traveler

Fragment książki

środa, 23 kwietnia 2014

JE­DEN

Nie po­do­ba mi się to, co widzę – ode­zwała się Sa­sha. Opar­ta o re­ling „Dzie­wi­cy” ob­ser­wo­wała trzy stat­ki wi­docz­ne za rufą. Ich masz­ty o wydętych fo­kach kołysały się w rytm fal. – Jak sądzisz, w ja­kiej są od­ległości?

– Może pięciu lig – od­parł Er­rol­lyn. – Nie są szyb­si. Wątpię, by nas do­go­ni­li.

Sa­sha odwróciła się i omiotła spoj­rze­niem pokład. Wiatr roz­wiał jej krótkie włosy, szarpnął potrójnym war­ko­czy­kiem. Wiel­kie żagle załopo­tały, ta­kie­lu­nek za­skrzy­piał. Kil­ku lu­dzi z załogi przy­kucnęło, czuj­nie ob­ser­wując węzły i blocz­ki oli­no­wa­nia na wy­pa­dek, gdy­by któryś puścił. Dziób w roz­bry­zgach białej pia­ny ciął toń. „Dzie­wi­ca” uniosła się, a następnie zwol­niła na grzbie­cie nad­ciągającej fali. Okręt łagod­nie ześli­zgnął się w odmęty, wy­tra­cając połowę prędkości. Maszt po­chy­lił się w lewo.

Na bak­burtę, zga­niła się w myślach Sa­sha. Bak­bur­ta była po le­wej, ster­bur­ta z pra­wej. Spędzała na mo­rzu siódmy dzień i, po­mi­mo nie­po­go­dy, nie od­czu­wała skutków cho­ro­by mor­skiej tak moc­no, jak się oba­wiała. Przez pół roku w Pe­tro­do­rze nabyła spo­ro ry­bac­kie­go, wioślar­skie­go i żeglar­skie­go doświad­cze­nia na nie­wiel­kich łódkach, co uczy­niło z niej kogoś na po­do­bieństwo wil­ka mor­skie­go. Nie wy­mio­to­wała więc te­raz prze­wie­szo­na z po­zie­le­niałą twarzą przez re­ling, jak ktoś, kogo mogłaby wska­zać.

– Nie je­stem sko­ra uczyć się w tym mo­men­cie mor­skie­go rze­miosła – od­parła. Prze­cze­sy­wała wzro­kiem ho­ry­zont w po­szu­ki­wa­niu ko­lej­nych żagli, ale nie do­strzegła żad­nych no­wych okrętów. Nie­mniej spie­nio­ne i wzbu­rzo­ne mo­rze mogło kryć nie­spo­dziankę, na­wet jeżeli ob­ser­wa­to­rzy dys­po­no­wa­li równie do­sko­nałym wzro­kiem jak Er­rol­lyn. Nie­mal na pew­no ścigały ich al­gras­seńskie okręty. Z tej od­ległości nie sposób było jed­nak do­strzec flag. Minęli nie­daw­no Al­gras­se i od stro­ny ster­bur­ty, od cza­su do cza­su, dawało się za­uważyć ma­jaczące w od­da­li wy­brzeże La­ro­sy.

Ka­pi­tan li­czył, że na­po­tkają wkrótce rho­daański lub sa­al­sheński pa­trol, który przepłoszy prześla­dowców. W ob­li­czu ser­rińskiej mor­skiej potęgi ści­gający byli nic nie­znaczącymi pi­ra­ta­mi. Al­gras­seńczy­cy za­gro­zi­li blo­kadą w przy­pad­ku ata­ku na Elis­se. Obec­nie usiłowa­li wpro­wa­dzić ową groźbę w życie, wy­ko­rzy­stując trzy jed­nost­ki, które na­pa­sto­wały frach­tow­ce płynące sa­mot­nie lub w nie­wiel­kich gru­pach, nig­dy nie odważyły się jed­nak stanąć do po­je­dyn­ku bur­ta w burtę z okrętem wo­jen­nym. Na Mo­rzu Elis­seńskim pa­no­wał zbyt wiel­ki ruch, by każdemu z frach­towców za­pew­nić stałą eskortę. Parę poszło na dno. Sa­sha miała na­dzieję, że rho­daański sta­tek, na którego pokładzie płynęli, na­prawdę po­tra­fi roz­winąć z wia­trem tak za­wrotną szyb­kość, jak prze­chwa­lał się jego ka­pi­tan.

