dziki_lad

Fragment książki

7 minut czytania

1

– Krwawe rękawiczki.

Kobieta uniosła ręce i wpatrzyła się w nie, popatrzyła przez nie.

Jej głos był cichy, lecz pełen napięcia:

– Krew na jego dłoniach.

Jej własne ręce były czyste i blade.

Mąż kobiety pochylił się ku niej z tylnego siedzenia samochodu patrolowego.

– Mary?

Nie odpowiedziała.

– Mary, słyszysz mnie?

– Tak.

– Czyją widzisz krew?

– Nie jestem pewna.

– Krew ofiary?

– Nie. To jego własna krew.

– Zabójcy?

– Tak.

– Ma ręce pomazane własną krwią?

– Właśnie – odpowiedziała.

– Zranił się?

– Ale niegroźnie.

– Jak?

– Nie wiem.

– Spróbuj wniknąć w jego umysł.

– Już tam jestem.

– Wniknij głębiej.

– Nie potrafię odczytywać cudzych myśli.

– Wiem, kochanie. Ale masz podobne umiejętności.

Warstwa potu na twarzy Mary Bergen przypominała ceramiczną powłokę na gipsowych figurkach świętych z ołtarza. Jej gładka skóra lśniła w zielonym świetle żaróweczki tablicy rozdzielczej. Czarne oczy kobiety również błyszczały, lecz wydawały się puste i nieobecne.

Nagle pochyliła się do przodu i zadrżała.

Szef policji, Harley Barnes, uniósł się niezręcznie z siedzenia. Wielkimi dłońmi objął kierownicę.

– On ssie ranę – powiedziała. – Ssie własną krew.

Po trzydziestu latach pracy w policji Barnes nie spodziewał się, aby coś było go w stanie zdziwić czy przestraszyć. Tego wieczoru był zaskoczony nie po raz pierwszy i czuł, że jego serce zaczyna bić szybciej ze strachu.

Te ocienione drzewami ulice znał jak kontury własnej twarzy. Jednakże dzisiejszej nocy wyglądały groźnie, skąpane w szalejącej ulewie. Opony syczały na śliskiej nawierzchni. Wycieraczki przesuwały się po szybie niczym dziwaczny metronom.

Siedząca obok kobieta wyglądała niesamowicie, ale przeszkadzało mu to o wiele mniej niż zmiany, które wniosła do samochodu patrolowego. Kiedy wpadła w trans, wilgotne powietrze stało się bardziej przejrzyste. Miał pewność, że to nie wytwór jego wyobraźni. Na zwykłe odgłosy burzy i silnika samochodu nałożył się łagodny szum częstotliwości astralnych. Wyczuwał bijącą od niej siłę. Był człowiekiem zdrowo myślącym, pozbawionym przesądów. Ale nie mógł zaprzeczyć temu, co tak silnie odczuwał.

Pochyliła się w stronę tablicy rozdzielczej tak głęboko, jak tylko pozwalał jej pas bezpieczeństwa. Objęła się ramionami i zajęczała, jakby rodząc.

Maks Bergen uniósł się na tylnym siedzeniu i dotknął żony.

Zamruczała i uspokoiła się nieco.

Jego ogromna dłoń spoczęła na szczupłych ramionach Mary. Był wysoki, kanciasty, muskularny, miał grubo ciosaną twarz i czterdzieści lat, dziesięć lat więcej niż jego żona. Najbardziej przykuwały uwagę jego oczy, szare, zimne i ponure.

Barnes nigdy nie widział, żeby Maks się uśmiechał. Bergen najwyraźniej darzył Mary silnym i złożonym uczuciem, ale odnosiło się wrażenie, jakby do reszty świata odczuwał jedynie pogardę.

– Skręć za następnym rogiem – powiedziała kobieta.

Barnes lekko zahamował.

– W lewo czy w prawo?

– W prawo – odparła.

Po obu stronach ulicy stały dobrze utrzymane trzydziestoletnie, zdobione sztukaterią domy i bungalowy, przeważnie w kalifornijsko-hiszpańskim stylu. Żółte światła majaczyły niewyraźnie za zaciągniętymi zasłonami w tę chłodną, wilgotną grudniową noc. Droga była o wiele ciemniejsza niż ta, którą opuścili. Lampy sodowe stały tu jedynie na rogach, a przestrzeń między nimi wypełniały fioletowo-czarne, zlane deszczem cienie.

Skręciwszy, Barnes jechał z prędkością nie większą niż dwadzieścia kilometrów na godzinę. Z zachowania kobiety wywnioskował, że ich pościg miał się wkrótce skończyć.

Mary wyprężyła się w fotelu. Jej głos brzmiał mocniej i wyraźniej niż poprzednio, ponieważ zaczęła wykorzystywać swój przedziwny talent, swą zdolność jasnowidzenia.

– Mam wrażenie, że to… płot. Tak… teraz go widzę… Skaleczył rękę o płot.

Maks pogłaskał ją po włosach.

– Ale to nie jest poważna rana?

