone były z tej samej gliny co monarchinie. Kiedy już Taraza wysłuchała rad i podjęła decyzję, siostry były zobowiązane do posłuszeństwa.

– To nie czas na tworzenie nowych problemów! – oświadczyła Schwangyu.

Znaczenie jej słów było jasne. Rozproszeni powracają, a plany niektórych Utraconych zagrażają zgromadzeniu. „Dostojne matrony!” Brzmiało to całkiem tak jak „matki wielebne”.

Lucylla zdecydowała się zarzucić wędkę.

– Sądzisz więc, że powinnyśmy się skoncentrować na problemie tych dostojnych matron spośród Rozproszonych?

– Skoncentrować? Ha! One nie mają naszych mocy. Nie okazują rozsądku. I nie panują nad melanżem! Tego właśnie chcą od nas: naszej wiedzy o przyprawie.

– Być może – zgodziła się Lucylla. Nie miała ochoty ustępować przed tak słabymi dowodami.

– Matka przełożona Taraza postradała chyba zmysły, żeby bawić się teraz z tym gholą – powiedziała Schwangyu.

Lucylla milczała. Plan związany z gholą poruszył dawne obawy sióstr. Możliwość, choćby odległa, otrzymania nowego Kwisatz Haderach budziła dreszcz grozy w ich szeregach. Igrać z zaklętymi w czerwie cząstkami świadomości Tyrana? To było skrajnie niebezpieczne!

– Nie powinnyśmy zabierać tego gholi na Rakis – mruknęła Schwangyu. – Nie budź czerwia, kiedy śpi.

Lucylla raz jeszcze przyjrzała się chłopcu. Odwrócił się plecami do galerii, na której tkwiły dwie matki wielebne, ale coś w jego postawie mówiło, że wie, iż rozmawiają o nim, i czeka na ich reakcje.

– Chyba zdajesz sobie sprawę, że wezwano cię za wcześnie, bo on jest za młody?

– Nie słyszałam jeszcze o głębokim uwarunkowaniu kogoś tak młodego – przyznała Lucylla. Pozwoliła sobie na lekko autoironiczny ton, bo wiedziała, że Schwangyu to dostrzeże i błędnie zinterpretuje. Główną specjalnością Bene Gesserit była prokreacja i wszystko, co dla niej konieczne. „Użyj miłości, ale jej unikaj” – oto co myśli Schwangyu. Analityczki zgromadzenia wiedziały, gdzie się zakorzenia miłość. Zbadały to już we wczesnym stadium rozwoju, ale nie odważyły się wykluczyć jej z ukierunkowanego łączenia par. Zasada mówiła: Toleruj miłość, ale strzeż się jej. Musisz wiedzieć, że istnieje, ukryta głęboko w ludzkiej genetyce, siatka bezpieczeństwa niezbędna dla przedłużenia gatunku. Używaj jej, kiedy trzeba uwarunkować wybrane jednostki (czasem na siebie nawzajem) dla celów zgromadzenia, wiedząc, że są one związane potężnymi, niedostrzegalnymi więzami. Inni mogą widzieć te więzy i planować konsekwencje, ale połączeni nimi będą tańczyć tylko w takt niesłyszalnej dla nich muzyki.

– Nie twierdzę, że uwarunkowanie go jest błędem. – Schwangyu źle zrozumiała milczenie Lucylli.

– Obie robimy to, co nam kazano – burknęła Lucylla. Niech tamta rozumie to, jak chce.

– Nie masz zatem nic przeciwko zabraniu gholi na Rakis? – spytała Schwangyu. – Zastanawiam się, czy gdybyś znała całą tę historię, byłabyś taka posłuszna.

Lucylla nabrała tchu. Czyżby miała teraz poznać w pełni zamysł związany z gholami Duncana Idaho?

– Na Rakis żyje dziewczynka imieniem Sziena – powiedziała Schwangyu. – Sziena Brugh potrafi rozkazywać wielkim czerwiom.

