warcraft_fale_ciemnosci

Fragment książki

środa, 22 października 2014

Jeden

Kessligh poderwał wierzchowca do galopu na przełaj, przez pole. Droga wysadzana szpalerem drzew biegła obok. Dostrzegł, że przybyli za późno, by ocalić Hershery. Zeskoczył z siodła. Wspiął się na niewysoki nasyp, na którym zasadzono drzewa. Spojrzał na dachy zabudowań, stłoczonych ciasno i ogarniętych płomieniami. Zbrojni pędzili wierzchem ku miasteczku, wskazując na coś i krzycząc. Kilku mocniej wbiło pięty w boki wierzchowców i ruszyło w pościg za napastnikami niewidocznymi z tego miejsca.

– To przywódca – odezwał się Errollyn stojący obok Kessligha. Wypuścił powietrze i płynnym ruchem założył cięciwę na długie łuczysko. Skinął głową w kierunku domniemanego dowódcy dosiadającego konia. – Mógłbym go stąd sięgnąć.

Wskazany mężczyzna znajdował się co najmniej sześćdziesiąt kroków od nich i nosił grubą kolczugę. Ale Kessligh nie potraktował słów Errollyna jak czczych przechwałek. Potrząsnął głową. – Zaczekaj. – Omiótł wzrokiem pole. Potem zatoczył dłonią łuk, gestem wydając komendę do oskrzydlenia.

– Naliczyłem dwudziestu – powiedział Errollyn. Z niewielkiej mieścinny dobiegły ich krzyki i wrzaski, a zaraz po nich odgłosy walki. W rhodaańskich wioskach, przez ostatnie dwieście lat prosperujących i bezpiecznych za murem utworzonym przez Stal, zazwyczaj tak się to kończyło. Płomienie zdążyły ogarnąć całkowicie kilka najbliższych chałupek. – Jeśli się pospieszymy, zdołamy ocalić kolejne.

– Wiem – odparł Kessligh. Nie przybył tutaj, by ratować Hershery. Wieśniakom polecono się ewakuować, lecz nie posłuchali. Odmowa pozbawiła go wpływu na ich los. Mógł za to zrobić coś w kwestii łupieżczych wypadów, dokonywanych przez grupy poprzedzające główne siły regenta… bez względu na to, ile dobrego mogło z takiego działania wyniknąć.

Przywódca napastników uciekał w towarzystwie jednego towarzysza.

– Ruszajmy – zwrócił się do Errollyna Kessligh. Podążyli w dół łagodnego stoku w kierunku mieściny. Spomiędzy zabudowań wyłonił się pieszy żołnierz. Cięciwa łuku Errollyna brzęknęła i strzała trafiła zbrojnego w oko. Errollyn ledwie mrugnął, gdy po raz drugi zeskoczyli z siodeł. Opletli uzdy wierzchowców wokół samotnego palika.

Ramiona Errollyna, skryte pod luźnymi rękawami, pokrywała siateczka krzyżujących się blizn. Błysk w jego nieludzkich i lśniących oczach był inny od tego, który Kessligh zapamiętał z ich pierwszego spotkania. Łobuzerska iskierka zniknęła. Zastąpił ją twardy i śmiertelnie niebezpieczny wyraz. Dawny Errollyn zawsze wydawał się zaskoczony własną biegłością w zabijaniu i jakby lekko skruszony z jej powodu. Ten nowy nie przepraszał nikogo, a swoje ofiary omiatał pozbawionym zainteresowania spojrzeniem.

Kessligh ruszył pierwszy, kontrolując utykanie w wystarczającym stopniu, aby narzucić przyzwoite tempo. Pomaszerował wąską, wijącą się uliczką. Z drzwi domu biły kłęby dymu. Na progu leżał martwy starzec w kałuży krwi. Przy kolejnych drzwiach dojrzał więcej ciał. Odgłos kroków uprzedził go o nadchodzącym i kiedy zbrojny wyłonił się z wnętrza, Kessligh zatopił w jego piersi serrińskie ostrze. Klinga rozcięła kolczugę i kości niczym nóż wchodzący w masło. Mężczyzna, tryskając z ust krwią, z bulgotliwym protestem osunął się na ziemię.

Kessligh odnotował, iż zabity pochodził z Meraine, a nie z Larosy. Larosa była teraz królewską prowincją Bacosh. Larosańskie siły podążały na czele armii najeźdźców, którą dowodził regent Balthaar Arrosh, już wkrótce wielki król Arrosh. Sięgnie po tytuł monarchy, gdy tylko podległe mu siły zajmą Shemorane i enorańską Wielką Świątynię. Kessligh studiował wojnę od wczesnego dzieciństwa i wiedział, że nie sposób już temu zapobiec. Usiłował jedynie spowolnić najeźdźców. Kupić obrońcom czas na zorganizowanie przyszłego oporu.

Dróżka kończyła się niewielkim kamiennym dziedzińcem otoczonym przez niewysoki murek. Na szczycie murku ustawiono donice z kwiatami. Pośrodku dziedzińca mieściła się studnia. Na przeciwległym krańcu znajdowało się wejście do kaplicy wyposażonej w nieduży żelazny dzwon. Obok świątyni rósł dorodny dąb. Z gałęzi zwisały bezwładne ciała. Trójka mężczyzn ciągnęła za sznur, czwarty nadzorował ich wysiłek. Wisielcy byli martwi. Zabitych powieszono za szyje, od ciał odrąbano członki, korpusy wypatroszono. Wisieli tu niczym niemi strażnicy, stanowiąc ostrzeżenie.

Errollyn wypuścił strzałę. Trafił w tył uda mężczyznę nadzorującego towarzyszy. Błyskawicznie założył strzałę na cięciwę i nim pozostała trójka zdążyła zareagować, trafił kolejnego w szyję. Pozostała para puściła linę. Zawieszone na sznurze ciało uderzyło o bruk ze strasznym, głuchym trzaskiem. Napastnicy usiłowali się wycofać, zaszokowani i przerażeni. Zdawszy sobie sprawę, iż są w pułapce, uwięzieni pośród murków placyku, zaatakowali. Kessligh ciął jednego w ramię, przełamując nieudolną zastawę. Drugi okazał się bardziej wymagającym przeciwnikiem. Kessligh zszedł z linii cięcia, zbijając w bok łokieć napastnika. Ciął z wysokiej ćwiartki, gdy ciało atakującego nadal podążało za klingą. Chlusnęła krew. Zbrojny zgiął się i upadł na bruk.

Errollyn czuwał, kiedy Kessligh przystanął nad postrzelonym w udo. Mężczyzna wił się na ziemi. – Jak liczna była wasza grupa? – zapytał Kessligh.

Ranny wykrzywił twarz i nierozsądnie próbował czołgać się dalej. Kessligh przystawił mu klingę do karku. – Litości – wymruczał ranny. Spod mocno zaciśniętych powiek pociekły łzy.

– Och, nie wydaje mi się. – Kessligh popatrzył na otaczającą go jatkę. – Mów, jak liczna, a umrzesz szybko.

Ranny nie odpowiedział. Kolejna strzała trafiła go w pierś i przyszpiliła do ziemi. Errollyn podszedł niespiesznie. Oparł podeszwę o tors nieboszczyka i szarpnięciem uwolnił drzewce. Przyjrzał się strzale krytycznie. Grot był nietknięty, ledwie zarysowany i w oczach Errollyna odmalowała się satysfakcja.

– Dwudziestu – powiedział, wsuwając strzałę do kołczanu. – Mówiłem ci. – Odszedł wąską dróżką, rozglądając się za kimś jeszcze, kogo mógłby zabić. Kessligh rozważył, czy nie polecić odciąć wiszących ciał, ale zrezygnował z tego pomysłu. Lepiej, aby jego podkomendni je ujrzeli. Kilku nadal pozostawało nieprzekonanych co do konieczności proponowanych przezeń działań.

Z otaczających sadybę pól dolatywały dudnienie kopyt i wojenne okrzyki. Errollyn wspiął się krótkimi schodkami na poddasze. Kessligh dołączył do niego z lekkim wysiłkiem. Z tego miejsca mieli w zasięgu wzroku pułapkę, w którą wpadła grupa z Meraine. Mieścina leżała w niecce pośród pól i sadów. Nie tak łatwo było stąd uciec. Wiodący do Hershery trakt stanowił oczywistą drogę dla kontratakującej rhodaańskiej kawalerii.

Kawaleria właśnie przybyła, wypełniając rozkazy Kessligha. Lżejsza konnica zbliżała się do Hershery z boków, uniemożliwiając uwięzionym ucieczkę. Kawalerzyści z Meraine pierzchli przed trzydziestką nadciągających konnych. Meraińczycy mieli dwudziestoosobową przewagę. Do konnych należało doliczyć kolejną dwudziestkę zbrojnych, którą Errollyn wypatrzył wśród zabudowań. Meraińscy konni nie utrzymali szyku. Usiłowali pierzchnąć i rhodaańscy kawalerzyści dosłownie ścięli ich z siodeł. Kilku Meraińczyków zawróciło i pognało ku osadzie, by tam poszukać schronienia pośród murów. Errollyn wyprostował się. Szybkim ruchem naciągnął cięciwę i zestrzelił z wierzchowca jednego z napastników. Natychmiast sięgnął po kolejną strzałę. Napiął łuk i… zrobił zaskoczoną minę, gdy Kessligh szarpnął łuczysko w dół, aby uniemożliwić mu oddanie strzału.

– Już są trupami – wyjaśnił Kessligh, odpowiadając na pytające spojrzenie Errollyna.

– Ale nie z mojej ręki – odrzekł Errollyn. Sprawiał wrażenie urażonego.

– Właśnie – odparł ponuro Kessligh.

***

Kończyli przeszukiwać ciała, kiedy przez pole galopem nadjechał kapitan Rhodaańskiej Stali. Towarzyszyło mu pięciu podkomendnych. Kapitan ruszył wprost ku Kesslighowi, który nadal przyglądał się poległym i ich wierzchowcom, szukając wskazówek. Errollyna niezbyt interesowali zabici czy przejęte konie. Kessligh miał wojnę do wygrania i ponownie stał się generałem. Errollyn cieszył się, że Kessligh znalazł sobie jakiś cel. Żałował, że sam nie ma żadnego.

Errollyn otwartą dłonią uderzył w rosnący wysoko wiecheć trawy. Zdziczała pszenica samosiejka z pobliskiego pola. Na myśl napłynęło mu trzydzieści terminów w saalsi opisujących roślinę. To zboże stanowiło hybrydę, nieznaną wcześniej na ludzkich ziemiach; dopóki Serrini nie sprowadzili z Saalshenu ziarna, nie istniało tutaj. Podobnie jak wiele innych rzeczy.

Słyszał, jak Kessligh kłóci się z kapitanem. Oficer należał do podkomendnych generała Geralina. Geralin był wojakiem starej daty, przestrzegającym tradycji Rhodaańskiej Stali. Stal nigdy nie przegrała wojny podczas dwustu lat nieustannych sprawdzianów. A teraz zmuszona została do odwrotu przez Rhodaan, ścigana przez armię przyszłego króla Arrosha. Geralin oraz otaczający go oficerowie uważali, że nadal sprawują komendę. Pochodzący z Nasi-Kethu Kessligh oraz żołnierze, którzy myśleli podobnie do niego, niezaślepieni tradycją, nalegali, by przenieść walkę na przedpole wroga.

Kapitan domagał się właśnie, by Kessligh przestał marnotrawić ludzi, tracąc ich w podobnych zasadzkach. Kessligh odparł, że dziś akurat nikt nie zginął. Kapitan wygłosił kwaśną uwagę na temat skali osiągnięć Kessligha – kilkudziesięciu zabitych kawalerzystów z Meraine – w porównaniu z setkami tysięcy, które maszerowały ku nim. Kessligh ledwie wysilił się na odpowiedź, znudzony całą rozmową i zniesmaczony samym faktem, iż musi tłumaczyć się komuś podobnemu do Geralina i jego przydupasów, niemających bladego pojęcia o tego typu wojnie.

Albo nie, poprawił się w myślach Errollyn, nie zniesmaczony. Określenie było zbyt dosadne, by wyrazić odczucia Kessligha podczas kontaktów z tymi, dla których żywił bardzo niewiele szacunku. Kessligh ledwie zauważał obecność podobnych rozmówców. Poświęcał im tyle uwagi, ile mistrz kompozytor mógłby poświęcić jakiemuś nic nieznaczącemu studentowi, słuchając go jednym uchem i komponując w tym czasie w myślach kolejne arcydzieło.

Kapitan odjechał, poirytowany. Kessligh wyjaśniał coś grupce młodych kawalerzystów, złożonej z uciekinierów z tracatońskiego Tol’rhen. W ich gronie był Daish. Z lekkim rozdrażnieniem Kessligh przywołał gestem Errollyna.

– …wszyscy mężczyźni z jednego rodu – zwrócił się do młodzików, wskazując ciała na ziemi. – To właśnie problem z feudalnymi siłami. Obowiązki przydzielane są zgodnie z rodowodem i wpływami, a nie z uwzględnieniem zdolności. To zbrojni i kilku arystokratów z tego samego regionu Meraine. Szukali łupów. Prawdopodobnie zgłosili się na ochotników do tego zadania.

– Próbują jedynie zasiać strach – wymruczał Daish. Odwrócił się i spojrzał na nadal płonącą wioskę. – Arrosh osobiście musiał im to polecić.

Kessligh pokiwał głową.

– Lecz to oportuniści podjęli się tej misji, co otwiera przed nami pewne możliwości. Tacy ludzie nie są urodzonymi zwiadowcami. Trzymają się w zbitych grupach, raczej dla ochrony, niż traktując to jako element strategii. Nie są w stanie wykorzystać ukształtowania terenu w sposób, w jaki uczyniłaby to lenayińska kawaleria. A teraz zmywajmy się stąd, zanim koledzy zabitych zjawią się tutaj, by sprawdzić, co opóźniło ich kamratów.

Podczas natarcia pojmano trójkę Meraińczyków. Klęczeli teraz z dłońmi splecionymi na głowach. Zwycięzcy nie mogli zabrać ich ze sobą, nie dysponowali niepotrzebnymi ludźmi, których można by wyznaczyć na strażników. Oceniając po przerażeniu malującym się na twarzach jeńców, pojmani zdawali sobie z tego sprawę. Errollyn ujął w dłonie swój łuk. Lecz Kessligh wydał już rozkazy komuś innemu. Zirytowanym gestem polecił Errollynowi wsiadać na koń.

– Łatwiej zrobić to z odległości, niż zmuszać dzieciaki do brudzenia sobie rąk krwią – wyjaśnił Errollyn, gdy oddalali się od Hershery.

– Zabiłeś wystarczająco wielu – odparł krótko Kessligh.

– Nie mam nic przeciw zabijaniu.

– Wiem – odpowiedział Kessligh. – I w tym właśnie problem.

Sasha mogłaby powiedzieć coś podobnego. A raczej z całą pewnością wygłosiłaby taką uwagę przed miesiącem czy dwoma. Ostatnimi czasy Errollyn miał wrażenie, że nie byłaby bardziej przeciwna zabijaniu od niego.

Sasha dołączyła do lenayińskiej armii. Lenayińczycy stanowili jej naród. Kessligh także uważał się za Lenayińczyka, gdyby go o to zapytać. Lenayińska armia sprzymierzona była z Meraińczykami, których właśnie zabili. Lenayińczycy maszerowali obecnie za siłami Zjednoczonego Bacosh, lecz niezbyt daleko w tyle, biorąc pod uwagę, z jak niewielkim obciążeniem podróżowało lenayińskie wojsko.

Verentyjscy bogowie i lenayińskie duchy chrońcie, by kiedykolwiek mieli się na siebie natknąć. Errollyn nie wiedział, co zrobiłby w takiej sytuacji. Zagrożone było samo istnienie jego rasy. Ta ogromna armia maszerowała im naprzeciw, kierując się nie jedynie chęcią odzyskania bacoshańskich ziem, lecz pragnieniem starcia Serrinów z powierzchni świata raz na zawsze. A mimo to mógł myśleć jedynie o Sashy. O tym, jakże chętniej zgodziłby się na każde inne rozwiązanie, niż pozwolił, aby los zmusił go do walki przeciwko oddziałowi, w którego składzie mogłaby się znajdować.

Podobne sentymenty były niedorzeczne. Owocowały jedynie nienawiścią do samego siebie. Errollyn nie znienawidził się jednak z tego powodu. Po prostu zabijał każdego wroga, którego wskazał mu Kessligh, i usiłował myśleć o czymś innym. Wiedział, że Kessligh się o niego martwi… coś niezwykłego, ponieważ Kessligh był generałem, spoglądającym na wydarzenia z szerszej perspektywy i poświęcającym osobiste zainteresowanie nielicznym. Być może Kessligh martwił się o niego ze względu na Sashę. Ponieważ w dziwny, ludzki sposób Kessligh uważał Sashę za córkę, a jej kochanka za kogoś w rodzaju syna.

