Fragment książki

16 minut czytania

1

Związać ich – polecił baron Lassigny. – Są aresztowani.

Maddie i Will stali w milczeniu, a dwaj żołnierze Lassigny'ego podeszli do nich, wyciągnęli im saksy z pochew i odrzucili je na bok. Następnie szybko związali im z przodu ręce. Maddie spróbowała napiąć nadgarstki, żeby więzy lekko puściły, kiedy rozluźni mięśnie, ale żołnierz znał tę sztuczkę. Trzepnął ją grzbietem dłoni po przegubach.

– Nie rób tak – rzucił szorstko.

Maddie rozluźniła ręce, a żołnierz zacisnął rzemień, uniemożliwiając wszelkie manewry. Niedługo poczuła, że dłonie zaczynają mrowić z powodu utrudnionego dopływu krwi.

Lassigny wskazał księcia Gilesa, który wydawał się lekko oszołomiony i zaskoczony szybkością, z jaką potoczyły się wydarzenia.

– Odprowadzić go do jego komnaty – polecił.

Trzeci z żołnierzy chwycił Gilesa za przedramię i pociągnął go ze sobą. Książę poszedł z nim bez protestu. Lassigny przeniósł swoją uwagę z powrotem na Willa i Maddie.

– Tych dwoje zabrać do lochów! – rozkazał.

Will i Maddie wymienili spojrzenia. Zwiadowca wzruszył ramionami. Nie mogli stawiać oporu, ponieważ zostali związani i pozbawieni broni. Żołnierze, którzy spętali im ręce, obnażyli teraz sztylety i stanęli za dwójką zwiadowców. Lassigny zobaczył, że więźniowie nie próbują sprawiać kłopotów, więc schował miecz i wskazał schody.

– Ruszać! – nakazał.

Will ociągał się przez chwilę, ale poczuł, jak ostry czubek sztyletu przyciska się do jego pleców. Pojął tę wskazówkę i ruszył w kierunku stopni. Maddie szła obok niego, a dwaj zbrojni trzymali się tuż za nimi. Lassigny i pozostali trzej żołnierze maszerowali kilka metrów z tyłu.

Zeszli po schodach i minęli znajdującą się na wysokości blanków wartownię, z której wyjrzało kilku ziewających strażników przyglądających się z ciekawością małej procesji. Na parterze wyszli na dziedziniec. Więźniowie zawahali się, niepewni, dokąd się mają dalej udać. Kolejne trącenie ostrzem skierowało ich do donżonu.

– Wystarczyło powiedzieć – zaprotestował spokojnie Will.

Sztylet był ostry, a szturchnięcie niezbyt delikatne.

– Zamknij się – usłyszał.

Znów wzruszył ramionami i podszedł do ciężkich wrót prowadzących do donżonu. Tym razem, aby uniknąć kolejnego dźgnięcia, chwycił związanymi dłońmi żelazny pierścień zastępujący klamkę i otworzył drzwi, a potem jako pierwszy wszedł do środka.

– Dokąd teraz? – zapytał, kiedy wszyscy znaleźli się wewnątrz donżonu.

– Na dół – powiedział strażnik, wskazując schody na środku ogromnej sali.

Will ruszył, ale zanim zdążył dojść do pierwszych stopni, zatrzymał się, słysząc głos Lassigny'ego.

– Zamknijcie ich we wschodnim bloku – polecił baron. Żołnierz pomrukiem potwierdził przyjęcie rozkazu, a Lassigny po raz pierwszy od zejścia z wieży zwrócił się do Willa i Maddie: – Porozmawiamy za kilka dni – zapowiedział.

– A mamy o czym rozmawiać? – zapytał Will.

Lassigny uśmiechnął się bez najmniejszego śladu rozbawienia.

– O, sądzę, że tak – oznajmił lodowato. – Zobaczymy, czy kilka dni w celi nie sprawi, że staniesz się bardziej gadatliwy. Może znowu dla mnie zaśpiewasz.

Odwrócił się i ruszył po schodach na wyższe piętro donżonu, do swoich komnat. Will znowu poczuł dźgnięcie w plecy.

– Dobrze, dobrze – powiedział i zaczął schodzić do podziemi.

