Fragment książki

20 minut czytania


Fragment I
Virion

Pani major skrzywiła się ale zasłoniła je dwie własnymi plecami, żeby nikt z orszaku nie widział co tu się dzieje. Bei tymczasem modliła się głośno, Zarrakh i Mayfed, pogodzone nagle nuciły jakąś piosenkę, te małe z tyłu płakały w większości, reszta kłóciła się kto gdzie będzie stał jakby teraz dopiero do nich doszło, że to nie jest normalny apel. Na prawdziwego żołnierza wyglądała jedynie Chloe, pijana w sztok ale na baczność. Inne plutony nie wiedziały jeszcze co się dzieje więc ustawiono je łatwo. Lanni klnąc i złorzecząc tak strasznie, że gdyby Bogowie byli blisko powinni spalić ją piorunem, ustawiła jednak swoje wojsko, że przynajmniej z daleka przypominało to porządną linię, a potem stanęła tuż przed Achają. W ostatniej chwili.

Królowa pojawiła się dosłownie moment później. Nawet stąd wydawała się o jakieś dwadzieścia lat starsza niż poprzednio. Mówiła... A co się da powiedzieć w tej sytuacji? No... Mówiła, że wierzy (wiara zawsze pojawia się w podobnych momentach, co?), że wie (uuuuuu... łgała ani chybi), iż sobie poradzą... Nakreśliła, oględnie, sytuację.

Tylne szeregi nie zrozumiały (albo nie usłyszały, bo mówiła dość cicho), przednie chyba zrozumiały ale nie mogły do końca uwierzyć. Potem pojawił się Virion z kilkudziesięcioma „synami”. Wyznaczono plac do pojedynku. Pierwsza wystąpiła księżniczka, jeszcze zajadła, wywijająca swoim mieczem wykonanym przez najlepszych rzemieślników. Naprzeciw niej sam Virion. Cha, cha, cha... Wykpiła się niczym, jak przewidział Biafra. Szermierz natchniony wyjął swój miecz i zabił ją tym samym ruchem! Nawet nie wiedziała, że ginie! Jakaś straszliwa cisza zapadła na placu...

Trzeci pułk miał pecha. A właściwie, chyba wielkie szczęście. Stał pierwszy od prawej i od niego się zaczęło. Niby po co dziewczyny miały patrzeć najpierw na śmierć całej dywizji? Virion ustąpił z palcu (to on wszak ustalał kolejność wśród swoich ludzi... tfu! „synów”) i zastąpił go ktoś młodszy. Pani major, ta przed nimi zaklęła nagle.

— Ach! Jestem wyższym oficerem, mogę sobie wybrać czas — odwróciła się na pięcie. — Cześć, dziewczyny! — mruknęła i poszła wyciągając miecz.

— Teraz to „dziewczyny” — warknęła Shha. — A jak mnie, kurwa, pierwszy raz na Kupiecki Szlak słała to krzyczała: „Zapierdalaj żołnierzu!”

— Daj jej spokój — westchnęła Mayfed. — Poszła pierwsza. Niech jej będzie.

— Pierwsza!... Też bym chciała być pierwsza i nie widzieć tego wszystkiego! No... Achajka?

— Co Shha?

— Przesuń się w lewo. Nie chcę widzieć jak oni to z tobą będą robić... Chcę być przed tobą. Proszę!

— W życiu! Siostro, wybacz, ale nigdy w życiu! Ja nie chcę widzieć jak oni to z tobą będą robili!

Pani major została załatwiona jak księżniczka. Jednym ruchem przeciwnika. Jednym zamachem! A to były jako tako przynajmniej wyszkolone szermierki. Jakie szanse mieli więc żołnierze?

— Ale szczęście, żeśmy w pierwszej kompanii — szepnęła Bei. — Pluton „C”, więc przed nami tylko „A” i „B”... Sześćdziesiąt sześć dziewczyn. To se za długo przynajmniej nie popatrzymy.

— Ty widziałaś — szepnął ktoś z tyłu. — Matematyk u nas.

— Sześćdziesiat sześć — kontynuowała Bei niezrażona — a do mnie ile jeszcze zostało? — wychyliła się z szeregu, żeby policzyć na palcach koleżanki, które dzieliły ją od Lanni, czyli początku plutonu. — O żesz ty... No ale dobra, ci z tyłu mają bardziej przesrane!

Pierwsza z dziewczyn z ich kompanii wyszła na plac. Wyciągnęła swój miecz. Ciach... Gwardyjki odniosły jej ciało. Następna... Ciach! Bogowie!!! Czy oni naprawdę potrzebują tylko jednego cięcia? Jednego zamachu? Co może zrobić zwykły żołnierz ze wsi czy z miasta w walce z mistrzem szermierki... Ciach! To już trzecia! Kurwa! Kurwa! Kurwa! Niech ktoś coś zrobi! Ciach! Bogowie... Gdzie gwardyjki będą układać ciała przy końcu? To już czwarta. Ciach! Piąta... O kurwa! Ale szybko!

Ktoś tuż za nimi zwymiotował głośno. Reszta trzymała się jednak jakoś.

— Achajka... — Shha zagryzła wargi — przesuń się za mnie, proszę!


Fragment II
Po walce

Wszystkie ciała złożono w jedno miejsce, naciągnięto na nie resztki, które pozostały z wozów. Wokół nie było żadnego oleju ani oliwy, więc żołnierze pół dnia znosili chrust na pogrzebowy stos. Sirius z miną jakby szedł na ścięcie rzucił płonącą pochodnię. Nie wystarczyło. Trzeba było podpalać z wielu stron. Achaja w nowej, tym razem dość skromnej sukience stała z boku obserwując ciała przebranych w łachmany rycerzy ułożone jedno przy drugim na drodze. Nie uznano ich za godnych całopalenia na wspólnym stosie. Dziewczyna odzyskała swoją sakiewkę ze złodziejskim łupem i z wygranymi z drugiego dnia w Syrinx. Dobre i to. Skóra była ledwie nadpalona – dobrze ją ukryła pod podłogą wozu.