Errollyn pomyślał, że podobne podejście jest miłe. Ale także irytujące, ponieważ nie wierzył, że którekolwiek z nich ujdzie z tej walki z życiem. W każdym razie nikt po tej stronie, którą wspierał w walce. Sasha posiadała po swej stronie szansę. Miał nadzieję, że zostanie dokładnie tam, gdzie obecnie się znajdowała, i że bracia wyznaczą jej pozycję na tyłach, daleko od walk. Wydawało się mało prawdopodobne, aby oni lub tabun dzikich koni zdołali ją tam zatrzymać, ale mógł przecież żywić nadzieję. Oczywiście nigdy więcej się nie spotkają. Sasha będzie jednak mogła żyć pełnią życia i się zestarzeć. Opowiedzieć swym dzieciom miłe wspomnienia związane z pewnym dziwnym Serrinem, którego kiedyś kochała. Było to lepsze niż wczesny grób, który czekałby ją po tej stronie, nieoznaczona mogiła na obcej ziemi, z dala od ukochanego Lenayin.

***

Rhodaan wyglądał przepięknie nawet oglądany z czoła armii najeźdźców. Sasha jechała w drugim oddziale za awangardą. Przed sobą widziała grupkę złożoną z północnych wielkich lordów, wielkiego lorda południowej prowincji Rayen i książąt Damona oraz Myklasa zebraną wokół jej brata Koenyga, króla Lenayin. Poprzedzał ich oddział królewskich gwardzistów w czerwono-złotych mundurach. Pośród gwardzistów jechali chorąży dzierżący królewskie proporce.

Na czele kolejnego oddziału podążali chorąży z Isfayenu, Valhananu oraz Tanerynu. Za nimi jechali wielcy lordowie owych prowincji, Markan, Shystan i Ackryd. Każdemu towarzyszyło kilku arystokratycznych kompanów. Sasha miała do towarzystwa siostrę Markana, Yasmyn, oraz Jaryda Nyvara.

Przed awangardą, na zakręcie drogi, Sasha dojrzała zwiadowcę, którego koń skubał trawę. Żołnierz wskoczył na siodło, gdy Koenyg ruszył mu na spotkanie. Król podjechał do zwiadowcy. Książę Damon zajął pozycję po drugiej stronie mężczyzny, który opisywał właśnie coś, do czego kolumna miała wkrótce dotrzeć. Damon ściągnął wodze. Zaczekał, aż Sasha się z nim zrówna.

– Przy drodze leży miasteczko – wyjaśnił. Damon zawsze był najbardziej ponurym spośród dzieci Torvaala. – W pobliżu płynącej nieopodal rzeki.

– Larosańczycy go nie spalili, nieprawdaż? – zapytał posępnie Jaryd.

– Nie. Zwiadowca mówi, że mieścina wydaje się ważnym punktem rzecznego handlu. Najlepiej będzie, jeśli upewnimy się osobiście.

Sasha odnotowała, że Damon nie wydał im rozkazu. Chodziło zatem o coś innego. Skinęła głową.

– Także pojadę – oświadczył wielki lord Markan.

– Nie, bracie – odezwała się Yasmyn. – Cała arystokratyczna awangarda nie będzie narażać się w misji zwiadowczej.

– Jeśli król zamierza udać się osobiście na zwiad, dlaczego nie miałbym mu towarzyszyć? – odparł z uporem Markan. Yasmyn zmarszczyła czoło. Powiedziała coś w telochi, rdzennym języku Isfayeńczyków.

W całej lenayińskiej kolumnie panowała nerwowa atmosfera. Koenyg raptem przed kilku dniami zadeklarował zakończenie żałoby po królu Torvaalu. Od tego czasu proporce, wcześniej opuszczone, znów powiewały wysoko. Biały żałobny sztandar zniknął z czoła kolumny. Jednakże nie poprawiło to nastrojów.

Lenayińska armia maszerowała zhańbiona. Pierwsza bitwa wydarzeń, określanych teraz przez Larosańczyków mianem Chwalebnej Krucjaty, rozegrała się w dwóch miejscach jednocześnie. Armie tak zwanego Wolnego Bacosh, prowadzone przez siły najpotężniejszej z feudalnych prowincji, Larosy, zgromadziły się na północy, przy rubieży Rhodaanu. Lenayińska armia, wspierana przez torovańskie oddziały, ruszyła na południe zaatakować granicę sąsiada i wiernego sojusznika Rhodaanu, Enory. Atak ów stanowił przede wszystkim dywersję, która miała na celu powstrzymać siły Enory przed uderzeniem na larosańską południową flankę. Enorańska Stal, podobnie jak Rhodaańska, przez dwieście lat swego istnienia nie została nigdy pokonana. Mimo tego co bardziej gorącokrwiści Lenayińczycy spodziewali się zwycięstwa. Lenayińczycy uważali się za naród wojowników i największą militarną potęgę w całej Rhodii. Po raz pierwszy w dziejach podzielone i skłócone prowincje zjednoczyły się, walcząc ramię w ramię o wspólny cel.

Lenayińczycy zostali pokonani. Pierzchli przed swymi pogromcami, pozostawiwszy na polu bitwy ciała jednej trzeciej spośród uczestniczących w niej lenayińskich wojowników, czterech prowincjonalnych wielkich lordów oraz swego monarchę. Zamiast wspaniałego zwycięstwa, mającego okryć Lenayin chwałą, ta nizinna krucjata przysporzyła im nieznośnego wstydu.

Lenayińska armia maszerowała obecnie na tyłach zwycięskich larosańskich oddziałów. Podążanie za obcymi siłami, nawet jeśli należały do sojuszników, przyniosło im jeszcze więcej sromoty. Wszyscy wiedzieli, przynajmniej w teorii, że zwycięstwo na granicy Rhodaanu w równej mierze stanowiło zasługę Lenayińczyków jak Larosańczyków. Lenayińczycy dysponując jedynie nieznaczną przewagą liczebną, zwarli się z Enorańską Stalą, zmuszając ją do okupionego krwią wysiłku, do jakiego żaden przeciwnik nie zmusił wcześniej Enorańczyków… tak po prawdzie, gdyby nie ostatnia heroiczna i samobójcza szarża saalsheńskiego talmaadu, walczącego po stronie Enory, wynik starcia mógłby okazać się inny.

Lenayińczycy zachowali dość sił i zadali Enorańczykom na tyle mocny cios, że ci ostatni nie byli w stanie wyruszyć od razu na północ i wesprzeć w Rhodaanie swych mocno naciskanych sojuszników. Pozbawiony wsparcia Rhodaan upadł pod naporem wielokroć liczniejszej larosańskiej armii.

Koenyg opuścił awangardę, otoczony grupką królewskich gwardzistów utrzymujących ciasny szyk. U boku miał Damona, podążyło też za nim kilku młodszych lordów. Sasha ruszyła za nimi wraz z Jarydem i Yasmyn. Zbrojni z północnych prowincji, kiedy ich mijali, posyłali im ponure spojrzenia. Panowała powszechna zgoda co do tego, iż ilość zbrojnych towarzyszących monarsze podczas tego typu krótkich wypadów powinna być ograniczona. Szybkość stanowiła najlepszą ochronę. W przypadku zasadzki zbyt wielu jeźdźców na wąskich traktach blokowałoby sobie nawzajem drogę. Wielcy lordowie, ku uldze Sashy, pozostali z kolumną.

Na mijanych polach Sasha nie dostrzegła żadnych oznak życia. Słabo znała te ziemie, spędziwszy kilka miesięcy w Tracato w okresie, kiedy w mieście wybuchły zamieszki. Potem porzuciła wszystko, czemu, jak sądziła, służyła i powróciła do ostatniej rzeczy, która jej jeszcze została – do swego narodu. Farmy wokół Tracato zawsze pełne były życia. Rolnicy pracowali w polu, dzieci bawiły się w pobliżu domostw, wozy przemierzały drogi, a pasterze przeganiali zwierzęta, których strzegli. Teraz jedynymi żywymi stworzeniami zdawały się ptaki na gałęziach drzew. Inwentarz zniknął z pól.

Osada wkrótce pojawiła się w polu widzenia. Leżała w pobliżu zakola rzeki. Była śliczna, podobnie jak większość rhodaańskich mieścinek. Przy brzegu wzniesiono wysokie domki z żółtych cegieł, o dachach krytych czerwonymi dachówkami. Zabudowania odbijały się tęczą barw w wolno toczącym się nurcie. Niewysoki kamienny mostek spinał brzegi. Kolejny zwiadowca czekał po drugiej stronie rzeki. Gestem dał znać, że na drodze brak zagrożenia. Lenayińczycy przemierzyli mostek pośród tętentu kopyt, jadąc pod uniesionymi proporcami. Mieścina wydawała się opuszczona.

– Przynajmniej jej nie spalili – odezwał się Jaryd. Kilka wcześniejszych mieścinek, które minęli, nie miało aż tyle szczęścia. Sashę zaskoczyła wówczas głębia odrazy Jaryda. Jaryd był niegdyś arystokratą, dziedzicem położonej w centrum Lenayin prowincji Tyree. Gwałtowny upadek z samego szczytu społecznej drabiny sprawił, iż ze wspaniałej i szlachetnej verentyjskiej wiary nawrócił się na pogańskie wierzenia goeren-yai. Sasha sądziła, że zdążył już wyzbyć się arystokratycznych nawyków. I rzeczywiście wydawał czuć się dobrze w surowym odzieniu i skórach, stroju wojowników goeren-yai, z długimi włosami, posiadając niewiele więcej niż miecz i wierzchowca. Teraz jednak wydawał się głęboko poruszony bezsensownym zniszczeniem ślicznych domków i dzieł sztuki, które zdobiły niewielkie ryneczki w każdej z rhodaańskich wiosek.

– Mieścina jest zbyt piękna, by spłonąć – powiedziała Yasmyn. – Nawet Larosańczycy muszą przestrzegać jakichś zasad. – Uwaga wygłoszona przez Yasmyn zaskoczyła Sashę nawet bardziej od reakcji Jaryda. Yasmyn była Isfayenką, córką wielkiego lorda Farasa poległego w Bitwie o Dolinę Shero, którą to nazwą określano wielkie starcie z Enorańską Stalą. Yasmyn towarzyszyła lenayińskiej armii jako pokojówka księżniczki Sofy, siostry Sashy, poślubionej regentowi Balthaarowi z Larosy. Odejście Isfayenki ze służby księżniczce nie przebiegło w przyjaznej atmosferze, gdy arystokraci podlegli Balthaarowi zgwałcili Yasmyn w odwecie za próbę obrony Sofy.

Yasmyn nosiła teraz czerwoną szarfę symbolizującą angyvar – najbliższym odpowiednikiem telochijskiego słowa była „niecierpliwość”. Materiał przyozdabiały czarne symbole. Policzki Yasmyn znaczyły blaknące blizny po samookaleczeniu.

Pomimo tego Sasha poczuła się zaskoczona, słysząc w głosie Yasmyn troskę o niewielką wioskę. Isfayeńczycy posiadali reputację bezwzględnych wojowników, nawet wedle lenayińskich standardów. Bez względu na nienawiść Yasmyn do sojuszników własnego kraju w tej wojnie, isfayeński honor zwyczajowo nie pozwalał na okazywanie współczucia dla wroga. Nawet takiego, który walczył z Larosańczykami.

Skierowali się ku nadrzeczu. Sasha dojrzała wielkie koło wodne, nurt obracał nim powoli. Skręcili na główną ulicę, mijając budynki wzniesione wzdłuż rzeki. Droga była wąska, po bokach ograniczały ją wysokie murki. Podkowy klekotały na bruku. W zasięgu wzroku nie dawało się dojrzeć żadnego mieszkańca wioski, lecz nie dostrzegli też żadnych zniszczeń.

– Być może wszyscy uciekli – powiedział Jaryd. Wydawało się to możliwe.

– Może larosańskie podjazdy przegapiły wreszcie jakąś mieścinę – dodała Yasmyn. To wydało się mniej prawdopodobne. Larosańczycy znali Rhodaan wystarczająco dobrze. Posiadali mnóstwo rhodaańskich szpiegów, którzy przygotowali dla nich mapy. Wyglądało na to, że atakowali każdą miejscowość leżącą w pobliżu trasy przemarszu ich armii i wiele położonych dalej.

Sasha nie odpowiedziała. Wiedziała, że była ostatnio małomówna. Przez większość czasu zwyczajnie nie miała ochoty się odzywać… Przyjaciele, którzy znali ją wcześniej, martwili się o nią z tego powodu. Ojciec Sashy, król Torvaal, zginął w Dolinie Shero. Sasha nie znała go zbyt dobrze ani też nie kochała. Znacznie bardziej wstrząsnęło nią to, że śmierć poniósł także jej druh Teriyan Tremel, a jeszcze bliższy przyjaciel z czasów dzieciństwa, Andreyis, zaginął. Żywiła płochą nadzieję, iż trafił do niewoli.

Ponadto jej kochanek walczył po przeciwnej, rhodaańskiej stronie, ku której pozycjom maszerowała obecnie lenayińska armia. Kessligh Cronenverdt, będący najbliższym odpowiednikiem ojca, jakiego miała, również wspierał Rhodaańczyków. Zdołała zmusić się do walki przeciwko Enorańczykom, ponieważ ani Errollyn, ani Kessligh nie znajdowali się pośród ich szeregów. Walka przeciwko Rhodaańczykom będzie czymś zupełnie innym. Czasami wpatrywała się nocą w gwiazdy i zastanawiała się, czy nie wolałaby raczej zginąć w Dolinie Shero. Zdarzało się jej również rozważać, czy śmierć z własnej ręki doprawdy byłaby nazbyt niehonorową?

Dojrzała, jak poprzedzający grupę królewscy gwardziści dobywają mieczy. Żołnierze rozglądali się wokół, zszokowani. Podejrzewała, że dojdzie do tego, wcześniej czy później, gdy podążając w głąb Rhodaanu, natkną się na wioskę, której mieszkańcy postanowili z jakiegoś powodu nie uciekać.

Placyk przed świątynią pełnił także funkcję rynku. Przy schodach przybytku rosło grube i sękate drzewo. Z gałęzi zwisały zwłoki. Zabitych było około dwudziestu. Od niektórych ciał odrąbano członki, a z rozprutych trzewi zwisały lśniące zwoje wnętrzności. Pośród powieszonych były kobiety. A także dzieci. Starca przywiązano do drzewa, ciało oraz pień wokół naszpikowane były strzałami. Najwyraźniej żołnierze wykorzystali zabitego w roli tarczy do ćwiczeń łuczniczych.

– Odetnijcie ich – polecił Koenyg. Nikt się nie poruszył. Koenyg wbił spojrzenie w jednego z młodych północnych lordów. Młodzian, nie więcej niż osiemnastoletni, wydawał się urażony.

– Mój królu – rzekł w końcu z wyraźnym hadryńskim akcentem – niewątpliwie nie oczekujesz, że wykonam podobne zadanie?

– Oczekuję – odparł ostro Koenyg – że Lenayińczyk maszerujący na wojnę wypełni polecenie monarchy. – W jakimkolwiek innym kraju poza Lenayin poddani, słysząc słowa wypowiedziane przez króla takim tonem, natychmiast wykonaliby zadanie.

– Ale mój panie! – zaprotestował młodzik. – Znajdź mi formację Rhodaańskiej Stali, a zaszarżuję na nią w pojedynkę, i zrobię to z radością! Lecz tak poniżająca czynność, jak ta sprawi, że okryję się hańbą w oczach kompanów. – Towarzyszący mu lordowie zgodnie pokiwali głowami. – Każ uczynić to gwardzistom.

Koenyg zazgrzytał zębami.

– W odróżnieniu od was, gwardziści naprawdę są użyteczni – warknął. Gwardziści zdążyli rozstawić się wokół placyku z mieczami w dłoniach, strzegąc swego króla oraz księcia Damona. – Wracajcie zatem do kolumny. Przekażcie, aby ominęła to miasteczko. Rozkażcie w moim imieniu, by armia maszerowała północnym brzegiem i biegnącą nim drogą, aż ponownie nie skrzyżuje się ona z tym traktem, być może przy kolejnym mostku.

– Droga na północnym brzegu jest gorsza od tego szlaku – stwierdził z powątpiewaniem kolejny z młodych lordów. Wściekłe spojrzenie Koenyga sprawiło, że przełknął resztę cisnących mu się na usta słów.

– Nie – powiedział Damon, spoglądając na makabrycznie okaleczone, kołyszące się zwłoki. – Niech przejadą przez osadę. To szybsze i bezpieczniejsze. Na północnym brzegu łatwiej zastawić zasadzkę.

Koenyg odwrócił się twarzą ku bratu, zmuszając wierzchowca do zatoczenia półkola.

– Do diabła, czy nikt w tej kolumnie nie słucha moich poleceń? Będziemy trzymać się północnego brzegu.

– Usiłujesz coś ukryć, bracie? – zapytał Damon.

– Coś, czego żołnierze nie muszą widzieć – odparł Koenyg. Zwarli się spojrzeniami. Co było do przewidzenia, Damon pierwszy odwrócił wzrok. Miał minę kogoś, kto przełknął właśnie coś obrzydliwego i nie mógł znaleźć miejsca, w które mógłby splunąć.