Żołnierz jak cień ruszył za nim, a zaraz po nich poszli Maddie i jej strażnik. Pozostała trójka zbrojnych także im towarzyszyła, tupiąc buciorami po drewnianych schodach. Na niższym poziomie stopnie zrobiono z surowego kamienia, a powietrze stało się wyraźnie chłodniejsze i wilgotniejsze. Zeszli jeszcze dwa poziomy, a potem więźniowie zostali skierowani na prawo.

Mury zbudowano tutaj z grubo ciosanych kamieni. Płonące pochodnie w uchwytach na ścianach rzucały słabe światło na wąski i niski korytarz, którym przeszli do żelaznych drzwi.

– Zatrzymaj się! – nakazał Willowi strażnik. Najwyraźniej sztylet przydawał się tylko przy poleceniach dotyczących poruszania się, a nie zatrzymywania. – Mariusie! Jesteś tam? – zawołał żołnierz, a jego głos odbił się echem w kamiennym korytarzu.

Z ciemności w głębi lochu usłyszeli przytłumiony głos, chwilę potem z głośnym skrzypieniem otworzyły się drzwi, a na ściany padła smuga żółtego światła lampy. Z wnętrza wyłonił się zwalisty mężczyzna, który pochylił głowę pod niskim sufitem i poczłapał ciężko w ich stronę.

– Idę, idę! – zawołał burkliwym, gardłowym głosem.

Zbliżył się, dziwacznie powłócząc i szurając nogami, aż wreszcie się zatrzymał, żeby zlustrować nowo przybyłych. W świetle najbliższej pochodni więźniowie zobaczyli jego twarz o grubych łukach brwiowych i poplątaną, skołtunioną brodę. Nos mężczyzny został dawno temu złamany, zapewne mocnym ciosem, i nie nastawiono go prawidłowo, więc był teraz spłaszczony i przekrzywiony lekko w jedną stronę. Pod krzaczastymi brwiami lśniły czarne oczy pozbawione litości.

Uśmiechnął się, odsłaniając liczne luki w uzębieniu.

– Ach, rozumiem, że przybyli nowi goście – powiedział i się roześmiał.

To nie był przyjemny dźwięk, a ten wybuch wesołości sprawił, że pęk wielkich kluczy zwisający z szerokiego skórzanego pasa zabrzęczał głośno.

Stojący za Willem żołnierz przestąpił z nogi na nogę. Zwiadowca odnosił wrażenie, że zbrojny nie czuje się szczególnie pewnie w obecności strażnika więziennego.

– Otwórz nam szybko i wpuść ich – powiedział krótko.

– Nie ma pośpiechu, Ramonie – odparł strażnik ochrypłym szeptem.

Wybrał ciężki żelazny klucz z pęku przy pasie i uchylił drzwi, żeby wpuścić ich na kolejny korytarz.

– Popatrzmy, kogo tutaj mamy – stwierdził.

Podszedł do Willa i przyjrzał się jego twarzy. Z bliska smród niemytego ciała strażnika i jego cuchnący oddech były nieznośne.

– Proszę, to nasz skowroneczek – zdumiał się teatralnie mężczyzna. Potem zbliżył się także do Maddie, żeby jej się przypatrzeć. – Oraz jego urocza córeczka.

Maddie nie ruszyła się z miejsca, kiedy strażnik przykucnął i przybliżył pokiereszowaną twarz do jej twarzy.

– Witam w moim ślicznym domu – oznajmił i roześmiał się znowu głośno.

Maddie wbrew sobie drgnęła.

– Otwórz celę – powiedział z naciskiem Ramon.

Po obu stronach korytarza znajdowały się cele odgrodzone od przejścia kratami.

Strażnik więzienny odsunął się od Maddie i włożył ten sam klucz w zamek w drzwiach jednej z cel. Kratownica zaskrzypiała głośno, kiedy popchnął ją, żeby się otworzyła. Mężczyzna drwiąco pochylił się w udawanym pokłonie i wskazał dwojgu więźniom pomieszczenie.

– Proszę, mili goście, czujcie się jak u siebie w domu.

– Do środka – polecił krótko Ramon.

Było jasne, że chce jak najszybciej wydostać się stąd i uwolnić od towarzystwa strażnika.

Will i Maddie nie potrzebowali dodatkowej zachęty. Weszli do środka, a Marius zatrzasnął za nimi skrzypiącą kratę, zabrzęczał kluczem w zamku i szarpnął kilka razy pręty, żeby się upewnić, że drzwi są dobrze zamknięte.

