Fragment książki

czwartek, 24 stycznia 2013

Murkhana. Ostatnie godziny Wojen Klonów

Pogrążony w skłębionych chmurach, wyczarowanych przez stacje klimatyczne Murkhany, Roan Shryne przypominał sobie medytacje, w jakich pomagał mu niegdyś jego były mistrz Jedi. Choćby nie wiem, jak bardzo Shryne starał się zespalać z Mocą, oczami wyobraźni widział tylko wirującą biel. Dopiero wiele lat później, kiedy nabrał większej wprawy w wyciszaniu umysłu i zanurzaniu się w światłości, zaczął dostrzegać wyłaniające się z bezbarwnej pustki fragmenty obrazów… a kawałki łamigłówki stopniowo wskakiwały na swoje miejsca i układały się w całość. Nie absorbowały jednak jego świadomości, chociaż często dzięki nim rozumiał, że jego poczynania na tym świecie są zgodne z wolą Mocy.

Często, ale nie zawsze.

Ilekroć zbaczał ze ścieżki, na którą kierowała go Moc, znajomą białą mgiełkę mąciły potężne prądy. Czasami pojawiała się w nich czerwień, zupełnie jakby Shryne kierował zamknięte oczy na stojące w zenicie słońce. Pogrążając się w głąb atmosfery Murkhany, widział właśnie taką usianą czerwonymi cętkami mętną biel. Słyszał przeciągłe echo grzmotów, szum wiatru, gwar stłumionych głosów…

Stał najbliżej rozsuwanych wrót przedziału dla żołnierzy republikańskiej kanonierki, która wyleciała dopiero co z dziobowej ­ładowni „Walecznego”. Kapitan gwiezdnego niszczyciela klasy Victory, nękanego przez zrobotyzowane maszyny typu Tri i robomyśliwce zwane sępami, czekał na rozkaz Naczelnego Dowództwa, żeby zanurkować w głąb sztucznej atmosfery Murkhany. Obok Shryne’a i za jego plecami stali żołnierze z plutonu klonów. Mieli hełmy na głowach i byli uzbrojeni w karabiny blasterowe, a w torbach u pasów nosili zapasowe zasobniki i amunicję. Niektórzy rozmawiali cicho z kolegami, jak często zdarzało się przed bitwą doświadczonym wojownikom. Starając się przezwyciężyć strach, opowiadali jedni drugim dowcipy albo wymieniali ponure uwagi, których znaczenia Shryne nie potrafiłby się nawet domyślić.

Inercyjne kompensatory kanonierki pozwalały im stać w ładowni bez obawy, że stracą równowagę po kolejnej eksplozji przeciwlotniczego pocisku albo nagłej zmianie kursu niewielkiego okrętu, którego piloci przemykali między wirującymi w locie rakietami i gradem rozżarzonych do białości odłamków. Separatyści musieli używać konwencjonalnych pocisków i rakiet, bo oprócz wytworzenia gęstych chmur rozpylili w atmosferze Murkhany antylaserowe aerozole.

Do ładowni wpadały drażniące zapachy i stłumiony ryk rufowych jednostek napędowych. Shryne zwrócił uwagę, że sterburtowy silnik od czasu do czasu przerywa pracę i milknie. Na pewno kanonierka brała udział w wielu wcześniejszych bitwach, podobnie jak żołnierze i członkowie jej załogi.

Chmury nie przerzedziły się nawet na wysokości czterystu metrów nad poziomem morza i Shryne’a nie zdziwiło, że ledwo widzi palce wyciągniętej ręki. W ciągu niemal trzech lat wojny zdążył się przyzwyczaić, że do ostatniej chwili nie dostrzega pola przyszłej bitwy.

Jego były mistrz Nat-Sem mawiał, że celem medytacji jest przebicie spojrzeniem wirującej bieli i dostrzeżenie tego, co znajduje się po drugiej stronie. Twierdził, że uczeń widzi tylko pogrążoną w półmroku przestrzeń, oddzielającą go od pełnego zespolenia z Mocą. Shryne musiał się przyzwyczaić ignorować białą mgiełkę, ale wiedział, że kiedy przebije ją spojrzeniem i dostrzeże kryjący się za nią jaskrawo oświetlony obraz, zostanie mistrzem Jedi.

Był jednak z natury pesymistą i na uwagi swojego mentora reagował zawsze tak samo: „Nie w tym życiu”.

Nigdy nie zwierzył się Nat-Semowi ze swoich myśli, ale i tak mistrz Jedi przenikał go spojrzeniem na wylot równie łatwo jak chmury.