– Wrócę do formacji i sprowadzę kilku ludzi, którzy uprzątną ten bałagan – powiedziała Sasha. – Sądzę, że pięćdziesięciu zwykłych kawalerzystów powinno uporać się z takim zadaniem.

Koenyg zwrócił wzrok na siostrę.

– Sasho, nie! Nawet się nie waż. – Sasha odwzajemniła spojrzenie, a w jej oczach brakło niepewności widocznej wcześniej w spojrzeniu Damona. W oczach Sashy dawało się wyczytać, że nie obawia się niczego, co mógłby powiedzieć jej brat. Koenyg otworzył usta, by wydać dalsze polecenia i zirytowany ponownie zacisnął wargi. Wiedział, że go nie posłucha. Wyczytał we wzroku siostry, że nawet jeśli spróbowałby ją zabić, nie dbałaby o to specjalnie.

Sasha odwróciła się i odjechała, nie czekając, aż pozwoli jej się oddalić. Kiedy z brukowanej dróżki ponownie zjechała na pylisty trakt, towarzysząca jej Yasmyn zadała pytanie.

– Dlaczego zmartwił się, kiedy powiedziałaś, że sprowadzisz zwykłych kawalerzystów? – zapytała.

– Ponieważ za awangardą podróżuje wymieszana ciżba zbrojnych ze wszystkich prowincji, którzy zdążyli się zaprzyjaźnić – odpowiedział za Sashę Jaryd. – Włóczą się wzdłuż całej kolumny, dostarczając rozkazy swym prowincjonalnym zwierzchnikom, i są najgorszymi plotkarzami w armii. Opowiedzą wszystkim w kolumnie, co widzieli w wiosce.

– Ach – odparła Yasmyn, kiedy zrozumiała.

– Niektórzy z tych Larosańczyków zostaną pociągnięci do odpowiedzialności za swe czyny – powiedziała Sasha. – Pewnego dnia odpowiedzą za własne działania.

***

Wieczorami ciężko było wyszukać miejsce nadające się do potrenowania. Sasha znalazła w końcu nieco wolnej przestrzeni przy brzegu, obok szuwarów. Wykonała taka-dany, koncentrując się na pracy nóg. Każdy wojownik powinien nieustannie doskonalić swój sposób poruszania się, powtarzał często Kessligh. Wybij wroga z rytmu kroków, a twa przewaga wzrośnie.

Jak zwykle ćwiczenia przyciągnęły kilkoro gapiów. Nie było w tym niczego niezwykłego. Lenayińscy wojownicy potrafili dyskutować o szermierce od wschodu słońca aż do zmierzchu. Widownia okazała się niezwykle cicha, kiedy wykonywała kolejne cięcia. Wielu Lenayińczyków wydawało się zakłopotanych, zetknąwszy się z pochodzącym z Saalshenu svaalverdem. Jakby natknęli się na coś nadnaturalnego. Miecz w dłoni Sashy oraz jej ciało kreśliły w ostatnich promieniach słońca ruchome obrazy. Cień sylwetki rozmywał się w mroku, gdy poruszała się tak płynnie i z taką precyzją, iż wydawało się to wręcz nienaturalne.

W końcu, ponad lewym ramieniem, wsunęła miecz do pochwy. Założyła potrójny warkoczyk za prawe ucho i przystanęła z pochyloną głową. Stała w pozie pełnej godności zwrócona ku szuwarom, wyrażając swój szacunek dla miejscowych duchów. Pomyślała o swej siostrze Alythii, której duch odzyskał wolność w Tracato, tam, gdzie obecnie zmierzali. O Alythii, której nienawidziła tak długo, by całkiem niedawno pokochać, jedynie po to, by zaraz stracić siostrę z rąk ludzi, których przedstawiano Sashy jako przyjaciół. Jeśli kiedykolwiek ich odnajdzie, zabije ich z przyjemnością. Gdyby tylko lenayińska armia mogła z nimi walczyć!

Odwróciła się plecami do szuwarów i ruszyła w kierunku obozu. Publiczność cofnęła się z szacunkiem, prócz jednego mężczyzny, młodego Isfayeńczyka. Uklęknął na drodze Sashy, wyciągając ku niej czerwoną chustę. Materiał przyozdabiała wykaligrafowana sentencja w telochi oraz galony. Biorąc pod uwagę skąpe zasoby obozowiska, podobne wykończenie musiało kosztować sporo wysiłku. Nie potrafiła czytać w telochi, ale przyjrzała się literom, podziwiając piękno kaligrafii.

Młody isfayeński wojownik powiedział coś w swym języku. Potem dodał w łamanym lenayskim:

– Proszę, rozważ. – Powstał. W jego spojrzeniu nie było uwielbienia. Lenayińczycy nie oddawali nikomu czci. Niemniej w błyszczących oczach młodzieńca malował się szacunek.

Sasha uśmiechnęła się do niego smutno. Złożyła starannie tkaninę i schowała pod kurtką. Wewnątrz, na wysokości serca, w podszewkę wszyto kieszonkę. Młody mężczyzna wydawał się zadowolony z jej postępowania. Sasha poklepała go po ramieniu. W zapadającym szybko zmroku podjęła wędrówkę ku obozowisku.

Znalazła Yasmyn nieopodal wielkich namiotów – jedynych, jakie rozbijała lenayińska armia. Lenayińczycy cieszyli się twardym snem i gardzili nawet podstawowymi wygodami w czasie marszu na wojnę… Wszyscy, prócz arystokracji i członków królewskiego rodu, których namioty stanowiły symbol statusu i zapewniały odizolowane miejsce na prywatne narady. Yasmyn siedziała przy ogniu obok swego brata Markana, pożywiała się pieczonym mięsiwem i konwersowała. Wojownik siedzący z drugiej strony Yasmyn dostrzegł nadchodzącą Sashę. Przesunął się i zwolnił dla niej miejsce. Sasha siadając, oparła dłoń na jego ramieniu, w geście wyrażającym podziękowanie. Przypomniała sobie, że miał na imię Asym. Nie wyróżniał się urodzeniem i nie dzierżył żadnego tytułu, który zapewniłby mu miejsce przy ognisku wielkiego lorda. Cieszył się jednak reputacją nieustraszonego wojownika i walczył zaciekle w bitwie o Dolinę Shero.

Yasmyn wręczyła jej kopiaty talerz i Sasha zajęła się posiłkiem. Rozmowę prowadzono w telochi. Sashy udawało się czasem wychwycić pojedyncze słowo lub zwrot. Umieszczenie jej pośród Isfayeńczyków było pomysłem Damona. Północne prowincje pogardzały Sashą. Verentyjscy arystokraci – co oznaczało wszystkich arystokratów oprócz taneryńskich – gardzili nią niemal w równym stopniu. Aby poprawić sobie nastrój, pomyślała, że w Valhananie, w którym spędziła większość życia, cieszyła się szacunkiem. Jednak nie wśród wielmożów. Wielki lord Kumaryn zginął w Dolinie Shero, lecz jego tytuł przypadł równie wstrętnemu następcy. Taneryńczycy chętnie widzieliby ją w swych szeregach. Ale Sasha jechała ramię w ramię z wieloma spośród nich do walki przeciwko Hadryńczykom, w trakcie wydarzeń określanych mianem Północnej Rebelii. Podsycanie dawnych animozji nie wyszłoby na dobre nikomu.

Isfayeńczycy uważali się niemal za oddzielny naród i niewiele dbali o cudze zdanie. Opinia wielkiego lorda Farasa na temat Sashy uległa gwałtownej poprawie, gdy jego córka zaprzyjaźniła się z księżniczką Sofy, najbliższą przyjaciółką Sashy w gronie rodzeństwa. Ponadto Isfayeńczycy, jak zauważył Damon, postrzegali rozmaite rzeczy jako drugorzędne w porównaniu z wojennym mistrzostwem. Jeżeli Sasha mogłaby zdobyć akceptację prowincjonalnych arystokratów, owymi wielmożami byli właśnie Isfayeńczycy. I wyglądało na to, że bitwa w Dolinie Shero tego właśnie dowiodła.

– Kolejny wojownik przed chwilką mi się oświadczył – zwróciła się do Yasmyn Sasha. Rzuciła przyjaciółce oskarżycielskie spojrzenie.

Yasmyn wyszczerzyła zęby.

– Tyama. Poinformował mnie o swoim zamiarze. Jest synem pasterza żyjącego w pobliżu wioski Uam, na zachodzie. To dzielny i doskonale wyszkolony wojownik. – Sasha westchnęła znad talerza. – Który to już?

– Siódmy – odparła Sasha. Pokręciła głową. – Nie wiem, co sobie wyobrażają. Z całym szacunkiem, ale nie zamierzam wychodzić za mąż za żadnego z nich. Czy myślą, że zostanę kurą domową na farmie zagubionej wśród isfayeński gór?

Yasmyn potrząsnęła głową.

– Problem polega na tym, że nie wiedzą, co sądzić. W odróżnieniu od reszty Lenayińczyków, Isfayeńczykom podobają się silne kobiety. To część naszej kultury. – Sasha uświadomiła sobie, że stanowiło to kolejny z powodów, dla których Damon umieścił ją pośród Isfayeńczyków. – Ale choć Isfayenki potrafią walczyć, nie oczekuje się po nich, by dorównały w starciu mężczyznom. Dla isfayeńskiej niewiasty udział w bitwie jest triumfem odwagi nad rozsądkiem. Isfayeńczycy podziwiają podobne postępowanie. Nasi mężczyźni uważają za atrakcyjne dziewczęta, którym nie brak odwagi, aby odszczeknąć się wielkiemu wojownikowi. Często następstwem podobnych zachowań jest gwałtowny seks.

Sasha zdobyła się na nikły uśmiech.

– Kryje się w tym pewna logika.

– A teraz widzą ciebie – podjęła Yasmyn. – Walczysz nie tylko odważnie, ale i z niedoścignioną maestrią. Uwzględniwszy svaalverd, to czyni cię niemal niepokonaną. Młodzieńcy borykają się z uczuciem, którego wcześniej nie doświadczali – mieszaniną ogromnego szacunku i potężnej żądzy. Nie wiedzą, jak inaczej wyrazić swoje odczucia niż poprzez propozycję małżeństwa. Żaden nie oczekuje, że ją przyjmiesz. Po prostu nie wiedzą, co innego mogliby zrobić.

Sasha powoli pokiwała głową, wpatrując się w ogień.

Yasmyn uśmiechnęła się nieśmiało. – Niezwykle ci zazdroszczę.

– Sądziłam, że borykasz się z nadmiarem propozycji.

– Nie tego typu. Mam na myśli, że mogłabyś wybrać jednego z nich dzisiejszego wieczoru i innego jutrzejszej nocy. Isfayenka okryłaby się hańbą, mając więcej niż jednego kochanka naraz, lecz ty! W walce możesz pokonać każdego z nich i nie mają prawa do narzekania.

Kąciki ust Sashy wygięły się ku górze. Po chwili rozweselenie zmieniło się w prawdziwy uśmiech. Yasmyn parsknęła śmiechem. Wielki lord Markan dojrzał ich rozbawienie.

– Ach! – powiedział głośno, wskazując palcem Sashę. – Wielki Synnich wreszcie się uśmiechnął! – Mężczyźni wokół ogniska przerwali konwersację, aby spojrzeć. – Co tak cię rozbawiło?

Sasha nieznacznie potrząsnęła głową.

– Seks, cóż by innego? – Mężczyźni parsknęli śmiechem.

– Moja siostra ma obsesję na punkcie seksu – powiedział Markan. – To aberracja umysłowa. Powinienem wysłać ją do świętej kobiety, by oczyściła ją popiołem i okadziła dymem. – Z uczuciem objął Yasmyn ramieniem i pocałował w czoło. Odepchnęła go, marszcząc brwi, niemniej była wyraźnie w dobrym humorze.

Markan liczył sobie dopiero dwadzieścia dwa lata, ledwie o rok więcej od Sashy, był jednak potężnym młodzieńcem. Miał rysy Yasmyn, bary swego ojca i radosne usposobienie, jeśli akurat nie walczył. Sasha nieoczekiwanie pomyślała, że gdyby miała wybrać sobie jakiegoś Isfayeńczyka, wybrałaby właśnie jego. Odepchnęła tę myśl, ponieważ nie prowadziła w dobrym kierunku. Markan od kilku tygodni, które upłynęły od śmierci jego ojca, był wielkim lordem Isfayenu. Sashy wydawało się, że naznaczeni krwią wrogów isfayeńscy wojownicy nie w pełni go jeszcze zaakceptowali. Ponadto Isfayeńczycy byli Isfayeńczykami i każdy z nich nieustannie musiał liczyć się z koniecznością stawienia czoła kolejnemu rywalowi. Lecz Markan musiałby się najpierw potknąć, by sprowokować podobne wyzwanie, a Sasha miała nadzieję, że nowy wielki lord zdoła tego uniknąć.

Gdzieś spoza granicy obozowiska dobiegł krzyk. Potem rozległ się wrzask i wojenny okrzyk. Sasha skoczyła na nogi i dobyła miecza.

– Szyk obronny! – zawołała. – Obrona! – W całym obozie mężczyźni podrywali się z ziemi, sięgając po broń. Nikt nie popędził na oślep w mrok. Po naleganiach Sashy i Damona, przećwiczyli zachowanie na wypadek podobnej sytuacji.

Wojownicy sformowali szyki, kucali nisko, aby nie wystawiać się na cel łucznikom. Do kilku ognisk dolano oleju. Jasne płomienie strzeliły wysoko. Sasha nie dołączyła do formacji utworzonej przez żołnierzy. Podbiegła do najbliższego namiotu. Przykucnęła w cieniu, spoglądając pomiędzy linkami odciągów. Yasmyn dołączyła do niej, podobnie jak Sasha niewyekwipowana odpowiednio, by stanąć ramię w ramię z mężczyznami. Darak długości przedramienia, który trzymała w dłoni, zalśnił w świetle. Sashy wydawało się, że słyszy odległy świst strzały. Ktoś zaklął. Potem z oddali dobiegły wrzaski i wykrzykiwane rozkazy.

– Usiłują nas sprowokować – szepnęła Sasha. Poza kręgiem ognisk cienie tańczyły pośród pni, a podszycie zdawało się jarzyć w bijącej z obozu poświacie. Tu, w Rhodaanie, nie sposób było wystawić posterunków za linią obozowych ognisk i oczekiwać, że wartownicy dożyją świtu. Nawet najtwardsi, zaprawieni w głuszach lenayińscy zwiadowcy wracali do obozu każdego dnia przed zapadnięciem zmroku. Mężczyźni otrzaskani z głuszą i zastawianiem sideł rozciągali pośród poszycia niewidoczne linki, umocowane do zawieszonych na tyczkach kuchennych utensyliów, hałasujących, jeśli ktoś potknął się o sznur. Wydawało się, że podobne działanie pomaga i ponoszone nocami straty nie były jak dotąd znaczne. Lecz mimo wszystkich tych środków każdej nocy ktoś ginął. Po jakimś czasie stało się to doprawdy irytujące.

– Walczą w tchórzliwy sposób – rzuciła gniewnie Yasmyn. Sasha usłyszała szczęk stali i bitewny okrzyk, lecz ponownie dźwięki dobiegły gdzieś z daleka. Tej nocy straty będą liczniejsze, jeżeli doszło do starcia twarzą w twarz.

– Walczą w każdy sposób, w jaki tylko mogą – mruknęła w odpowiedzi. – Wąż zawsze zaatakuje z ziemi, a jastrząb z powietrza. Serrini uczą się od natury. Narzekanie, że nie walczą w taki sposób, który pozwoliłby nam ich pokonać, jest bezcelowe.

Przy niedalekim ognisku Sasha dojrzała mężczyznę. Podnosił się właśnie, by spojrzeć w mglistą poświatę za obozowiskiem. Sąsiad szarpnął go w dół, zmuszając do przykucnięcia. Gdzieś w mroku syknęła strzała. Sasha odwróciła się i ujrzała wojownika ze sterczącym spomiędzy oczu drzewcem, walącego się właśnie na ziemię.

– Nie wstawajcie, głupcy! – krzyknął ktoś. Dalej, za namiotami, dostrzegała poruszające się niewyraźne sylwetki, przekradające się ku linii drzew. Jedynie tutaj, wewnątrz obozowiska, Lenayińczycy zachowali szyk, tworząc obronny mur wokół arystokratów i członków królewskiego rodu przeciwko czającej się w mroku śmierci. Serrini doskonale widzieli w ciemnościach. Ale wielu Lenayińczyków było doskonałymi myśliwymi. Wiedzieli, jak zbliżyć się do czujnej ofiary. Niektórzy odnosili sukcesy w tych śmiertelnych podchodach, kryjąc się za liniami obozu i pozwalając, aby Serrini ich minęli.

Sasha zorientowała się, że atak nadszedł z południa, od strony rzeki. Był to mniej spodziewany kierunek, biorąc pod uwagę, że ku północy ciągnęły się otwarte pola. Gdzie w środku nocy Serrinom udało się odnaleźć bród? Płytką przeprawę z mnóstwem miejsc nadających się na kryjówkę? Na przykład w szuwarach.