– Ręce – powiedział Ramon, wskazując poziomą lukę pomiędzy kratami.

Will zrozumiał, o co mu chodzi, i wysunął na zewnątrz związane nadgarstki, żeby żołnierz mógł sztyletem przeciąć więzy. Maddie pospiesznie zrobiła to samo i odetchnęła z ulgą, gdy szorstki rzemień opadł jej z przegubów, a krew zaczęła z powrotem napływać do rąk.

– Bądźcie z nim ostrożni – szepnął Ramon, ruchem głowy wskazując wielkiego, potarganego strażnika więziennego. – Zabije was za byle krzywe spojrzenie.

– Dziękujemy za ostrzeżenie – odparła przyciszonym głosem Maddie.

Pocierała nadgarstki i krzywiła się z bólu, który towarzyszył przywróconemu krążeniu krwi.

Ramon spojrzał na stojącego za nim zwalistego strażnika.

– Uważaj na nich – ostrzegł Mariusa. – Baron będzie chciał z nimi porozmawiać za kilka dni. Chce, żeby mogli mu odpowiadać.

Strażnik znowu udał, że się kłania, zamiatając dłonią kamienną podłogę.

– Och, oczywiście, oczywiście – zapewnił z przybraną maską zatroskanego. – Rozkażę służącym, żeby przynieśli im gorący posiłek, napoje i ciepłe, miękkie posłania. – Raz jeszcze ryknął śmiechem i odwrócił się, żeby wrócić do swojej izby. – Gorący posiłek i ciepłe posłania – powtórzył i znowu się roześmiał.

Nie dostali oczywiście żadnego jedzenia, a za posłanie posłużyła cienka warstwa brudnej słomy na wilgotnej, kamiennej podłodze. Celę oświetlały pochodnie z korytarza. Will i Maddie rozejrzeli się po swoim otoczeniu, choć w półmroku niewiele mogli zobaczyć.

– Witam w naszym nowym domu – powiedział Will.

Maddie zmarszczyła brwi.

– Trudno to nazwać pałacem, prawda?

Jej mentor wzruszył ramionami.

– Przynajmniej jest tu ciepło i sucho – oznajmił, ale Maddie prychnęła tylko lekceważąco.

– Tutaj nie jest ciepło i z pewnością nie jest sucho – zauważyła.

Chłód panujący w celi był nieprzyjemny i przenikliwy. Takimi warunkami cechowały się pomieszczenia znajdujące się kilka poziomów pod ziemią, na stałe pozbawione ciepła i promieni słońca. Wydawało się, że zimno sączy się z kamiennych ścian, a przyćmione światło lśniło w czarnych kałużach wody na podłodze.

Will westchnął.

– Cóż, nie można mieć wszystkiego – stwierdził.

2

Zgarnęli słomę w jedno miejsce, żeby ułożyć warstwę na kamiennej podłodze, a potem owinięci pelerynami usiedli, opierając się o ścianę. Wilgotny chłód celi szybko zaczął przenikać także przez okrycia, a słabe światło nie pozwalało przyjrzeć się otoczeniu.

Po jakiejś godzinie usłyszeli człapanie Mariusa, który przeszedł korytarzem i wymienił pochodnie. Potem drzwi do izby, w której zapewne mieszkał, zatrzasnęły się z łoskotem i strażnik więcej się nie pokazał. Nieco później Maddie udało się zdrzemnąć niespokojnym snem. Reszta nocy upłynęła im w zimnie i niewygodzie.

Po przebudzeniu, ku swojemu zaskoczeniu, zobaczyli światło dzienne. Nad jedną ze ścian celi znajdował się szyb wentylacyjny szeroki na jakieś dwa metry i sięgający aż do powierzchni ziemi. Kiedy stanęli pod murem, mogli spojrzeć w górę i zobaczyć nad sobą żelazną kratę. Od czasu do czasu przesuwał się po niej cień, kiedy ktoś przechodził obok.

– Najwidoczniej wychodzi na dziedziniec – powiedział Will.

