Aposiopesis

Krzysztof "krzyslewy" Lewandowski środa, 9 lipca 2014
aposiopesis

Na wstępie muszę przyznać, że raczej rzadko czytam polską literaturę i jeżeli już, to głównie tych popularniejszych autorów, wybijających się ponad pozostałych – na przykład Jakuba Ćwieka czy Andrzeja Sapkowskiego. Andrzej W. Sawicki do tej pory był dla mnie zupełną zagadką. Jednak zacny pomysł połączenia steampunku z polskimi realiami XIX wieku skusił mnie do sięgnięcia po „Aposiopesis” i sądzę, że nie tylko mnie dane jest właśnie od nowej pozycji Horyzontów Zdarzeń rozpoczynać swoją przygodę z tym pisarzem.

Junkierka Henrietta von Kirchheim już od paru miesięcy przebywa w Warszawie jako uśpiony agent. Liczy, że urlop od wojaczki potrwa jak najdłużej i pozwoli jej na ułożenie sobie normalnego życia, co oznacza między innymi romans ze słodkim inżynierem Daniłem Downarem (Polakiem wbrew imieniu i nazwisku). Niestety spokój trwa krótko, gdyż kobieta podczas towarzyszenia nowo poznanej damie, Lucynie Ćwierczakiewiczowej, uznanej literatce, jest świadkiem morderstwa. Zbrodnia została dokonana na jej oczach w operze przez tajemniczego demona. Może wszystko przeszłoby bokiem, gdyby nie fakt, że ofiarą jest austriacki ambasador. Pruska wojowniczka rozpoczyna własne śledztwo ze świadomością rosnących napięć między Rosją, Prusami a Austrią. Rosjanie również decydują się na zbadanie sprawy, a Heni pomoże zakochany w niej Danił oraz służący mu dżinn, Alojzy.

„Aposiopesis” to mieszanka prawdziwie wybuchowa. Andrzej W. Sawicki do jednej powieści wrzucił steampunk, XIX-wieczną Warszawę, dżinna, romans, kryminał, a na koniec dorzucił jeszcze podróże do równoległych światów. O dziwo, całość jednak sprawia wrażenie przemyślanej oraz poukładanej. Te dość różne elementy tworzą dobrą, przyjemną w lekturze powieść, która swoim klimatem potrafi oczarować czytelnika.

Na pierwszy ogień pójdą postacie. Trzeba przyznać wprost, że są jednowymiarowe, nie nastawiajcie się więc szczególnie na niezwykle rozpisane portrety bohaterów. Nie to było celem autora. Odbieram „Aposiopesis” jako nad wyraz przyjemną książkę, oferującą sprawnie prowadzoną i ciekawą przygodę. Tyle. To nie miało być ambitne dzieło wyróżniające się skomplikowanymi charakterystykami, filozoficznymi i psychologicznymi tematami, nic z tych rzeczy. Papierowe postacie zostały stworzone z pełną premedytacją i oczekiwanie od nich czegoś więcej, to tak jakby spodziewano się od Indiany Jonesa zamysłów nad sensem życia i śmierci. Zgodzicie się, że wyszłoby to dość komicznie? Pisarz tworzy więc szeroko popularne archetypy bohaterów jak niezależna, waleczna i szlachetna kobieta, przystojny i wysoko urodzony pułkownik czy inteligentny oraz zdolny do poświęceń w imię miłości inżynier. Postacie wzbudzają lekką sympatię, a ich losy powinny zainteresować czytelnika. Jednak Andrzej W. Sawicki postarał się, aby jego powieść miała też kogoś wyróżniającego się spośród reszty charakterów. Jest to dżinn Alojzy, rzekomo zły duch, lecz raczej powiedziałbym, że po prostu ma skłonności do niekoniecznie dobrych zachowań (to także było celowe zagranie, ponieważ zbyt negatywna natura sprawiłaby autorowi trudności w przypięciu go do protagonistów). Alojzy stanowi egzotyczny i najbardziej atrakcyjny element „Aposiopesis”. Mnie szczególnie podobały się jego wzmianki o przeszłości, w której dżinn był między innymi... Żydem.

aposiopesis
Steampunkowa Warszawa może nie przedstawia się tak olśniewająco, ale mimo to nie mogłem powstrzymać się przed wrzuceniem tego obrazka. Cudowny!

Nie zabrakło również wątku miłosnego: obowiązkowo z trójkątem oraz odpowiednio przesłodzonego, aczkolwiek w miarę przyjemnego i niedominującego nad resztą historii. Autor nie stara się uczynić uczuć mężczyzn głębokimi, podobnie czyni z Henriettą niepotrafiącą wybrać jednego z adoratorów. Dostrzega zalety każdego z panów, wie, że oferują różne doznania i na tym wszystko się kończy. Nie napotkacie wydumanych i obszernych flirtów, ponieważ bohaterowie swoją uwagę skupiają na popełnionym morderstwie. Nie zapada nawet ostateczna decyzja, z kim junkierka ułoży sobie życie, co odbieram pozytywnie, bo wybór część osób na pewno by rozczarował. W końcu kibicowanie jednemu z mężczyzn to kwestia upodobań.