Roz­ważała, czy nie po­win­ni trzy­mać się bliżej wy­brzeża. Elis­se nie sprzy­jało ich spra­wie bar­dziej od La­ro­sy czy też Al­gras­se, nie­mniej od ty­go­dni samo od­pie­rało ata­ki. Jeśli przyjąć, że ostat­nie do­nie­sie­nia od­po­wia­dały praw­dzie, Rho­daańska Stal ominęła por­to­we mia­sto Al­gen i ob­le­gała obec­nie Ve­the­nel, położone da­lej na północy. Uwzględniając wszyst­ko, co Sa­sha słyszała o Rho­daańskiej Sta­li, miała właści­wie pew­ność, że jeśli wieści głosiły prawdę, mia­sto już daw­no padło.

Wy­brzeże na długim od­cin­ku oka­zało się jed­nak ska­li­ste, przy­brzeżne wody zdra­dli­we, a elis­seńska ma­ry­nar­ka, cze­go oba­wiał się ka­pi­tan „Dzie­wi­cy”, nie zo­stała do końca roz­bi­ta. Naj­praw­do­po­dob­niej jej nie­do­bit­ki czaiły się w przy­brzeżnych za­tocz­kach zna­nych je­dy­nie miej­sco­wym. Ka­pi­tan wy­ty­czył za­tem kurs pro­wadzący bar­dziej na zachód, przez sam śro­dek Mo­rza Elis­seńskie­go. Od wiel­kie­go rho­daańskie­go por­tu, Tra­ca­to, dzie­liło ich rap­tem półtora dnia żeglu­gi, jeśli tyl­ko utrzy­ma się wiatr.

Po stro­nie ster­bur­ty „Wia­tro­duch” uno­sił się ciężko na spie­nio­nych fa­lach, utrzy­mując jed­nakże tem­po. Od bak­bur­ty „Blask” wy­da­wał się mieć nie­co kłopotów, by utrzy­mać tem­po. Na jego pokładzie Sa­sha do­strzegła żegla­rzy mo­cujących się z ta­kie­lun­kiem.

– To ty je­steś mi­strzy­nią tak­ty­ki – zwrócił się do niej Er­rol­lyn. W dłoni dzierżył łuk, cięciwa była jed­nak odpięta. Oparł się o re­ling. – Jak postąpiłabyś na miej­scu ka­pi­ta­na?

– Żywiłabym na­dzieję, iż nie dys­po­nują ar­ty­le­rią – od­parła Sa­sha.

– Wy­da­je się to mało praw­do­po­dob­ne. Ta­kie­lu­nek zasłaniałby im linię strzału.

– Nie prze­wożą także ładun­ku – za­uważyła Sa­sha. – Je­steśmy ciężsi.

– Nasz sta­tek ma lepszą kon­strukcję.

– Na tyle, by od­czuć znaczącą różnicę przy tak głębo­kim za­nu­rze­niu? Bez wątpie­nia są przy­najm­niej ciut szyb­si. Za­pew­ne mają ar­ty­le­rię gdzieś na śródokręciu, choć zmu­sze­ni będą zrównać się z nami, aby jej użyć.

– Mo­gli­byśmy wy­rzu­cić coś za burtę – pod­sunął Er­rol­lyn. Wy­pro­sto­wał się. Przyjął strze­lecką po­stawę. Napiął wy­ima­gi­no­waną cięciwę, spraw­dzając swą równo­wagę na roz­kołysa­nym pokładzie.

– W porządku – zgo­dziła się Sa­sha. – Za­cznę od Aly­thii.

Er­rol­lyn posłał jej spoj­rze­nie, na wpół roz­ba­wio­ne, na wpół czuj­ne. Po­dmuch wia­tru za­rzu­cił mu na czoło postrzępioną, ciem­no­szarą grzywkę, której ko­lor pod­kreślił głęboką zie­leń oczu. – Może na­bie­rasz już wy­star­czającego doświad­cze­nia w mor­skim rze­miośle – za­su­ge­ro­wał.