Szyb wpuszczał do lochów światło i powietrze – jedno i drugie w ograniczonych ilościach. Niestety wpuszczał także deszcz, co tłumaczyło kilka dużych kałuż, które teraz widzieli całkiem wyraźnie. Gdy na zewnątrz zrobiło się jaśniej, zwiadowcy wykorzystali okazję, żeby rozejrzeć się po nowym miejscu. Nie było zbyt wiele do oglądania. Cela była spora, miała jakieś dziesięć na siedem metrów, z sufitem równie niskim, jak w korytarzu obok. Podłogę ułożono z litego kamienia, ściany zaś z ociosanych kamiennych bloków połączonych bez śladu zaprawy. Jeden kąt, odgrodzony prostą ścianką, służył za ustęp. Will zajrzał tam i ostrożnie pociągnął nosem.

– Używać tylko w razie absolutnej konieczności – mruknął, wycofując się stamtąd.

Poza tym w celi nie było żadnych mebli. Ze ściany zwisało kilka par kajdan na zardzewiałych łańcuchach.

– Nie podobają mi się – zauważyła Maddie.

Will skinął głową.

– Najlepiej zrobimy, nie denerwując naszego przyjaciela Mariusa – odparł.

Sądząc po świetle dnia wpadającym przez szyb, mogli oszacować, że dochodziła ósma. Usłyszeli kroki zbliżającego się strażnika. Spojrzał na nich przez kraty i zarechotał ochryple.

– Widzę, że skowroneczki już nie śpią – powiedział. – W samą porę na śniadanie: ciepłe bułeczki i gorąca kawa.

Wsunął drewnianą tacę przez szczelinę w drzwiach, którą poprzedniego wieczoru wykorzystał Ramon, żeby przeciąć więzy zwiadowców, i ustawił ją na szerokiej żelaznej płycie stanowiącej rodzaj parapetu. Will podszedł, żeby zabrać tacę, ale kiedy to zrobił, Marius cofnął ją ku sobie.

– Powiedz „dziękuję” – zażądał, rechocząc.

– Dziękuję – powiedział Will.

Marius przytrzymywał tacę tuż poza zasięgiem jego rąk.

– Dziękuję, dobry Mariusie – podpowiedział.

– Dziękuję, dobry Mariusie – powtórzył Will.

Jednak taca nadal znajdowała się poza jego zasięgiem.

– Dziękuję, dobry, wielkoduszny Mariusie.

– Dzię… – zaczął Will, ale strażnik przerwał mu w pół słowa.

– Dziękuję, dobry, życzliwy, wielkoduszny Mariusie, za to przepyszne śniadanie.

Will z najwyższym wysiłkiem powstrzymał się, aby nie okazać narastającej irytacji tą dziecinną farsą. Wiedział, że nie ma żadnego sensu drażnić tego potwora.

– Dziękuję, dobry, życzliwy, wielkoduszny Mariusie, za to przepyszne śniadanie.

Marius ponownie zachichotał – był to nieprzyjemny dźwięk, zupełnie niepasujący do jego zwalistej sylwetki. Tym razem jednak przesunął tacę tak, że Will mógł jej dosięgnąć, i pozwolił zabrać posiłek do celi.

– Ależ nie ma za co – oznajmił, odwrócił się i poczłapał do swojej izby w głębi korytarza, śmiejąc się do siebie.

Will pokręcił głową i w końcu westchnął z powstrzymywaną dotąd irytacją.

– Czy to naprawdę bułeczki i kawa? – zapytała Maddie i stanęła na palcach, żeby zajrzeć mu przez ramię na tacę.

– Żartujesz? – odparł ponuro Will.

Na tacy znajdowały się dwa cynowe kubki, poobijany cynowy dzbanek z zimną wodą i dwa zeschnięte rogaliki. Na jednym widać było odrobinę pleśni.

– Aha – powiedziała Maddie. – Tak myślałam, że to zbyt piękne, by było prawdziwe.

– Jesteś bardzo łatwowierna – stwierdził Will. Wziął zapleśniały rogalik. – Ten będzie dla mnie.

Maddie skinęła głową.

– Jestem ci za to wdzięczna.

Szybko zjedli i napili się. Chociaż jedzenie trudno byłoby nazwać apetycznym, oboje byli głodni i spragnieni. Will przelał wodę, która wydawała się w miarę czysta, do kubków, pozostawiając połowę w dzbanku.

– Nie wiadomo, kiedy znowu coś dostaniemy – zauważył.

Odstawił tacę na żelazny parapet przy drzwiach i wrócił na swoje miejsce pod ścianą. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o nierówny kamień.

– Co teraz? – zapytała Maddie.