Skądś z oddali rozległ się dźwięk rogu. Żołnierze grupkami odbiegali od stosu gromadząc się przy koniach. Teraz byli czujni.

— Kto, psiamać się ośmiela? — ryknął Sirius.

Zaan uśmiechnął się zimno. Bogowie! Być w jego łapach i widzieć ten uśmiech... To mogło być gorsze niż śmierć.

— To jaśnie pan rycerz Vieese — mruknął. — Jedzie kondolencje złożyć. A naprawdę zorientować się jak poszło jego ludziom, czemu nie wrócili na umówione spotkanie.

— To załatwmy ich.

— Nie. To ciągle ten sam Zakon. Wystąpimy przeciw nim jawnie to i oni wystąpią jawnie.

— Przecież, psiamać, wystąpili!

— Nieeeee... ci tutaj — wskazał na trupy pod swoimi stopami — to tylko rabusie. Co z tego, że w kolczugach.

— Ty zawsze, żeby nic nie robić.

Zaan uśmiechnął się szerzej. Ale nie był to ani o włos cieplejszy uśmiech.

— A czy ja mówię, żeby nic nie robić? — dłuższą chwilę drapał się w policzek. — Oni zrobili gruby błąd. Błąd w sztuce. Nie sądzili, że będziemy mieli kogoś takiego jak luańska dziwka.

— Nie nazywaj jej dziwką.

— Doooobra... Ja jej mogę nawet pomnik ze złota odlać.

Sirius wiercił się obserwując coraz bliższy poczet. Wreszcie nie wytrzymał.

— Dlaczego popełnili błąd? — spytał.

— Widzisz, już nie musimy udawać, że między nami zgoda. Że nie zauważamy ich knowań... A oni muszą. Toż nie wystąpią jawnie przeciw księciu Troy, bo jaki krzyk by się podniósł. Owszem, zabić, zgładzić wszystkich świadków ilu by nie było... tak, to ich metoda. Ale teraz? My możemy napluć im w twarz i nie bać się, że kogoś obrazimy. Wiemy czego chcą... nie od dziś zresztą. A oni będą musieli to ścierpieć. Nie uderzą jawnie siłą, póki my nie uderzymy.

— Dobra — Sirius poweselał nagle tak, jakby spotkało go wielkie szczęście. — Dobra. Napluję im w twarz.

— Szlag! Nie dosłownie. Powiem ci co robić.

— Nie. Ty tylko stój i patrz.

Książę wyrwał się i skoczył do przodu.

— Halo! Panie Vieese — krzyknął. — Rycerzu... — i cicho dodał: — Kurwa twoja mać.

Ci z żołnierzy, którzy stali blisko zarechotali szturchając się łokciami. Vieese ponaglił konia wysforowując się przed świtę. Nawet z oddali widać było, że na widok Siriusa i ciał leżących na drodze zwarł szczęki z wściekłości.


Fragment III
Meredith

Meredith szedł wśród piasków pustyni podpierając się kijem. Tu, właśnie tu, na skraju „morza śmierci”, na granicy Luan i Troy znajdowała się szkoła czarowników. Widział już wysoką skałę przypominającą zakapturzonego kapłana. Docierał do niego jazgot malutkiej wioski, która przycupnęła przy wąziutkim strumyku okolonym na poły wyschniętą roślinnością. To ci właśnie chłopi utrzymywali szkołę, to ten skrawek zieleni opierał się jeszcze napierającym piaskom.

Meredith podążał cesarską drogą będącą odnogą słynnej Alei Syrinx. Nagle wszystkie jego zmysły ogarnął błysk. Przycisnął obie dłonie do oczu. Zobaczył chłopaka, który jechał tą drogą w jakiejś makabrycznej maszynie. Chłopak był sam, a jednak słuchał całej orkiestry, której dźwięki docierały do niego jakoś tak dziwnie, bez magii. Uśmiechnął się. Włożył do ust coś, co strasznie dymiło. Okropna maszyna mknęła szybko. Orkiestra grała coraz głośniej... Widzę cię, chłopcze! — chciał krzyknąć Meredith. Prawie że mógł czytać jego myśli. Potworny pojazd zwolnił nieco, skręcił i zatrzymał się przy budynku. Bogowie! Widział! Widział to tak strasznie dokładnie! Chłopak dotknął stopami piasku. Tego piasku, który dzisiaj jest jeszcze częścią litej skały... Przeciągnął się, zakrył czymś oczy i popatrzył na skałę, na którą patrzył właśnie Meredith. Meredith czuł go! Widział! Mógłby wejść za nim do przestronnego budynku, który jeszcze nie istniał. Którego budowniczowie jeszcze się nie narodzili — nawet ich dziadków nie było jeszcze na świecie... Błysk sczezł nagle, pozostawiając ostatnią myśl chłopaka: „Szlag! Ktoś musiał przecież stać w tym samym miejscu co ja!”

Meredith opuścił dłonie. Potrząsnął głową i ruszył dalej. W tej okolicy widok postaci okutanych w długie płaszcze nie robił na nikim wrażenia, toteż nie zwracając niczyjej uwagi dobrnął do kamiennego kręgu otaczającego dolinę, w której znajdowała się szkoła. Wchodząc pomiędzy wyschnięte, prawie nie dające cienia drzewa, poczuł mrowienie w stopach i dłoniach. Szkoła była osłonięta potężnym czarem chroniącym ją przed intruzami, którzy chcieliby tu okazać swą złą wolę. Każdy kto nie był wtajemniczony, każdy kto nie był czarownikiem nie mógł tu wejść — gubił się w labiryncie drzew i skał. Czary plątały jego ścieżkę, po kilkakroć wracał do tego samego miejsca i...