Lucylla ukryła napięcie. „Wielkie czerwie! Nie Szej-hulud. Nie Szejtan. Wielkie czerwie”. A więc w końcu pojawił się jeździec piasku przepowiedziany przez Tyrana!

– Nie mówię tego dla podtrzymania rozmowy – dodała Schwangyu, gdy Lucylla wciąż milczała.

„Oczywiście, że nie – pomyślała Lucylla. – Mówisz o rzeczach, opisując je, a nie nazywając imieniem o mistycznej treści. Wielkie czerwie! A naprawdę myślisz o Tyranie, Leto II, którego niekończący się sen jest przenoszony w perłach świadomości w każdym z tych wielkich czerwi. Tak przynajmniej nauczono nas wierzyć”.

Schwangyu wskazała głową chłopca na trawniku.

– Myślisz, że ich ghola zdoła wpłynąć na dziewczynkę, która rozkazuje czerwiom?

„W końcu coś wypływa na wierzch” – pomyślała Lucylla.

– Nie muszę odpowiadać na takie pytanie.

– Jesteś naprawdę ostrożna.

„Ostrożna? Oczywiście!” Taraza ostrzegała ją: „Kiedy chodzi o Schwangyu, musisz działać niezmiernie ostrożnie, ale szybko. Okno czasowe, w którym możemy osiągnąć powodzenie, jest bardzo wąskie”.

„Powodzenie w czym?” – zastanawiała się Lucylla. Spojrzała na Schwangyu.

– Nie rozumiem, jak Tleilaxanie zdołali zabić tych jedenastu gholi. Jak się przedostali przez naszą obronę?

– Teraz mamy baszara. Może zapobiegnie nieszczęściu. – Ton Schwangyu mówił wyraźnie, że w to nie wierzy.

Matka przełożona Taraza powiedziała: „Jesteś imprinterką, Lucyllo. Kiedy przybędziesz na Gammu, rozpoznasz część wzoru. Twoje zadanie nie wymaga jednak, żebyś poznała cały plan”.

– Pomyśl o kosztach! – rzuciła Schwangyu, patrząc gniewnie na gholę, który przykucnął i szarpał kępki trawy.

Lucylla wiedziała, że koszty nie mają tu nic do rzeczy. Otwarte przyznanie się do porażki byłoby znacznie gorsze. Zgromadzenie nie może ujawniać, że jest omylne. Za to fakt, że tak wcześnie wezwano imprinterkę, był niezwykle istotny. Taraza wiedziała, że imprinterka dostrzeże to i rozpozna ukryty wzór.

Schwangyu machnęła kościstą ręką ku chłopcu, który wrócił do swej zabawy, biegając i wywracając koziołki na trawie.

– Polityka – powiedziała.

„Bez wątpienia polityka zgromadzenia leży u podstaw herezji Schwangyu” – pomyślała Lucylla. Na delikatną naturę sporu wskazywało mianowanie Schwangyu komendantką twierdzy Gammu. Oponentki Tarazy odmawiały trzymania się na uboczu.

Schwangyu odwróciła się i spojrzała wprost na Lucyllę. Powiedziano już dość. Dość już usłyszano i przepuszczono przez wyszkolone umysły Bene Gesserit. Kapitularz bardzo starannie wybrał Lucyllę.

Lucylla czuła, że starsza kobieta bada ją wzrokiem, ale nie wpływało to na najgłębsze skupienie, które pomagało matkom wielebnym uporać się ze stresem. „Niech patrzy, ile chce” – pomyślała. Odwróciła się, uśmiechnęła łagodnie i przebiegła wzrokiem przeciwległy dach.

Pojawił się tam mężczyzna w mundurze uzbrojony w ciężką rusznicę laserową. Rzucił okiem na matki wielebne, a potem skupił uwagę na chłopcu pod nimi.