Siedziała kilka metrów od niego w takiej samej pozycji. Nie mieli wiele przestrzeni. Przynajmniej tutaj podłoga była bardziej sucha, ponieważ podnosiła się z tej strony, a woda spływała tam, gdzie było niżej.

– Myślę, że będziemy tu siedzieć i myśleć o niebieskich migdałach, dopóki Lassigny nie zaszczyci nas rozmową – powiedział Will.

– Niebieskich migdałach – powtórzyła Maddie, przechyliła głowę na bok i zaczęła to rozważać. – Tak się zastanawiam, dlaczego akurat niebieskich? Dlaczego nie zielonych?

– Myślenie o niebieskich migdałach to praktyka z długą tradycją – zapewnił ją Will. – A zielone może być pojęcie, którego nie mamy w kwestii tego, co się z nami stanie.

Maddie westchnęła ciężko. Poza zimnem, niewygodą i niesmacznym jedzeniem jednym z aspektów takiego siedzenia w zamknięciu była także okropna nuda. Nie mieli tu niczego do roboty, niczego do zobaczenia i niczego do posłuchania. Dla tak energicznej młodej osoby jak ona ten brak działania i bodźców był praktycznie nie do zniesienia.

To prawda, na szkoleniu uczono ją spędzać długi czas na oczekiwaniu w ukryciu, w milczeniu i bez ruchu. Jednak w takim przypadku kluczowe było właśnie „oczekiwanie”. Pozostawała nieruchoma, ale spodziewała się, że coś się zdarzy, że będzie musiała podjąć błyskawiczne działanie.

Tutaj jedynym zdarzeniem mogło być pojawienie się strażnika więziennego z kolejnym nieapetycznym posiłkiem. Trudno to nazwać czymś, czego się oczekuje.

– Zastanawiam się, co takiego planuje Lassigny – odezwała się Maddie. – Jak myślisz, jak długo zamierza nas tu trzymać? Powiedział, że chce z nami porozmawiać, prawda? Jak ci się wydaje, kiedy to będzie?

– Nudzisz się? – zapytał Will z nutą współczucia w głosie.

– Okropnie. A jeszcze nawet nie ma południa – przyznała Maddie.

Will kilka razy skinął głową.

– Może spróbujesz robić to, co ja robię, kiedy się nudzę – podsunął.

Maddie odwróciła się, żeby na niego popatrzeć.

– A co to takiego?

– Siedzę cicho i nie zawracam głowy innym.

Skarcona Maddie oparła się znowu o ścianę i poprawiła kilka razy, żeby znaleźć odrobinę wygodniejszą pozycję. Niezależnie od tego, jak się przesuwała, jakiś występ kamienia zawsze wbijał jej się w plecy. Znów westchnęła, ale tym razem Will ją zignorował.

Po kilku minutach odezwała się ponownie:

– Może moglibyśmy go jakoś oszukać i uciec – zaproponowała.

Will popatrzył na nią ponuro.

– Chodzi ci o tę niesympatyczną żywą górę, która siedzi tam w korytarzu?

Maddie skinęła głową.

– Jak myślisz, jak mielibyśmy to zrobić? – zapytał Will.

– Mogłabym na przykład udawać, że jestem chora. Zaczęłabym jęczeć i krzyczeć z bólu, a ty byś go zawołał, żeby przyszedł i sprawdził, co się ze mną dzieje.

– A potem?

– A potem mógłbyś go obezwładnić i ucieklibyśmy.

– Widzę dwa problemy – odparł Will. – Po pierwsze, wątpię, żeby Mariusa obeszło choćby odrobinę, nawet gdybyś jęczała i krzyczała przez cały dzień. Myślę, że raczej by go to bawiło.

Zamilkł na chwilę, żeby Maddie przemyślała jego słowa.

W końcu zapytała:

– A ten drugi problem? Powiedziałeś, że widzisz dwa.

– Jak niby miałbym go obezwładnić? Widziałaś, jakich jest rozmiarów? To prawdziwe monstrum. Jest trzy razy większy ode mnie.

Maddie zastanowiła się. Nie rozważała wcześniej takich szczegółów planu.

– Cóż, oczywiście pomogłabym ci.

Will ze znużeniem pokręcił głową.

– On jest dwa razy większy od nas obojga razem wziętych.

– Moglibyśmy go czymś ogłuszyć – zaproponowała Maddie.

Will machnięciem ręki wskazał puste wnętrze celi.

– Niby czym? Wiechciem słomy?