Sa­sha par­sknęła. Odwróciła się, minęła koło ste­ro­we i prze­mie­rzyła krótkie schod­ki pro­wadzące na śródokręcie. Obec­nie jej równo­wa­ga po­zo­sta­wała nie­zakłócona na­wet wówczas, gdy sta­tek kołysał się moc­no… Po­cho­ro­wała się dru­gie­go dnia po opusz­cze­niu Pe­tro­do­ru, lecz od tam­tej pory nic jej nie do­le­gało. Zim­ny wiatr, wod­na mgiełka, wi­dok ho­ry­zon­tu – wszyst­ko to po­ma­gało i na pokładzie czuła się znacz­nie le­piej niż w cia­snej ka­ju­cie. Od­czu­wała także ulgę, że opuściła Pe­tro­dor. Pół roku spędzo­ne w naj­większym por­to­wym mieście To­ro­va­nu, to było aż nad­to. I choć mo­rze w ni­czym nie przy­po­mi­nało le­nayińskich gór czy kniei, za którymi tak bar­dzo tęskniła, wi­dok otwar­tej, roz­ciągającej się aż po ho­ry­zont prze­strze­ni koił skołata­ne ner­wy. Napięcie sku­mu­lo­wa­ne pod­czas zi­mo­wych mie­sięcy zda­wało się z wol­na opusz­czać spięte mięśnie.

Kes­sligh sie­dział na nad­budówce pod masz­tem, roz­ma­wiając z Dha­elem. Sa­sha usiadła u boku men­to­ra. Wbiła spoj­rze­nie w parę trójkątnych wydętych foków. Kon­wer­sa­cja do­ty­czyła żeglar­stwa, łodzi i wiatrów. Sa­sha sku­piła większość uwa­gi na no­dze Kes­sligha, którą wyciągnął przed sie­bie wy­pro­sto­waną. Naj­wy­raźniej w ta­kiej po­zy­cji czuł się wy­god­niej. Bełt prze­szył mu udo przed pięciu mie­siącami. Rana za­goiła się czy­sto i sztyw­ność nie ogra­ni­czyła ruchów Kes­sligha tak bar­dzo, jak się tego oba­wiał, nie­mniej następstwa po­strzału były poważne – od tego cza­su kulał. Długa gładka la­ska, nie­odłączna to­wa­rzysz­ka Kes­sligha, spo­czy­wała u jego boku.

Dha­el był Rho­daańczy­kiem, chy­ba w wie­ku Kes­sli­gha. Nosił długie, si­wiejące włosy; po­dob­nie jak w przy­pad­ku Kes­sli­gha na jego twa­rzy znać było piętno upływającego cza­su. Czar­ny płaszcz chro­nił go przed chłodem. Kołysa­nie stat­ku zda­wało się nie prze­szka­dzać mu w żaden sposób, co nie dzi­wiło w przy­pad­ku kup­ca. Dha­el Ma­ran był jed­nak kimś znacz­nie więcej niż je­dy­nie rho­daańskim han­dla­rzem. Należał do tra­ca­tońskiej rady jako je­den z obie­ral­nych przywódców Rho­daanu. Cóż za dzi­wacz­ny kon­cept! Ser­ri­ni, po upad­ku Ley­va­ana Głupca przed dwu­stu laty, za­szcze­pi­li po­dob­ne idee w trzech ba­co­shańskich pro­win­cjach: Rho­daanie, Eno­rze oraz Il­du­urze. W okre­sie po­ko­ju Ser­ri­ni nie po­sia­da­li stałej ar­mii po­zwa­lającej im na­je­chać zie­mie sąsiadów, ale gdy po znisz­cze­niu sił Ley­va­ana trzy wy­mie­nio­ne pro­win­cje po­zo­stały prak­tycz­nie bez­bron­ne, sa­al­sheńskie od­działy do­ko­nały in­wa­zji. Na pod­bi­tych te­re­nach Ser­ri­ni na­po­tka­li przy­jaźnie uspo­so­bio­nych wieśniaków, szczęśli­wych, iż wy­zwo­lo­no ich spod wro­gie­go jarz­ma.

