riese

Fragment książki

– Siemasz, wielkoludzie – zawołała pucułowata dziewczyna z kasy toalety.

– Siemasz, Ninka – odpowiedział, kładąc na szklanej podstawce złoty pięćdziesiąt.

Dziewczyna pokręciła głową.

– Dzisiaj wszystko na koszt Literata. Był tu rano i zapłacił za wszystkich.

– Za mydło też?

Wzruszyła ramionami.

– Też. Jak się skończy, to doleję.

Tadeusz pokiwał głową, chowając pieniądze. Przeszedł przez przedsionek z umywalkami, zostawił plecak na blacie przy lustrze i poszedł się wysikać.

Usłyszał, jak Ninka wychodzi ze swojego oszklonego boksu, a po chwili jak zamyka drzwi do męskiej części toalety.

„Zaciskajcie nogi, podróżni, – pomyślał – bo oto szcza i kąpie się kloszard”.

To rozbawiło go tak, że o mało nie obsikał ściany obok pisuaru. O, nie byłoby dobrze – wszystko wyglądało na świeżo myte, a ostatnią rzeczą, jakiej chciał Tadeusz, to mieć wroga w dworcowym szalecie. Gdy skończył, wrócił do umywalek, zdejmując po drodze koszulkę.

Stanął przed lustrem i przyjrzał się sobie. Pomimo że już osiemnasty rok siedział na „umieralni”, jak bezdomni nazywali katowicki dworzec, trzymał się całkiem nieźle. Żadnej niedowagi, żadnych chorób skóry...

Lata pracy najpierw na ojcowskiej roli, a potem dorywczo na rozlicznych budowach, w młynach i magazynach sprawiły, że nawet teraz, choć przekroczył już pięćdziesiątkę, wyglądał jak ciosany w kamieniu olbrzym. Miał owalną twarz o maleńkich, głęboko osadzonych oczach i kartoflowatym nosie, przyprószone siwizną włosy obcięte na krótko i – na co zwracali uwagę wszyscy, których spotykał – nieproporcjonalnie duże dłonie. Jarek, którego na dworcu wszyscy nazywali Literatem, powiedział mu kiedyś, że z takimi łapami to powinien się podawać za starszego brata myszki Miki.

Odkręcił wodę i włożył ręce pod zimny strumień.

– Możesz odkręcić ciepłą – powiedziała Ninka. Stała wsparta o framugę, udając, że ogląda swoje pomalowane na jasnoczerwono paznokcie. Jednak Tadeusz czuł, że tak naprawdę dziewczyna ma ochotę pogadać. A skoro nawet z nim, widocznie ma nawet nie ochotę, ale palącą potrzebę.

– Muszę się obudzić – odparł i opłukał twarz. Dopiero wtedy wycisnął mydło z dozownika i roztarł na

rękach. – Jak tam ten od pizzy? Dawno go coś nie widziałem.

– Spuściłam go. – Głos dziewczyny zgodnie z jej zamierzeniem zabrzmiał obojętnie, ale Tadeusz zbyt dobrze znał Ninkę, by dać się na to nabrać. Miała twarz pospolitą jak ziemniak i równie kostropatą, więc raczej należała do tych dziewczyn, które chcą złapać chłopa, a nie go spuścić. Zwłaszcza że nic nie wskazywało, aby chciała uchodzić za niedostępną. Przeciwnie, ubierała się w obcisłe topy odsłaniające brzuch i ciasno przylegające spodnie, co wyglądało – jak to kiedyś ujął Literat – „jakbyś chciał wlać puszkę browara do małpki po żołądkowej”. A cieniami, szminką i pudrem, jaki nakładała każdego dnia, można by spokojnie obdzielić jeszcze z trzy koleżanki. A wszystko na nic – dziewczyna brzydka, no a praca w dworcowym szalecie też z całą pewnością nie pomagała w polowaniu na facetów. Dopiero ten od pizzy...

– Nigdy go nie lubiłem – powiedział Tadeusz. – Dobrze się stało. Mądrzejesz Ninka.