Maddie także się rozejrzała.

– Mamy dzbanek na wodę – zauważyła z nadzieją.

– Owszem, mamy – przyznał Will. – Gdybym oprócz tego dzbanka miał ołowianą rurę, być może zdołałbym go ogłuszyć.

Znowu zapadła cisza.

– Ciągle mam swój nóż do rzucania – powiedziała w końcu Maddie.

Will skinął głową.

– Ja także.

O dziwo, ludzie Lassigny'ego nie przeszukali ich dokładnie po aresztowaniu, zadowolili się tylko zabraniem ich saks. Will nadal miał mały nóż do rzucania przywiązany do lewego przedramienia, a Maddie – ukryty w pochewce wszytej pod kołnierzem.

– Ale nawet jeśli je mamy – ciągnął Will – to czy jesteś gotowa zamordować go z zimną krwią?

Maddie poruszyła się niespokojnie.

– Raczej nie.

Pogrążyli się w milczeniu. Tym razem, ku zaskoczeniu Maddie, po kilku minutach przerwał je Will.

– Skąd on wiedział?

Maddie popatrzyła na niego i zmarszczyła brwi.

– Kto i o czym wiedział?

– Lassigny. Skąd wiedział, że zamierzamy uwolnić Gilesa? Było widać, że się tego spodziewał. Nawet Marius nie wydawał się zaskoczony, kiedy nas tutaj przyprowadzono. Uprzedzono go, że ma oczekiwać więźniów. Więc skąd Lassigny o tym wszystkim wiedział?

– Może jest z natury podejrzliwy? – podsunęła Maddie, ale Will potrząsnął głową.

– Nie ma niczego, co łączyłoby nas z księciem Gilesem – zauważył. – Właśnie dlatego Philippe postanowił poprosić osoby z zewnątrz, żeby wykonały tę misję. – Milczał przez kilka sekund. – Ktoś musiał nas zdradzić.

– Zdradzić nas? Ale kto chciałby coś takiego zrobić? Kto zrobiłby coś takiego?

Will powoli odwrócił się i popatrzył prosto na nią.

– To jest podstawowe pytanie, prawda?

3

nocy szalała gwałtowna burza.

Błyskawice rozjaśniały szyb wentylacyjny i pozostawiały prostokątne powidoki, które gasły dopiero po kilku sekundach. Donośne grzmoty wstrząsały nocnym niebem i sprawiały, że nawet tak głęboko pod ziemią ściany i podłoga celi drżały.

Jeszcze bardziej nieprzyjemne niż efekty towarzyszące nawałnicy były dźwięki dobiegające z izby strażnika w głębi korytarza. Marius najwyraźniej bał się burzy. Szlochał i krzyczał ze strachu przy każdym ogłuszającym łoskocie pioruna i przy każdej błyskawicy, której rozbłysk oświetlał pogrążony w półmroku loch.

W końcu, nad ranem, burza się oddaliła, a krzyki Mariusa zmieniły się w ciche zawodzenie, mimo wszystko doskonale słyszalne dla dwojga więźniów.

– Nie śpisz? – zapytał Will, kiedy rozległ się grzmot.

– Kto mógłby spać w takich warunkach? – Maddie owinęła się ciaśniej peleryną.

Poza grzmotami i błyskawicami była jeszcze ulewa, która wlewała się do środka przez szyb wentylacyjny. Ogromne krople rozpryskiwały się na kamiennej podłodze, ochlapując wnętrze celi. Maddie i Will odsunęli się jak najdalej i patrzyli na kałuże powoli zagarniające coraz większe połacie podłogi.

Maddie przypomniała sobie burzę, która złapała ich w drodze do zamku Lassigny'ego. Wtedy siedziała otulona kocem w ciepłym i bezpiecznym wozie, mogąc w każdej chwili pogładzić nos Zderzaka znajdującego się kilka centymetrów obok niej, za płótnem. Kiedy porównała tamto doświadczenie z zimną wilgocią lochu, mimo woli się wzdrygnęła.

Zaraz po wschodzie słońca Marius przyniósł im śniadanie. Był zmęczony, a oczy miał wyraźnie zaczerwienione i pełne strachu. Najwidoczniej nadal doskwierało mu wspomnienie niespokojnej nocy. Will podszedł do kraty, zabrał tacę i cofnął się szybko poza zasięg strażnika do czekającej Maddie. Marius przyglądał im się z nienawiścią, gdy usiedli na podłodze i pochylili się nad jedzeniem i wodą. W końcu, z lekceważącym pomrukiem, odwrócił się i poczłapał do swojej nory.