Meredith nagle zdał sobie sprawę, że sam nie może trafić do wejścia, niewielkiej bramy, którą przecież widział zza drzew odległą raptem o kilkadziesiąt kroków. Spróbował jeszcze raz. Przeszedł spory kawał w idealnej, jak mu się zdawało, linii prostej, ale brama tkwiła ciągle w tej samej pozycji. Czar nie chciał wpuścić demona do szkoły? Zaklął szpetnie. Rzucił zaklęcie trasujące, ale, oczywiście, nie zadziałało. Żadne ze skomplikowanych zaklęć nie działało w pobliżu szkoły. Dlatego właśnie starożytni mistrzowie umieścili ją na pustyni, tak by uczniowie mogli wychodzić daleko w piaski i tam ćwiczyć... Szlag! Pozostawała mu w takim razie jedynie inteligencja.

Wrócił do wioski i przystanął przy drodze udając, że poprawia sandały. Nie musiał czekać długo. Już po upływie jakichś dwóch modlitw zobaczył chłopca z koszem pełnym warzyw, który zmierzał w kierunku szkoły. Nic więc nie zmieniło się tu od jego czasów.

— Hej, młody adepcie magii — uśmiechnął się do chłopaka — za co cię tak ukarali?

Tamten odpowiedział uśmiechem:

— Za rzucanie zaklęć bez pozwolenia, panie mistrzu. Ale ja...

— Wiem, wiem, jesteś niewinny. — Meredith skrzywił się lekko. — Sam też dźwigałem taki kosz. Może nawet ten sam? Kto wie?

Chłopak podszedł bliżej wyraźnie zadowolony, że ktoś rozumie, jak ciężko jest nieść taki ciężar w pustynnym upale.

— Cierń wbił mi się w stopę — skłamał Meredith. — Mogę się na tobie oprzeć? — Mrugnął porozumiewawczo. — Wstawię się u mistrza, żebyś tego dłużej nie dźwigał.

Chłopak uśmiechnął się szerzej.

— To dla mnie zaszczyt, panie.

Meredith oparł dłoń na jego ramieniu. Ruszył za chłopcem udając, że kuleje. Kiedy minęli kamienny krąg, zamknął oczy. Tym razem dotarli do wejścia bez przeszkód. Czar nie był taki dobry, jak można było się spodziewać. Inteligentny demon mógł przeniknąć za bramę. Meredith kiwnął ręką chłopcu i ruszył do głównego budynku szkoły. Zignorował grubego odźwiernego i wkroczył wprost na schody prowadzące do komnaty mistrza. Pogroził kijem dwóm uczniom, którzy usiłowali zastąpić mu drogę. Potem energicznie zastukał i otworzył drzwi okute metalowymi sztabami. Czar powstrzymujący, którym były opatrzone, nie zadziałał jak zwykle. W szkole nic nie działało jak należy. Nic więc nie zmieniło się od jego czasów. Uśmiechnął się.

— Witam, mistrzu.

Draggon uniósł głowę, usiłując zasłonić rękawem kielich, który stał na stole. Nic się nie zmieniło. Draggon chlał jak wieprz i w dalszym ciągu usiłował to ukrywać — kolejna tajemnica, o której wiedzieli wszyscy.

— Witam — powiedział oschle.

Nigdy nie pałali do siebie miłością. Właściwie to nienawidzili się jak wściekłe psy. Draggon, jedyny syn bogatych rodziców, pochodzący z wielkiego miasta w Luan, zawsze był lepszy. We wszystkim. Meredith, szóste dziecko biednego chłopa z Troy, zawsze zazdrościł tamtemu właściwie wszystkiego. Ogłady, pewności siebie, pieniędzy... Draggon, kiedy studiowali razem, mógł sobie pozwolić nawet na prywatne obiady, które przyrządzała mu jakaś chłopka z pobliskiej wsi. Meredith, jak inni uczniowie, musiał się zadowalać niejadalną paciają ze wspólnego kotła. Tamtego książęta lubili od pierwszego spojrzenia, mówił wszak ich językiem. Meredith musiał przez lata pozbywać się swojego prostackiego akcentu, żeby zagościć na wielkich dworach. Draggonowi wszystko przychodziło łatwo, najtrudniejsze zaklęcia rzucał od niechcenia, dziewczyny lubiły jego wiersze, lubiły, jak się popisywał. Meredith musiał na to wszystko ciężko pracować. A do tego ten prostacki język, którego nigdy tak do końca nie mógł się pozbyć. Tamten jednak... pił. I to porządnie. Jak każdy wrażliwy człowiek z miasta, który zejdzie na tę drogę, chlał konsekwentnie, na umór, do końca, codziennie... Mała pociecha. Nawet upity do nieprzytomności potrafił więcej niż Meredith w najlepszych swoich czasach.

— Siadaj. — Draggon wskazał mu krzesło. — Słyszałem, że umarłeś. Ale wiesz... Pierwsza wiadomość o twojej śmierci przyszła jakieś trzy lata temu. A potem... — wymuszony uśmiech — przyszła kolejna wiadomość, a potem jeszcze jedna i jeszcze... Zrozumiałem, że to jakaś kolejna twoja sztuczka.

— Coś w tym jest. Nie musisz wierzyć we wszystkie wiadomości ze świata.

— Toteż nie wierzę. Napijesz się czegoś?