– Kto to jest? – spytała Lucylla.

– Patrin, zaufany adiutant baszara. Mówi, że jest tylko jego ordynansem, ale trzeba być ślepym i głupim, żeby w to uwierzyć.

Lucylla przyglądała się mu uważnie. Więc to był Patrin. Taraza mówiła, że pochodzi z Gammu. Sam baszar wybrał go do tego zadania. Szczupły, jasnowłosy, był o wiele za stary do czynnej służby, ale na wezwanie odwołanego z emerytury baszara pomagał mu w pełnieniu obowiązków.

Schwangyu zauważyła, że Lucylla przeniosła wzrok z Patrina na gholę z prawdziwą troską. Tak, skoro baszar został wezwany do strzeżenia twierdzy, gholi musi grozić prawdziwe niebezpieczeństwo.

– Dlaczego… on… – Lucylla się wzdrygnęła.

– To rozkaz Milesa Tega. – Schwangyu wymieniła nazwisko baszara. – Te zabawy to szkolenie. Ciało musi być gotowe na przywrócenie pierwotnej świadomości.

– To nie są proste ćwiczenia – zauważyła Lucylla, czując, jak jej mięśnie prężą się, wspominając własne szkolenie.

– Nie wolno mu tylko poznawać tajemnic zgromadzenia. Prawie cała skarbnica naszej wiedzy może należeć do niego. – Ton Schwangyu mówił wyraźnie, że jej zdaniem jest to wysoce niewłaściwe.

– Ale z pewnością nikt nie wierzy, że ten ghola zostanie nowym Kwisatz Haderach – zaprotestowała Lucylla.

Schwangyu wzruszyła tylko ramionami.

Lucylla znieruchomiała zamyślona. Czy to możliwe, by ten ghola został przekształcony w męską wersję matki wielebnej? Czy ten Duncan Idaho mógłby się nauczyć wnikać w głąb siebie, tam gdzie nie ośmiela się zaglądać żadna matka wielebna?

Schwangyu zaczęła mówić, prawie warcząc:

– Zamysł tego projektu… ich plan jest niebezpieczny. Mogą popełnić ten sam błąd… – Urwała.

„One mogą – pomyślała Lucylla. – Ich ghola”.

– Wiele bym dała, żeby wiedzieć, jakie stanowisko zajmują w tej sprawie Ix i rybomówne – stwierdziła.

– Rybomówne! – Schwangyu pokręciła głową na samą myśl o pozostałościach kobiecej armii służącej kiedyś jedynie Tyranowi. – One wierzą w prawdę i sprawiedliwość.

Lucylla poczuła nagłe ściśnięcie gardła. Schwangyu była bliska otwartej opozycji. A jednak ona tu dowodziła. Polityczna zasada była prosta: przeciwnicy projektu mają go monitorować, żeby przerwać go, gdy pojawią się pierwsze kłopoty. Ale tam, na trawniku, stał prawdziwy Duncan Idaho. Potwierdziły to prawdomówczynie i porównanie komórek.

Taraza poleciła jej wcześniej: „Masz go nauczyć miłości we wszystkich jej formach”.

– On jest taki młody – powiedziała Lucylla, wpatrując się w gholę.

– Tak, młody – przyznała Schwangyu. – Sądzę, że na razie wzbudzisz w nim tylko odzew dziecka na uczucie matki. Później… – Wzruszyła ramionami.

Lucylla nie zdradziła żadnej emocjonalnej reakcji. Bene Gesserit musi być posłuszna. „Jestem imprinterką, więc…” Polecenia Tarazy i specjalistyczne szkolenie Lucylli określały szczegółowo bieg wydarzeń.

– Jest ktoś, kto wygląda jak ja i mówi moim głosem. Pracuję na jej konto. Czy mogę spytać, kto to jest?

– Nie – odparła Schwangyu.

