Gadzie gody

Wojciech "Courun Yauntyrr" Kominek czwartek, 23 lipca 2015
gadzie gody, artur baniewicz

Debren z Dumayki był mi obcy. Kiedy okazało się, że „Gadzie gody” Baniewicza to absolutny początek przygód wspomnianego herosa, postanowiłem dać mu szansę. Pamiętam z prasy reklamy oryginalnej trylogii, która miała stanowić receptę na absencję Wiedźmina. Ile w Debrenie z Geralta i jak prezentuje się ta naprawdę gruba książka? Na to pytanie spróbuje odpowiedzieć moja dużo skromniejsza objętościowo recenzja.

Początek przedstawia się obiecująco, bowiem do miasta Trickley dociera nasz główny bohater, będący jeszcze żakiem w magicznym cyklu edukacji. Okolicę terroryzuje stary smok, który ubzdurał sobie, że potrzebuje dziewicy i grozi spaleniem grodu w sytuacji, gdyby takowa nie wylądowała przed jego pieczarą. Królowie otoczyli te szlachetne gady ochroną, budując im nawet specjalne rezerwaty, jednak tutejszy osobnik zdaje się nie żartować, pozostawiając zgliszcza na dowód.

Niestety, im dalej w las, tym fabuła staje się coraz bardziej nużąca. Straszliwie długie dialogi między bohaterami z pewnością potrafiłyby uśpić czujność lokalnego smoka w tak dużym stopniu, że zadziałał nawet eksperyment z celowym pomijaniem kilku stron pod rząd. Galopująca niczym ślimak fabuła wcale na tym nie ucierpiała, chociaż w ten sposób traciliśmy pewne nawiązania do rzeczywistego świata, którymi autor chciał się ewidentnie popisać. Proste przekręcanie nazwisk to jednak łamigłówka na poziomie przedszkola, więc raczej nie stanowi wyzwania. Co gorsza, nadmierna paplanina często miała miejsce także w kuriozalnych sytuacjach, kiedy to zwykłe przesłuchanie czy przewożenie jeńca staje się wykładem o historii smoków, zaś prosty rozbójnik nagle okazuje się mieć wiedzę godną profesora.

Sprawę dodatkowo komplikuje dość prosty schemat tworzenia jednowymiarowych postaci, od pierwszego wypowiedzianego słowa zakwalifikowanych do określonej grupy, z której nigdy się nie wydostaną. Debren jest naiwny, trochę gamoniowaty, zaś w swej sztuce rzucania czarów kompletnie nieprzygotowany. Baniewicz nie raz wyśmiewa się z jego nieporadności, by za kolejne 200 stron obdarzyć go magią zdolną zniwelować działania prawdziwych mistrzów. Czytając każdą stronę po dwa razy nie udało mi się dojść przyczyn tej metamorfozy, więc nawet prawdziwi masochiści mogą poszukać sobie innego wyzwania.

Nieco lepiej wygląda sprawa z pozostałymi postaciami, bowiem oszpecona Amma, porozumiewająca się ze światem za pomocą zdań rytych na specjalnej tablicy, jest swego rodzaju nowością. Podobnie jak jurysta Pirr, zaprzeczający archetypowi prawnika, potrafiącego zagadać wroga, by potem zdzielić go księgą praw i nakazów. Niestety, głównym bohaterem pozostaje nastoletni Debren, który ma nie tylko anielską cierpliwość w trakcie tych wszystkich dialogów, ale także najnudniejszą historię i chyba najmniej sprecyzowany cel swego pobytu w okolicach Trickley.

Stylistycznie Baniewicz stara się naśladować Sapkowskiego, mieszając słowiańszczyznę ze słowami współczesnymi, przez co wychodzi miks, który potrafi odrzucić. Zdecydowanie lepiej wypada trzymanie się określonego nurtu, wzbogacając go tylko wtedy, kiedy to absolutnie niezbędne. Autor „wrzuca” pewne określenia niczym ślepy procarz, który pozbywa się amunicji tylko po to, by podczas ucieczki było mu lżej.

Przed ostatecznym ciosem słów kilka o wydaniu. SuperNOWA przyzwyczaiła do białych okładek z ładnym obrazkiem, więc nie inaczej jest także w tym wypadku. Bite 638 stron to wizualnie po prostu cegła, jednak nie ma tu miejsca na zbędne ozdobniki czy ilustracje. W samym tekście praktycznie bezbłędnie, przez co korekta może czuć się naprawdę dumna ze swojej pracy.

Podsumowując, „Gadzie gody” to zdecydowanie za długa książka, której nieporywająca fabuła mogła zostać upchnięta w połowie swojej objętości. Rozbudowane dialogi oraz równie drobiazgowo opisywane sceny, to elementy, które we współczesnej literaturze fantasy mogą zniechęcić do siebie osoby poszukujące niebanalnych bohaterów oraz ciekawego świata. Żaden z tych elementów nie pojawia się w początkach przygód Debrena, przez co pozycję tę mogę polecić jedynie zagorzałym fanom Baniewicza. Cała reszta powinna rozejrzeć się za czymś lżejszym – i to nie tylko w kwestii ilości zadrukowanych stron.

Dziękujemy wydawnictwu superNOWA za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe 5  
Ocena użytkowników -- Średnia z 0 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...