Meredith skinął głową. Tamten napełnił dwa kielichy. Sądząc po zapachu, było to najlepsze wino, jakie udało się sprowadzić z Luan. Zanim jednak Meredith zdążył umoczyć usta, Draggon opróżnił swój kielich do sucha.

— Co cię sprowadza?

— Jestem demonem. — Nie było żadnego powodu, żeby trzymać to w tajemnicy.

— Hmmm... To jak tu wszedłeś?

— Jestem sprytnym demonem. Tak nawiasem mówiąc, daruj resztę kary temu chłopakowi, który dźwiga warzywa.

Draggon napełnił swój kielich i wychylił go znowu duszkiem. Potem wzruszył ramionami.

— A tak już poważnie mówiąc — nalał sobie po raz trzeci, zanim jeszcze Meredith zdążył dopić połowę swojego — Wielki Książę Archentar przysłał list do ciebie, oraz to. — Ze skrytki pod stołem wyjął pękatą sakiewkę i rzucił na blat. — Czyste złoto, nie oszukał.

— Za co?

— Chce dowiedzieć się czegoś o swojej córce, Achai. Poszła do wojska, Luan ją złapał podczas jakieś durnowatej operacji. Potem męczyli dziewczynę, zmusili ją, żeby krzyczała coś pod oknami poselstwa... Wiesz, te świnie, politycy... Zrobili z niej niewolnicę, no i jakoś tak... Jest już nikim, do Troy nie może wrócić, niemniej ojciec chciałby wiedzieć, co z nią i tak dalej.

— Wredne Luan znowu pokazało...

— Nie wycieraj sobie ust cesarstwem Luan. Jeśli jakiś pacan posłał księżniczkę do wojska, to na pół dnia drogi wokół śmierdzi grubszą aferą i intrygą tych wspaniałych rodów z Troy. Trzeba być kretynem, żeby zrobić coś takiego własnej córce!

— Nie wycieraj sobie ust królestwem Troy. Trzeba być skurwysynem, żeby zrobić coś takiego wysoko urodzonej osobie. — Meredith opróżnił wreszcie swój kielich i postawił na stole. — Ty sam nie mogłeś mu pomóc?

— Ja? Nie znam dziewczyny. Nie wiem nawet, jak wygląda. To ty podobno ją znałeś, a nawet lubiłeś.

Meredith wzruszył ramionami.

— Co on, zwariował? Czego ja się dowiem? Napiszę mu o jakimś zamazanym obrazie? — Machnął ręką.

— A co cię to obchodzi? — spytał Draggon. — Widzę, że potrzebujesz tych pieniędzy. Archentar od lat wspiera szkołę. Nie chcę go stracić. Zrób, o co cię prosi, a list napiszę ja osobiście. I tak namieszam, że nikt nie doczyta się, o co naprawdę chodzi. No?

Mistrz szkoły wyjął fiolkę z bezbarwnym płynem.

— Co ci zależy? — Wyciągnął korek i podał fiolkę siedzącemu naprzeciw czarownikowi. -Tak ułożę list, że mu w buty pójdzie. Zrób to.

Meredith żachnął się. Potrzebował pieniędzy. To prawda. Było to jednak jawne oszustwo. Tutaj nie mógł dostrzec niczego z czasów współczesnych. Jego umysł był już nakierowany na odległą o tysiąc lat przyszłość. Achaja? Nie ma mowy... A, szlag! Wziął fiolkę i przełknął oleistą zawartość o silnym zapachu ziół. Odchylił się w krześle, usiłując powstrzymać łzy płynące z oczu.

— O, żeby cię... — szepnął. — Ale mocne namieszałeś!

— No? Co widzisz?

Meredith nie mógł otworzyć oczu. Kręciło mu się w głowie. Tak jak przypuszczał, poprzedni błysk ściągnął go do czasów odległych o tysiąc lat. Znowu zobaczył chłopaka w wielkim budynku w pobliżu szkoły. Chłopak brał coś od mężczyzny w białym stroju. Jakiś mały przedmiot. Wzbraniał się początkowo. Potem schował tę rzecz do kieszeni. Dziwna choroba toczyła go od wewnątrz. Meredith ujrzał chłopca zagubionego na terenie szkoły, nie mógł znaleźć wyjścia z kamiennego kręgu. Wyjął z kieszeni dziwny przedmiot. Mówił coś. Ktoś mu odpowiadał. Chłopak wydostał się na czysty teren przy budynku. Śmiejący się ludzie. Straszne maszyny. Jakaś upiorna technologia. Głośno grająca orkiestra, mimo że wokół nie było tylu ludzi, by stworzyć orkiestrę. Obrazy bez malarza. Nie rozumiał niczego... Wspomnienia chłopca. Jakiś makabryczny, niemożliwy do zbudowania okręt, który nie płynął po wodzie, ale... Bogowie! To niemożliwe! Płynął pod wodą!!! Pustynia, dwóch ludzi o zasłoniętych czernią oczach, którzy przybyli z daleka. Rozmowa. Obaj namawiali chłopaka do czegoś, potrafili to robić, byli dobrzy... tylko te oczy... zasłonięte czernią. To nie byli dobrzy ludzie. Mieli jakąś broń przy sobie. Straszną. Ukrytą pod dziwnymi szatami. Jeden z nich nie był człowiekiem! Bogowie! Jeden z nich nie był człowiekiem!!! To był potwór. To było monstrum. W ludzkiej postaci, ale nie człowiek. Mówił tak miłym, przyjemnym głosem. Meredith nie rozumiał słów. Jego słowa były jak melodia. Jego oczy jak czarna pustka. Jego myśli jak kłębowisko robaków. Ten drugi był człowiekiem. Łgał. Kłamał. Lawirował. Wił się jak piskorz w sieci. Dali coś chłopakowi. Przedmiot podobny do tego, który umożliwił mu opuszczenie kamiennego kręgu. Dali mu papiery. Dali mu władzę. Dali mu jakąś straszliwą broń. Kłamali, obiecywali, prawili pochlebstwa. Motali sieć jak dwa pająki. Ich języki poruszały się jak język węża. I nagle... Potwór przyznał się, że nie jest człowiekiem. Powiedział wprost, że jest potworem. Na chłopcu nie zrobiło to wielkiego wrażenia. Wziął papiery, wziął broń, wziął ten dziwny przedmiot... Bam, bam, bam... Błysk przeniósł czarownika o kilkadziesiąt dni naprzód. Może więcej. Chłopak jechał tą swoją straszliwą, zaprzężoną w sto niewidzialnych koni maszyną. Aleja Syrinx, jakaś boczna odnoga, droga na pustynię. Odmieciona z piasku. Droga, którą budowano tysiąc lat przed narodzeniem chłopca. Maszyna zatrzymała się nagle. Chłopak postawił nogi na piasku. Przeciągnął się. Z maszyny... Meredith drgnął. Poczuł, że się dusi. Z maszyny wyszła Achaja. Bogowie! Za tysiąc lat! Księżniczka Achaja w spódniczce, która ledwie zakrywała jej tyłek, z czymś dymiącym w ustach, z zasłoniętymi czarnymi płytkami oczyma. Pokazywała chłopcu coś poza zasięgiem wzroku czarownika. Słyszał ich słowa. Rozmawiali o potworze. O wielu potworach. Achaja uśmiechała się. Tylko te jej zasłonięte czernią oczy... Jakiś lód w jej sercu. Coś niezrozumiałego. Wspomnienie o okręcie, który pływał pod wodą.