Wszelkie ewentualne problemy z Mariusem zniknęły jeszcze przed południem, ponieważ w lochu pojawił się Ramon wraz z trzema żołnierzami i zawołał strażnika, rozkazując mu otworzyć drzwi. Zwalisty Marius przyszedł ze swojej izby, powłócząc nogami, i ponownie odpiął od pasa wielki żelazny klucz. Ramon popatrzył na niego drwiąco. Bez wątpienia zauważył nadal zaczerwienione oczy i niepewny wyraz twarzy strażnika.

– Podobała ci się burza? – zapytał złośliwie.

Pochylony nad zamkiem Marius spojrzał na niego.

Ramon nagle zamachał szeroko rękami i zrobił krok do przodu.

– Bum! – wrzasnął i roześmiał się, kiedy Marius drgnął i odsunął się od niego.

– Ja bym go nie drażnił – ostrzegł Will.

Ramon tylko parsknął drwiąco.

– Nas jest czterech, a on jest nieuzbrojony i wie o tym – stwierdził. – Szczerze mówiąc, chciałbym, żeby spróbował nas zaatakować.

Gestem nakazał Mariusowi otworzyć drzwi celi, a strażnik posłuchał go, krzywiąc się gniewnie. Było jasne, że nie przepadają za sobą.

Will pokręcił głową.

– Pewnego dnia możesz nie mieć nad nim przewagi liczebnej – powiedział, ale Ramon tylko znowu prychnął i machnął na dwóch zwiadowców, polecając im wyjść z celi.

– Dokąd się wybieramy? – zapytał Will.

Ramon nie zamierzał dzielić się tą informacją.

– Zobaczycie – powiedział szorstko. – Wysuńcie do przodu ręce.

Pozostałych trzech żołnierzy dobyło sztyletów, kiedy tylko krata stanęła otworem. Nie spuszczali oka z dwojga więźniów, gotowi zareagować na każdą oznakę nieposłuszeństwa.

– Rób, co ci każe – powiedział Will do Maddie.

Wyciągnął przed siebie ręce skrzyżowane w nadgarstkach, a Ramon szybko i sprawnie owinął je krótkim kawałkiem rzemienia i mocno związał.

Zrobił to samo z Maddie, która także dała się skrępować, i roześmiał się, gdy zobaczył, że tym razem nie próbowała napinać nadgarstków.

– Szybko się uczysz, prawda? – Chwycił ją za ramię i bezceremonialnie odwrócił do drzwi. – Idziemy.

Dwaj żołnierze ruszyli przodem. Trzeci szedł obok Ramona, kilka kroków za Willem i Maddie. Wszyscy trzymali sztylety w gotowości o kilka centymetrów od pleców więźniów. Na szczęście tym razem nie szturchali ich ani nie dźgali, żeby zachęcić do szybszego marszu.

Weszli po schodach aż na parter. Will założył, że zostaną zaprowadzeni do gabinetu Lassigny'ego, więc chciał się odwrócić do szerokich stopni prowadzących na wyższe piętra. Ku swojemu zaskoczeniu został powstrzymany przez Ramona.

– Nie tędy – powiedział żołnierz. – Na zewnątrz.

Will otworzył drzwi i jako pierwszy wyszedł na dziedziniec. Burzowe chmury rozwiały się, a słońce świeciło nieprzyjemnie jasno – szczególnie z punktu widzenia osób, które spędziły prawie dwa dni w ciemnościach celi. Maddie i Will osłonili oczy związanymi rękami i zawahali się, niepewni, dokąd mają iść.

– Wieża północno-zachodnia – polecił Ramon, wskazując właściwą drogę.

Przecięli dziedziniec, kierując się do baszty w jego północno-zachodnim rogu. To właśnie przy niej Maddie kilka dni temu naraziła się jednemu z zamkowych strażników, gdy próbowała się przyjrzeć dokładniej kamiennej konstrukcji. Kiedy zbliżyli się do drzwi, jeden z żołnierzy wyszedł do przodu, żeby je otworzyć i wpuścić więźniów do środka.

– Na schody – powiedział Ramon, znowu ograniczając się do lakonicznej instrukcji.