Sasha pochwyciła spojrzenie wojownika, kucającego nieopodal. Podbiegł do niej skulony. Sasha zbyt późno zorientowała się, że był Hadryńczykiem. Głowę miał ogoloną niemal do skóry, zapuścił kozią bródkę, a verentyjska gwiazda na łańcuszku zwisała mu z szyi. Mimo tego podbiegł, gdy przywołała go gestem.

– Macie jakiegoś łucznika? – zapytała.

– Kusznika – odparł Hadryńczyk. Lenayińczycy nie przepadali za łucznictwem, lecz na północy było popularniejsze niż gdzie indziej. – Czemu pytasz?

– Sądzę, że wiem, gdzie przekroczyli rzekę.

Hadryńczyk zastanowił się przez moment. Potem odwrócił się i przygarbiony pobiegł wzdłuż linii kucających mężczyzn. Klepnął jednego w ramię.

– Pójdę z tobą – powiedziała Yasmyn.

– Potrafisz walczyć – odparła Sasha – nie jesteś jednak wojowniczką. To znaczna różnica.

– Tutaj jestem bezużyteczna – odrzekła Yasmyn. – Jeśli nie teraz, kiedy miałabym się na coś przydać?

– Mey’as rhen ah’l – odpowiedziała w saalsi Sasha, wzruszając ramionami. – Takie jest życie.

Hadryński kusznik przybiegł i Sasha, pochylona, ruszyła w kierunku osłony, jaką zapewniał kolejny namiot. Wkrótce dotarła na skraj obozu w pobliże rzeki. Towarzyszący jej mężczyźna przykucnął z mieczem w dłoni, trzymając tarczę w gotowości. Sasha dostrzegła kolejnych wojowników przyczajonych pośród podszycia, wśród pni, daleko od blasku ognisk.

– Widzicie coś? – zapytała któregoś. Po tatuażu na policzku rozpoznała, że pochodził z Fyden. Fydeńczyk zamrugał, spoglądając na nią, być może mniej zaskoczony pojawieniem się Sashy niż faktem, że towarzyszył jej hadryński kusznik.

– Ani śladu Serrinów – wyszeptał Fydeńczyk. – Chcesz przeszukać szuwary?

– Aye – rzuciła Sasha.

– Pójdę z tobą. Możemy się przekraść pomiędzy drzewami, zapewniają dobrą osłonę. Nie mamy pomiędzy nami łuczników, ale mógłbym znaleźć jakiegoś wśród Yethulyńczyków…

– Nas troje wystarczy – odparła Sasha. – Większa grupa na pewno zostanie zauważona.

Ruszyli bezgłośnie naprzód. Prowadził Fydeńczyk, Sasha podążała za nim, Hadryńczyk maszerował na końcu szyku. Mgła zgęstniała w pobliżu wody, przesycona zapachem przyrządzanych na ogniskach potraw. Sasha skupiała się bardziej na przeskakiwaniu szybko pomiędzy kolejnymi pniami, zapewniającymi osłonę, niż na zachowaniu ciszy. Serriński wzrok był znacznie bardziej wyczulony od serrińskiego słuchu, który nie przewyższał ludzkiego. Z obozowiska dobiegały regularne okrzyki, kiedy wojownicy należący do poszczególnych kontyngentów nawoływali się nawzajem. Fydeńczyk przecisnął się poprzez gęste krzaki przy skraju drzew. Dalej ciągnęło się puste pole, powalony pień spoczywał na ziemi.

Ukryli się za kłodą, ostrożnie wyglądając zza osłony. Od rzecznych szuwarów dzieliła ich otwarta przestrzeń. Obok Sashy, Hadryńczyk oparł swą kuszę o omszały pień i cierpliwie czekał. W okolicy panował bezruch. Ciszę zakłócały jedynie dobiegające z obozu nawoływania. Sasha wytężała słuch, nie słyszała jednak niczego więcej. Fydeńczyk wydawał się zdenerwowany, szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w mgłę i oddychał ciężko. Sasha poczuła się lekko zaskoczona, że jej własne serce po tym, jak z początku przyspieszyło gwałtownie, powróciło do spokojnego rytmu. Gdzieś podczas tej podróży zniknęła większość strachu. Być może opuścił ją w Petrodorze, choć bardziej prawdopodobne, iż w Tracato.

Pomyślała zaniepokojona, że może strach nie był jedynym uczuciem, które straciła w Tracato. Być może utraciła także zdolność troszczenia się o cokolwiek i odczuwania innych emocji.

Kątem oka dojrzała ruch. Niewiele więcej niż cienie przesuwające się pośród mgły na granicy szuwarów. Wysmukłe sylwetki, a każda z łukiem w dłoni. Hadryńczyk mocniej ścisnął rękojeść kuszy i uniósł się nieco, by wycelować. Sasha poczuła nagłe ukłucie niepokoju; mężczyzna miał zaraz zastrzelić Serrina. Potem poczuła się jeszcze bardziej przerażona samym faktem, że się tutaj znalazła. Dlaczego na ochotnika popędziła na brzeg, by zasadzić się na Serrinów przekraczających rzekę? O czym myślała? Kochała Serrinów. A teraz lenayiński honor domagał się, żeby z nimi walczyła. Lecz to nie oznaczało, iż powinna rwać się do starcia. Była skonsternowana własnym zachowaniem.

Kusza Hadryńczyka szczęknęła. Pośród trzcin jedna z sylwetek zachwiała się i upadła. Sasha usłyszała poruszenie po lewej stronie. Zanim jej towarzysze zdążyli zareagować, poderwała się na nogi, krzycząc ostrzegawczo. Fydeńczyk zerwał się gwałtownie, wpychając przed Sashę i tnąc rozmyty cień, który zaatakował ich spośród drzew. Ostrze błysnęło w ciemności. Sasha odskoczyła do tyłu, aby zyskać dystans. Stal zderzyła się ze stalą i Fydeńczyk osunął się na ziemię. Runął na twarz, gdy nieludzko ostra klinga rozchlastała mu pierś.

Przeciwnik, który go zabił, choć wysoki, miał szczupłą, kobiecą sylwetkę. Przesunął się nieco w bok, ostrze błysnęło srebrzyście. Sasha dostrzegła błysk śnieżnobiałych włosów, skrytych pod czarną chustą. Szmaragdowe oczy niczym zielone płomienie lśniły w mroku. Znajome oczy, które rozszerzyły się na jej widok. Serce Sashy, które gwałtownie przyspieszyło, niemal wstrzymało swój bieg.

Rhillian zaatakowała pierwsza lub niemal pierwsza, ponieważ svaalverd wykluczał jakiekolwiek wahanie. Stal natrafiła na stal. Sasha wprost z parady wyprowadziła cięcie mierzone w niską ćwiartkę, lecz napotkała zdecydowaną zasłonę. Wykorzystała impet starcia. Przesunęła przednią stopę nieznacznie w bok i skręciła nadgarstek, zmieniając ustawienie klingi. Rhillian cofnęła się o krok, by się dostosować. Chwila na odzyskanie równowagi, moment stracony w walce. Sasha wyprowadziła atak mierzony wysoko, od lewego ramienia, i w ostatniej chwili zmieniła kierunek cięcia… Rhillian zrezygnowała z zasłony. Desperacko odskoczyła do tyłu, aby umknąć poza zasięg ostrza. Klinga Sashy przecięła śnieżnobiały warkocz.

Rhillian zawirowała, nagle znajdując się na drodze Hadryńczyka. Mężczyzna porzucił kuszę i dobył miecza. Sasha wykrzyczała ostrzeżenie, gdy zaatakował, choć nie sądziła, aby jej posłuchał. Rhillian błyskawicznie odzyskała niemal doskonałą postawę szermierczą. Z wysokiej zastawy przeszła do perfekcyjnie wyprowadzonej kontry. Cios pozbawił Hadryńczyka głowy. Nie zdążył nawet mrugnąć. Serrinka stała nad powalonym, bezgłowym ciałem i ponad zakrwawioną krawędzią srebrnego ostrza wpatrywała się w swą niegdysiejszą przyjaciółkę.

Sasha odwzajemniła spojrzenie. Ciosy wyprowadzała odruchowo. Gdyby rozpoznały się, stojąc dalej od siebie, wątpiła, czy zdobyłaby się na atak, gdyby to Rhillian nie cięła pierwsza. Ale Rhillian zaatakowała. Zaatakowały obie. Kolejna ze wspólnych chwil, która omal nie okazała się ostatnią.

Sasha widziała wcześniej bezwzględną precyzję, z jaką Rhillian władała klingą. W bitwie Rhillian nie obawiała się niemal nikogo. Dysponując takimi umiejętnościami, nie miała czego się lękać. Teraz jej mina także nie wyrażała strachu, raczej… akceptację. Gdyby się nie cofnęła, byłaby już martwa. A gdyby nie wiedziała, komu stawia czoła, wykazałaby więcej pewności siebie i już by nie żyła. Ta wiedza odbijała się teraz w oczach Serrinki. Spoglądała czujnie i złowieszczo, źrenice lśniły zielenią.

Nie rób tego – pragnęła powiedzieć jej Sasha. Ale wargi nie chciały się poruszyć. Powinna obserwować sylwetkę Rhillian, by zareagować na każdy gwałtowniejszy ruch dłoni, stóp, zmianę równowagi. Zamiast tego nie mogła oderwać spojrzenia od twarzy Rhillian. W czasie, kiedy się przyjaźniły, potrafiła wyczytać w tych oczach tak wiele. Lecz nie w walce. Prócz zrozumienia, iż cudem uniknęła śmierci, płonął w nich teraz gniew. A także szok. Spojrzenie Rhillian stwardniało, wypełnione złowieszczym i ponurym fatalizmem.

Wzrok Serrinki przeskoczył na buty Sashy. Ustawienie stóp odgrywało kluczową rolę w svaalverdzie. Sasha dobrze znała dawną przyjaciółkę. Nie dbając o siebie, Rhillian oceniała niebezpieczeństwo i rozważała, jak wielu jej przyjaciół umrze z ręki Sashy, jeśli nie spróbuje teraz usunąć zagrożenia. Sasha poczuła pragnienie, aby odrzucić miecz, uklęknąć i pozwolić, by Rhillian zakończyła to wszystko. Ale jej dłonie nie drgnęły, zaciśnięte na rękojeści owiniętej wysłużoną skórą. Lenayiński honor nie dopuszczał podobnego zachowania. Zastanawiała się, czy – jeśli uklękłaby przed nią bezbronna – Rhillian wyprowadziłaby cios. Rozważała, jak sprawy mogły potoczyć się aż tak źle, że doprowadziły do tego momentu.

Usłyszała kolejne stąpnięcia, miękkie, zbliżające się znad rzeki. Sasha cofnęła się o krok. Rhillian nie podążyła za nią. Kolejny krok. Przez chwilę Sasha sądziła, że Rhillian zawoła do nadchodzących, każąc im się zatrzymać i dając jej czas na ucieczkę. Ale na twarzy Rhillian nie drgnął żaden mięsień. Wbijała spojrzenie w Sashę i trzymała broń w gotowości. Kiedy Sasha zrobiła kolejny krok w tył, Rhillian spięła się, jakby rozważała, czy ruszyć w pościg.

Sasha puściła się biegiem przez poszycie pomiędzy pniami i wbrew zdrowemu rozsądkowi miała nadzieję, że nie potknie się o nic i nie przewróci. Nie zawadziła stopą o żaden korzeń. Po krótkim, szaleńczym sprincie dojrzała ogniska oraz linię lenayińskich żołnierzy, przykucniętych i wbijających spojrzenia w mrok.

– To ja. Wracam! – zawołała w ojczystej mowie, aby rozpoznali ją po głosie, zbyt późno uświadomiwszy sobie, iż pośród atakujących Serrinów było wiele kobiet władających biegle lenayńskim. Szczęśliwie jej rodacy nie wzięli tego faktu pod uwagę. Przeskoczyła nad kucającymi i się zatrzymała. Oparła się plecami o drzewo.

Podszedł do niej Fydeńczyk.

– Pozostali? – zapytał.

Sasha potrząsnęła głową. Osunęła się po pniu. Przysiadła u podstawy drzewa na piętach, z pośladkami na ziemi. – Postąpiłam głupio – wymruczała. – Nie powinnam była tego robić. – Dwóch mężczyzn umarło, ponieważ odczuła szaleńczą potrzebę ścigania własnych demonów, czy też cokolwiek innego, co pchnęło ją do działania. Nagle poczuła wściekłość na siebie samą za to, że obawiała się osobistej traumy związanej ze stawieniem czoła dawnej przyjaciółce, z której ręki zginęła właśnie dwójka jej dzielnych towarzyszy. Powinna natychmiast zabić Rhillian, aby pomścić ich śmierć. Lenayiński honor był najważniejszy. Czy nie tak zdecydowała, opuszczając Tracato, by dołączyć do lenayińskiej armii?

– Postąpiłaś odważnie – poprawił ją Fydeńczyk. – Zabiliście jakiegoś?

– Nasz hadryński przyjaciel trafił jednego – odparła Sasha. – Był odważny, walcząc z Serrinami w ciemności. Twój człowiek także wykazał się męstwem. – Sama miała przynajmniej pewność, że przetrwa podobne starcie. Na duchy, postąpiła głupio.

Wstała i pobiegła w kierunku awangardy. Niektórzy z wojowników w kolumnie pozdrowili ją wiwatami, gestami wyrażając swą aprobatę. Rozzłościła się na własnych rodaków za to, że tak łatwo mylili głupotę z odwagą.

Czekająca przy namiocie Yasmyn, powitała ją z bukłakiem wody w ręce. Sasha ugasiła pragnienie.

– Szalona kobieto – skomentowała Yasmyn, domyśliwszy się, co zaszło, nim Sasha odezwała się choćby słowem. – Musisz być błogosławiona, skoro nadal żyjesz.

– Nie jestem błogosławiona – odparła Sasha, przełykając z trudem. – Jestem przeklęta. – Kręciło się jej w głowie. – Muszę złapać oddech.

Przecisnęła się pomiędzy klapami i schroniła wewnątrz namiotu. Usłyszała sygnał wygrywany na trąbce, informujący, że niebezpieczeństwo minęło. Trębacze powtarzali go wzdłuż kolumny. Przeklęte trąbki. Teraz używali ich już wszyscy. Sasha nigdy nie lubiła tego dźwięku. Przysiadła na krawędzi posłania i ukryła twarz w dłoniach. Gdy tylko przymknęła powieki, ujrzała Rhillian, lecz nie tę z ich niedawnego spotkania. Szmaragdowe oczy skrzyły się roześmiane, kiedy droczyła się z Sashą, naśmiewając z jakiegoś nieporozumienia wynikłego z wieloznaczności saalsi. Pamiętała pasma włosów Rhillian w swych dłoniach, kiedy zaplatała przyjaciółce warkocz. Stały wówczas przed oknem w saalsheńskiej rezydencji i podziwiały panoramę Petrodoru, snując wspomnienia z dzieciństwa. Wspomniała, jak Rhillian obejmowała ją ramieniem, gdy Sasha czuła się nieszczęśliwa i stęskniona za domem. Sądziła wtedy, że jest sama i zgięta wpół oparła się o framugę, na jawie śniąc o Lenayin… Rhillian zbliżyła się wówczas bezszelestnie, objęła ją od tyłu i oparła policzek o głowę Sashy.

– W przeciwieństwie do kamienia – wymruczała w saalsi Rhillian – ciężar smutku można unieść uśmiechem.

Wówczas Sasha się uśmiechnęła. Teraz z oczu pociekły jej łzy.

Dwa

Sofy jechała u boku księżniczki Elory, podziwiając mijaną okolicę.

– Wydaje mi się, że przekład zawierał błąd – oświadczyła Elora. Dosiadała srebrnej klaczy. Siedziała w siodle po damsku, wyprostowana. Towarzyszyło im dziesięć dam dworu. Cała grupa wysforowała się przed czoło kolumny. Panie ze wszystkich stron osłaniali rycerze w zbrojach. – Pięćdziesiąt trzy dekleny nie mogą odpowiadać wartością dziesięciu złotym suwerenom. Bardziej prawdopodobne, że są równe pięciu.

Spoza rosnących na skraju pola drzew w niebo biły kłęby dymu. Sofy obserwowała je, zastanawiając się, co też takiego płonie.

– Tłumacz obstawał przy swoim – rzekła zdecydowanie lady Mercene. Pochodziła z Elisse, odizolowanej prowincji na Półwyspie Bacoshańskim, podbitej niedawno przez Rhodaańską Stal. Elisse wkrótce miała zostać wyzwolona. Mercene, jej rodzina oraz lennicy wprost nie mogli się już tego doczekać. – Jeden złoty suweren w Tracato wart jest pięć i jedną trzecią deklena. Cena utrzymuje się od dawna.

– Ależ droga Mercene – zaoponowała Elora – w księgach rachunkowych, które znaleźliśmy w tej niedużej wiosce koło rzeki, stoi, że dochód z jednego akra wynosi siedemdziesiąt dziewięć deklenów. Około piętnastu suwerenów. W dodatku mowa była o sezonie gorszym od przeciętnego. Tymczasem gospodarstwa w najżyźniejszych regionach Larosy przynoszą nie więcej niż cztery i pół suwerena w najbardziej udanych latach.