Shryne podejrzewał, że sklonowani żołnierze mają lepszy obraz toczącej się wojny i że ma to niewiele wspólnego z zainstalowanymi w ich hełmach systemami wyostrzania obrazów, filtrami eliminującymi z powietrza nieprzyjemne zapachy i słuchawkami, które tłumiły odgłosy eksplozji. Hodowani do udziału w walkach, uważali prawdopodobnie, że Jedi w swoich tunikach i płaszczach z kapturami muszą być szaleni, skoro wyruszają do walki tylko ze świetlnym mieczem. Wielu żołnierzy było dość spostrzegawczych, żeby dostrzec podobieństwa między ich plastoidowymi pancerzami a Mocą, ale tylko nieliczni się domyślali, dlaczego niektórzy Jedi nie chronią ciał żadną zbroją, a inni są zakuci w pancerze. Rozwiązanie tej zagadki było bardzo proste: ci pierwsi utrzymywali więź z Mocą, a drudzy z takiego czy innego powodu wyślizgnęli się z jej ochronnego objęcia.

W końcu gęste chmury nad powierzchnią planety zaczęły się rozpraszać i przemieniły w podobną do woalu mgiełkę otulającą pofałdowany ląd i wzburzone morze. Po nagłym błysku jaskrawego światła Shryne skierował spojrzenie w niebo, ale to, co uznał za eksplodującą kanonierkę, mogło być równie dobrze nowo narodzoną gwiazdą. Świat, na chwilę wytrącony z równowagi, zakołysał się, ale zaraz wrócił do poprzedniego stanu. W mgiełce pojawił się wolny od chmur krąg i Shryne zobaczył w dole las tak zielony, że niemal poczuł jego zapach. Między gęstymi zaroślami przemykali dzielni żołnierze, a z polan startowały smukłe statki. Stojąca pośrodku samotna postać uniosła rękę i odsunęła na bok czarną jak noc zasłonę…

Shryne zrozumiał, że znalazł się w innym czasie i zobaczył prawdę, której znaczenia nie potrafił zrozumieć.

Może wizję końca wojny, a może samego czasu.

Bez względu na znaczenie tego, co zobaczył, poczuł ulgę, bo uświadomił sobie, że naprawdę znajduje się tam, gdzie powinien… że mimo otchłani, do której zepchnęła go niosącą ze sobą śmierć i zniszczenie wojna, nie stracił kontaktu z Mocą i nadal służy jej na swój skromny sposób.

Chwilę później jednak rzadkie chmury znów zgęstniały i jakby starając się go wywieść w pole, wypełniły krąg, jaki utworzył się dzięki kaprysowi prądów powietrza. Shryne powrócił na swoje dawne miejsce, a podmuchy gorącego wiatru znów zaczęły szarpać rękawami i kapturem jego brązowego płaszcza Jedi.

- Koorivaranie nauczyli się robić użytek z urządzeń regulujących klimat swojej planety – odezwał się nagle żołnierz stojący po jego lewej stronie. Jego głos, wzmocniony przez elektroniczną aparaturę hełmu, miał dziwne brzmienie. – Atmosfera Murkhany to istne piekło. Pamiętam, że uciekaliśmy się do podobnej taktyki na Paarinie Mniejszym. Wciągnęliśmy Separatystów w głąb sztucznie wytworzonych chmur i posłaliśmy ich na drugą stronę.

Shryne roześmiał się, chociaż wcale nie było mu do śmiechu.

- Dobrze wiedzieć, że nadal radują pana drobiazgi, kapitanie – powiedział.

- A co innego nam pozostało, panie generale?

Shryne nie widział wyrazu twarzy przesłoniętej hełmem ze szczeliną w kształcie litery T, ale znał oblicze żołnierza równie dobrze jak twarze wszystkich innych, którzy brali udział w tej wojnie. Sklonowany oficer był jednym z dowódców Trzydziestego Drugiego Dywizjonu Powietrznodesantowego i w którymś momencie wojny zasłużył na przydomek Salvo*, który pasował do niego jak ulał.

Zapewniające duży współczynnik tarcia podeszwy butów dodawały mu kilka centymetrów, dzięki czemu dorównywał wzrostem rycerzowi Jedi. W miejscach, w których jego pancerza nie szpeciły wgniecenia czy ślady po trafieniach, widniały rdzawobrązowe oznaki. Kapitan nosił na biodrach kabury z ręcznymi blasterami, a także – z powodów, których Shryne nie potrafił zrozumieć – coś w rodzaju fartucha, czyli „spódnicę dowódcy”, która w trzecim roku wojny stała się ostatnim krzykiem wojskowej mody. Po lewej stronie poznaczonego przez trafienia odłamków hełmu widniało wypalone laserem motto: Żyję, by służyć!