Lucylla zamilkła. Nie oczekiwała otwartości, ale niejeden raz mówiono jej, że jest uderzająco podobna do przełożonej Służby Bezpieczeństwa, Darwi Odrade. „Młoda Odrade” – Lucylla nieraz słyszała te słowa. Zarówno Lucylla, jak Odrade pochodziły oczywiście z linii Atrydów z silną domieszką genów potomkiń Siony. Rybomówne nie miały monopolu na te geny! Inne Wspomnienia matki wielebnej, mimo ich linearnej selektywności i ograniczenia do linii żeńskiej, dostarczały ważnych wskazówek co do ogólnego zarysu projektu. Lucylla, której doświadczenie opierało się na osobowości Jessiki, pogrzebanej przed mniej więcej pięcioma tysiącami lat w manipulacjach genetycznych zgromadzenia, poczuła teraz lęk płynący z owego źródła. Wzór był znajomy. Dawał tak silne wrażenie skazania na zagładę, że Lucylla zaczęła odruchowo odmawiać Litanię przeciw strachowi, jak nauczono ją przy wprowadzeniu w obrzędy zgromadzenia.

„Nie wolno się bać. Strach zabija duszę. Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie. Stawię mu czoło. Niechaj przejdzie po mnie i przeze mnie, a kiedy przejdzie, obrócę oko swej jaźni na jego drogę. Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic. Jestem tylko ja”.

Odzyskała spokój.

Schwangyu wyczuła coś z tego i osłabiła nieco swą postawę obronną. Lucylla nie była przeciętną matką wielebną z tytułem bez pokrycia, która ledwie potrafi pełnić swoje funkcje, nie sprawiając kłopotów zgromadzeniu. Lucylla to prawdziwa matka wielebna i pewnych reakcji nie da się przed nią ukryć, nawet reakcji innej matki wielebnej. Dobrze więc, niech pozna w pełni rozmiary opozycji wobec tego głupiego, niebezpiecznego projektu!

– Nie sądzę, by ghola dożył chwili, gdy ujrzy Rakis – powiedziała.

Lucylla puściła to mimo uszu.

– Opowiedz mi o jego przyjaciołach.

– On nie ma przyjaciół, tylko nauczycieli.

– Kiedy ich poznam? – Lucylla nie spuszczała oka z przeciwległej galerii, na której Patrin opierał się od niechcenia o filarek, trzymając broń w pogotowiu. Zdała sobie nagle sprawę, że mężczyzna ją obserwuje. Był przesłaniem od baszara. Schwangyu widziała to i rozumiała. „Strzeżemy go!”

– Sądzę, że to Milesa Tega tak bardzo chcesz poznać – powiedziała Schwangyu.

– Między innymi.

– Nie chcesz najpierw nawiązać kontaktu z gholą?

– Już nawiązałam z nim kontakt. – Lucylla wskazała głową dziedziniec, na którym chłopiec znów stał bez ruchu i patrzył na nią. – Jest zamyślony.

– Innych znam tylko z raportów, ale podejrzewam, że z całej serii ten jest najbardziej skłonny do zadumy.

Lucylla stłumiła mimowolny dreszcz, gotowość do gwałtownego protestu przeciwko słowom i nastawieniu Schwangyu. Nie wynikało z nich, że ten chłopiec jest istotą ludzką tak samo jak one.

Kiedy o tym myślała, chmury przesłoniły słońce, co się często zdarzało o tej porze. Chłodny wiatr powiał nad murami twierdzy, wirując wokół dziedzińca. Chłopiec odwrócił się i zaczął ćwiczyć szybciej, rozgrzewając się.

– Dokąd on idzie, kiedy chce być sam?

– Przeważnie do swojego pokoju. Próbował paru niebezpiecznych wycieczek, ale położyłyśmy temu kres.

– Musi nas nienawidzić.

– Tego jestem pewna.

– Będę musiała zaraz się tym zająć.

– Imprinterka nie wątpi oczywiście, że potrafi przezwyciężyć nienawiść.