Sofy dojrzała za linią drzew zabudowania. Ceglane ściany porastał bluszcz, obok dostrzegła kurnik i chlewik. Dom wzniesiono z kamieniarskim mistrzostwem godnym schronienia pomniejszego wielmoży. Choć żadnemu arystokracie honor nie pozwoliłby objąć tak niewielkiej siedziby. Czy było możliwe, aby prości ludzie mieszkali w podobnych domach? Panie nieomal doszły do takiego wniosku przed kilku dniami i teraz gdy tylko wydawało się, że rozmowa zbacza w tym kierunku, szybko zmieniały temat.

Farmy, korzystając ze wspólnej sieci kanałów irygacyjnych, z ruchomymi śluzami, o wyłożonych kamieniem ścianach, skupiły się w coś na kształt wioski. Uprawy wydawały się niezwykle bujne i kolorowe. Sofy nie miała żadnego problemu z wyobrażeniem sobie, że owe pola, uprawiane przez rhodaańskich rolników z wykorzystaniem metod, u których podstaw leżała serrińska wiedza, były trzykrotnie wydajniejsze od upraw na ziemiach zwanych przez sprzymierzeńców regenta „Wolnym Bacosh”. Wyjaśniałoby to przynajmniej jedną rzecz: jakim sposobem broniące Saalshen-Bacosh armie Stali okazały się tak świetnie wyekwipowane, a drogi, mosty i budynki tak doskonałej jakości.

– Sir Teale’u! – zawołała Sofy. Jeden z rycerzy poprzedzających damy ściągnął wodze, by się z nią zrównać. – Chciałabym wiedzieć, co to za wioska płonie.

– Być może to nie wioska, wasza wysokość – odpowiedział Teale. – Może to jedynie drewno lub stóg siana podpalone, aby nie wpadły w nasze ręce.

– Skądkolwiek pochodzi dym – odpowiedziała zdecydowanie Sofy – chciałabym wiedzieć, co tak kopci.

– Oczywiście, wasza wysokość. – Teale pokiwał głową zakutą w przerażająco wyglądający hełm.

Sofy z irytacją przygryzła wargę. Wielka armia, której towarzyszyła, rabowała i paliła wszystko wokół, jak to mają w zwyczaju wielkie armie. Mąż Sofy, już-wkrótce-wielki-król Balthaar, po naleganiach zapewnił żonę, że zniszczenia nie będą wielkie, a śliczne miasteczka nie zostaną spalone. Jeśli przeciwnicy nie zabarykadują się, by stawiać opór, dzieła sztuki zostaną zachowane, a rodzinom wolno będzie wrócić do swoich domów we właściwym czasie.

Ale nie pozwolili Sofy odwiedzić żadnej osady, żadnego miasta. Argumentowali, że w okolicy wręcz roi się od Serrinów, których długie łuki zdolne były powalić opancerzonego męża ze stu kroków, a nieopancerzonego z dwustu. Możliwości Sofy ograniczały się do wysyłania sir Teale’a, by sprawdził, jaki los spotkał mijane mieściny, wiedząc, że skłamie, kiedy wróci i łudząc się nadzieją, że nie zełgał za bardzo.

Pośród pań zapanowała niezręczna cisza. Damy rozmawiały czasami we własnym gronie o dawno wygasłych rodach prawowitych właścicieli tych ziem. Minęło dwieście lat od chwili, gdy feudalne prawa przestały tutaj obowiązywać. Wielu mężów w szeregach dokonującej podboju armii twierdziło, że dziedziczą owe tereny. Domagali się odrzucenia wszelkich roszczeń, jakie ktokolwiek inny mógłby wysunąć. Nie spierali się jednak na owe tematy zbyt głośno w obecności Sofy, ponieważ widzieli, jak martwi się losem zdradzieckiej miejscowej ludności. Kiedy sądzili, że ich nie słyszy, wygłaszali drwiące uwagi na temat tego, iż przyszła królowa bardziej troszczy się o życie serrińskich mieszańców niż o bacoshańskich wyzwolicieli.

– Chciałabym porozmawiać z lordem Elotem, jeśli łaska – zwróciła się głośno Sofy do najbliższego sługi. Zawrócił konia i pogalopował wzdłuż kolumny.

Wkrótce dosiadający potężnego rumaka Elot zrównał się z księżniczką. Klacz Sofy była ciut wyższa, co pozwoliło jej spojrzeć w oczy rozmówcy, niemal nie zadzierając głowy. Lord Elot pokłonił się. Był barczystym i brodatym mężem, z urodzenia Rhodaańczykiem. Niektórzy uważali go za zdrajcę, choć we własnych oczach nim nie był. Urodzony arystokrata wierzył we wszystkie te rzeczy, których Serrini odmawiali wielmożom przez dwieście lat. Wstrząsy w Tracato, stolicy Rhodaanu, sprawiły, iż przybył tu wespół z Sashą, siostrą Sofy. Sasha dołączyła do lenayińskiej armii. Lord Elot przyłączył się do bacoshańskiego wojska, aby wysunąć roszczenia, dotyczące wszystkiego, co należało się z urodzenia jemu samemu oraz jego rhodaańskim towarzyszom.

Obecnie, pomimo heroicznego udziału we wspaniałym zwycięstwie, Elot wydawał się daleki od zadowolenia z tego, co przyniósł mu los.

– Wysłałam sir Teale’a, aby wywiedział się o źródło dymu – odezwała się Sofy. Rozmawiali po torovańsku, w języku powszechnie używanym na wybrzeżach Morza Sharaalskiego i znanym większości lenayińskich arystokratów.

– Niczego nie znajdzie – odparł ponuro Elot. – Nigdy niczego nie znajduje.

Sofy zerknęła na rozmówcę z ukosa. Nie wydawał się zadowolony, widząc swój naród podbitym. Czego oczekiwał, jeśli nie tego?

– Do kogo należą te ziemie? – zapytała Sofy.

– Do rodu Miel – odrzekł Elot. – Ich pretensje są dobrze udokumentowane, a papiery przechowywane w ukryciu. Lord Miel przedstawi zapiski, jeśli przeżyje wydarzenia w Tracato. Jednak ród Juane z Larosy właśnie poinformował mnie, że ich roszczenia, wysunięte dzięki pokrewieństwu upośledzonego kuzyna, mają pierwszeństwo.

Zatem stąd ta ponura mina, domyśliła się Sofy. Podejrzewała, iż dojdzie do czegoś podobnego, nie poczuła się zatem zaskoczona.

– A twoje własne rodowe ziemie? – zapytała rhodaańskiego lorda.

– Ciągną się od Siadene na północ, aż do morza. Roszczenia do nich również zostały podważone. – Sofy jedynie na niego popatrzyła. – Wasza wysokość, będę ci niezwykle wdzięczny, jeżeli poruszysz ten temat w rozmowie ze swym małżonkiem i położysz kres owym niedorzecznym pretensjom. Lepiej byłoby obecnie świętować honorowe zwycięstwo. Nie powinniśmy zwracać się przeciwko sobie tak wcześnie, zanim jeszcze ostateczna wiktoria została odniesiona.

– Wydaje mi się, lordzie Elocie – odpowiedziała spokojnie Sofy – że źle zrozumiałeś naturę feudalnego porządku, który idealizowałeś tak długo, odcięty odeń w Tracato. Gratulacje są wygłaszane, a sojusze zawierane dopiero po tym, gdy ziemie zostaną zawłaszczone, nie wcześniej. Jeśli posiadasz ziemie, znajdziesz wielu przyjaciół. Dziś w oczach Larosańczyków nie posiadasz żadnych i nie zajmujesz pozycji umożliwiającej wysunięcie roszczeń.

– Istnieją prawa! – upierał się gniewnie Elot.

– Które mój mąż może unieważnić jednym słowem – odparła Sofy. – Pojmuję, że twoje roszczenia są uznawane za bardziej uzasadnione i traktowane poważnie w Tracato. A przynajmniej były, nim wasza mała wojna domowa nie doprowadziła do spalenia sądu.

– To nie my spaliliśmy gmach – wymruczał Elot. – Zrobili to wieśniacy.

– I czy byłeś wówczas równie zasmucony? Biorąc pod uwagę, że sąd reprezentował zasady, które nie pozwalały ci dzierżyć arystokratycznego tytułu zgodnie z twym przyrodzonym prawem?

– Mogę udokumentować moje roszczenia. – Elot trzymał się uparcie swego. – Kiedy dotrzemy do Tracato, tak właśnie zrobię. Przedstawię odpowiednie dokumenty.

Sofy nie odpowiedziała i Elot spojrzał jej w oczy. Wyczytał w nich ostrzeżenie. Była młoda i jeszcze do niedawna spoglądała na świat z naiwnością dziecka. Ale owe czasy już minęły. Elot powoli pokiwał głową, potwierdzając, iż zrozumiał. Podziękował Sofy spojrzeniem. Nie odważyła się wyrazić na głos swoich obaw, Elot nie był jednakże głupcem. Jeśli umarłby, nim armia dotrze do Tracato, lub też dokumenty, na które się powoływał, zniknęłyby, zanim przedstawi papiery przyszłemu królowi, jego roszczenia utraciłyby jakiekolwiek podstawy.

Nie ujechali daleko, gdy sir Teale powrócił. Nadjechał galopem, słońce zalśniło na srebrnym pancerzu.

– Wasza wysokość – skłonił się w siodle – przynoszę ci nowiny od twego męża, regenta. Jest świadom twych trosk i pragnie, byś obejrzała miasteczko na własne oczy.

Sofy zamrugała zaskoczona. Zerknęła na towarzyszące jej damy. Na twarzach pań malowało się podobne zdziwienie, kilka marszczyło czoła.

– Ależ oczywiście, sir Teale’u! – odpowiedziała głośno. – Ruszajmy natychmiast. Lordzie Elocie, czy zechcesz nam towarzyszyć? Będę wdzięczna za twą przenikliwą opinię.

– To dla mnie zaszczyt, księżniczko – odparł Elot.

Krótkim galopem przebyli dystans dzielący ich od miasteczka, przemierzywszy zaorane pola. Przy otwartej bramie zbrojni pełnili straż. Sofy, podziwiającej okolicę, nie umknęło lśnienie pancerzy, które dostrzegła pośród pni oraz poruszające się końskie sylwetki. Trasa, którą nadjechali, została przygotowana i była strzeżona. Jaką rozgrywkę prowadził jej mąż?

Przy wąskim strumieniu wijącym się między polami a granicą lasu przycupnęło niewielkie miasteczko. Dachy murowanych domostw pokryte były czerwonymi dachówkami. Na pobliskim polu płonęła stodoła, która stanowiła źródło dymu. Kawaleria krążyła po okolicy. Żołnierze obserwowali nadjeżdżającą księżniczkę.

– Rebelianci woleli podpalić stodołę, niż pozwolić, by zgromadzona w niej pasza wpadła nam w ręce – wyjaśnił sir Teale. – Osada pozostała niezniszczona. Buntownicy głoszą kłamstwa na nasz temat i mieszkańcy uciekli w strachu. Wielu umrze z wycieńczenia na drogach. Przeżyliby, gdyby zostali w domach, nie dając wiary fałszywym oskarżeniom.

Sofy podjechała bliżej i zeskoczyła z siodła, zanim sir Teale czy któryś ze zbrojnych zdążyli zaoferować jej swą pomoc. Szybkim krokiem minęła kurniki i obory. Dotarła do biegnącej środkiem miasteczka głównej drogi. Wokół panowała cisza. Niewielkie mieściny w Lenayin zawsze były brudne. Nie dlatego, że Lenayińczycy nie dbali o porządek, lecz ponieważ lenayińskie wzgórza smagane były przez wiatry i deszcze, które bez przerwy nanosiły błoto na wszelkie trakty.

Zajrzała za uchylone drzwi. Dojrzała niewielkie i przytulne pomieszczenie, prosto umeblowane, z kamiennym piecem kuchennym i dywanikiem na podłodze. Wewnątrz panował porządek. Wbite w ścianę haki, przeznaczone na naczynia, były puste. Kuchenne utensylia stanowiły najcenniejszą rzecz posiadaną przez prostych wieśniaków. Naczynia oraz trzoda. Prawdopodobnie zabrali je ze sobą.

Sofy podążyła dalej drogą, zaglądając do kolejnych domów. Wszystkie wnętrza wyglądały podobnie. Towarzyszyli jej zbrojni i była pewna, że wszystkie zabudowania zostały już wcześniej przeszukane. Odczuła ulgę, nie dostrzegając nigdzie krwi i widząc, że miasteczko nie płonie. A jednak wszystko to sprawiało wrażenie zaaranżowanej sceny.

Dotarła do rynku. Po jednej stronie wzniesiono śliczny kościółek, przed którym dostrzegła studnię. Zielone pnącza pięły się po kamiennej cembrowinie. Sofy podziwiała dach pagody, osłaniający studnię przed liśćmi czy ptasimi odchodami. Zdobił go niewielki posąg. Rzeźba przedstawiała nagą kobietę, jedną dłonią podtrzymującą opadające włosy, w drugiej dzierżącą kubek. Niewiasta przypominała Cliamene, verentyjską boginię płodności lecz krzywizny oddano ze znacznie większą zmysłowością, niż Sofy kiedykolwiek widziała. Kobieta miała obnażone piersi, biodro sugestywnie wygięte. A jej twarz i oczy… czy rzeźba mogła przedstawiać Serrinkę?

Zorientowała się, że lord Elot wszedł do świątyni. Sofy podążyła za nim i unosząc spódnicę, przemierzyła proste kamienne schody prowadzące do wrót przybytku.

Wnętrze okazało się obszerniejsze, niż sugerował to wygląd zewnętrzny kościółka. Być może pomieściłoby nawet siedemdziesięciu wiernych, jeżeli zbiliby się ciasno. Wąskie, wysokie okienka wpuszczały do środka światło. W ścianie nad ołtarzem mieścił się nawet okrągły witraż z kolorowego szkła. Lord Elot przystanął pośrodku nawy z dłońmi na biodrach i wbił spojrzenie w witraż. Przedstawiał verentyjskich bogów i anioły. Postacie oddano niezwykle szczegółowo.

– Cóż za wspaniałe rzemiosło – wyraziła swój podziw Sofy. W świątyni panowała cisza. Zbliżyła się do Elota. – Niezwykłe w tak małej mieścinie.

– Dzieło Serrinów – odparł cicho Elot. Byli sami, jeśli nie liczyć strażnika przy drzwiach ale słowa niosły się echem. – Serrini wykonali wiele dzieł sztuki na potrzeby niewielkich świątyń, podobnych do tej. Chcieli zademonstrować prostym wieśniakom swą dobrą wolę. – Sofy oczekiwała, że żołnierz o zapatrywaniach Elota wypowie podobne słowa z goryczą. Ale Elot wydawał się przygaszony.

– Lordzie Elocie, czy coś cię niepokoi?

– Gwiazda pozostała w przybytku – powiedział Elot. Wskazał prosty ośmioramienny drewniany kształt zawieszony na ścianie za ołtarzem, pod kolorowym witrażem. – Miejscowi odchodząc, nie zostawiliby jej tutaj z własnej woli. Być może uciekali w pośpiechu.

Sofy zmarszczyła brwi. Zbliżyła się do ołtarza. Jako pobożna verentyjka przyklękła i uczyniła święty znak. Powstając, przyjrzała się gwieździe. Wykonano ją ze zwykłego drewna, wypolerowanego do połysku. Gwiazda szerokości męskiego ramienia nie nastręczałaby problemów w transporcie. Uwagę Sofy przyciągnęła bezbarwna plama na ścianie. Plama z oleju? Potarła mur palcem, powąchała opuszek. Nie pachniał w żaden szczególny sposób. Nagle odniosła wrażenie, że w niewielkiej przytulnej świątyni zrobiło się zimno, jak gdyby ktoś wyważył drzwi, wpuszczając do wnętrza mroźny zimowy wicher.

Przemaszerowała szybko do wejścia i zatrzymała się u szczytu schodów. Na rynku przed świątynią, otoczony świtą lordów oraz rycerzy, stał regent Balthaar Arrosh. Uśmiechnął się do żony. Płaszcz w rodowych barwach trzepotał zarzucony fantazyjnie na jedno ramię. Regent, wysoki i całkiem przystojny, miał nieznacznie kręcące się włosy oraz zadbany wąsik.

Wyciągnął dłonie ku Sofy.

– I jak, moja najdroższa? – zapytał. – Czy czujesz się zadowolona?

Sofy zmusiła się do promiennego uśmiechu.

– Całkowicie usatysfakcjonowana, mój mężu. – Zeszła po stopniach, dygnęła i skromnie pocałowała go w policzek. Zgromadzeni na placyku wielmoże uśmiechnęli się na ów widok. Wielu łączyły z Balthaarem więzy pokrewieństwa. Pozostali byli sojusznikami regenta, lordami z potężnych prowincji Wolnego Bacosh, którzy stali na czele podległych im wielkich armii. Zebrali się, jednocząc dla tej wielkiej krucjaty. I dla niej, lenayińskiej księżniczki, której małżeństwo przypieczętowało przymierze, bez którego obecne triumfy nigdy nie byłyby możliwe, bez względu na to, jak niechętnie godzili się to przyznać.