– Było minęło, będą następni. – Machnęła ręką. – A wiesz, że podobno Literata w „Playboyu” puszczają? Heniek przyniósł mu kwit z przelewu wczoraj, ale nie chciał powiedzieć, na ile.

– Pewnie na dużo. – Bezdomny namydlił się dokładnie od pasa w górę. – Trzeba poczekać, aż na kiermaszu będą mieli na taniej gazecie, to się kupi.

– Tylko nie nachlap! – ostrzegła go Ninka, widząc, jak Tadeusz nabiera wody w rękę. – A nie możesz poprosić Literata, żeby dał ci przeczytać? Przecież nigdy nie robi problemów.

- Tak, ale chciałbym w końcu wziąć autograf, a „Playboy” to dobra okazja, bo na książki mnie nie stać. – Kloszard ostrożnie chlapnął sobie pod pachę, ale i tak połowa wody rozlała się na posadzce. – Przepraszam, pościeram.

- Sama to zrobię. – Dziewczyna sięgnęła w głąb swojego boksu po mopa. – A ty się pospiesz, bo nie mogę tak długo trzymać zamknięte.

Tadeusz skinął głową i zaczął spłukiwać resztki piany. Dzień zapowiadał się niezgorzej.

* * *

...Sunęły ku niemu gładko samym środkiem sali balowej – wyschnięte i zmurszałe, o zapadniętych policzkach i pustych oczodołach, w których tliły się jednak krwistoczerwone iskierki.

Na samym przedzie księżna obleczona w balową suknię koloru burgunda, która tylko cudem nie zsuwała się z kościstych ramion, wyciągnęła ku niemu swe szpony. Scena ta wydała się Malory’emu tak podobna do tej z wczorajszego snu, że przez moment miał wrażenie, jakby sunąca ku niemu strzyga wciąż była tą samą pięknością, co przed bardzo wielu laty. I którą znowu mogła się stać. Tak wiele zależało teraz od niego...

– Ukochany – szepnęła księżna, muskając czubkiem palców jego pierś. Z jej pozbawionych warg i zębów ust doszła go woń gnijących kwiatów. – Pomóż mi.

Malory odetchnął głęboko, po czym przygarnął ją do siebie, wpijając się w jej usta. Smakowała ziemią.

Literat zaklął pod nosem i z trzaskiem zamknął zeszyt.

- Jeszcze jedną kawę proszę – rzucił do kobiety stojącej za ladą Snack Baru. – Tym razem na wynos.

Sprzedawczyni skinęła głową i sięgnęła za siebie po jeden z tych kubków z plastikowymi pokrywkami, w których sprzedawano gorące napoje kierowcom na stacjach benzynowych.

- Coś nie idzie, panie Jarku? Nie dopisuje panu, ta... no, wena?

Machnąwszy ręką, Literat schował zeszyt do reklamówki i przetarł zmęczone oczy. Przez chwilę patrzył bezmyślnie na tłum pasażerów przelewający się to w jedną, to w drugą stronę po pasażu – pojedynczo, a czasem grupkami, z plecakami, torbami, reklamówkami. Westchnął.

- Po prostu czuję, że potrzebny mi agent – stwierdził. – Taki ktoś, kto kopnie mnie w dupę, gdy jeszcze raz zgodzę się napisać opowiadanie w klimacie gotyckim. Pani wybaczy francuszczyznę.

Kobieta zachichotała. Nalała kawy i postawiła kubek na ladzie, a znając upodobania Literata, dolała mleczka i wsypała dwie torebki cukru.

- A co to takiego to opowiadanie gotyckie?

- Taki specjalny rodzaj horroru – wyjaśnił. – Zwłaszcza dla autora, gdy musi to pisać.

Tym razem roześmiali się oboje. Kloszard wstał ze swojego miejsca i zabrał kawę. Nałożył plastikową pokrywkę, a potem staranie odłamał dzióbek.