Machnięciem sztyletu wskazał stopnie pośrodku wieży.

– W dół? – zapytał Will, spodziewając się, że zostają przeniesieni do innego lochu.

Jednak znowu zaskoczyła go odpowiedź.

– W górę – rzucił Ramon, a Will wzruszył ramionami i posłuchał polecenia.

Wchodzili krętymi schodami. Maddie naliczyła po drodze osiem pięter, zanim znaleźli się na poziomie z rozchodzącym się na dwie strony korytarzem, z którego szereg drzwi prowadził do pomieszczeń po zewnętrznej stronie wieży.

– W lewo – powiedział Ramon. – Trzecie drzwi.

Zwiadowcy poszli tam, gdzie im kazał. Will zatrzymał się przy trzecich drzwiach i czekał na dalsze instrukcje.

– Otwórz i wejdź do środka – polecił Ramon.

Dwoje zwiadowców przekroczyło próg komnaty, a Ramon i jeden z pozostałych żołnierzy poszli w ich ślady. Will i Maddie rozejrzeli się po nowym miejscu. Przy zewnętrznej ścianie zobaczyli dwa drewniane fotele koło niedużego kominka. Naprzeciwko, pod oknem, stał mały stolik i dwa zwykłe krzesła. Z części wspólnej wychodziło przejście do dwóch sypialni odgrodzonych grubymi zasłonami. Rzeczy Willa i Maddie, w tym mandola, zostały zabrane z niszy sypialnej we wspólnej sali w donżonie i ułożone na środku komnaty.

Ramon szerokim gestem wskazał wnętrze.

– Rozgośćcie się tutaj – powiedział. – Baron później się z wami spotka.

Przeciął więzy na ich rękach, skinął na pozostałych żołnierzy i wyszedł ze swoimi podwładnymi na korytarz, zamykając za sobą drzwi. Zwiadowcy usłyszeli szczęk ciężkiego zamka ryglowanego od zewnątrz. Wymienili zaskoczone spojrzenia.

– Tego się nie spodziewałem – przyznał Will.

Maddie pokręciła głową i powoli obeszła komnatę. Poza dwoma sypialniami było tu jeszcze trzecie pomieszczenie, oddzielone drzwiami, a nie kotarą. Kiedy je otworzyła i weszła do środka, znalazła się w niedużej łazience z toaletą schowaną za przegrodą. Zajrzała do niej i przekonała się, że jest czysta i dobrze utrzymana – był to zdecydowany postęp w porównaniu do jakości ustępu w lochach Mariusa. Wróciła do głównej sali w momencie, gdy rozległ się szczęk klucza w zamku. Do środka weszło dwoje służących. Za ich plecami, na korytarzu, czekali dwaj uzbrojeni żołnierze.

Służący popatrzyli na zwiadowców, a potem zanieśli przyniesione rzeczy na właściwe miejsca. Kobieta dźwigała tacę przykrytą białą serwetą, mężczyzna natomiast wiadro gorącej wody, z którego unosiła się para. Z wyraźnym wysiłkiem zataszczył je do łazienki i ustawił na podłodze, rozlewając przy tym odrobinę. Kobieta, która postawiła tacę na stole, ściągnęła serwetę, odsłaniając miękkie rogaliki oraz talerz z pokrojoną szynką i serem. Willa i Maddie najbardziej jednak zainteresował poobijany emaliowany dzbanek, z którego unosił się wonny aromat gorącej kawy. Maddie poczuła, że ślinka napływa jej do ust.

– Umyjcie się, zjedzcie coś i się napijcie – powiedział mężczyzna. – Baron przyśle po was za godzinę.

Z tymi słowami służący wyszli z komnaty, a klucz ponownie szczęknął w zamku od zewnątrz. Will i Maddie po raz kolejny wymienili spojrzenia.

– O co tu chodzi? – zapytała Maddie.

Will wzruszył ramionami.

– Lassigny przesyła nam wiadomość – wyjaśnił. – Będzie chciał od nas informacji. Lochy pokazały nam, gdzie się znajdziemy, jeśli mu ich nie damy. Tutaj najwyraźniej będziemy przetrzymywani, jeśli zgodzimy się współpracować. Powiedziałbym, że to klasyczna złota klatka.

Maddie popatrzyła znacząco na ciężkie drewniane drzwi.

– Ale mimo wszystko klatka – zauważyła.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...