– W tych stronach nie wszyscy jesteśmy barbarzyńcami – zapewnił żonę Balthaar, ku rozbawieniu zebranych na dziedzińcu. Wszędzie na nizinach, co oczywiste, Lenayin przez całe stulecia uważano za krainę barbarzyńców, być może nie całkiem bez powodu. – Pragniemy przywrócić na tych ziemiach wcześniejszy porządek i prawowitą ludzką władzę, nie zaś obracać je w popiół.

– Rozumiem, mój mężu – odpowiedziała Sofy. Dygnęła kolejny raz, gestem wyrażając przeprosiny. – Nigdy w ciebie nie wątpiłam. Obawiałam się jedynie temperamentu części twych poddanych. Straty poniesione w bitwie na Równinie Sonai były znaczące i sądziłam, że niektórzy mogą szukać zemsty…

– I niewątpliwie co poniektórzy jej szukają – potwierdził Balthar – jak to czasem dzieje się na wojnach. Ale zaufaj mi, iż czynię wysiłki, aby ograniczyć podobne czyny do minimum i karać wszystkich, którzy nie przestrzegają rozkazów. Te ziemie należą teraz do nas i niszczenie ich byłoby niczym odcięcie własnej kończyny.

– Pojmuję to – odparła Sofy. Nie spojrzała mu prosto w oczy. Balthaar ujął żonę za ramiona i przez przerażającą chwilę Sofy wydawało się, że przejrzał jej myśli.

– Najdroższa – odezwał się wówczas. – Przybyłem, aby błagać cię o przysługę. – Sofy wreszcie spojrzała mu w oczy, zaskoczona. – Chciałem prosić, abyś udała się do Tracato. Sam nie mogę się tam wyprawić. Obowiązki każą mi podążyć wraz z armią i ścigać Stal na terytorium Enory, gdzie musimy zniszczyć ją raz na zawsze. Tracatońska arystokracja powstała jednakże przeciwko diabelskim Serrinom. Miasto jest bogate, a jego patrycjusze potężni. Ponadto tracatońscy wielmoża stanowią łącznik pomiędzy nami a naszymi elisseńskimi sprzymierzeńcami. Te sprawy mnie dotyczą, sam nie mogę jednakże się tam pojawić – przerwał na moment.

– Chciałbym wysłać zaufanego emisariusza, który rozumem oraz przebiegłością, a także niezłomnym sercem dorówna każdemu rozmówcy i wystąpi w moim imieniu. Czy podejmiesz się tego zadania?

Tracato? Sasha niedawno stamtąd przybyła i opowiadała o strasznych scenach rozgrywających się w mieście. I, mniej chętnie, o jego cudach, nauce i cywilizacji, wspanialszych niż gdziekolwiek indziej w Rhodii. Pojechać do Tracato. Dopilnować, by nie zniszczono cudów miasta i ocalić ludność przed rzezią, do której, jak obawiała się Sofy, nadal mogło tam dojść? Może ustanowić nową równowagę pomiędzy najeźdźcami a najechanymi?

Serce Sofy zabiło szybciej.

– Mój panie – odpowiedziała radośnie – będę zaszczycona. – Powiedziawszy to, uścisnęła męża na oczach wszystkich.

***

Wóz podskakiwał na wybojach. Andreyis oparł się o burtę i usiłował chronić ramię w łubkach i bandażu przed skutkami wstrząsów. Pociemniałe niebo zasnuły nisko wiszące chmury. Enorańskie pola majaczyły za szarą kurtyną deszczu. Jedyny płaszcz na wozie otrzymał Ulemys, Ranashańczyk leżący na podłodze. Ulemys umierał. W rozkołysanym wozie jego jęki przysparzały Andreyisowi więcej cierpienia niż uszkodzone ramię.

Prócz Ulemysa, Andreyis miał na wozie czterech towarzyszy niedoli. Jeden z nich, Sayden, był znajomym verentyjczykiem, choć mieszkał w wiosce na północy, o której Andreyis nigdy nie słyszał. Pozostali pochodzili z Hadrynu, Tyree i Yethulynu. Przed dziesięcioma dniami, kiedy rozpoczęli tę podróż, towarzyszyło im jeszcze dwóch wojowników. Jednego pochowano w płytkim grobie. Drugiemu, Taneryńczykowi, wzniesiono stos pogrzebowy, zgodnie z taneryńskim zwyczajem. Pośród nieoczekiwanych letnich ulew zebranie odpowiedniej ilości suchego drewna okazało się prawdziwym wyzwaniem. Andreyis wiedział, że Ulemys dołączy wkrótce do tych dwojga, ponieważ rana w jego brzuchu śmierdziała brzydko pomimo serrińskich leków. Ponadto majaczył coraz bardziej. Na razie mogli choć okryć go płaszczem. Przynajmniej w ten sposób smród stawał się łatwiejszy do zniesienia.

W porze obiadu enorański konny wrzucił do wozu bochen chleba, owoce oraz nieco sera. Zjedli wszystko. Wkrótce po posiłku Andreyis uznał, że woli maszerować. Podpierając się jednym ramieniem, zeskoczył z paki na błotnisty trakt. Zawsze po obiedzie lubił się udać na przejażdżkę, lecz z braku wierzchowca musiał wystarczyć mu spacer. Wspomniał teraz przejażdżki, które odbywał w gospodarstwie Kessligha i Sashy, czasami w towarzystwie Sashy lub Lynette, a czasami samotnie. W ich trakcie zawsze czujnie wypatrywał obcych, przeczesując wzrokiem rozciągający się wokół surowy lenayiński pejzaż i szukając znaków zwiastujących załamanie pogody.

Straszliwie tęsknił za domem. Walczył dzielnie w Dolinie Shero. Lecz teraz przerażały go własne niemęskie lęki, kiedy w środku nocy budził się z sercem tłukącym się w piersi, przekonany, że bitwa nadal wrze wokół. Jeden z więźniów na wozie przysięgał, że widział Teriyana Tremela, dobrego przyjaciela Andreyisa, poległego na polu bitwy. Teriyan był ojcem Lynette, z którą Andrey’s doglądał koni. Co najgorsze, sam Andreyis był obecnie więźniem, choć pozostał przy życiu. Większość Lenayińczyków wolałaby śmierć od podobnego losu. Czasami chłopak zazdrościł Ulemysowi. Cierpienie kompana wkrótce się skończy.

Serriński konny podążał brzegiem drogi. Jeździec trzymał się jakieś dziesięć kroków za maszerującym Andreyisem. Znów była to dziewczyna. Ta sama, która zawsze strzegła tej strony karawany. Serrińskie niewiasty łatwo było rozpoznać. Dziewczyna miała jaskraworude włosy zaczesane na jedną stronę, kilka dziwacznych warkoczyków i błyszczące niebieskie oczy. Cerę miała bladą, twarz pociągłą, a kości policzkowe ładnie zarysowane. Była piękna. Przed kilkoma dniami Ulemys, jeszcze wówczas świadomy, sklął ją, kiedy wręczała mu żywność i nazwał demonem. Wyrzucił jedzenie na błotnisty trakt. Andreyis wiedział, że Serrini nie są żadnymi demonami. Rozumiał jednak, dlaczego bogobojny verentyjczyk z północy mógł uznać dziewczynę za demonicę.

Nie rozstawała się z łukiem, z którego nie zdejmowała cięciwy. To nie służyło broni. Andreyis był jednym z tych szczęśliwców wśród pojmanych, których nogi pozostały sprawne – został ranny w ramię i otrzymał cios w głowę. Rany, które opatrzono, dobrze się goiły. Rozważał, czy odważy się zaryzykować i pognać pomiędzy drzewa, narażając się na to, że dziewczyna strzeli mu w plecy. Mógłby też rzucić się ku niej i spróbować ściągnąć ją z konia. Przypomniał sobie Kessligha, który zwykł mawiać, że serrińskie niewiasty cenią łuki mniej niż serrińscy mężczyźni… Co było ironiczne, jako że Lenayińczycy uznawali łucznictwo za niemęskie, a serrińskie niewiasty wolały od łuków miecze. Serrińskie łuki wymagały niemałej siły, by napiąć cięciwę. Z kolei svaalverd, serrińska sztuka szermierki, w większej mierze zależny był od techniki niż od siły muskułów.

Bannerydczyk podróżujący na wozie poprzedzającym ten, na którym jechał Andreyis, spróbował uciec pewnego dnia. Jeden z serrińskich strażników, mężczyzna, postrzelił uciekiniera w nogę, nim ten zdążył uczynić choćby dziesięć kroków. Andreyis postanowił zaczekać na właściwy moment. Maszerując, nie opadał przynajmniej z sił na pace wozu. Niemniej zirytowało go, że Serrini nie mieli nic przeciwko temu i nie wysilili się, by związać najlżej rannych więźniów lub ograniczyć ich swobodę poruszania w jakikolwiek sposób. Strażnicy trzymali się jedynie w bezpiecznej odległości, nie wypuszczając z dłoni łuków. Jakby rzucali Lenayińczykom wyzwanie, by ci odważyli się podjąć próbę ucieczki.

Tej nocy zatrzymali się w miasteczku. Więźniowie nocowali w stodole. Jako jeden z nielicznych poruszających się bez problemu Andreyis pomógł dotrzeć z wozów do schronienia tym, którzy nie mieli tyle szczęścia. Rannym pomagało też kilku Enorańczyków. W większości byli to starsi mężczyźni, noszący kolczugi i uzbrojeni w długie miecze, jakich enorańscy żołnierze używali rzadko. Część Lenayińczyków przypuszczała, że należeli do enorańskiej milicji – weterani Stali, obecnie na emeryturze, ponownie zmobilizowani, aby pomóc w mniej ważnych przedsięwzięciach, takich jak transport jeńców. Nie stanowiliby wyzwania dla lenayińskich wojowników, Andreyis był o tym przekonany. Byli jednakże uzbrojeni i zdrowi, a wszyscy jeńcy odnieśli rany. Byli także mądrzy i doświadczeni, i bezustannie zachowywali czujność. Młodzieniec zastanawiał się, co też mogłaby dalej zrobić ich grupa, nawet jeśli udałoby im się opanować niewielki konwój i rozbroić eskortę. Znajdowali się obecnie głęboko na terytorium Enory, w połowie drogi do Shemorane, stolicy prowincji. Nie zdołaliby ukryć się przed enorańską ludnością. Wielu Enorańczyków służyło niegdyś w Stali i posiadało konie. Wkrótce dopadłyby ich wezwane posiłki. A wtedy wszelkie przejawy cywilizowanego traktowania jeńców wojennych poszłyby w niepamięć.

Andreyis zajął miejsce przy uchylonych drzwiach stodoły. Zjadł posiłek, który Enorańczycy przynieśli więźniom spod rozpalonych na zewnątrz kuchennych ognisk. Milicjanci konwersowali z miejscowymi w pobliżu uchylonych drzwi. Więźniowie jedli, wieśniacy przyglądali się im z zaciekawieniem. Ani Andreyis, ani żaden z jego kompanów nie znał enorańskiego w stopniu pozwalającym zrozumieć więcej niż kilka słów. Temat konwersacji wydawał się jednak oczywisty.

– Zatem to są straszliwi Lenayińczycy – żartowało z milicjantami kilku rozmówców, tłumiąc śmiech. Niewątpliwie nie byli pod wrażeniem i żartowali sobie kosztem pojmanych. Andreyis wiedział, że podobne zachowanie powinno go rozzłościć. Nie zdołał jednak wykrzesać w sobie dość energii, by się rozgniewać.

Po posiłku Serrini przeprowadzili zwyczajowy obchód. Część jeńców pozwoliła Serrinom zająć się swymi ranami. Zdążyli już przywyknąć do tego wieczornego rytuału. Inni odmówili. Serrini wręczyli po prostu ich towarzyszom lekarstwa, pozwalając im doglądnąć druhów. Andreyis naliczył sześciu Serrinów towarzyszących kolumnie. Czworo wyglądało na starców; dwoje niewątpliwie nimi było. Pozostała dwójka poruszała się jakby wiek zaczynał już im ciążyć. Ale, jak zwykle w przypadku Serrinów, nie dało się tego jednoznacznie określić. Kolejna dwójka – wysoki młodzieniec o włosach tak czarnych, że ich odcień zdawał się wpadać w granat, i czerwonowłosa dziewczyna – byli zdecydowanie najmłodsi.

Dziewczyna przyklękła teraz przy Andreyisie, opartym o bal siana i zagubionym we własnych myślach. Spojrzał na nią zaskoczony.

– Pokaż mi swoje ramię.

Andreyis wypełnił polecenie. Serrinka odwinęła bandaże i sprawdziła łubki. Kość przedramienia pękła. Ale z czasem powinna ładnie się zrosnąć. Dłonie dziewczyny poruszały się pewnie i ściskały mocno, nie przysporzyła mu jednak wiele bólu.

– Maszerujesz jak ktoś przywykły podróżować raczej w siodle – zauważyła dziewczyna, nie przerywając pracy. Mówiła po torovańsku. Był to jedyny język, poza ojczystym, którym władał Andreyis.

– Zazwyczaj jeżdżę – przyznał Andreyis.

– Konie są drogie w Lenayin – rzuciła z powątpiewaniem.

– Nazywasz mnie kłamcą?

Parsknęła i nie odpowiedziała. Sposób, w jaki przekrzywiła podbródek, sugerował, że się zamyśliła. W jej oczach malował się spokój. Andreyis zdał sobie sprawę, iż jest bardzo młoda. Sam liczył sobie dziewiętnaście wiosen. Prawdopodobnie była od niego młodsza.

– Ile masz lat? – zapytał.

– Siedemnaście – odpowiedziała dziewczyna. Z opowieści Sashy i Kessligha Andreyis wiedział, jak wcześnie dorastają niektórzy Serrini. Nie miał powodu, aby jej nie wierzyć.

– Dlatego wyznaczono cię na strażniczkę więźniów – zgadł. – Zamiast przydzielić jakieś ekscytujące zajęcie.

– Ekscytujące – powtórzyła pogardliwie, ponownie bandażując jego ramię. – Czy właśnie to czułeś, uczestnicząc w bitwie? Czy całe to cierpienie cię ekscytuje?

– Nie jesteśmy barbarzyńcami.

– Hmm – parsknęła rudowłosa, wyraźnie nieprzekonana. – Sądzę, że nawet do głowy by ci nie przyszło, że kobieta nadaje się do roli strażniczki.

– Jak na Serrinkę – odparł oschle Andreyis – wydajesz się niezwykle pewna rzeczy, których nie możesz wiedzieć. Jedną z moich najlepszych przyjaciółek jest dziewczyna, zdolna pobić wszystkich strażników w tym konwoju jedną ręką, gdyby przybyła nam na ratunek.

Rudowłosa spojrzała na niego, marszcząc brwi. Skończyła bandażować ramię Andreyisa i przysiadła na moment na piętach.

– Zatem to ty nim jesteś. – Andreyis jedynie na nią spojrzał. – Przyjacielem Sashandry Lenayin. – Powiedziała coś w saalsi i ku zaskoczeniu Andreyisa wydawała się nieco zdenerwowana. – Jestem as’shin sath – wyjaśniła mu nieco niezręcznie. – Sprawiłeś, że poczułam się… – Zamachała dłonią, szukając właściwego słowa, nieco zawstydzona, iż nie potrafi go znaleźć.

– W błędzie? – podsunął Andreyis.

Dziewczyna zmarszczyła czoło. Potem wzruszyła ramionami.

– Być może – przyznała. – Choć to yilen’eth. Nietaktowne.

– Lecz trafne.

Rudowłosa z irytacją wywróciła oczami. – Wykłócasz się jak mój brat. Jaką dziewczyną jest Sashandra Lenayin?

Andreyis zmarszczył brwi. Padające z ust Serrinki, pytanie uznał za nieco dziwne.

– Większość Serrinów wydaje się wiedzieć o niej wszystko. Nie wiedziałaś, że się z nią przyjaźnię, choć wiedziałaś, że jej przyjaciel znajduje się w kolumnie. I nic o niej nie wiesz?

– I? – zapytała wyzywająco rudowłosa, unosząc brwi.

– Słyszałem, że Serrini są ciekawscy.

– Słyszałam, że ludzie są aroganccy. – Oczy dziewczyny rozbłysły. – Wydajesz się zakładać, że mój brak wiedzy na temat twojej przyjaciółki jest świadectwem swego rodzaju porażki.

Andreyis stwierdził nagle, że się uśmiecha, choć tylko nieznacznie.

– Naprawdę uważasz nas za barbarzyńców, nieprawdaż?

– I co z tego? – odparła obronnym tonem. – Przemaszerowaliście przez połowę Rhodii, by zaatakować Enorę. Walczycie w służbie spragnionych krwi morderców, a wasza kultura wydaje się nie cenić niczego poza wojną.

– Jak wiele lenayińskiej kultury znasz? – zapytał Andreyis.

– Twierdzisz, że Lenayińczycy nie kochają wojny?

– Nie sposób temu zaprzeczyć. – Andreyis wzruszył ramionami. – Ale kochamy także muzykę i tańce, dobre jedzenie, nasze rodziny, wesela… Nie powinnaś osądzać ludzi, spoglądając z tak wąskiej perspektywy.

