szczury_wroclawia_szpital

Wrota mistrza wojny

wrota mistrza wojny, okładka

Niektóre serie książkowe powoli zaczynają przypominać seriale, kiedy to okazuje się, że rozpoczynając cykl masz przed sobą kilka sezonów. „Wrota mistrza wojny” to już dziewiąta odsłona „Cieni pojętnych”, chociaż jest zarazem dopiero drugą książką, którą przypadło mi recenzować na łamach naszego portalu. Pierwsza randka, czyli „Spadkobiercy ostrza”, pozostawiła mnie w stanie lekkiego oszołomienia i zdecydowanie bez buziaka na koniec, jednak Tchaikovsky nie jest panną o wątłym kręgosłupie moralnym, stąd dopiero „Wrota mistrza wojny” miały ujawnić mój angaż do roli wytrwałego amanta.

Fabule daleko do miłosnych uniesień, bowiem na Nizinach panują nastroje wprost przeciwne. Złowrogie Imperium Os, żądne zemsty po porażkach z poprzedniego tomu, ponownie wznawia marsz na Sarn i Kolegium, które stają do nierównej walki, gotowe nawet na zawiązywanie niewygodnych sojuszy, mających choć trochę wyrównać szanse. Jednocześnie obserwujemy zmagania w starej puszczy modliszowców między Etheryonem a Nethyonem, gdzie imperatorowa Seda i Cheerwell Maker stają do wyścigu o ukryte w sercu kniei źródło mrocznej mocy. W dużym skrócie można powiedzieć, że fani rozbudowanych opisów krajobrazu i zagorzali pacyfiści powinni rozejrzeć się za innymi książkami.

Tchaikovsky raz jeszcze sięga po sprawdzone schematy, bowiem wszechobecna wojna i pościg za magią nie są dla serii żadnym novum. Wycieczki po lesie od razu przywołały w mojej głowie wyprawę do Khanaphes, chociaż trzeba oddać autorowi, że motyw ten odpowiednio rozbudował i postarał się o otoczkę fabularną. Cóż z tego, skoro 90% postaci cierpi na syndrom owieczki – idą jak po sznurku i wahania obejmują maksymalnie pięć sekund, kwitowane ostatecznie prostym „bo kazali”. Zerowa indywidualność wynika pewnie z ogólnej „wojskowości” tego tomu, co nie zmienia faktu, że taka Cheeerwell idzie powstrzymać Sedę, ale nie wie jak ani co w sytuacji, gdy jej plan się powiedzie. Bez imperatorowej jest właściwie nikim i autor wciąż rzuca jej pod nogi nowe wyzwania wiedząc, że dzielna żukczanka ruszy im naprzeciw bez głębszego zastanowienia.

Nie mogę jednak powiedzieć, że Tchaikovsky stworzył powieść dogłębnie wymiarową. Przez niektóre strony przeświecają wątki walki o wolność czy też poczucie mijającego czasu i świata, który nie pasuje do tego, co znamy i w czym czujemy się najlepiej. Można było z tego stworzyć naprawdę solidną podstawę pod filozoficzną refleksję, jednak ta autorowi nie pasuje do pukołuków i ortropterów. Można go za to zganić, jednak to styl, do którego da się ostatecznie przekonać.

Nie przekonałem się jednak do drobnych niedoróbek fabularnych, kiedy to pewne postacie tajemniczo znikały i wyskakiwały w zupełnie przypadkowych sytuacjach. Razi brak wytrwałości chociażby w kreacji rannej Tynisy, walczącej niczym nowonarodzona mistrzyni broni. Może nie ma tego zbyt wiele, jednak nawet te pojedyncze przykłady dość mocno odciskają swoje piętno na całej książce.

Podobnie jak to miało miejsce przy poprzednim tomie, także i tym razem jestem zszokowany okładką. Można mówić o postępie względem okrutnie paskudnej grafiki zdobiącej „Podniebną wojnę”, chociaż ta cała ognista dramaturgia w tle bardziej pasuje do tomu wieńczącego całą serię. Miło jednak, że dostajemy w swoje ręce ilustrację identyczną jak w przypadku wydań tego tytułu na całym świecie. Zrezygnowano z nietrafionego nazewnictwa podsumowania wcześniejszych wydarzeń i przytomnie zostały one tym razem podpisane mianem „Dotychczasowe dzieje”. Dużo większa niż poprzednio objętość i podział na poszczególnych bohaterów to dwa kolejne trafione pomysły, dzięki czemu szybciej odświeżymy sobie bieżącą sytuację. Wreszcie, całość jest odpowiednio gruba dzięki dodaniu specjalnego opowiadania, pierwotnie pełniącego funkcję promocyjną. Może nie wybija się swoim poziomem ponad przeciętną, jednak uzupełnia główną oś fabularną i prezentuje wydarzenia, o których autor wspomina także w treści głównej.

Podsumowując, „Wrota mistrza wojny” okazały się dla mnie randką o dość emocjonalnym przebiegu, chociaż trudno powiedzieć, bym nie myślał o kolejnym spotkaniu. Autor porusza przede wszystkim tematykę wojenną, przez co ożywiane jego piórem postacie zbyt mocno przypominają pozbawionych fantazji żołnierzy. Sprawdzone schematy pogoni za władzą i próba obrony niepodległości to także rozwiązania z poprzednich tomów, przez co moja przygoda z dziewiątym tomem serii okazała się drugą randką w tym samym miejscu. Niby można pojechać i trzeci raz, jednak atrakcje nie bawią już tak samo…

Dziękujemy wydawnictwu Rebis za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe
7
Ocena użytkowników
10 Średnia z 2 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...