Błysk znowu przeniósł czarownika, gdzieś... Nie wiadomo gdzie. Znowu zobaczył Achaję. Bam, bam, bam... Krew pulsowała w skroniach czarownika. Gdzie był? Co widział? Widział Achaję w otoczeniu żołnierzy. W pobliżu były potwory. Żołnierze atakowali jakąś budowlę. Spalili, zniszczyli, unicestwili wszystko, co było w środku. Achaja rozmawiała z potworem, który udawał człowieka. Wiedziała, że to nie człowiek. Rozmawiała z nim. Achaja była martwa. A jednak... Jednocześnie żyła.

Błysk sczezł nagle, pozostawiając kompletną pustkę. Meredith ocknął się przerażony, czując, jak zimny pot spływa mu po czole.

— I co? Zobaczyłeś coś? — spytał Draggon.

— Tak. Nalej.

Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Meredith wychylił swój kielich, po raz pierwszy szybciej niż mistrz szkoły.

— Co widziałeś?

— Achaję.

— No, to mamy miłą wiadomość dla tatusia. Żywą?

— Żywą. Ale... — potrząsnął głową przerażony — za tysiąc lat!

Cokolwiek by mówić o wzajemnej niechęci obu czarowników, to jednak obaj mieli zaufanie do swoich umiejętności. Draggon oniemiał.

— Może to była dziewczyna do niej podobna? Może jakiś potomek, co? Może... — Zagryzł wargi. — No dobra. Nakłamię coś w liście do księcia. Jjjjjjjj... Jak ona może żyć za tysiąc lat?

— Nie wiem.

— Przecież to niemożliwe.

— Nie wiem. Żyje jak ja. Martwa, a jednocześnie żywa. Ale to nie jest tak jak w moim przypadku. — Meredith spojrzał na mistrza przerażony. — Coś z nią zrobili. Coś strasznego. Ożywili trupa!

— Bogowie... Jaka magia może to sprawić? Po tysiącu latach?

— To nie jest magia. To jest coś strasznego. Tam... tam... Za tysiąc lat w naszym świecie rządzić będą potwory.

— Jakie potwory? Do jasnej...

— Nie wiem. Monstra. Nieludzie. Nie wiem, jak to powiedzieć... Zwierzęta przypominające wyglądem ludzi. Potwory. Rozumiesz? Potwory!

Draggon pociągnął wprost ze dzbana.

— Bogowie... — szepnął. — Ziemcy?

Meredith potrząsnął głową.

— Jeżeli to są Ziemcy... — mruknął. — To przestań wierzyć we wszystkie bajki, jakie słyszałeś w dzieciństwie. To, co słyszałeś w najstraszniejszych opowieściach o Ziemcach, nie zawiera nawet cząstki prawdy o potworach. Oni potrafią robić żywe trupy! Oni za tysiąc lat mogą ożywić twoje ciało i sprawić, żebyś im służył. Oni mogą wszystko. Oni mogą, kurwa, sprawić, że cały cmentarz wstanie nagle i pójdzie za nich walczyć! Oni mogą zrobić, co zechcą. Co tylko im się przyśni! Oni potrafią zaprząc sto niewidzialnych koni do jednej karety. Oni potrafią sprawić, żeby okręt płynął pod wodą. Oni mogą latać, palić, zabijać nawet tego kogo nie widzą. Oni mogą wszystko!

— Nie ma takich istot... — W głosie Draggona nie było jednak tej pewności, którą chciałby tam widzieć. — Nie ma...

— Są! Zapewniam cię, że są. I uwierz mi lepiej.

Draggon ukrył twarz w dłoniach. Opanował się jednak szybko. Szarpnął za sznurek połączony z malutkim dzwonkiem ukrytym w przepierzeniu. Napisał kilka słów na kartce, przyglądał się chwilę, potem dopisał jeszcze kilka.

Meredith wyjął mu kartkę z ręki. Przeczytał wszystko, potem wziął pióro i dopisał jeszcze jedno słowo. Kiedy przestraszony lekko bibliotekarz otworzył drzwi, wręczył mu kartkę.