– Nie… tylko skaleczenie… kciuka… głębokie, ale nie obezwładniające. – Podniosła szczupłą rękę i jakby zapomniawszy, co chciała z nią zrobić, opuściła dłoń z powrotem na kolana.

– Ale może, skoro krwawi i rana jest głęboka, da sobie spokój dzisiejszej nocy? – spytał Maks.

– Nie – odpowiedziała.

– Jesteś pewna?

– Będzie kontynuował.

– Ten skurwiel zabił do tej pory pięć kobiet – powiedział Barnes. – Niektóre walczyły jak oszalałe, drapały go, kaleczyły, nawet wyrywały mu włosy. On się tak łatwo nie poddaje.

Ignorując policjanta, Maks uspokoił żonę, potem pogłaskał ją po twarzy i zadał kolejne pytanie.

– Co to za płot widzisz?

– Siatka ogrodzeniowa – odpowiedziała. – Ostra i niewykończona u góry.

– Wysoka?

– Półtora metra.

– Co otacza?

– Podwórze.

– Podwórze magazynu?

– Nie. Tył domu.

– Widzisz ten dom?

– Tak.

– Jak wygląda?

– Jest piętrowy.

– Stiuki?

– Tak.

– A dach?

– Hiszpańska dachówka.

– Jakieś niezwykłe cechy?

– Widzę niezbyt wyraźnie…

– Weranda?

– Nie.

– Może dziedziniec?

– Nie. Ale widzę… krętą ścieżkę wykładaną płytkami.

– Na tyłach czy od frontu?

– Na froncie.

– Są tam jakieś drzewa?

– Bliźniacze magnolie… po obu stronach ścieżki.

– Coś jeszcze?

– Kilka małych palm… w głębi.

Harley Barnes, mrużąc oczy, spoglądał przez zlaną deszczem szybę samochodu. Wypatrywał dwóch magnolii.

Początkowo był do tego wszystkiego nastawiony sceptycznie. Uważał, że państwo Bergen to oszuści. Grał swoją rolę w tym przedstawieniu, ponieważ wierzył w nich burmistrz. To on sprowadził tę parę do miasta i nalegał, żeby policja z nią współpracowała. Oczywiście Barnes słyszał o detektywach-parapsychologach, a zwłaszcza o tym sławnym holenderskim jasnowidzu, Peterze Hurkosie. Ale wykorzystywanie spostrzegania pozazmysłowego, aby śledzić zabójcę psychopatę i złapać go w akcji? W to nie bardzo wierzył.

„A może jednak wierzę?” − zastanawiał się. Ta kobieta była taka ujmująca, czarująca i szczera, tak przekonywająca, że może sprawiła, iż uwierzył. „Jeśli nie − pomyślał − dlaczego wypatruję teraz krzaków magnolii?”.

Z jej piersi wydobywał się teraz cichy skowyt zwierzęcia, które już na dobre wpadło w sidła. Nie był to jęk agonii, lecz ledwie słyszalne kwilenie.

Kiedy zwierzę tak kwiliło, znaczyło to: „ciągle boli, ale teraz przyzwyczaiłem się do tego”.

Wiele lat temu, jako mały chłopiec z Minnesoty, Barnes polował i zastawiał pułapki. To właśnie z powodu tego żałosnego, przytłumionego jęku rannej ofiary porzucił ten sport.

Do tej pory nie słyszał, aby istota ludzka wydała dokładnie taki dźwięk. Najwidoczniej obłąkany umysł zabójcy był pułapką, w którą wpadła, gdy siłą swego talentu szukała z nim kontaktu.

Barnes zadrżał.

– Mary – odezwał się Maks. – O co chodzi?

– Widzę go… przy tylnych drzwiach domu. Ma rękę na klamce… i krew… jego krew spływa po białej framudze. Mówi coś do siebie.

– Co mówi?

– Nie…

– Mary?

– Obrzydliwe rzeczy o tej kobiecie.

– O kobiecie z domu? O tej, którą chce dopaść?

– Tak.

– Zna ją?

– Nie. To nieznajoma… przypadkowy cel. Ale… obserwował ją… obserwował przez kilka dni… zna jej przyzwyczajenia i rozkład dnia.

Po ostatnich słowach osunęła się na drzwi samochodu. Odetchnęła głęboko kilka razy. Aby nie przerwać cienkiej nitki psychicznej więzi z obrazem przed oczyma, musiała od czasu do czasu odpocząć i zebrać energię. Barnes wiedział, że u niektórych jasnowidzów wizje przebiegają bez napięcia, niemalże bez wysiłku, ale najwyraźniej nie w tym przypadku.

Złudne głosy szeptały i skrzeczały, wybuchy staccato pojawiały się i znikały w policyjnym radiu.

Wiatr przenosił przez ulicę płachty deszczu.

„To najbardziej mokry deszczowy sezon od lat” − pomyślał Barnes. Dwadzieścia lat temu byłoby to całkiem normalne, ale stopniowo Kalifornia stawała się obszarem suszy. Dzisiaj taki deszcz wydawał się nienaturalny. „Jak wszystko, co się dzieje tej nocy” − skonstatował.