– Myślałam o Geasie. – Lucylla posłała Schwangyu znaczące spojrzenie. – Dziwię się, że pozwoliłaś jej popełnić taki błąd.

– Nie mieszam się do programu zajęć gholi. Jeżeli nauczycielka zaczyna darzyć go prawdziwym uczuciem, to nie mój problem.

– Atrakcyjny chłopiec – zauważyła Lucylla.

Stały jeszcze chwilę, przyglądając się ćwiczeniom gholi Duncana Idaho. Obie myślały o Geasie, jednej z pierwszych nauczycielek sprowadzonych tu do pracy przy projekcie gholi. Podejście Schwangyu było jasne: Geasa to opatrznościowy błąd. Lucylla skonstatowała tylko, że Schwangyu i Geasa utrudniły jej zadanie. Żadna nie pomyślała choć przez moment, że takie rozważania potwierdzają ich wierność swoim przekonaniom.

Patrząc na tego chłopca na dziedzińcu, Lucylla zaczęła inaczej oceniać to, co naprawdę osiągnął Tyran Bóg Imperator. Leto II korzystał z tego typu gholi przez niezliczone pokolenia – trzydzieści pięć stuleci jedno po drugim. A Bóg Imperator Leto II nie był zwyczajną siłą natury. Był największym kataklizmem w historii ludzkości. Przetoczył się po wszystkim: po systemach społecznych, po naturalnych i nienaturalnych animozjach, po systemach rządów, po rytuałach (zarówno tabu, jak nakazanych), po religiach łagodnych i ascetycznych. Miażdżąca siła, z jaką przeszedł, zmieniła wszystko, nawet Bene Gesserit.

Leto II nazywał to Złotym Szlakiem, a Duncan Idaho, ghola w rodzaju tego, którego widziała przed sobą, był w tamtych strasznych czasach wybitną postacią. Lucylla studiowała kroniki Bene Gesserit, przypuszczalnie najlepsze we wszechświecie. Nawet teraz na większości dawnych planet imperialnych młode pary lały wodę na wschód i na zachód, mamrocząc miejscową wersję modlitwy: „Niech twoje błogosławieństwo spłynie na nas za sprawą tej ofiary, Boże nieskończonej mocy i nieskończonego miłosierdzia”.

Kiedyś wymuszanie takich hołdów było zadaniem rybomównych i posłusznych kapłanów. Ten zwyczaj stał się jednak, siłą bezwładu, nakazem. Nawet najbardziej sceptyczni wierni mówili: „Modlitwa nigdy nie zaszkodzi”.

Osiągnięcie to podziwiały z goryczą i lękiem najlepsze specjalistki w zakresie inżynierii religijnej Missionaria Protectiva. Tyran pozostawił Bene Gesserit daleko w tyle. A piętnaście stuleci po jego śmierci zgromadzenie nadal nie potrafiło rozwikłać głównego węzła tego niesamowitego osiągnięcia.

– Kto odpowiada za przygotowanie religijne chłopca? – spytała Lucylla.

– Nikt – odparła Schwangyu. – To byłby niepotrzebny kłopot. Kiedy zostaną obudzone jego pierwotne wspomnienia, będzie miał własne poglądy. Poradzimy sobie z nimi, jeśli będzie trzeba.

Czas treningu chłopca minął. Nie patrząc na obserwatorki, opuścił dziedziniec przez szerokie drzwi po lewej. Patrin też zszedł ze swego posterunku, nie spojrzawszy nawet na matki wielebne.

– Nie daj się zwieść ludziom Tega – dodała Schwangyu. – Mają oczy naokoło głowy. Jego rodzona matka była jedną z nas. On uczy gholę rzeczy, których ten nie powinien wiedzieć.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
Męczą Cię captche? , a problem zniknie. Zajmie to mniej niż rozwiązanie captchy!
Wczytywanie...