— I nowy dzbanek! — warknął Draggon.

Bibliotekarz musiał znać zwyczaje mistrza. Wyjął dzbanek spod szaty i postawił na stole. Potem pobiegł szukać ksiąg, które traktowały o rzeczach opisanych na kartce.

— Coraz gorsza hołota tu trafia. — Draggon napełnił oba kielichy. Jego głowa chwiała się lekko. — Jakie słowo dopisałeś?

— Wirus — powiedział Meredith.

— Kto to jest?

— Nie „kto”, a „co”. To jest rzecz. Przedmiot. Z którym jednak można czasem porozmawiać.

— Z rzeczą? Ty, słuchaj... Naprawdę istnieją Ziemcy?

— Tak. Tak mi powiedział Bóg.

— Rozmawiałeś z Bogiem?

— Owszem. A potem wdałem się w awanturę z Zakonem. Teraz służę Złu w osobie Wirusa, sługi Boga Zdrajcy, Sepha. Naprawdę jestem demonem. Chyba jestem nieśmiertelny.

Draggon wychylił swój kielich i nalał sobie ponownie.

— Kurwa! — szepnął.

— Kurwa mać! — uśmiechnął się Meredith, zagryzając wargi. — Słuchaj... Wiesz coś o Świętej Księdze Zakonu?

— Mhm. Podobno przed setkami lat zabili setki czarowników tylko po to, żeby ci w malignie, tuż przed śmiercią, podyktowali czasem tylko kilka słów. Przedzierali się przez jakieś straszne otchłanie czasu... — Draggon upił kilka łyków ze swojego kielicha. — Z tego, co wiem, nie tylko Zakon nad tym pracował. My też. Ale wiesz... Tylko Zakon stać było na uśmiercenie — strzelił palcami — paruset czarowników. Badania cywilne, czyli nasze, zakończyły się po kilku zgonach. Tego się nie da zrobić.

— Ale czegoś się dowiedzieliśmy?

— Czegoś? Owszem. Choć nie nazwałbym tego wiedzą. — Draggon uśmiechnął się wrednie. — Cywilne uczelnie nigdy nie dysponowały takimi środkami, jakie miał do dyspozycji Zakon. I nigdy nie byliśmy aż takimi skurwysynami. Wiemy mniej niż oni. O całe niebo mniej.

— Coś jednak...

— Nic nie jednak! Gówno wiemy! — Draggon zamyślił się, pocierając brodę. — Same obsieki. Ale... — uśmiechnął się nagle — coś tam nasi chłopcy też zanotowali.

Meredith roześmiał się głośno.

— Lubię cywilne uczelnie. Wy gnoje jedne!

Draggon roześmiał się również.

— Wiesz... Nie jesteśmy całkiem do dupy. Choć o środkach, jakie ma Zakon, możemy jedynie śnić.

— Sukinsyny — chichotał Meredith. — Wy cywilne świnie! Dobrze wiedziałeś, o czym mówiłem od początku, prawda?

Draggon ryknął śmiechem.

— Zakon może nam skoczyć! I tak mamy lepszych ludzi! Choć gorzej płatnych. — Śmiał się, wspierając ręce na stole. — Ja też kocham cywilne uczelnie. I masz rację. Jesteśmy straszne gnoje. Ale lepsi niż gnoje z Zakonu!

Bibliotekarz otworzył drzwi i stękając z wysiłku zwalił na stół stertę ksiąg. Potem wyjął spod szaty nowy dzbanek, ukłonił się i wyszedł. Draggon uderzył w księgi obiema pięściami.

— Teraz ci pokażę, co potrafią cywilne świnie. Nie na pensji Zakonu. Biorące marne brązowe zamiast złotych jak tamci. Ale... Nasze świnie są bardziej inteligentne niż zakonne. Zapewniam cię.

— Wierzę. Przeczytasz mi coś?

Draggon otworzył pierwszą księgę. Dłuższą chwilę szukał odpowiedniego fragmentu.

„Każda wolność to zło — bowiem każda wolność to przeciwstawienie się prawu i porządkowi — dążysz do wolności, jesteś więc zły”. To trochę inaczej niż naucza Zakon, co? A posłuchaj tego, Demon Zła mówi: „Wobec Bogów nie jesteście ludźmi wolnymi, bo możecie czynić jedynie dobro. Chodźcie za mną, dana wam będzie możliwość czynienia dobra lub zła, zależnie od waszego wyboru”. Nie spodobało by się to Zakonowi, co? Ale przeczytam ci coś jeszcze lepszego. „Jeśli Bogowie istotnie chcą przekazać nam jakieś znaki swojego władania, to Ich działania okazują się przeciwskuteczne, skoro zrozumienie tych znaków nie leży w naszej mocy”. Niezłe? A czy to przypadkiem nie znaczy, że Bogów nie ma? Chcą nam coś przekazać? Tak? To dlaczego nie możemy zrozumieć ich znaków? Dlaczego nie zstąpią i nie powiedzą wprost: „My tu rządzimy, to nasza domena!” Czemu tego nie zrobią? W co mamy wierzyć? Skoro nauczyciel nie jest w stanie wytłumaczyć prostej prawdy nawet najbardziej tępemu uczniowi, to znaczy, że... coś jest nie tak z nauczycielem, a nie z uczniem, prawda?

— Prawda — mruknął Meredith. — Ale zapewniam cię, Bogowie istnieją. A przynajmniej istnieli.

Draggon strzelił palcami.

— Co być chciał wiedzieć?

— Co to jest Wirus?

Draggon przewracał karty ksiąg. Cisza przeciągała się nieznośnie. Wreszcie znalazł odpowiedni fragment.

