paradoks

Avengers: Wojna bez granic

Tomasz "Tokar" Tokarczyk piątek, 27 kwietnia 2018
avengers: wojna bez granic

Szalony Tytan zmierza w kierunku Ziemi, aby zebrać wszystkie Kamienie Nieskończoności. Stawką w tej grze jest idealna równowaga w szeroko pojętym uniwersum, a co za tym idzie, pokój i dobrobyt, ale coś za coś! Na szali zostaje położona połowa życia we wszechświecie. Wielu uważa to za zbyt wygórowaną cenę, a poza tym są zdania, że dobry cel nie uświęca złych środków. Bohaterowie zbierają więc tyłki w troki. Mściciele podzieleni po Wojnie Domowej, zgrani jak szlagiery z lat 80. Strażnicy Galaktyki, Spider-Man z sąsiedztwa czy Thor, który jeszcze nie zdążył wylizać wszystkich ran po Ragnaroku – wszyscy wspólnie próbują powstrzymać Thanosa. Wakanda, czarodzieje z ich metafizyką, kosmiczne karły, renegaci, obce rasy...

Jeżeli podczas czytania tego wstępu drapiecie się po głowie z miną wyrażającą konfuzję, to omawiany film ewidentnie nie jest dla Was. "Wojna bez granic" to marvelowska biblia – próba dopięcia wątków z osiemnastu mega-produkcji, wymagająca pracy setki filmowców i aktorów, pewien fenomen popkulturowy. Tu nikt nie zamierza się pieścić z widzem, a jeńcy nie są brani pod uwagę.

avengers: wojna bez granicavengers: wojna bez granic

Już od samego początku bracia Russo wrzucają nas w sam środek rozszalałego oceanu akcji i starają się, zgodnie z hitchcockowską zasadą, stale podnosić napięcie. Widowiskowe potyczki przeplatają się z fabularnymi zaskoczeniami, refleksjami i dylematami, które dla naszych herosów stanowią niejednokrotnie cięższy kaliber niż stanięcie oko w oko z głównym antagonistą. W tym wszystkim czuć prawdziwe, dorosłe emocje i daleko tutaj od filmowych infantylizmów czy prześlizgnięć po ważnych tematach, jakie zdarzały się w poprzednich produkcjach ze stajni Marvela. Kilku ulubieńców widowni nie dotrwa do napisów końcowych, a twórcy, świadomi ironicznych szpil wbijanych przez krytyków uniwersum, ustami Thanosa oświadczają, że kolejnych zmartwychwstań nie będzie i można śmiało ronić łzy za poległymi.

Jasne, w "Wojnie bez granic" zdarzają się momenty przestoju i wyciszenia, lecz są one ważne i mocne. Pozwalają nam ogarnąć to wszystko, co zdarzyło się przed kilkoma minutami, i podnieść się po knock-downach zadanych przez filmowe ciosy. Aura fatalizmu, niepewności jutra i rozpaczliwej próby przetrwania starcia z przerażającą siłą są jednymi z największych plusów seansu. W końcu nie mamy pojęcia, jak to się wszystko skończy, i chłoniemy każdą minutę obrazu z nienasyconą ciekawością.

avengers: wojna bez granic

Filarem oraz głównym motorem napędowym, nadającym ton temu całemu wielkiemu widowisku, jest Thanos – niszczyciel istnień i drugi (obok Lokiego) solidny antagonista, który ma porządne argumenty, a nie jest zły "bo tak musi być i już". Z jednej strony typ faszysty, którego pop-kultura fanatycznie uwielbia. Z drugiej – postać tragiczna, z udręką wyrytą w duszy. Rozdarta pomiędzy wypełnieniem życiowego celu a ostatecznym poświęceniem tego, co nie pozwalało jej całkowicie zatracić się w mroku. Zapewniam, że o ile początkowo trudno wykrzesać sympatię do tej postaci, to z każdą kolejną minutą, gdy mgiełka tajemnicy jest sukcesywnie rozwiewana i dowiadujemy się więcej o jej motywacjach, zaczynamy pałać do niej coraz większym szacunkiem, poddając pod wątpliwość, czy to na pewno taki "zły koleś". To spora sztuka.

avengers: wojna bez granic

Szczęśliwie pompatyczna atmosfera jest stale przebijana przez celny humor i ironiczne komentarze wyrzucane przez herosów jak z rękawa. Szczególnie sporo autentycznego śmiechu jest w scenach ze Strażnikami Galaktyki w roli głównej, a w wielu dialogach czuć rękę Jamesa Gunna. Prostoduszny Drax ponownie przebija samego siebie, a konkurs testosteronu, jaki postanowili urządzić Quill z Thorem, to czysta komedia. Oczywiście inni bohaterowie nie pozostają sobie dłużni, a różnice charakterów czy zderzenie olbrzymich ego niektórych postaci to gotowe materiały na gagi.

