Cesarz Nihon-Ja

4 minuty czytania

Gdyby ktoś, kiedy zaczynałem czytać "Ruiny Gorlanu", zapytał mnie, czy wierzę, że za niespełna trzy lata dostanę w swe ręce 10 tom "Zwiadowców", odpowiedziałbym, iż owszem, dostanę... znienacka strzałą w tyłek! A tu proszę – pod koniec stycznia bieżącego roku na półkach polskich sklepów i księgarni pojawiło się owe najnowsze dzieło Johna Flanagana, pt. "Cesarz Nihon-Ja". Któż przypuszczał, że autora stać na wydanie aż tylu książek, które wciąż będą utrzymywać się na odpowiednim poziomie? Osobiście się nie spodziewałem, dlatego bardzo pragnąłem przekonać się, czy 10 część to ciągle ci sami "Zwiadowcy", czy może książka napisana na siłę.

Tym razem na początku akcja obraca się wokół postaci Horace'a – dzielnego, młodego wiekiem rycerza o wielkiej sławie, który wiele miesięcy temu wybrał się do odległego od Araluenu cesarstwa Nihon-Ja, gdzie miał zdobyć i poszerzać wiedzę o tamtejszym stylu walki oraz używanych tamże broniach. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że od dawna nie dotarła od niego żadna wiadomość. Poważnie zaniepokojeni takim stanem rzeczy Will, Alyss oraz Evanlyn postanowili wyruszyć śladem zaginionego przyjaciela i odnaleźć go. Wkrótce bohaterowie dowiedzieli się, że w Nihon-Ja sprawy mają się nietęgo, gdyż władzy aktualnie panującego cesarza, Shigeru, sprzeciwił się wódz najpotężniejszego klanu – Arisaka. Jak łatwo się domyślić, ów zdrajca zamierza zdobyć panowanie na wyspie, zgarnąć tron i mianować się samozwańczym cesarzem.

Zrządzeniem losu w tę domową wojnę, za sprawą szlachetnego serca i godnego podziwu honoru, a również chęci pomocy i walki w imię sprawiedliwości oraz dobra, wplątał się nie kto inny, jak... Horace, który bardzo prędko, ze względu na swój niemały apetyt, otrzymał od Nihończyków przezwisko Kurokuma – Czarny Niedźwiedź. I w taki oto sposób otwiera się wór pełen przygód, naszykowanych przez autora zarówno dla bohaterów przebywających na Nihon-Ja, jak i tych, którzy pędzą im z pomocą.

Wykorzystując tę sytuację, John Flanagan rozgrywa fabułę w dwóch różnych miejscach na zmianę – raz tu, raz tam. Takim przeplataniem kolejnych rozdziałów skutecznie zachęca do dalszego czytania, ponieważ zwykle pod koniec każdego z nich zostaje zasiane ziarenko niepewności, które zmusza do przeczytania następnego, jeśli chce się poznać dalsze wydarzenia. Metoda nieskomplikowana, ale bardzo efektywna. Dzieje się tak do momentu, w którym oba wątki łączą się ze sobą, lecz wtedy czytelnik jest już tak bardzo zaangażowany w rozgrywające się zdarzenia, że samowolnie jednym haustem kończy lekturę.

Zdecydowanie mocną i pozytywną stroną "Cesarza Nihon-Ja" są wszyscy starzy znajomi z najróżniejszych stron świata, którzy ponownie pojawiają się wraz z wspomnieniami tego, co miało miejsce we wcześniejszych częściach "Zwiadowców". Seria ta na całym odcinku jest spójna i każdy nowy tom nawiązuje do poprzednich, a dzięki temu chętniej wraca się nam do kogoś, kogo dobrze znamy. Trudno się dziwić, że pomiędzy wieloma czytelnikami a wybranymi bohaterami powstały mocne, emocjonalne więzi, skoro towarzyszymy im w wielu przygodach przez tak długi czas. Do plusów należy również zaliczyć świetne poczucie humoru autora, który na przeciągu całego tekstu wielokrotnie potrafił mnie rozbawić i przywołać szczery uśmiech na mą twarz. W dodatku Flanagan prowadzi tę lekturę językiem bardzo łatwym w odbiorze, dzięki czemu czyta się z ogromną przyjemnością.

