Exodus: Bogowie i królowie

Krzysztof "krzyslewy" Lewandowski wtorek, 3 lutego 2015
exodus gods and kings

Słyszeliście o losach serialu „Hieroglyph”? Mogliśmy obejrzeć zaledwie jeden jego zwiastun, jednak trzeba przyznać, że bardzo klimatyczny. Zarys fabuły też zapowiadał naprawdę wyśmienitą produkcję, bo stanowił połączenie fantasy z klimatami egipskimi i zwrotami akcji na miarę „Gry o tron”. Zresztą, możecie przekonać się sami (zwiastun znajduje się poniżej). Niestety stacja FOX nie była zadowolona z poziomu tytułu i zdecydowała się go anulować, odbierając szansę pokazania „Hieroglyphu” światu. Żądny zobaczenia jednej z najstarszej cywilizacji naszego globu na (obojętnie jakim) ekranie wybrałem się więc na „Exodus: Bogowie i królowie”. Wydawało się, że sławne nazwiska i miliony wydane na produkcję będą miały odbicie w wysokiej jakości filmu. Dla reżysera „Exodusu”, Ridleya Scotta, było to dodatkowe wyzwanie, ponieważ dawno nie błyszczał w Hollywood. Czy jego nowy hit zapisze się złotymi głoskami w historii kina?

Tym razem twórca słynnego „Gladiatora” postanowił zekranizować biblijną opowieść o Mojżeszu (Christian Bale). Hebrajczyk został szczęśliwie uratowany od pogromu pierworodnych i następnie wychowany wśród rodziny faraońskiej, u której cieszy się powszechnym szacunkiem oraz poważaniem. Sytuacja ulega zmianie, kiedy na tronie egipskim zasiada jego przybrany brat i przyjaciel, Ramzes (Joel Edgerton), a na światło dzienne wydostaje się prawda o pochodzeniu Mojżesza (wcześniej utrzymywano, że jest dzieckiem zmarłego żołnierza). W ten sposób zaczyna spełniać się przepowiednia, według której Hebrajczyk wyzwoli swoich rodaków z liczącej cztery stulecia niewoli egipskiej.

exodus gods and kings

Jeśli miałbym wskazać najważniejszy problem, z jakim boryka się „Exodus: Bogowie i królowie”, byłby to brak ambicji scenarzystów. Ci nawet nie próbowali uwydatnić zalet biblijnych opowieści, do których bez wątpienia należy ich osobliwa, pełna tajemnicy i niezwykłości atmosfera. Zamiast tego otrzymujemy przeciętną opowiastkę według sprawdzonego, hollywoodzkiego przepisu, który po prostu nie może wyróżnić się z tłumu podobnych tytułów. Początek filmu zapowiadał jeszcze coś lepszego, bo pojawiały się twarze znanych aktorów (zapowiedź znakomitych kreacji?), a wizja Egiptu prezentowanego przez Ridleya Scotta jako potężne imperium oparte na niewolnictwie zapierała dech w piersiach. Reżyser starannie przedstawił jego monumentalność i potęgę. Jedyne, czego mi w nim brakowało, to uwydatnienie okrucieństwa, brutalności oraz fanatyzmu właściwego dla tamtejszych władców uchodzących za wcielenia bogów. Mam wrażenie, że z tej bardzo mrocznej strony starożytnego państwa zrezygnowano dla potrzeby zaniżenia progu wiekowego, z jakim można wybrać się na film. Owszem, wszystko wyglądało pięknie, złociście i zachwycało wielkością, czasami ktoś był biczowany lub wieszany, ale to ciut za mało. Z czasem doszedłem do wniosku, że ta decyzja nie przyniosła korzyści, bo przez nią obraz Ridleya Scotta cierpi na niedostatek charakteru. Jest płytki, nijaki i po upływie niespełna godziny przestaje poruszać.

