Druciarz Galaktyki

3 minuty czytania

druciarz galaktyki

Philip K. Dick należy do grona moich ulubionych pisarzy. Staram się przeczytać każdą napisaną przez niego powieść, co świetnie umożliwia mi wydawnictwo Rebis za sprawą licznych publikacji jego prac w pysznej oprawie, pięknie prezentujących się później na półce. Zastanawiałem się, czy będąc takim fanem mistrza, nie zatraciłem krytycznego spojrzenia na jego dzieła. Na szczęście przypomniałem sobie, że recenzowałem kiedyś "Człowieka z Wysokiego Zamku", jedną z najlepiej ocenianych książek Dicka, a wystawiłem mu zaledwie piąteczkę. Uspokojony sięgnąłem po "Druciarza Galaktyki", mniej znaną pozycję w dorobku pisarza, reklamowaną na okładce jako jego najzabawniejszą powieść.

Joe Fernwright jest najlepszym renowatorem ceramiki na Ziemi. Po jego naprawach naczynia wyglądają, jakby nigdy nie zostały stłuczone. Olbrzymi talent, fach w ręku, pieniądze powinny płynąć strumieniami. Niestety, we Wspólnotowej Republice Obywateli Ameryki Północnej produkuje się już plastikowe rzeczy, a wszelkie muzealne eksponaty zdążył już ponaprawiać. Wraz z utratą klientów Joe stracił sens życia. Odmianę losu przynosi list, jaki dostaje od obcego z planety Oracza, Glimmunga. Pragnie on zaangażować Fernwrighta oraz wielu fachowców z całego wszechświata do praktycznie niemożliwego przedsięwzięcia – wyciągnięcia katedry Heldskalla z dna Mare Nostrum na wspomnianym globie.

Pierwsza część powieści z miejsca mnie wciągnęła. To taki Dick, którego lubię, strzelający tysiącem pomysłów na stronę, każdy kolejny bardziej absurdalny. Ziemia w "Druciarzu Galaktyki" jest jedną wielką komunistyczną wspólnotą, funkcjonującą w myśl zasady "każdy ma gówno, ale po równo". Tak więc Joe nie umrze z głodu, bowiem przysługuje mu państwowy zasiłek. Problem polega na tym, że po jego otrzymaniu musi lecieć natychmiast do sklepu, gdyż inflacja jest tak ogromna, iż w ciągu 24 godzin forsa traci na wartości o 80%. Co więcej, do marketu musi iść w takim samym tempie, jak inni przechodnie, ponieważ za zbyt wolny lub szybki krok grozi mu nawet więzienie. Czytanie o tej absurdalnej, przedstawionej w krzywym zwierciadle orwellowskiej rzeczywistości przynosi satysfakcję i zwyczajnie cieszy.

Zdecydowanie gorzej robi się, gdy protagonista w końcu dociera na planetę Oracza. Od tego momentu miałem wrażenie, jakbym czytał bardzo nieudany prototyp "Valis". Mnóstwo filozoficzno-teologicznych odniesień, stale powtarzający się motyw walki dobra ze złem oraz rozważania nad sensem życia i śmierci. Brzmi zachęcająco, ale mam wrażenie, że Dick mocno wszystko spłycił, a ponadto sam zagubił się w swoich dywagacjach. Z każdą kolejną stroną czuć coraz większy pośpiech, drogę na skróty, jakby pisarz sam zaczął się męczyć i chciał jak najszybciej skończyć książkę, aby zainkasować czek za publikację. Właściwie nie dziwię się, że już rok po wydaniu, w 1970 roku, napisał w jednym z listów, iż powieść jest zwyczajnie głupia i żałuje jej napisania.

druciarz galaktyki

W trakcie lektury zastanawiałem się cały czas na tą "najzabawniejszą powieścią". Owszem, jest kilka śmiesznych sytuacji czy pomysłów, ale nie odbiegają one od innych tworów Dicka i często bazują po prostu na całkowitej absurdalności. Kąciki warg podniosły mi się kilkukrotnie, ale nie zwijałem się na podłodze w napadach niepowstrzymanego rechotu. Faktycznie muszę przyznać, że główny bohater ma nadzwyczaj cięty język i nieźle operuje sarkazmem. Z pewnością wielkie brawa należą się tłumaczowi, Jackowi Spólnemu, bowiem wiele gagów to trudna do przetłumaczenia gra słowna, a raz nawet pojawia się gwara góralska, co faktycznie budzi wesołość.

"Druciarz Galaktyki" to opowieść o poszukiwaniu własnego celu w życiu oraz pytania, co sprawia, że człowiek jest człowiekiem. To wszystko dodatkowo podlano gęstym, absurdalnym sosem. Trochę tu "Ubika", "Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?" oraz wspomnianego "Valis". Robot czy dziwny obcy potrafią mieć więcej ludzkich cech niż Ziemianie albo inne humanoidy. Problem w tym, że to wszystko jest strasznie... nudne. Trudno wskazać mi konkretną przyczynę niepowodzenia, ale mam wrażenie, że czegoś zabrakło, a momentami po prostu pewnych elementów jest zbyt wiele. Kolejne rozważania do niczego nie prowadzą, nie mają konkluzji. Jedyne, co jest idealne, to zakończenie, dla którego warto przebrnąć przez co nudniejsze fragmenty. Dla fanów mistrza pozycja obowiązkowa, lecz niedzielnych czytelników odsyłam do klasycznych dzieł pisarza.

Dziękujemy wydawnictwu Rebis za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe
5
Ocena użytkowników
5 Średnia z 1 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
Wczytywanie...