Baretki na piersi dowodziły, że Salvo brał udział w walkach na powierzchniach wielu planet, nie był jednak komandosem z elitarnego oddziału zwiadowców. Mimo to zachowywał się trochę jak członek tego ugrupowania, a trochę jak pierwowzór klonów, Jango Fett, którego bezgłowe ciało widział Shryne na arenie geonosjańskiego stadionu na krótko, zanim mistrz Nat-Sem został zabity przez nieprzyjaciół.

- Do tej pory systemy uzbrojenia Sojuszu powinny były nas namierzyć – odezwał się Salvo, kiedy piloci kanonierki obniżali pułap lotu.

Inne jednostki szturmowe także wyłaniały się z podstawy gęstych chmur, witane przez roje nadlatujących pocisków. Pięć republikańskich kanonierek zniknęło, jedna po drugiej, w błyskach eksplozji, a pełne martwych żołnierzy płonące wraki wpadły do wzburzonej szkarłatnej wody zatoki Murkhana. Od dziobu jednego okrętu oderwała się wprawdzie pokiereszowana kapsuła ratunkowa z pilotami, ale kilka metrów nad powierzchnią wody rozerwała ją na kawałki rakieta z czujnikiem reagującym na ciepło.

Na pokładzie jednej z pięćdziesięciu kilku pozostałych kanonierek, opadających w głąb grawitacyjnej studni planety, znajdowała się trójka pozostałych Jedi, którzy także mieli wziąć udział w tej bitwie, a wśród nich mistrz Saras Loorne. Posługując się Mocą, Shryne uwolnił myśli i odebrał słabe echa na dowód, że wszyscy nadal żyją, a kiedy piloci kanonierki raptownie zmienili kurs, żeby uniknąć nadlatujących pocisków, zacisnął palce prawej ręki na uchwycie rozsuwanych wrót. Chwilę później wokół okrętu pojawiły się roje mankvimańskich myśliwców przechwytujących, których piloci wystartowali do walki z siłami zbrojnymi Republiki, a artylerzyści dział kanonierek dali ognia z blasterów. Rozpylone w atmosferze planety antylaserowe aerozole rozproszyły wprawdzie energię blasterowych błyskawic, ale dziesiątki maszyn Separatystów zostało trafionych przez pociski z zainstalowanych na grzbietach kanonierek wyrzutni rakiet reagujących na wzrost masy.

- Naczelne Dowództwo powinno było się zgodzić na naszą prośbę zbombardowania powierzchni planety z orbity – odezwał się nienaturalnie głośno Salvo.

- Chodzi nam o to, żeby opanować miasto, panie kapitanie, nie żeby je zrównać z powierzchnią gruntu – odparł Shryne. – Obrońcy Murkhany mieli kilka tygodni na poddanie się, ale czas ultimatum Republiki dobiegł końca. Palpatine chce zaskarbić sobie życzliwość mieszkańców opanowanych przez Separatystów planet. Może jego taktyka nie ma sensu z wojskowego punktu widzenia, ale pod względem politycznym to rozsądne posunięcie.

Salvo odwrócił głowę i spojrzał na niego przez rozcięcie w hełmie.

- Nigdy nie interesowała nas polityka, panie generale – powiedział otwarcie.

Shryne parsknął śmiechem.

- Nas także nie – odrzekł.

- A zatem dlaczego walczycie, skoro nie byliście szkoleni do walki? – zagadnął oficer.

- Żeby służyć temu, co jeszcze pozostało z Republiki – wyjaśnił rycerz Jedi. Ponownie pojawiła mu się przed oczami zielona wizja końca wojny i pozwolił sobie na posępny uśmiech. – Dooku nie żyje, a na Grievousa poluje się jak na wściekłe zwierzę. Podejrzewam, że to wszystko wkrótce się skończy.

- Wojna czy nasza wspólna walka?

- Wojna, panie kapitanie – stwierdził Shryne.

- Co wtedy stanie się z Jedi?

- Będziemy robić to, co zawsze… służyć Mocy.

- A co z Wielką Armią? – nie dawał za wygraną oficer.

Shryne zmierzył go spojrzeniem.

- Będzie nam pomagała utrzymywać pokój – powiedział.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...