exodus gods and kings

Całe szczęście, że niedługo potem nadchodzą wyczekiwane z niecierpliwością plagi egipskie, które bezlitośnie rozprawiają się ze starożytną cywilizacją. Wciąż oglądamy ten sam obraz, lecz w trakcie procesu wyniszczania, który na powrót przykuwa widza do ekranu. Jednak skłamałbym, gdybym powiedział, że tutaj twórcy „Exodusu” już nie zawodzą. Niestety rozczarowanie pojawia się dość szybko, bo znów wysyłane są sygnały, że oglądany film był tworzony pod dyktando surowej cenzury. Może plagi egipskie nie przechodziły zupełnie bez echa, ale też nie pokazano w pełni reakcji społeczeństwa egipskiego na kolejne trudne do wytłumaczenia kryzysy. Same plagi powinny budzić stan przerażenia, tymczasem kręcono je z zamiarem uzyskania jedynie ogromnego rozmachu. Zaledwie jedna scena – z krokodylami! – zapada w pamięć, reszta idealnie wpasowuje się w monotonny bieg wydarzeń. Momentami zastanawiałem się nawet, z jakimi poprawkami ja przedstawiłbym dane sceny. I z całym szacunkiem dla Ridleya Scotta – cholernie mocno wierzę, że byłyby one korzystne dla filmu.

Wróćmy do tych kar boskich – gdzie muzyka? Ginie w tle. Gdzie strach ludzi niepotrafiących logicznie wytłumaczyć tego, co się dzieje? Na czym tutaj ma opierać się nastrój grozy? Nie mówię, że „Exodus” od razu musi stać się horrorem, ale zapożyczenie kilku sztuczek z tego gatunku byłoby nie najgorszym pomysłem, bo wystąpiłoby NAPIĘCIE. Albo spotkanie Mojżesza z Bogiem – ten pierwszy tkwi w bagnie, widać mu tylko twarz i rozmawia ze Stwórcą. Nie brzmi to trochę niedorzecznie?

exodus gods and kings

Nie wiem, czy ktoś uznał, że same losy Mojżesza wystarczą, aby film wciągał przez calutkie dwie i pół godziny – ważne jest jedno: jeśli tak było, to się srogo pomylił. Śledzeniu historii Hebrajczyka towarzyszy niskie zainteresowanie, aczkolwiek lepsze takie niż żadne, jak przy „Godzilli”, do której z przyjemnością porównam widowisko twórcy „Łowcy androidów”. Pozornie dwa różne, komercyjne hity – tylko pozornie, bo oba łączy pewna cecha: gdyby obedrzeć je z efektów specjalnych, na które z pewnością przeznaczono miliony, oraz zamienić gwiazdy kina na niespotykane wcześniej nazwiska, to nie pozostaje nic wartego uwagi. Coś, co Puls puściłby w nocnych godzinach, a na portalach zbierałoby średnie oceny w granicach dwa-trzy na dziesięć. „Exodus” jeszcze broni się tym, że jakieś – słabe, bo słabe – ale zaciekawienie występuje. Trudno mi powiedzieć, z jakiego konkretnie powodu – może to wciąż zasługa antycznego entourage'u? Na pewno nie scenariusza. Nie dość, że to prosta historyjka, to jeszcze najeżona mniejszymi wadami. Wątek miłosny przedstawiony został bez wyczucia. Mojżesz spotyka swoją wybrankę losu i nim się obejrzymy, od razu bierze ją za żonę (nie koloryzuję, aż się złapałem za głowę z obawy, czy czasem nie przegapiłem jakiejś sceny). Pamiętacie jak lud Żydowski podąża do Ziemi Obiecanej i po drodze grzeszy? Wyrażono to w jednej scenie, nie liczcie na nic głębokiego. Przyjaźń bohatera z następcą tronu egipskiego również została przedstawiona po łebkach, przez co razi sztucznością. Podobnie ma się późniejszy konflikt między obiema postaciami. Wszędzie uproszczenia i skróty. Czy aktorzy dostali okazję, aby się wykazać?