– Gdy cudze ciasne horyzonty zagrażają istnieniu mojej rasy, nie dostrzegam powodów, by tak nie czynić – warknęła dziewczyna. – Twoje ramię goi się prawidłowo. Za pięć dni możesz zdjąć łubki. – Powstała. – Mój lud uwielbia medycynę, leczymy nawet naszych wrogów.

Andreyis westchnął. Ponownie oparł głowę o bal siana.

– Dzięki – wymruczał i przymknął oczy. – Gdybyś tylko wiedziała, jak bardzo wolałbym walczyć z wami ramię w ramię, zamiast przeciwko wam.

Uniósł powieki, by spojrzeć, jak odchodzi. Zamiast tego odkrył, że ponownie przysiadła na piętach, wpatrując się w niego. Najwyraźniej musiała go dosłyszeć.

– Zatem dlaczego tego nie uczynisz? – zapytała z lekką grozą. Jakby po prostu nie potrafiła tego pojąć.

Andreyis poczuł nagle przeraźliwy smutek.

– Nie wiem – szepnął. – Być może jesteśmy barbarzyńcami.

Dziewczyna wydawała się zniesmaczona. I zdezorientowana. Stanęła nad nim, spoglądając z góry i wyglądając doprawdy obco.

– Jak się nazywasz? – zapytał Andreyis.

– Yshel – odpowiedziała Serrinka.

– Ja mam na imię Andreyis.

Yshel przypatrywała mu się jeszcze przez chwilę. Potem potrząsnęła głową z niedowierzaniem i odeszła.

Trzy

W południe lenayińska kolumna zatrzymała się nad jeziorem. Sasha zeskoczyła z siodła. Zrzuciła buty i boso zaprowadziła wierzchowca na przybrzeżną płyciznę. Kiedy wałach pił, rozejrzała się po brzegu. Po przeciwnej stronie jeziora pola łagodnie pięły się w górę. Na wzgórzu wzniesiono wioskę. Po prawej stronie zasilający jezioro strumień wił się, niknąc gdzieś na zachodzie, a stary kamienny mostek spinał jego brzegi. Po lewej, na wschód ciągnął się las, cudownie zielony i cienisty.

Mężczyźni oraz wierzchowce stłoczyli się na płyciźnie po obu stronach Sashy. Woda pryskała spod kopyt. Damon powierzył konia jednemu z wojowników, a sam stał przy brzegu, rozmawiając z Jarydem. Zapewne omawiali jakieś polityczne kwestie. Damon był dziś zirytowany, ponieważ wielki lord Ranash, miast trzymać się w szyku swojego miejsca, nakazał podległym mu siłom rozpełznąć się po okolicy i ścigał Serrinów, którzy, jak głosiły plotki, kryli się pośród wzgórz. Wczoraj Damona zirytowało, iż wielki lord Yethulynu odmówił wymierzenia kary swoim ludziom za zabicie wieśniaka, który ich obraził. Sasha była jednak przekonana, iż prawdziwe źródło irytacji Damona leży gdzie indziej. Pozwoliła, by to Jaryd uporał się z ową sprawą. Lepiej on niż ona.

Zdjęła bandolierę, a następnie kurtkę, i zawiesiła na kuli siodła. Umyła twarz i ramiona w zimnej wodzie. Poczuła przyjemny dreszcz, przywołujący wspomnienia z Lenayin.

Coś z pluskiem wpadło przed nią do wody, opryskując Sashę i płosząc konia. Sasha odwróciła się podejrzliwie. Dojrzała swojego najmłodszego brata, Myklasa, stojącego nieopodal na skraju grupki jeźdźców. Zatknął kciuki za pas i nonszalancko spoglądał w inną stronę. Ale kilku jego towarzyszy szczerzyło zęby, wydając tym samym cały podstęp.

Sasha wyrwała nadgniły kawałek drewna, który tkwił wbity w dno, i cisnęła. Uderzył w toń przed młodym księciem i ochlapał go wodą.

Zrobił minę pokrzywdzonego.

– A to za co?

Sasha posłała mu ostrzegawcze spojrzenie i powróciła do mycia. Nie była w nastroju do żartów. Myklas podszedł do siostry, brodząc w wodzie. Przed tygodniem świętował siedemnaste urodziny, choć uroczystość była powściągliwa i ponura. Nadal rósł, lecz było jasne, że nie dorówna nigdy Damonowi wzrostem, a Koenygowi szerokością barów. Lecz jeśli wierzyć Hadryńczykom, wkrótce prześcignie obu jako szermierz, jeśli już tego nie dokonał. Obecnie towarzyszył właśnie Hadryńczykom o bladej cerze, zakutym w pancerze i okrytym czarnymi płaszczami, dosiadającym potężnych bojowych rumaków. Właśnie tak wyglądała słynna północna kawaleria.

– Siostro, jestem mokry – poskarżył się Myklas, kiedy do niej podszedł.

– Och, cóż za niesprawiedliwość.

– Domagam się zadośćuczynienia.

Sasha zignorowała brata. Choć obecnie był wojownikiem sprawdzonym w walce, Myklas nadal uważał życie za grę. Być może wydawało mu się, że w ten sposób zdoła odzyskać wcześniejszą niewinność. Sasha zastanawiała się, jak długo potrwa, zanim zrozumie, iż to niemożliwe.

Myklas westchnął, wyczuwając nastrój siostry. Otoczył Sashę ramieniem.

– Jak goją się twoje rany? – zapytał.

– Wystarczająco dobrze – odparła Sasha. – Nawet blizny zaczynają już blaknąć.

– Pozwól mi sprawdzić – powiedział Myklas. Nie było to najlepsze miejsce, wokół tłoczyli się mężczyźni, pojąc wierzchowce. Niemniej Sasha dawno temu zdecydowała, że chwila, w której zacznie domagać się specjalnych przywilejów z racji swej płci, będzie równocześnie chwilą, w której pokornie pozwoli odesłać się na tyły. Na dodatek nie zaprotestuje, jeśli odbiorą jej miecz, wręczając w zamian igłę do wyszywania. Rozpięła dół koszuli i podciągnęła okrycie aż do szyi. Myklas przesunął dłonią po jej plecach, wyczuwając blizny.

Przed miesiącem oparzenia i rozcięcia po razach trzcinką wyglądały paskudnie, obrzmiałe i pokryte strupami. Teraz Myklas wyczuwał pod dłonią jedynie nieznaczną nierówność skóry.

– Nie bolą? – zapytał.

– To dziwne – przyznała. – Świeża tkanka jest niezwykle czuła, niemal nadwrażliwa. Najgorsze są oparzeliny. – Te pozostawił pogrzebacz rozgrzany do czerwoności. Zabiła mężczyznę, który jej to zrobił, lecz nie tego, który wydał rozkaz. Pomiędzy jej braćmi i przyjaciółmi toczyła się rywalizacja, kto zdoła odrąbać mu głowę… być może pozbawiwszy go wprzódy kilku innych członków. – Ale nie, nie bolą.

– Potrzeba czegoś więcej niż tortury, by pozostawić na tobie piętno. – Myklas zamknął ją w objęciach. Sasha westchnęła i oparła czoło na ramieniu brata, który był już wystarczająco wysoki. Myklas pocałował ją w czubek głowy i ustawiwszy stopę za jej piętami, przewrócił do tyłu.

Sasha wpadła do jeziora i rozpryskując zimną wodę zwymyślała samą siebie od idiotek, choć nie była do końca zaskoczona. Złapała Myklasa za kostki i wyrżnęła go barkiem. Runął na nią i po chwili przewracali się i chlapali jak dzieci. Sasha niemal wepchnęła głowę brata pod wodę, udało mu się jednak wykręcić jej ramię. Złapała go pod kolano i za pas, był jednak zbyt silny i gibki. Zdołał uwięzić ją w niedźwiedzim uścisku, z którego nie potrafiła się uwolnić.

– Wiktoria! – wrzasnął Myklas. – Zwyciężyło Lenayin! – Na brzegu rozległy się śmiechy i wiwaty.

– Ja także pochodzę z Lenayin, kretynie! – warknęła na niego, na próżno próbując się wyrwać.

– My, Lenayińczycy, powinniśmy częściej walczyć ze sobą! – Myklas się roześmiał. – Bez względu na wynik starcia, wygrywałoby zawsze Lenayin.

– A także zawsze przegrywało – fuknęła Sasha. Przestała się szarpać. Myklas wziął siostrę na ręce i wrzucił z impetem do wody. Był wystarczająco mądry, by szybko wycofać się na bezpieczną odległość i uniknąć odwetu. Wyszedł z jeziora z rękami uniesionymi w górę w geście zwycięstwa, pośród wiwatów zgromadzonych na brzegu kompanów.

Sasha wyprostowała się na płyciźnie.

– Sparring dziś wieczorem – zażądała. – Bez ochraniaczy.

Myklas odwrócił się i posłał siostrze spojrzenie pełne wyrzutu. Lenayińczycy zawsze sparowali w ochraniaczach, nie z powodu tchórzostwa, lecz dlatego, że nawet walcząc drewnianymi mieczami, nigdy nie łagodzili ciosów. Bez ochraniaczy komuś mogła stać się poważna krzywda. Wszyscy obecni wiedzieli, że tym kimś nie byłaby raczej ona.

– Siostro, doprawdy, nie ma powodów do przemocy.

– Niech przepadnie dzień, w którym Lenayińczyk wygłasza podobne stwierdzenia – odparła Sasha, co nagrodzono dalszymi wiwatami. Myklas parsknął śmiechem. Skłonił się przed Sashą i odmaszerował. Znał jej temperament i wiedział, że nie musi traktować pogróżek poważnie, przynajmniej wówczas, gdy kierowała słowa wprost do niego.

Sasha westchnęła z niedowierzaniem i potrząsnęła głową niczym psiak, by otrzepać z włosów wodę. Serce biło jej nadal szybciej z emocji i radości towarzyszących nieszkodliwej rywalizacji. Po raz pierwszy od długiego czasu czuła się niemal dobrze. Uśmiechnęła się. Irytujący, naiwny szczeniak, wiedział jak rozweselić własną siostrę.

Za plecami Myklasa hadryńscy kawalerzyści ustawili się w szyku. Raczej nie byli tak rozbawieni jak Sasha.

Przejęła zdenerwowanego wierzchowca od Isfayeńczyka, który trzymał wodze i zbadała zwierzę, szukając kontuzji. Kątem oka dostrzegła nowe zamieszanie na brzegu. Jeździec w bacoshańskich barwach zsiadał właśnie z konia przed członkami królewskiego rodu.

Sasha ponownie przekazała wodze Isfayeńczykowi. Zabrała miecz i opuściła płyciznę. Szczęściem słońce świeciło mocno, a niebo było bezchmurne i za godzinę znów będzie sucha. Isfayeńczycy, gdy ich mijała, obrzucili ją rozbawionymi spojrzeniami, być może zaintrygowani, iż wielka Synnich-ahn była, mimo wszystko, dziewczyną, a bracia traktowali ją równie kiepsko, jak wszyscy bracia traktują swe siostry.

Zbliżyła się do pogrążonej w konwersacji grupy, z bandolierą z mieczem przewieszoną przez ramię i koszulą, z której skapywały krople wody. Przystanęła na skraju zgromadzenia. Pośrodku Koenyg z Damonem rozmawiali z bacoshańskim umyślnym.

– Co się dzieje? – zapytała krótko, bez skrupułów wchodząc im w słowo. Posłaniec zerknął na nią czujnie, przesuwając spojrzeniem po mokrym odzieniu i przemoczonych włosach.

– Regent wysyła Sofy do Tracato – odparł Koenyg, mniej zirytowany, że mu przerwała, niż mógłby być. – Zaproponował, byś udała się z siostrą jako jej strażniczka. – Sasha jedynie na niego popatrzyła. Koenyg wbijał w nią spojrzenie, aż w końcu zdał sobie sprawę, że nie zamierza mu odpowiedzieć. – Miałem się właśnie zgodzić.

Sasha odprawiła posłańca machnięciem dłoni. Wydawał się urażony. Posłała mu ponure spojrzenie i poprawiła bandolierę na ramieniu. Koenyg podrapał się po przedramieniu i polecił mężczyźnie, by się oddalił. Sasha rozważyła odprawienie pozostałych otaczających ich gapiów. Lecz zgromadzenie składało się z wielkich lordów, którzy i tak dowiedzieliby się o przebiegu rozmowy. W Lenayin podobnych mężów nie dawało się zbyć gestem dłoni.

– Nie – oznajmiła Koenygowi. – Nie pojadę.

– Chciałbym, żeby Sofy miała obrońcę – odparł Koenyg, a jego spojrzenie stwardniało. – A ty nie?

– Bracie, jeśli to gniazdo skorpionów zapragnie śmierci Sofy, mojej lub nas obu, niewiele zdołam uczynić… Chyba, że przydzielisz mi pod rozkazy dwudziestu gwardzistów i cały pomocniczy personel.

Koenyg zmarszczył czoło.

– Sądzisz, że własny lud może targnąć się na życie Sofy?

– To my jesteśmy ludem Sofy – odpowiedziała zdecydowanie Sasha. – Rodzina, do której weszła przez małżeństwo, nim nie jest. Bacoshańska armia czuje się pewna siebie, teraz gdy odniosła wielkie zwycięstwo. Zastanawiają się, czy nadal nas potrzebują. Już się kłócą, jak podzielą te ziemie, nie uwzględniając nas w swych kalkulacjach. Staliśmy się niedogodnością, bracie… Tak więc regent wysyła Sofy do Tracato, aby usunąć ją z drogi. I bez wątpienia chciałby usunąć z niej również mnie.

– Tak ważna stałaś się we własnym mniemaniu. – Koenyg westchnął z lekkim niedowierzaniem.

Sasha nie wysiliła się na odpowiedź. Cieszyła się w lenayińskiej armii poważaniem. Należała do Nasi-Kethu, część wojowników sympatyzowała zaś z Serrinami. Nie zamierzała jednak oświadczać wprost, dlaczego przywódcy armii Wolnego Bacosh widzieli w niej zagrożenie. Nie tutaj. Bez wątpienia sądzili, że lenayińska armia okaże się bardziej przewidywalna, jeśli niepodzielną władzę skupi w swych dłoniach Koenyg, Sashandra Lenayin przebywać będzie zaś gdzieś indziej.

– Mógłbym rozkazać ci jechać – stwierdził Koenyg.

– Mógłbyś rozkazać świniom latać – odparła beznamiętnie Sasha. – Sofy będzie bezpieczniejsza beze mnie niż w moim towarzystwie. Nie potrzebuję, aby wszyscy moi wrogowie wzięli na cel także i ją. Moje miejsce jest tutaj, z lenayińską armią.

– Dobrze – rzekł Koenyg, odprawiając ją tym jednym słowem. – Sofy pojedzie do Tracato. Niemniej kogoś z nią poślę. Zastanowię się, kogo.

Odmaszerował, a gapie rozeszli się, każdy w swoją stronę.

Jaryd podszedł do Sashy oraz Damona. Gestem wskazał brzeg jeziora.

– Dotarły do nas wieści o walkach – powiedział. – Bacoshańską armię szarpią partyzanci; wygląda na to, że lekka bacoshańska kawaleria ponosi porażkę za porażką.

– To dzieło Kessligha – stwierdziła Sasha cicho.

Damon pokiwał głową.

– Wojownicy w szeregach naszej armii nie poczują się uszczęśliwieni, gdy to usłyszą.

– Niektórzy twierdzą, że Kessligh zdradził Lenayin – rzucił Jaryd.

– Inni mówią, że Koenyg wiedzie nas na manowce – skontrował Damon. – Nie podobają mi się panujące nastroje. Nie tylko zostaliśmy pokonani. Zaczęliśmy także w siebie wątpić.

– Kessligh nie zdoła spowolnić całej bacoshańskiej armii na długo – odezwała się Sasha. – Jest dla nich tylko pomniejszą niedogodnością. Kupuje czas Rhodaańskiej Stali, by zdążyła wycofać się do Enory. Lecz jeśli nadal będzie ich spowalniał, w ciągu kilku dni dogonimy armię Balthaara.

Zapadła cisza. Doścignięcie bacoshańskiego wojska sprawi, że Lenayińczycy staną do bezpośredniej walki po raz pierwszy od bitwy w Dolinie Shero. Przeciwko siłom, którym przewodził Kessligh Cronenverdt. Sasha wbiła spojrzenie w ziemię. Chciałaby nie czuć niczego i zapragnęła mieć kamień zamiast serca.

Damon oddalił się, by dopilnować jakichś innych spraw. Jaryd dotrzymał Sashy towarzystwa. Sasha odgadła, o czym myślał.

– Sofy nic nie będzie – powiedziała cicho.

– Wiesz, że w to nie wierzę – odparł Jaryd. Sasha wbiła w niego spojrzenie. W prawej małżowinie nosił teraz cztery pierścienie. Jasnobrązowe włosy, rozpuszczone, sięgały mu za ramiona. W minionych tygodniach stał się najbardziej zaufanym doradcą Damona. Był młodym mężczyzną, który podzielał niesmak księcia względem arystokratycznych pretensji i preferował najprostsze rozwiązanie każdego problemu.