- Dziękuję pani bardzo – powiedział, kładąc na ladzie pięć złotych. – Proszę zatrzymać resztę, na wypadek gdyby wpadł któryś z chłopaków. Któryś mógł mieć ciężką noc.

Ruszył w stronę wyjścia. W drzwiach jakaś krępa kobieta uderzyła go ramieniem i nie odwracając się, bąknęła nerwowe „przepraszam”. Odruchowo spojrzał za nią, chcąc przeprosić, w ostatniej chwili jednak zdążył się powstrzymać. Znał tę kobietę i wolał, by go nie zauważyła. Przeniósł wzrok na trzymany przez nią rulon kartek A4, po czym wycofał się cicho do pobliskiego tunelu prowadzącego na perony.

Nie do końca wiedział, co powinien teraz zrobić. Najsensowniejsze wydawało się znalezienie Alberta, ale w biały dzień mógł być równie dobrze na drugim końcu Katowic. Wszyscy na dworcu wiedzieli, że kiedy nie pił, bywał prawdziwie rannym ptaszkiem. Heniek, dopóki mu płacono, raczej nie wtrącał się w takie sprawy, a Grzesiu – przy całej sympatii, jaką Literat go darzył – nie był zbyt rozgarnięty. Pozostawał więc jedynie Tadeusz, który na pewno gdzieś się tutaj kręcił. Wielkolud niezwykle rzadko opuszczał okolice dworca.

– Tak, Tadek to dobry pomysł – zapewnił się na głos. Jeszcze raz zajrzał przez szybę do Snack Baru.

Sprzedawczyni, która właśnie rozmawiała z kobietą z kartkami, posłała mu spojrzenie z rodzaju: „Widzi pan, jak ja tu cierpię?”. Wzruszył ramionami i uśmiechnął się bezradnie, a potem ruszył pasażem w stronę swojego kiosku, by zostawić w nim reklamówkę z notatkami. Nie zamierzał biegać z nią po całym dworcu.

Po drodze, tuż przy wejściu do tunelu prowadzącego na perony, dostrzegł przyklejoną taśmą jedną z kartek tej nerwowej krępej kobiety. Czarno-białe, niewyraźne zdjęcie na oko czterdziestoletniego mężczyzny z wąsem jak u austriackiego cesarza i z blizną ciągnącą się od ust, przez cały lewy policzek, aż do ucha. „Albert Gracka, wyszedł z domu dwa lata temu i do tej pory nie wrócił. Rodzina wciąż trwająca w nadziei prosi o pomoc w jego odnalezieniu”.

Literat czuł, że Albert znowu będzie miał dziś... jak to mawiają mądre głowy? Alkoholowy kłopot.

* * *

Zatrzymał się dopiero przy wejściu na halę dworca, tarasując sobą jedno skrzydło przeszklonych drzwi. Laskę wsunął pod pachę i z powagą na twarzy obserwował to tętniące życiem miejsce. W lewej dłoni ściskał otrzymaną rano monetę.

Pięć lat minęło, odkąd zziajany i przerażony trafił tu po raz pierwszy, ale dopiero teraz zauważył, jak wiele się od tego czasu zmieniło. Jak bardzo tu teraz kolorowo.

„To nie są prawdziwe zmiany – poprawił się w myślach. – To tylko wielobarwne graffiti na obszczanym murze. Z daleka wyglądają ładnie, ale z bliska czuć, że też śmierdzą”.

Po lewej zza stoiska z cukierkami patrzyła na podróżnych kartonowa modelka L‘Oreala. Kusząca i apetyczna – jak wszystkie dziewczyny zaczynające swą karierę od rozkładówek – nie była jednak w stanie przekonać starszego mężczyzny, by choć zajrzał do dworcowej perfumerii. Sam pomysł wydawał mu się groteskowy.

Rozumiał – kantory, saloniki prasowe, a nawet kawiarnie czy sklepy muzyczne, zdążył nawet przywyknąć, że rozmieszczono je bez ładu i składu. Rozumiał cholerne wózki z obwarzankami i oscypkami, choć nie podałby ręki komuś, kto je kupuje.