Czekając, aby Mary się odezwała, zwolnił do piętnastu kilometrów na godzinę.

Bliźniacze krzewy magnolii przy krętej ścieżce wykładanej płytkami…

Tylko z trudem dostrzegał to, co rozciągało się przed nim w światłach reflektorów, a rozpoznanie czegokolwiek po bokach wymagało nie lada wysiłku. Być może minęli już magnolie.

Widząc wahanie Mary Bergen, Dan Goldman odezwał się po raz pierwszy od godziny:

– Nie mamy wiele czasu, pani Bergen.

Goldman był rzetelnym młodym oficerem, najbardziej zaufanym podwładnym szefa. Siedział obok Maksa Bergena, za Barnesem, z oczyma utkwionymi w kobietę.

Goldman wierzył w moce psychiczne. Był wrażliwy. Barnes widział w lusterku wstecznym jego szeroką, bladą twarz. Wydarzenia dzisiejszego wieczoru sprawiły, że wyglądała jak nawiedzona.

– Nie mamy wiele czasu – powtórzył Goldman. – Jeśli ten szaleniec stoi już przed drzwiami tej kobiety…

Mary odwróciła się do niego gwałtownie.

– Dziś w nocy, dopóki nie złapią tego mężczyzny, niech pan nie wysiada z samochodu – odezwała się z troską.

– Dlaczego? – zdziwił się Goldman.

– Jeśli pan będzie próbował pomóc w ujęciu go, zostanie pan ranny.

– Zginę?

Zadrżała konwulsyjnie. Spod jej włosów wypłynęły nowe kropelki potu.

Barnes czuł, że i po jego twarzy spływa pot.

– On pchnie pana nożem… tym samym nożem, którym pozabijał kobiety… Zrani pana ciężko, ale nie zabije.

Zamknęła oczy i nakazała przez zaciśnięte zęby:

– Niech pan zostanie w samochodzie!

– Harley? – Goldman był zdenerwowany.

– Wszystko będzie w porządku – zapewnił go Barnes.

– Lepiej niech pan jej posłucha – rzekł Maks do Goldmana – i nie opuszcza samochodu.

– Jeśli będę cię potrzebował – powiedział Barnes – pójdziesz ze mną. Nikt nie zostanie ranny. – Zaniepokoił się, że ta kobieta podważa jego autorytet. Spojrzał na nią.

– Potrzebny nam numer domu, który pani opisywała, dokładny adres.

– Proszę jej nie ponaglać – powiedział Bergen. Do wszystkich, z wyjątkiem Mary, odzywał się głosem brzmiącym niczym zgrzyt ocieranych o siebie sztabek żelaza. – Naciski na nic się nie zdadzą. Mogą tylko przeszkodzić.

– Wszystko w porządku, Maks – uspokoiła go.

– Ale przecież ich prosiłem – powiedział.

Znowu odwróciła się do przedniej szyby.

– Widzę… tylne drzwi domu. Są otwarte.

– Gdzie jest ten mężczyzna, zabójca? – zapytał Maks.

– Stoi w ciemnym pokoju… małym… w pralni… właśnie… w pralni za kuchnią.

– Co robi?

– Otwiera kolejne drzwi… do kuchni… nikogo tam nie ma… przymglone światełko nad kuchenką gazową… parę brudnych talerzy na stole… on stoi… po prostu tam stoi i nasłuchuje… lewą rękę zacisnął w pięść, aby zatamować krwawienie kciuka… nasłuchuje… Z salonu dobiega muzyka Benny Goodmana, stereo… – Dotknęła ramienia Barnesa i ciągnęła dalej. W jej głosie brzmiał nowy, naglący ton: – Dwie ulice stąd. Na pewno. Drugi dom… Nie, trzeci dom za rogiem.

– Jesteś pewna?

– Na miłość boską, szybko!

„Czy zrobię z siebie głupca?” – zastanawiał się Barnes. Jeśli traktuję ją poważnie, a ona się myli, do końca kariery będę tematem niewybrednych żartów.

Mimo wątpliwości włączył syrenę i wcisnął do oporu pedał gazu. Opony zatańczyły na asfalcie. Samochód rzucił się z piskiem do przodu.

– Ciągle widzę… Przechodzi przez kuchnię… porusza się wolno… – powiedziała bez tchu.

„Jeżeli ona zmyśla to wszystko” − pomyślał Barnes – „to jest piekielnie dobrą aktorką”.

Ford rwał przez słabo oświetloną ulicę. Deszcz odbijał się od przedniej szyby. Przemknęli przez czteropasmówkę w kierunku następnej.

– Nasłuchuje… nasłuchuje… co krok… uważnie… nerwowo… wyciąga nóż z kieszeni płaszcza… uśmiecha się do ostrza… taki wielki nóż…

Na ulicy, którą wskazała, zatrzymali się przy krawężniku przed trzecim domem na prawo: dwie bliźniacze magnolie, kręta ścieżka, dwupoziomowy dom, światła na dole zapalone.

– Do diabła – powiedział Goldman z podziwem. – Idealnie pasuje do opisu.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
Wczytywanie...