Tak – przyznała Sasha – lecz w przeciwieństwie do ciebie niepokoi mnie wyłącznie bezpieczeństwo siostry, a nie jej cnota. – Mina Jaryda wyrażała wyrzut. Sasha westchnęła. – Przepraszam, Jarydzie. Koenyg musi wysłać grupę Lenayińczyków, którzy będą towarzyszyć Sofy w Tracato. To ogólnie przyjęte postępowanie w przypadku sojuszniczych armii. Tracato jest ważne i Lenayin powinno posiadać w mieście reprezentantów. Chciałbyś pojechać?

– Czy to rozsądne? – zapytał Jaryd.

– Większość ludzi uznałaby to za świetny żart – rzuciła kwaśno Sasha. – Ty zadający mnie podobne pytanie.

Jaryd parsknął. Potem roześmiał się śmiechem pozbawionym radości.

– Pojadę, jeśli tak mi polecisz – oznajmił.

– Jarydzie – Sasha przysunęła się bliżej i spojrzała mu w oczy. – Kochasz ją?

Jaryd odwrócił wzrok. Popatrzył na przeciwległy brzeg jeziora i westchnął.

– Biada mi, jeżeli tak jest.

Chodziło mu o to, że jako pozbawiony ziem niegdysiejszy lord nie miał żadnych szans na skonsumowanie podobnej miłości. Ktoś taki mógł zapomnieć o swym dawnym życiu i ruszyć w pościg za niebezpieczeństwami, które stawiali mu na drodze bogowie.

– Jarydzie, Koenyg ma rację. Przynajmniej w tej jednej kwestii. Sofy będzie bezpieczniejsza, mając obrońcę. Ale ja nie mogę nim być. A jeśli nie ty, zatem kto? Kto sprawi się lepiej?

– Kiedy byłem młodzieńcem – powiedział – sądziłem, iż kobiety są zabawkami mężczyzn. Teraz przekonuję się, że są naszymi władczyniami.

Sasha się uśmiechnęła.

– Och, daj spokój, to chyba jeszcze nie koniec świata?

***

Kolumna wkrótce podjęła marsz. Sasha ponownie zajęła swe miejsce pośród podążającego w awangardzie isfayeńskiego kontyngentu. Wielki lord Markan rozmawiał z isfayeńskim zwiadowcą, który opowiadał mu o leżącym nieopodal dziwacznej osadzie, przez które przemaszerowało bacoshańskie wojsko.

Na czele pochodu przednia straż pokonywała właśnie niewysokie wzniesienie. Za awangardą rozciągała się wielotysięczna lenayińska armia. W końcu Sashę zmęczyło własne milczenie.

– Kto miałby ochotę na przejażdżkę? – zapytała głośno. Wszyscy Isfayeńczycy w grupie zamilkli i spojrzeli na nią. Wielki lord Markan zakończył rozmowę z żołnierzem. Obrzucił Sashę zaciekawionym spojrzeniem. – Zwiadowcy donieśli nam o wiosce leżącej tuż za tamtym wzgórzem. Chciałabym się jej przyjrzeć.

– Okupują ją bacoshańskie siły – sprzeciwił się isfayeński wielmoża. Miał na myśli to, że Bacoshańczycy wygrali swą bitwę. Lenayin swoją przegrało. Lenayińczycy nosili obecnie piętno hańby, maszerując w szyku jako druga armia, Bacoshańczycy zyskali zaś przywilej okupowania każdego miejsca, jakie im się spodobało.

– Miły dzień na przejażdżkę – oświadczył Markan, zerkając na słońce. – Co sądzisz, siostro?

– Znużyło mnie gapienie się na zady rayeńskich wierzchowców – odparła Yasmyn.

Markan pokiwał głową i dał znak, po czym ruszył. Isfayeńczycy odbili w prawo i przyspieszyli, by dotrzymać tempa swemu lordowi. Wojownicy w kolumnie zwrócili ku nim zaskoczone twarze. Na czele armii Sasha dojrzała Koenyga z miną także wyrażającą konsternację. Machnął dłonią i ktoś pognał za nimi.

Wysłany przez króla jeździec przeciął im drogę, gestem sygnalizując, by się zatrzymali. Markan jedynie się uśmiechnął. Długie czarne włosy wielkiego lorda zafalowały, gdy popędził wierzchowca do szybszego galopu.

– Co wy, na piekła, wyprawiacie? – wykrzyczał pytanie posłaniec. – Król nakazuje wam powrócić do kolumny!

– Isfayeńczyków zmęczyła jazda w szyku! – odkrzyknął radośnie Markan. – Wkrótce wrócimy.

– Macie wracać natychmiast! – wrzasnął goniec.

Spojrzenie Markana jasno mówiło, że jeśli nawet wcześniej istniała jakakolwiek szansa, by wielki lord Isfayenu dał się namówić do powrotu, obecnie przepadła całkowicie. Posłaniec zwolnił, zirytowany. Isfayeńczycy pognali dalej wśród dudnienia kopyt.

Wkrótce dotarli na pola rozciągające się pomiędzy zabudowaniami i zwolnili. W oddali widniało wysokie wzgórze. Piętrzące się skalne zbocza przypominały Sashy o Lenayin. Przed nimi na łagodnym stoku przycupnęła wioska, otoczona sadami i zagajnikami. Kiedy zbliżyli się do traktu wiodącego ku zabudowaniom, Sasha zrozumiała, co tak zaciekawiło zwiadowcę. Mieścina składała się z obszernych budynków, nie zaś z typowych niewielkich chałupek. Centralnie dźwigała się ku niebu świątynia o wspaniałych wieżycach. Kilka innych budowli, także ozdobionych wieżycami lub krenelażem, wzniesiono blisko siebie.

Trakt wił się pośród sadów, po zboczu, by dotrzeć wreszcie pod bramę w murze otaczającym mieścinę. Wjechali do środka i Sasha natychmiast zorientowała się w przeznaczeniu budynków.

– To coś na kształt Tol’rhen w Tracato – zauważyła. Mur pokryty był freskiem przedstawiającym ludzi wznoszących różne konstrukcje i odczytujących plany. Nieopodal dojrzała posągi wyobrażające mężów oraz niewiastę pogrążonych w nauce. Niewiastą była Maldereld, serrińska kobieta-generał, która przed dwoma stuleciami przewodziła saalsheńskim siłom, podbijając owe ziemie i polecając wznieść wielkie, służące nauce instytucje. – Choć jest znacznie mniejsze niż tracatońskie.

Wokół krzątali się żołnierze. Statui Maldereld brakowało twarzy, pomnik okaleczono celowo.

– Czemu służyło to miejsce? – zapytał Isfayeńczyk, marszcząc czoło i obrzucając spojrzeniem wysoki mur, który właśnie mijali.

– Nauce – odparła Sasha. – Studenci przybywali tutaj z okolicznych terenów, aby posiąść wiedzę, która pomoże ich ludowi. Poznawali tajniki medycyny, budownictwa, rolnictwa, uczyli się też języków oraz historii.

– Szermierki? – zapytał kolejny Isfayeńczyk.

– Tak, należeli do Nasi-Kethu – potwierdziła Sasha. – Uczyli się walczyć w tym samym stylu, którym ja się posługuję. – Usłyszawszy to, Isfayeńczycy popatrzyli na mury z nowym szacunkiem.

W korytarzach budynków krokom towarzyszyło jedynie echo. Wszędzie dawało się dostrzec ślady pospiesznej ucieczki. Zabudowania wyglądały na opuszczone. Jednak kiedy isfayeński lord zajrzał do świątyni, dostrzegł oznaki niedawnej aktywności.

– Na posadzce widnieją plamy krwi – powiedział ponuro. – Ławy poprzewracano, przeszukano pomieszczenia na tyłach. Za budynkiem widać ślady kół i odciski kopyt. W świątyni pozostawiono żywność oraz koce… Sądzę, że mogła służyć jako schronienie.

Podał Markanowi drewnianą lalkę o włosach z końskiego włosia. Dziecięca zabawka.

– Ktoś nie wyjechał wystarczająco szybko – skomentowała ponuro Yasmyn. Sasha odwróciła wzrok i przygryzła wargę. Niczym kamień, powtórzyła w myślach. Miej serce z kamienia. Yasmyn wrzuciła lalkę do sakwy przy pasie.

– Ślady wiodą za wioskę i są świeże – ciągnął lord, który dokonał odkrycia. – Jestem przekonany, że zdołamy dogonić tych, którzy je zostawili.

– Interesujące – odparł Markan, kiwając głową. – Chciałbym zobaczyć owoce ostatniego zwycięstwa naszych wspaniałych sojuszników, zdobyte w batalii przeciwko straszliwym przeciwnikom uzbrojonym w lalki.

Część mężczyzn uśmiechnęła się bądź też roześmiała na te słowa. Ale nie Sasha. Yasmyn, na której twarzy malowała się troska, również milczała.

Trakt opuszczał miasteczko i prowadził w kierunku widocznych w oddali kamiennych zboczy. Pośród zielonych i łagodnych wzgórz skalne płyty, sterczące niczym kamienne sarkofagi, wydawały się osobliwie nie na miejscu. Isfayeński zwiadowca bez wysiłku prowadził ich po śladach. Wkrótce poinformował całą grupę, że wozy znajdują się już niedaleko.

Dogonili karawanę na nierównym trakcie wzdłuż strumienia. Konwój składał się z czterech wozów eskortowanych przez dziesięciu konnych. Odziani w płaszcze w kolorach bacoshańskiej armii, obejrzeli się teraz za siebie. Na widok nadjeżdżających Isfayeńczyków, wyraźnie im ulżyło, choć pozostali czujni.

– Sądziliśmy, że mogą podążać za nami Serrini! – krzyknął ku nim jeden z konnych po torovańsku, w języku znanym Sashy, Markanowi oraz pozostałym członkom ich grupy. – Staramy się jechać jak najszybciej i dogonić kolumnę. Nie chcemy, by zmierzch zastał nas pośród tych wzgórz.

Markan wysunął się na czoło. Sasha dostrzegła kuszników wyglądających spod płóciennych klap na tyłach wozów. Bacoshańscy konni także czujnie popatrywali na tego wielkoluda o skośnych oczach i długich powiewających włosach, odzianego w wyszywane skóry i kolczugę. Jego dłonie osłoniały rękawice z nabitymi na knykciach ćwiekami. Zakrzywiony miecz u boku Markana również przyciągał wiele spojrzeń. Wszelkie słowa były zbyteczne w przypadku isfayeńskich wojowników. Wystarczyło na nich tylko spojrzeć, by pojąć od razu ich naturę.

– Jedziecie z tej wioski za nami? – zapytał Markan, wskazując kierunek, z którego przybyli.

Konny pokiwał głową.

– Dziwna mieścina, nieprawdaż? Na tych ziemiach jest zbyt wiele cudacznych miejsc. Osobiście poczuję się szczęśliwy, gdy wrócę już do Meraine. – Spojrzał na nich z lekką podejrzliwością. – Założę się, że was, Lenayińczyków, to wszystko nie zaskakuje aż tak bardzo? Wieść niesie, iż nie macie nic przeciw Serrinom?

– W Isfayen rzadko ich spotykamy – wzruszył ramionami Markan.

– Ach – odparł rozmówca. – Isfayen. – Wyraźnie nie miał pojęcia, gdzie to jest. Na większości nizin lenayińscy barbarzyńcy byli po prostu lenayińskimi barbarzyńcami, bez względu na to, skąd dokładnie pochodzili.

– Do jakiego oddziału należycie? – zapytał Markan z wyraźną pogardą.

– Jesteśmy po prostu zbrojnymi – padła odpowiedź. – Zajmujemy się rekwizycją.

– Rekwizycją czego? – zapytała Sasha.

Konny wbił w nią spojrzenie, dopiero teraz dostrzegł Sashę. Zamrugał gwałtownie, być może ją rozpoznał.

– Różnych rzeczy – odparł obronnym tonem. – Żywności. Zapasów.

– Masz coś przeciwko temu, że spojrzę? – zapytała Sasha.

– Łup należy do nas – odpowiedział gniewnie. Zmusił wierzchowca, aby się cofnął, wyraźnie zaniepokojony. Na widok reakcji żołnierza Sashę przeszły ciarki. Nie wątpiła, że jeśli ją rozpoznał, wiedział, jak bardzo chwiejna jest jej lojalność.

Niczym kamień, powtórzyła w myślach. Jak twardy granit majaczących zboczy.

Kusznicy na tyłach wozów napięli broń. Konni eskortujący karawanę wsparli dłonie na rękojeściach mieczy.

– Jest was zaledwie garstka – rzucił w zamyśleniu Markan. – Mamy przewagę liczebną. Jesteśmy Isfayeńczykami, krwawymi wojownikami z zachodnich gór i wszyscy Lenayińczycy obawiają się nas od dnia, w którym pojawiliśmy się na tym świecie. Sądzę, że lepiej będzie, jeśli pozwolicie nam rzucić okiem.

Konny przemyślał sobie propozycję. Wydawało się, że rozstawieni wzdłuż wozów jeźdźcy zadrżeli. Kawalerzyści się wycofali. Kusznicy zeskoczyli z wozów.

– Wyznaczono nagrodę – wyjaśnił nerwowo ich rozmówca. – Po sztuce złota za głowę. Chcieliśmy jedynie przywieźć coś naszym rodzinom.

Sasha zeskoczyła z siodła. Podeszła do najbliższego wozu i szarpnięciem odsunęła klapę.

Skrzynię wozu zaścielały nieduże ciała. Niewielkie sylwetki o rozrzuconych kończynach, ułożone w przerażającą stertę. Dostrzegła maleńkie twarzyczki o rozszerzonych oczach. Serrińskie źrenice miały barwy odmienne od ludzkich. Dzieci mieszanego pochodzenia. Częściowo ludzkie, po części będące Serrinami, jak dobra przyjaciółka Sashy, Aisha. Takie, jakie byłoby dziecko jej oraz Errollyna, gdyby kiedyś zdecydowali się je mieć, przekonani, że nie skończy jak te dzieci tutaj, jako ciało w stercie na pace wozu.

Podłoga pojazdu spływała krwią. Pod plandeką panował straszliwy zaduch.

Sasha nie wiedziała, w jaki sposób znalazła się na ziemi. Kolana nagle ugięły się pod nią, gdy skuliła się, wstrząsana szlochem. Isfayeńczycy za jej plecami spoglądali skonsternowani. Markan zsiadł z konia i zajrzał do wnętrza wozu po czym zaklął zaszokowany.

Yasmyn także spojrzała. Nie odezwała się nawet słowem, lecz jej uścisk, kiedy przyklękła obok i oparła dłoń na ramieniu Sashy, był boleśnie silny. Isfayeńscy arystokraci zaglądali po kolei do środka. Domyślali się już zawartości wozów, lecz pomimo tego ich twarze wyrażały szok.

– Sasho – powiedziała Yasmyn, być może na równi poruszona widokiem wielkiej Synnich-ahn szlochającej na kolanach, jak i strasznym ładunkiem pojazdów. Ujęła w dłonie twarz Sashy, wzrokiem błagając ją, by przestała łkać. Sasha ledwie była świadoma obecności Yasmyn. Usiłowała utwardzić swe serce niczym kamień, lecz nie leżało to w jej naturze. Była niczym woda, dzika i wolna, i nie mogła nieść tego ciężaru już dłużej.

Nie weźmie w tym udziału. Ojczyzna oraz naród były wszystkim, co jej zostało, i pomaszerowała ze swym ludem aż do samych bram Loth, ale w tym nie mogła uczestniczyć. Wolała raczej umrzeć. Musiała umrzeć. Nie pozostał jej żaden inny wybór.

Minęła dłuższa chwila. Sasha była jedynie niejasno świadoma, że eskorta konwoju została otoczona i przeszukano pozostałe wozy. Mężczyźni wokół niej mamrotali o sierocińcu, specjalnej placówce dla porzuconych dzieci mieszanej krwi. Najwyraźniej spóźniły się na ewakuację i szukały schronienia w świątyni, modląc się do swych bogów o ocalenie. Sasha oparła się o tylne koło i ukryła twarz w dłoniach. Pragnęła, aby świat się skończył.

– Sasho – gdzieś z boku dobiegł ją głos Markana. Powiedział to wyważonym i spokojnym tonem, jakiego jeszcze u niego nie słyszała. – Synnich-ahn. Znaleźliśmy żywe dziecko.

Sasha uniosła głowę i spojrzała na Markana. Policzki miała poznaczone śladami łez. Zbliżył się kolejny lord, niósł jakieś zawiniątko. Ostrożnie położył na poboczu drogi ciężar. Okazał się nim mały chłopczyk, być może sześcioletni. Cerę miał bladą, lecz spojrzenie ostre, a źrenice szmaragdowozielone. Niczym źrenice Errollyna.

Sasha wbiła spojrzenie w dziecko. Oczy chłopca wpatrywały się gdzieś w dal i zastanowiła się, czy nie był przypadkiem niewidomy. Lecz kiedy przesunęła mu przed twarzą dłonią, zamrugał i cofnął się nieznacznie.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...