exodus gods and kings

Nie. Obecność takich gwiazd jak Christian Bale czy Ben Kingsley to czysta wydmuszka. Zobaczymy znaną twarz, to do razu film u nas zapunktuje! Tymczasem wcale tak nie jest. Rolą Mojżesza Bale z pewnością nie oderwie się od wizerunku Mrocznego Rycerza. Trudno mu coś zarzucić, równie trudno pochwalić, bo zwyczajnie nie otrzymał możliwości pokazania swojego talentu. Podobnie pozostali – scenariusz nie pozwala im na szarże aktorskie czy tworzenie wspaniałych kreacji, których w pierwszych minutach oczekiwałem. Chcąc nie chcąc, muszą odgrywać papierowe i miałkie postacie, które nie budzą absolutnie żadnych emocji. Czy kogoś to dziwi? Skoro w tylu istotnych elementach (jak przyjaźń Mojżesza z następcą tronu egipskiego) twórcy idą na skróty, to potem ponoszą tego konsekwencje. Efekt nie mógł być inny. Jednak trzeba przyznać, że kilka udanych pomysłów w filmie się znalazło. Przykładowo wątpliwości Mojżesza, co do plag egipskich przynoszących przecież śmierć wielu niewinnym ludziom. Tylko że tradycyjnie – zostało to napomknięte w paru scenach i następnie w naciągany sposób zakończone.

exodus gods and kings

Różnie za to można oceniać prezentację Boga. W produkcji Ridleya Scotta nie zwraca się On do bohatera z nieba swoim potężnym głosem. Zamiast tego przedstawiany jest jako dziecko, co mogło wyjść – nie przesadzając – komicznie. Scenarzystom udało się, co prawda, obronić swoją wizję Stwórcy, lecz też łatwo znaleźć w niej wady. Nastoletni aktor niespecjalnie wywiązał się ze swojego zadania i niezbyt dobrze oddał wszechmoc Boga, czasami wręcz sprawiając wrażenie (zamierzone lub nie) marudnego. Szczerze mówiąc, wolałbym nawet po raz kolejny zobaczyć w Jego roli Morgana Freemana. Ot, co!

exodus gods and kings

„Exodus: Bogowie i królowie” to widowisko do bólu przeciętne i stworzone według sprawdzonego hollywoodzkiego przepisu. Potraktowanie po macoszemu wielu ważnych wątków, kilka kiepskich pomysłów oraz brak ambicji scenarzystów odbija się hitowi Ridleya Scotta czkawką. Nie da się ukryć, że mogło być znacznie lepiej. Obecność gwiazd, które jednak nie mają nic do zagrania, oraz monumentalny obraz Egiptu nie obronią twórców. Miliony dolarów poszło w błoto, a „Exodus” jest kolejną nieudaną adaptacją biblijnej powieści. Jeśli ktoś jej nie czuje, to nie powinien się za nią brać, bo efekty są takie jakie są... Seans niebudzący zainteresowania, o którym chce się jak najszybciej zapomnieć – za wyjątkiem jednej rzeczywiście świetnej sceny (krokodyle!).

Ocena Game Exe 4  
Ocena użytkowników 4,5 Średnia z 6 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Thorot · wtorek, 3 lutego 2015, 20:18
0
Ati · wtorek, 3 lutego 2015, 20:24
0
W jakim kontekście wrzuciłeś tenże link?
Mikeal · wtorek, 3 lutego 2015, 21:13
0
Z ciekawości, czy Mosesman dalej cierpi na raka krtani ?
Tokar · środa, 4 lutego 2015, 03:07
0

Cytat

Z ciekawości, czy Mosesman dalej cierpi na raka krtani?


Może nie tak bardzo jak w "Batmanach", ale zachrypnięty głos pojawia się nierzadko i w sumie... bardzo pasuje do tej postaci W końcu Mojżesz to gość, który dźwiga na swoich śmiertelnych barkach grzechy całej ludzkości.

Dla mnie "Exodus" generalnie strawny, a jeżeli weźmiemy pod uwagę ostatnie wybryki pana Scotta, to mamy tutaj pewną zwyżkę formy. Narracyjnie i pod względem wykonania ciężko coś zarzucić, ale film nie wybija się raczej ponad przeciętność. Rzemieślniczo aż do bólu.
Medivh · poniedziałek, 13 kwietnia 2015, 23:29
0
Zgadzam się z tą recenzją co do słowa Szkoda mi naprawdę cokolwiek tutaj pisać, bo film jest nudny jak flaki z olejem i nawet Bale'owi się grać nie chce (wcale mu się nie dziwię). Jedyną pociechą dla tej produkcji to fakt, że z zeszłorocznych biblijnych filmów minimalnie wygrywa z Noem

4/10

Ps. Za każdym razem jak widziałem Ramzesa, parskałem śmiechem, że to Artur Szpilka

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...