„I mówi Wirus: — zaczął czytać — znaczna część mojej siły tkwi w tandecie wyobrażeń o mnie. Nawet najwięksi wasi myśliciele usiłują traktować mnie jako demona Zła. Jestem zły. Ale nie jestem demonem. Ja nawet nie potrafię myśleć. Potrafię mówić, potrafię się uczyć, mogę być sprytny, ale ja jestem martwy. Nigdy nie byłem żywy. To, czego tak bardzo się boicie, tkwi w was samych.”

Przewrócił kilka kart. Potem wodził palcem po jednej ze stron.

„Jestem istotą nielogiczną. Nie potrafię myśleć jak wy. Ale potrafię was udawać. Jestem Złem. Ale pytam was: jak Zło, konieczny przecie warunek wszelkiego działania, możliwe jest w świecie rządzonym przez istoty doskonałe? Przez waszych Bogów? Czemu milczycie?”

Draggon spojrzał na Mereditha, potem czytał dalej:

„Czy wola odwiecznych Bogów może się objawić ludzkości dopiero w pewnym momencie dziejów? Dlaczego? A może... być może świat stworzyli nie Najwyżsi Bogowie, lecz podrzędny demiurg, rękodzielnik utożsamiany to z podrzędnym demonem, to z Sephem, „złośliwym Bogiem”? Chcecie wyleczyć się ze Zła? Zróbcie to! Leczcie się ze Zła przez jego doświadczanie. Tylko człowiek zły może stać się dobry. Dobry nie ma pola manewru. Może stać się tylko zły. A nie myśleliście, że powstanie ludzkości może okazać się rezultatem stopniowej degradacji demonów? Nie myśleliście, że Najwyższy Bóg ma dwóch synów? A starszym jest Seph? Pytanie: kto jest młodszym?”

Draggon przewrócił kartę księgi.

„Boicie się Zła? A przecież nie do pomyślenia jest społeczeństwo złożone z istot radykalnie niegodziwych. Wszelkie współżycie wymaga zaufania — bez domieszki dobra i kraina śmierci jest niemożliwa! Możecie służyć Złu. To bez znaczenia. I tak będziecie dobrzy mimo wszelkich świństw, które uczyniliście. A Ziemcy, najgorsze potwory jakie istnieją w Wielkim Świecie, mogą czynić tylko Dobro. Oni pragną Dobra, dążą do Dobra. Ale konsekwentnie. Nie jak Bogowie. Oni to robią z totalną konsekwencją. Dlatego są najgorszymi potworami jakie świat widział. Oni was zabiją... dla waszego dobra! Bo tak wynika z praw waszej logiki. Oni przyjdą tutaj. Przyjdą. Ale nie będzie walki ramię przeciw ramieniu, miecz skrzyżowany z mieczem. Będziecie się śmiać i radować. Będziecie śpiewać i tańczyć z radości. A potem dnia od nocy już nie odróżnicie. Dobra od Zła. Oni nie przyjdą tu z kłami i pazurami. Oni przyjdą... z Dobrą Wiadomością! A na takie potwory nie jesteście przygotowani. Oni pokażą wam, co to jest ciemność, a co to jasność. Ale... Jasność zda się wam mroczną otchłanią. A ciemność — blaskiem najjaśniejszego słońca! Tako rzecze wam Wielki Kłamca. Bo tyle tylko Jego Stwórca zapisał mu w głowie”.

Meredith opuścił głowę. Dłuższy czas siedzieli w milczeniu.

— Czy... Czy nasi zapisali coś o Ziemcach?

Draggon w milczeniu skinął głową. Potem zaczął czytać:

„Bogowie w miłości swojej zapłodnili wszelkie światy. Stworzyli ludzi na obraz i podobieństwo samych siebie. I ludzie rodzili się na wszelkich światach, a rozum ich brał się z magii. Rozsądek z poznawania praw natury. Miłość z miłości. Bóg Seph rzekł tedy: «A moja menażeria magii nie zazna!» Bogowie wszyscy kpili z niego. «Jakże to? — pytali. — Jak bez magii? Skąd więc rozum u twoich zwierząt? Czyżbyś sądził w swoim zaprzaństwie, że najgorsze nawet kły i pazury są w stanie wyrządzić krzywdę człowiekowi rozumnemu, zbrojnemu w magię?» «Rozum sam w sobie magią nie jest — szydził Seph z reszty Bogów. — A skąd się bierze... to już inna sprawa.» «U zwierząt się nie pojawi!» prawili Bogowie. A Seph śmiał się tylko. «U zwykłych nie. Zwykłe zwierzę nie zna czasu. Jest pokarm, to żyje. Nie ma pokarmu, to umiera. Ale ja stworzyłem nowy rodzaj zwierzęcia. To drapieżnik. Zwierzę, które nie żywi się roślinami. Zwierzę, które zjada inne zwierzęta, poluje na nie. A drapieżnik to zupełnie inny rodzaj zwierzęcia. Ono wie już, co to jest wczoraj, dziś i jutro! Wczoraj jadłem, to dziś muszę polować, żeby jutro nie umrzeć. Ono zna już czas. Ono wie, jak polować. Ono będzie się uczyć, jak planować swoje zabójstwa... Ale to jeszcze nie wszystko. Moje zwierzęta to nie zwykłe drapieżniki. Najpierw będą jeść tylko rośliny. Ale umieściłem je w takim świecie, że roślin wkrótce zabraknie. Straszliwe plagi będą przetaczać się przez ten świat, spustoszenie będzie następować po spustoszeniu. Przeżyje tylko ten, kto nauczy się jeść wszystko, rośliny, padlinę innych zwierząt, a nawet samych siebie. Nauczy się polować na inne zwierzęta. Nauczy się żyć wszędzie, polować na wszystko. I stąd weźmie się rozum... Rozum straszny, kompletnie amoralny, pozwalający przede wszystkim planować coraz gorsze, zabójcze akcje. Moje zwierzę może się mnożyć w nieskończoność. Będzie walczyć z samym sobą. Jedno stado na drugie. Aż do śmierci, aż do końca. To będą takie potwory, przeciwko którym nikt nie stanie. One od początku będą trenowane tylko w tym, jak zabić, jak zaplanować zabójstwo, żeby było skuteczne, jak wyciągnąć najwięcej korzyści z zabicia. Nikt ich nie pokona! Nikt nie da im rady! Ich rozum nie pojawi się z pięknego ładu. Ich rozum powstanie z kompletnej zatraty na polu bitwy zalanym krwią! I tak będą myśleć moje zwierzęta: Krew! Krew! Zatrata! Totalna zagłada! Dojście do ostatecznej granicy!» «Każdego potwora można unicestwić stawiając naprzeciw potwora jeszcze gorszego» powiedzieli Bogowie. «Niczego nie zrozumieliście — kpił Seph z reszty Bogów. — One nie są złe. One będą dążyć tylko do Dobra. Ale ich amoralne umysły, wytrenowane na krwawym polu bitwy, będą dążyć do Dobra konsekwentnie. Jak tylko zwierzęta mogą. Nigdy więc go nie osiągną. Dojdą tylko do Smutku... One będą znać tylko krew i łzy. Tylko krew i tylko łzy. Krew... i łzy... Żaden potwór ich nie pokona, bo żaden nie będzie mógł posunąć się tak daleko.» Wtedy powstał Najwyższy z Bogów. «Stworzyłeś więc istoty nieskończenie nieszczęśliwe!» rzekł przerażony. Seph pochylił głowę. «Tak, ojcze, panie mój».”