Warto podkreślić to, że nawet niedoświadczone literacko oko osoby z przeciętną wiedzą od razu spostrzeże, że wyspa Nihon-Ja odzwierciedla antyczną Japonię. Cesarz, wojownicy walczący katanami, kłanianie się jako forma wyrażania szacunku, zielona herbata, siedzenie na podłodze czy chodzenie wewnątrz pomieszczeń bez butów, a przede wszystkim symbol władzy Shigeru, którym są trzy wiśnie – na zęby Gorloga, bardzo trudno się nie zorientować! Dodam tylko, że autorowi rzeczywiście udało się oddać tamtejszy klimat i dać nam odczuć coś, czego nie było w dotychczasowych dziewięciu tomach "Zwiadowców".

W trakcie czytania zwróciłem uwagę na pewną dysproporcję w rozegraniu akcji. Otóż sto stron przed końcem lektury miałem wrażenie, że, by w tym samym stylu solidnie zakończyć wszelkie wątki, potrzebne będzie jeszcze drugie tyle. Ba, nawet zacząłem podejrzewać Australijczyka o zastosowanie źle wspominanego przeze mnie tricku, na który pokusił się w "Czarnoksiężniku z Północy" – mianowicie zakończenia książki w połowie rozgrywających się wydarzeń i dokończenia wszystkiego w następnym tomie (wszakże powszechna jest wiadomość, iż 11sta część niegdyś ujrzy w Polsce światło dzienne). Jednak, ku memu zdziwieniu, sprawy potoczyły się bardzo szybko i cała przygoda dotarła do końca, nim dobrnąłem do ostatniej kartki "Cesarza Nihon-Ja".

Trochę boli to, co we wszystkich wcześniejszych tomach – ta wszechobecna świadomość, że pewnie wszystko i tak dobrze się skończy. Nie chcę przez to powiedzieć, że autor nie potrafi zaskoczyć czytelnika, bo jest wręcz przeciwnie – wielokrotnie fabuła skutecznie zbija nas z dotychczasowego tropu, zwiększając napięcie i troskę o losy bohaterów. Nim skończę, muszę wspomnieć, że bardzo ukłuło mnie w oko wspomnienie o macedońskiej falandze. Gdzież w tym wyimaginowanym, będącym dotąd jedynym w swym rodzaju świecie Macedonia?! Moim zdaniem totalnie niepotrzebne zagranie. Równie dobrze zwiadowcy mogliby w lesie znaleźć ukryty czołg Panzerkampfwagen VI Tiger albo poprosić w karczmie o puszkę Coca-Coli. Nie, nie, nie.

Z technicznego punktu widzenia książka została wykonana porządnie i nie można o jej wyglądzie oraz jakości powiedzieć złego słowa, które ponownie muszę zadedykować osobom odpowiedzialnym za korektę. Ktoś nie dopilnował literackich chochlików, które zakradły się nocą i poprzestawiały literki, powodując spotykane od czasu do czasu literówki. Z kolei bardzo cieszy fakt, iż "Cesarz Nihon-Ja" został spisany na aż 565 stronach, które gwarantują udaną zabawę przez wiele wieczorów, co w obliczu panującej obecnie pogody cieszy ze zdwojoną siłą.

W krótkim podsumowaniu pragnę podkreślić, że dziesiąta część "Zwiadowców" została napisana tym samym stylem, co pozostałe tomy, i równie silnie potrafi zainteresować oraz wciągnąć czytelnika. Nie można nic mówić o wypaleniu się autora, gdyż "Cesarz Nihon-Ja" zapewni wiele frajdy i pozytywnych uczuć każdemu z was, toteż zdecydowanie zasługuje na to, by wzbogacić o niego swe prywatne biblioteczki. Serdecznie polecam!

Dziękujemy wydawnictwu Jaguar za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe
8,5
Ocena użytkowników
9,03 Średnia z 19 ocen
Twoja ocena

Komentarze

0
·
Bardza jeste ciekaw losu Will`a w 10 część jego przygód
0
·
Niestety nie na kilka wieczorów, a na jeden i pół nocy Książkę "połyka się " i nie jest to książka tylko dla dzieci i młodzieży, jestem po pięćdziesiątce i też uwielbiam taką literaturę
0
·
Jedna z lepszych recenzji książki. Czytałem dwie kolejne recenzje umieszczone na portalu, które są słabe strasznie jak i pod względem stylistyki pisani tak i wypowiedzi.