Ale perfumeria? W miejscu, które cuchnie jak dom starców?!

– Przepraszam – burknął ktoś, wpadając na niego z impetem.

Mężczyzna syknął z bólu i przesunął się na bok, rozcierając ramię. Obok niego dwóch nastolatków próbowało szczęścia przy automacie z przesuwającymi się złotówkami. Kilka metrów dalej stojąca na środku holu młoda dziewczyna z aparatem fotograficznym próbowała uchwycić w kadrze niezwykłość sklepienia wspartego na kielichowych słupach.

– Jakby było co fotografować! – prychnął starszy mężczyzna, wspierając się na lasce. – Brud, smród i zacieki.

Albo rozbawiło go brzmienie tych słów, albo też dotarło do niego wreszcie, że widzi to znienawidzone miejsce po raz ostatni, bo uśmiechnął się i ruszył powoli, a po chwili zaczął nawet cicho pogwizdywać. Przechodząc koło dziewczyny, przystanął i zaproponował, by spróbowała zrobić zdjęcie z drugiego końca holu.

– Tam koło kantoru i bukmachera – pokazał palcem. – Stamtąd widać chyba najładniejszy kawałek tego paskudnego sufitu.

Nie czekając na podziękowania, podszedł do ustawionego przy schodach stoiska cukierniczego. Za ladą stała pucułowata blondynka z krótko ściętymi włosami i aż za bardzo zaróżowionymi policzkami. Gdy chrząknął głośno tuż nad jej uchem, podniosła głowę znad sudoku i energicznie pokręciła głową.

– Nic z tego, Darek – powiedziała stanowczo. – Szef powiedział, że mamy skończyć z kreskami. Nawet jeśli ktoś później płaci.

Mężczyzna uśmiechnął się, oparł laskę o ladę i sięgnął do kieszeni po portfel. Położył go na blacie, tak by móc otworzyć jedną ręką, i wyciągnął dziesięć złotych.

– Daj mi pudełeczko pączków – powiedział wyraźnie zadowolony, że może się zachować jak przystało na klienta. – Tak na pożegnanie.

– Opuszczasz nas? – Sprzedawczyni udała, że ją to obchodzi.

„A może nie? – pomyślał Darek. – Może rzeczywiście ją rusza. Człowiek z biegiem lat przyzwyczaja się do twarzy”.

Zsunął na moment okulary, zamrugał kilkakrotnie, po czym poprawił je, dociskając palcem do nasady nosa.

– Najwyższy czas odbić się od dna i chwycić byka za rogi – stwierdził. – Życie jest przecież takie piękne...

Dziewczyna pokiwała głową.

– Tylko jak człowiek haruje od rana do wieczora, to nie ma kiedy tego zauważyć... coś ci podać?

Stojący za Darkiem młody chłopak w koszulce khaki i arafatce owiniętej wokół szyi poprosił o bułkę z szynką i jajkiem. Miał wyliczone pieniądze, ale pomylił ceny, więc chwilę zajęło, zanim wygrzebał z kieszeni więcej drobnych. W tym czasie zebrała się już spora kolejka.

Darek, widząc, że z rozmowy raczej nic nie będzie, pożegnał się i ruszył w głąb dworca. Zamierzał pozamykać wszystkie sprawy. Tak trzeba, gdy ktoś opuszcza stare śmieci.

Zszedł po schodach, powtarzając sobie w głowie historyjkę, na wypadek gdyby spotkał któregoś z Wybranych. W myślach brzmiała całkiem nieźle i powinna chwycić. Oczywiście prędzej czy później sprawa i tak się wyda, ale jego już tu nie będzie.

Przechodząc obok tunelu wiodącego na perony, dostrzegł plakat żony Alberta. Rozejrzał się, czy nikt nie patrzy, i jak zawsze zerwał kartkę. Tylko rogi zostały – widać kupiła nową taśmę, nawet paznokciem ledwo by zdarł. Uśmiechnął się na myśl, że pewnie ostatni raz ratuje Albertowi tyłek.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...