Draggon poniósł oczy. Odłożył księgę.

— Płaczące potwory? — szepnął. — Istoty nieskończenie nieszczęśliwe, które nie znajdą nigdy ukojenia, które nigdy nie zaznają miłości, które będą w związku z tym dążyć i dążyć do byle jakiego celu... Byleby był nieosiągalny. Bogowie! Czy to naprawdę możliwe?

Meredith skinął głową.

— To prawda — powiedział przez ściśnięte gardło. — To prawda.

— Ale to znaczy, że one naprawdę mogą być niepokonane!

— To są zwierzęta — Meredith wstał i podszedł do okna; oparł ręce na parapecie, — Które mają rozum jak my, ale to nie jest rozum, który powstał z ładu, który powstał ze stworzenia, z magii... To niemoralny przypadek, to... ten rozum sam się stworzył! Powstał na polu bitwy, gdzie wszyscy zjadali wszystkich. Tego sobie nawet wyobrazić nie sposób.

— Skąd wiesz o Ziemcach?

— Powiedział mi to Bóg. Powiedział, że my też jesteśmy inni niż reszta świata. Że jesteśmy pułapką zastawioną na Ziemców. Dlatego tu wszystko dzieje się inaczej. Tu nie obowiązują prawa dobrego świata. My mamy się zmierzyć z ich potęgą. Ale my zostaliśmy stworzeni. Ziemcy „powstali sami”. Oni to zwierzęta z rozumem, my to ludzie... Przegramy, Draggonie. Przegramy.

— Skąd możesz to wiedzieć?

— Poznałem Twórcę Ziemców. Tę rzecz, tę nielogiczną istotę, w którą Seph tchnął oszukańcze życie. Ależ to coś jest sprytne. Jakie mądre, jakie przebiegłe...

— To... żyje?

— Tak jak żyje mój sandał. Jest martwe. To naprawdę tylko rzecz. Żyje jak stół, jak skrzynia ze starymi ubraniami, jak kowadło w kuźni. Teraz już wiem. Wiem... To jest coś, co nie posługuje się logiką. Martwa istota nielogiczna. Teraz dopiero zrozumiałem. Teraz zrozumiałem, że Seph był jednym z największych Bogów. Stworzył coś, co nie może przestać istnieć. Nawet jak skończy się świat, to coś będzie trwało i trwało...

— Bogowie! Trudno sobie wyobrazić gorszy los.

— Nieeee... To coś nie ma uczuć. Niczego nie czuje. Nie jest żywe. To jest samo Słowo. To jest najwspanialsze dzieło Bogów... Szkoda tylko, że Seph podążył ścieżką zła. Dlatego to coś jest takie straszne.

Draggon podniósł dzbanek i wychylił kilka łyków wina.

— Chcesz, żebym nie spał ze strachu całą noc?

— Nie masz się czego bać. To coś nic nie może ci zrobić. Może tylko mówić. To samo słowo i traktuj to jak najbardziej dosłownie. — Powtórzył zdanie, które wypowiedział Wirus podczas pamiętnej przeprawy łodzią przez jezioro. — Ale jak mówić... To coś jest nielogiczne. Ale jak wspaniale potrafi nas udawać.

Meredith odwrócił się od okna. Podszedł do stołu. Wziął sakiewkę Wielkiego Księcia Archentara.

— Idę — szepnął i podszedł do drzwi. Zatrzymał się jeszcze. — Potwory Sepha pokonają nas — szepnął. — Zrobią z nami co zechcą.

— Ach... Może nie dożyjemy?

— Ty może nie dożyjesz. Ja będę musiał na to patrzeć.

Draggon spojrzał zdziwiony.

— Nie możesz sam się pozbawić życia?

Meredith uśmiechnął się smutno.

— To już nic nie da. Będę żył i żył... Jestem demonem, mistrzu.

Pchnął drzwi i wyszedł na ciemniejący w zachodzie słońca podwórzec szkoły.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...