Istniała obawa, że w natłoku tych wszystkich antagonistów, herosów i pobocznych postaci wielu zostanie zmarginalizowanych na rzecz innych: głównych aktorów tego widowiska. No i jasne, część z bohaterów ma zdecydowanie więcej czasu filmowego od reszty (w wyniku powiązań fabularnych z Thanosem lub tym, że latami stanowili rdzeń MCU), lecz praktycznie każda postać, która w jakimś stopniu przewinęła się przez filmy i jeszcze oddycha, ma tutaj swoje pięć minut. Nie odczuwamy więc jakichś wielkich braków czy cynicznego odcinania kuponów. Poczynając od tych, które otrzymały swój własny aktorski film, poprzez pomocników wiodących bohaterów, a zakończywszy na pobocznych charakterach jak Nebula czy generał Ross. Ba, znalazło się nawet miejsce dla kogoś, kto zniknął ładnych kilka lat temu i stanowi nielichy smaczek dla fanów uniwersum. Pod tym względem jest naprawdę dobrze.

...a pod względem technicznym? Majstersztyk, i nie może to dziwić. Magicy z Marvela po raz kolejny pokazali, że komputerowe sztuczki opanowali do perfekcji. Doskonale wiedzą, że olbrzymi budżet to nie wszystko – potrzebne są doskonałe zdjęcia, wysmakowanie cyfrowej przestrzeni, znajomość technik operatorskich w małym paluszku, aktorska charyzma oraz spektakularna dbałość o każdy możliwy detal. Choreografia walk została dopracowana do perfekcji, potyczki zwyczajnie wbijają w fotel, a całości wtóruje muzyka, która dobrze dopełnia to, co dzieje się na ekranie.

avengers: wojna bez granic

No i pewnie, nie jest to film bez wad. Ma w sobie kilka fabularnych głupotek, niektóre postacie w pewnych momentach zachowują się irracjonalnie, a znajdą się tacy, którzy będą kręcić nosem na wybrane wątki. Jednak, koniec końców, to film wart każdego grosza wydanego na bilet, zaś dla weteranów komiksowych przygód jest on spełnieniem młodzieńczych marzeń, nagradzającym ich szaloną miłość każdą kolejną sceną. Wielkim świętem, które nie pozostawia obojętnym – budzi emocje i, co ważniejsze, szokuje. Cisza panująca podczas napisów końcowych, na sali wypełnionej po brzegi widzami próbującymi ogarnąć, co się właściwe przed chwilą stało, jest idealnym podsumowaniem.

Marvel w życiowej formie.

Ocena Game Exe 9  
Ocena użytkowników 7,33 Średnia z 3 ocen
Twoja ocena

Komentarze

krzyslewy · niedziela, 27 maja 2018, 23:47
0
Epickość. To słowo najlepiej oddaje "Wojnę bez granic". Przez pierwszą godzinę byłem przekonany, że dam najwyższą z możliwych ocen. Efektowne starcia, różnorodność bohaterów oraz ich mocy, zdolności i charakterów, wyraźnie badassowi przeciwnicy na czele z Thanosem... Bracia Russo zaczęli bardzo, bardzo mocno.

Środek – świetny, ale poziom rozmachu i emocji wcześniej przebił sufit i trudno było temu dorównać (udało się w jednej scenie i zakończeniu), zwłaszcza że akcja w kosmosie wydawała mi się mniej pociągająca od tej na Ziemi – a jednak w kosmosie spędziliśmy dużo czasu, jeśli chodzi o środkową części filmu.

Są zaskoczenia, jest wspomniany w recenzji fatalizm i humor w rozsądnych porcjach. Szkoda jednak, że część śmierci wyraźnie ma charakter tymczasowy. Wątpię, żeby konsekwencje wydarzeń były nieodwracalne. Szumne zapowiedzi wydają się w tej chwili pustymi obietnicami.

Szkoda pomagierów Thanosa. Na początku czuć, że to silni gracze, którzy są wyzwaniem i bez udziału swojego szalonego i przekonującego motywacjami szefa. Niestety, okazuje się, że mieli tylko zapełnić czas. Bez historii, bez odpowiedniego zamknięcia wątku... Strasznie zmarnowany potencjał.

Szkoda, że Star Lord w pewnym momencie zachował się jak prawdziwy głupek. Bezsprzecznie największy idiota filmu. TĘ akcję należało rozwiązać w inny sposób.

Ogólnie film boski. Niesamowite emocje i rozmach, choć nie obyło się bez słabszych momentów (QUINN!) i pewnych mankamentów (ostatecznie przeciętni pomagierzy Thanosa i wiele raczej tymczasowych śmierci). Dla mnie widowisko z najwyższej (i najdroższej) półki. 9/10

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...