Fabularnie „Aposiopesis” daje radę – tylko i aż. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że historia to zbiór bardzo przypadkowych przypadków, więc nic tu nie dzieje się bez przyczyny, którą jest dotarcie do finału. Niespotkanie epizodycznej postaci czy choćby wybranie się w inne miejsce, niż to zaplanował pisarz, mogłoby oznaczać prawdopodobnie nierozwiązanie przez bohaterów zagadki, kto zamordował i dlaczego. Autor trzyma opowieść w ryzach, to prawda, lecz brak większej swobody odbija się czkawką objawiającą się pojawianiem w trakcie lektury niemałych wątpliwości związanych z wiarygodnością rozwoju akcji. Intryga z trudem trzyma się kupy, a miejscami nawet łatwo się domyślić, co się stanie, wiedząc do jakiego punktu chce dojść Andrzej W. Sawicki. Nie ma zaskakujących zwrotów wydarzeń, choć jest interesująco i na nudę raczej narzekać nie można – głównie dzięki świetnie oddanemu klimatowi realiów XIX wieku oraz steampunku.

aposiopesis
Podobieństwo do postaci z okładki widoczne gołym okiem; ilustracja autorstwa DesignbyKatt

Połączenie okazało się bardzo udane. Z jednej strony pojawiają się wzmianki o postaciach historycznych, Polska zgodnie z faktami została podzielona pomiędzy Rosję, Prusy i Austrię, ale walczy o niepodległość, czego przykładem jest powstanie listopadowe. Z drugiej znajdujemy elementy fikcyjne: po ulicach wędrują mechaborgi, a w niektórych instytucjach można napotkać automaty, które kiedyś były ludźmi, lecz w wyniku przewinienia dostały wybór: na Syberię albo przerabiamy was na robota. Większość, co jest zrozumiałe, wybrała to drugie. Mało tego! Pisarz nawet dał początek nowej religii łączącej osoby, których ciała składają się z części mechanicznych. Prezentuje się to doprawdy wybornie, dlatego zachęcam wielbicieli steampunku do sięgnięcia po „Aposiopesis”.

Andrzej W. Sawicki do książki dorzucił również szczyptę humoru. Nie martwcie się, to nic wulgarnego, tylko mającego uczynić czytanie powieści jeszcze przyjemniejszym, bo urozmaiconym o pojawianie się co jakiś czas uśmiechu na twarzy. Mimo że „Aposiopesis” nie należy do dzieł wybitnych czy dramatycznych, to oferuje udaną i ciekawą przygodę przez XIX-wieczną, steampunkową Warszawę. Lektura najnowszej pozycji Horyzontów Zdarzeń to dobry sposób na wypełnienie kilku wieczorów.

Dziękujemy wydawnictwu Rebis za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe 7  
Ocena użytkowników -- Średnia z 0 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Lionel · środa, 9 lipca 2014, 19:53
0
Szkoda, że nie jest to jednak ambitniejsza historia. Coraz trudniej o coś ciekawego w realiach steampunk, ale cieszy fakt, że chociaż istnieją pojedynczy polscy pisarze, którzy wciąż interesują się tą tematyką.
krzyslewy · czwartek, 10 lipca 2014, 11:30
0
Myślę podobnie, mimo że "Aposiopesis" czytało się całkiem dobrze. Na ten moment, jeśli szukasz bardziej ambitnej książki ze steampunku, polecam Ci powieści Marka Hoddera. Fakt, może trzeci tom był znacznie słabszy od reszty, ale pierwsze dwa to przykłady świetnego wykorzystania wiktoriańskich czasów oraz jak zawsze mglistego Londynu pełnego cudacznych wynalazków. Szczególnie "Zdumiewająca Sprawa Nakręcanego Człowieka" jest rewelacyjna, bo łączy w sobie cechy wciągającego kryminału z pojawiającymi się elementami grozy. A jeśli chodzi o bohaterów czy o historię... Nie ma tu nic przesłodzonego, autor wie, do czego dąży i nie będzie to raczej happy end, chociaż z wyrokiem czekam jeszcze na następny tom. Bądź co bądź, nie zapowiada się taryfa ulgowa.
Lionel · czwartek, 10 lipca 2014, 13:24
0
OK, będę miał to na uwadze. W ogóle coś tak często autorzy łączą steampunk z kryminałami. Nie powiem, by mi się to podobało, bo ile razy można czytać o morderstwach. Jestem ciekaw skąd taka tendencja.
krzyslewy · czwartek, 10 lipca 2014, 14:28
0
Mnie taka koncepcja bardzo się podoba, ponieważ zazwyczaj kryminał = zaskakujące zwroty akcji, po których szczękami opada. Szkoda, że tak nie było z "Aposiopesis". Kryminał jednak nie zawsze oznacza kolejnego morderstwa, w przypadku książek Hoddera jest to bardziej zawiła sprawa. Fabuła skupia się na odkryciu, kim są tytułowe postacie (Skaczący Jack, Nakręcany Człowiek), co prowadzi do szeroko zakrojonej intrygi. Sam zresztą, kiedy planuję swoją wielką powieść (premiera: w dalekiej przyszłości albo nigdy ), zawsze próbuję wplątać w to cechy śledztwa, bo w ten sposób łatwo można przykuć uwagę czytelnika - nieodkrytymi tajemnicami, które właśnie prowadzą do zwrotów akcji.
Lionel · czwartek, 10 lipca 2014, 14:39
0
Z tą publikacją książki, to marzenia pewnie większej części redakcji . U mnie same koncepcje, nawet idea na film, ale realia nie pozwalają.

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...