Rho­da­an, Eno­ra oraz Il­du­ur two­rzyły obec­nie mur pomiędzy cy­wi­li­za­cja­mi ser­rińską i ludzką, osłaniając Sa­al­shen przed ludz­kim bar­ba­rzyństwem. Sa­sha często za­sta­na­wiała się, dla­cze­go Ser­ri­ni po­prze­sta­li na trzech pro­win­cjach. Elis­se także było słabo bro­nio­ne po upad­ku Ley­va­ana, Ser­ri­ni nie na­je­cha­li jed­nak elis­seńskich ziem. Me­ra­ine, a być może również spo­ra część wschod­niej La­ro­sy znaj­do­wały się wówczas w po­dob­nej sy­tu­acji, całko­wi­cie bez­bron­ne. Lecz większość miesz­kańców Sa­al­shenu zda­wała czuć się nie­swo­jo na samą myśl o obec­nie pod­bi­tych te­re­nach. Ani Ser­ri­ni, ani ich ba­co­shańscy sprzy­mie­rzeńcy – od cza­su pod­bo­ju zie­mie te zwa­no Sa­al­shen-Ba­cosh – nie usiłowa­li zająć dal­szych te­ry­to­riów przez mi­nio­ne dwa wie­ki. Aż do te­raz.

– Na bak­bur­cie wkrótce ukaże się Al­gen – za­uważyła Sa­sha. – W zasięgu wzro­ku po­win­ny znaj­do­wać się ja­kieś stat­ki.

– Port może być za­blo­ko­wa­ny – od­parł Kes­sligh.

– Nie sądzę, żeby kto­kol­wiek oka­zał się aż tak głupi, by usiłować zdo­być Al­gen od stro­ny mo­rza – wtrącił Dha­el. Roz­ma­wia­li po to­ro­vańsku. Dha­el miał ak­cent miły dla ucha – sa­mogłoski wy­po­wia­dał miękko, spółgłoski me­lo­dyj­nie.

Rho­da­an po­sia­dał swoją własną, oj­czystą mowę. Języ­kiem ary­sto­kra­cji po­zo­stał jed­nak la­ro­sański i posługi­wa­nie się nim uzna­wa­ne było, w większości ba­co­shańskich miast, za świa­dec­two wy­ra­fi­no­wa­nia. W daw­no mi­nio­nych krwa­wych wie­kach mniej więcej połowa ba­co­shańskich królów po­cho­dziła z La­ro­sy. Większość ba­co­shańskich wiel­możów wy­wo­dziła swo­je początki od la­ro­sańskich przodków. Było to żniwo licz­nych pod­bojów La­ro­sy.

A te­raz nowy la­ro­sański włady­ka ogłosił się re­gen­tem całego Ba­cosh. Bez wątpie­nia obwołałby się królem, gdy­by ve­ren­tyj­czy­cy nie za­bro­ni­li posługi­wa­nia się tym tytułem… Do cza­su, aż człowiek roszczący so­bie pra­wo do mia­na mo­nar­chy, nie od­zy­ska z rąk Ser­rinów Sa­al­shen-Ba­cosh i po­now­nie nie przyłączy owych ziem do ludz­kie­go do­mi­nium. Re­gent Ar­rosh zbie­rał w La­ro­sie armię. Nig­dy wcześniej ni­ko­mu nie udało się zgro­ma­dzić w tym celu równie potężnych sił. Kes­sligh oraz Sa­sha usiłowa­li po­wstrzy­mać bieg wy­da­rzeń w Pe­tro­do­rze, lecz pe­tro­dor­ski kon­flikt do­pro­wa­dził je­dy­nie do wyłonie­nia no­we­go króla To­ro­va­nu, mo­nar­chy, którego To­ro­vańczy­cy nie po­sia­da­li od sied­miu­set lat. To­ro­van ma­sze­ro­wał obec­nie na wojnę. Całe Ba­cosh zmie­rzało zjed­no­czo­ne w kie­run­ku kon­fliktu. Kro­czyła ku nie­mu także le­nayińska ar­mia. Rho­daańczy­cy, pragnąc uniknąć za­grożenia na dwu fron­tach, ude­rzy­li pierw­si, najeżdżając Elis­se.

– Czy część elis­seńskiej ary­sto­kra­cji spróbuje uciec mo­rzem? – za­sta­no­wiła się na głos Sa­sha. – Mogą li­czyć na sprzy­mie­rzeńców w Al­gras­se.

– Być może gdzieś w dal­szej części wy­brzeża – od­parł Dha­el. – Lecz nie za­ry­zy­kują spo­tka­nia z sa­al­sheńską ma­ry­narką w po­bliżu portów. Słyszałem, że wie­lu elis­seńskich ary­sto­kratów czmychnęło w oba­wie przed Stalą. Na­wet ucie­kając, nie prze­sta­wa­li za­kli­nać swej ar­mii, by czym prędzej ru­szała do wal­ki. Słysze­li szerzące się wzdłuż gra­ni­cy pogłoski. Rho­daańczy­cy szepczą, iż nie po­win­niśmy powtórzyć w Elis­se błędu, który Ser­ri­ni popełnili w Rho­daanie.