A co do Zwiadowcy, to od jakiegoś czasu miałem nań ochotę, ale nie wiedziałem, że nazbierało się aż dziesięć książek. No to będę musiał czym prędzej zacząć.
0
·
Wszystko, drogi Gościu, zależy od, jak sobie razem doskonale zdajemy sprawę, tempa czytania. Są tacy, którym rzeczywiście wystarczą niecałe 2 dni - jednak pewnie docelowym czytelnikom książka ta powinna zająć kilka wieczorków. Choć co do wieku, to faktycznie w przypadku Zwiadowców nie gra on najmniejszej roli - mogą się przy nich dobrze bawić i ci młodsi, i ci starsi.

Furin, nie ma czasu do stracenia!
0
·
 Ojej, ojej. Tyle się działo w 10 księdze. Osobiście miałem nieprzeczytaną lekturę (Syzyfowe prace) i postanowiłem, że Cesarz Nihon-Ja jest dla mnie ważniejszy. Przeczytałem go w jeden wieczór. Trzyma w napięciu do końca. Oczywiście polecam. Przeczytałem wszystkie książki Flanagana i z tego co było na końcu 10 księgi zapowiada się nowy cykl. Jestem ciekaw co w nim będzie. Przyznam, że zakończenie oceniłbym w skali od 1 do 10 na 8. Czemu nie dziesięć? Niestety zostawiła lekki niedosyt, bo nie widzieliśmy ślubu Willa i Alyss na co liczyłem, ale z drugiej strony nie rozczarowało mnie to, aż tak bardzo jak 2 tom Dzidzictwa, które u mnie ma tylko 4 na 10. Osobiście wkurzył mnie wątek z formacją żółwia chociaż nie wiem do końca czemu. 
0
·
"Nim skończę, muszę wspomnieć, że bardzo ukłuło mnie w oko wspomnienie o macedońskiej falandze. Gdzież w tym wyimaginowanym, będącym dotąd jedynym w swym rodzaju świecie Macedonia?!"

Byli Szkotowie, którzy wyglądali jak prawdziwi Szkoci. Byli Celtowie.
Byli Skandianie do złudzenia przypominający Wikingów
Byli Temundzinii tak podobni do Tatarów, jak to tylko możliwe.
Byli Toskańczcy i Genowejczycy (czy jak tam) - Gadający po włosku, noszący włoskie imiona, a ich armia, to wypisz-wymaluj armia Imperium Rzymskiego.
Byli Galowie, gadający po fracusku
Byli Arydzi. Bedulini i Tualegowie, tak bardzo przypominający Arabów,
I Byli w końcy Nihończycy, podobni nieco do Japończyków (Nieco, bo faktycznie w antycznej Japonii cesarz miał jeszcze co nie co do powiedzenia, ale wtedy tradycje samurajkie nie były aż tak utrwalone, to przyszło z osłabieniem władzy cesarskiej. ), gadają po japońsku (żadna stylizacja, nawet zasady gramatyki się zgadzają - czasownik na końcu zdania)
że wzmianka o Macedonii nie powinna kłóć w oczy.
0
·
Przeczytałem około 150 stron i przerzuciłem się na "Królewska krew. Wieża elfów". Swoją droga polecam!
Zwiadowcy z kolei okazali się średni. No cóż, nie wiem czego oczekiwałem... Że książka stanie się wiarygodna? Że autor trochę obniży umiejętności walki, które posiada Horace i które są mocno przesadzone? Że może książka stanie się trochę dojrzalsza i poważniejsza? Że ktoś z dobrych postaci zginie? Że sam cesarz Nihon-Ja okaże się ciekawą postacią, zamiast dobrodusznym dziadkiem? W każdym razie się zawiodłem. Styl autor ma dobry, potrafi tworzyć dobre opisy, nawet strategia wojenna poszła nieźle, ale mimo wszystko moim zdaniem "Zwiadowcy" zaczęli znakomicie (pierwsze tomy były świetne), ale kończą średnio zadowalająco. Ocenę postawię po przeczytaniu całej powieści, ale najpierw przeczytam "Królewska krew. Wieża elfów".

Dodaj komentarz

Wczytywanie...