– Po­zo­sta­wiając ary­sto­kratów przy życiu? – Sa­sha domyśliła się, co miał na myśli.

Dha­el po­ki­wał głową.

– Mówią, iż Sa­al­shen przed dwu­stu laty działał zbyt ostrożnie. Gdy­by Ser­ri­ni na­dzia­li wszyst­kich rho­daańskich wiel­możów na mie­cze, jak miało to miej­sce w Eno­rze, sy­tu­acja w Rho­da­anie byłaby obec­nie znacz­nie sta­bil­niej­sza.

– Nie uczy­ni­li tak, po­nie­waż pragnęli postąpić łagod­nie – od­parł Kes­sligh. – Po pro­stu nie wi­dzie­li żad­ne­go celu w rze­zi. Ser­ri­ni nie uznają kon­flik­tu za roz­wiązany, dopóki opo­nent nie przy­zna, że tkwił w błędzie. Za­bi­cie kogoś w celu roz­strzy­gnięcia za­tar­gu jest w ich oczach nie tyl­ko wstrętne. Większość Ser­rinów uważa, iż do­wo­dzi prze­gra­nej w spo­rze. W naj­lep­szym wy­pad­ku od­wle­ka jego roz­wiąza­nie.

– Nie wy­da­wa­li się od­czu­wać po­dob­nych obiek­cji w Eno­rze – za­uważyła Sa­sha.

– Ser­ri­ni za­bi­li bar­dzo nie­wie­lu Eno­rańczyków – od­parł Kes­sligh – w ogrom­nej mie­rze tych, którzy odmówili złożenia bro­ni. Za­bi­ja­li wieśnia­cy i miesz­kańcy mia­ste­czek. Władający Enorą lord Gi­lis był bru­ta­lem i eno­rańskie chłopstwo sym­pa­ty­zo­wało od daw­na z Sa­al­she­nem. Wieśnia­cy żyli bliżej Ip­sha­al. Wie­lu po­sia­dało przy­ja­ciół bądź krew­nych, którzy prześli­zgnęli się za rzekę i mo­gli świad­czyć o łagod­ności Ser­rinów. – Prze­rwał na chwilę. – Kie­dy do Eno­ry, miast po­wra­cającej ar­mii Ley­va­ana, napłynęli sa­al­sheńscy wo­jow­ni­cy, wieśnia­cy byli za­chwy­ce­ni. Po­wsta­li w sile zbyt wiel­kiej, aby Sa­al­shen zdołał ją kon­tro­lo­wać. Po­nad­to Ser­ri­ni nie chcie­li ura­zić swych no­wych sprzymie­rzeńców, ob­dzie­rając ich ze świeżo zdo­by­tej wol­ności. Tłuszcza mor­do­wała wszyst­kich ary­sto­kratów, którzy tyl­ko wpa­dli jej w ręce, mężczyzn, ko­bie­ty oraz dzie­ci.

– Nie­mniej wy­nikło z tego również coś do­bre­go. – Dha­el wes­tchnął. – Zginęli wszy­scy, którzy mo­gli rościć so­bie pra­wa do eno­rańskiej ko­ro­ny. Te­raz w Eno­rze pa­nu­je spokój. W Rho­da­anie, jak zwy­kle, trwa za to gorączko­we sza­leństwo.

Sa­sha słyszała to wszyst­ko już wcześniej. Na zie­miach Eno­ry wzno­siła się Wiel­ka Świąty­nia, najświętsze z ve­ren­tyj­skich miejsc kul­tu oraz naj­ważniej­sza z dających się wy­odrębnić przy­czyn obec­nych kłopotów. Jed­nakże Eno­ra, sama w so­bie, sta­no­wiła bez­piecz­ne i spo­koj­ne miej­sce. Wy­wodzący się spośród miesz­kańców pro­win­cji ochot­ni­cy sfor­mo­wa­li Eno­rańską Stal, nie­możliwą do po­ko­na­nia ba­rierę – jedną z naj­wspa­nial­szych ar­mii, jaką kie­dy­kol­wiek stwo­rzy­li lu­dzie.

Rho­da­an, jed­nakże, był jesz­cze potężniej­szy. Rho­daańczy­cy mie­li por­ty, okręty i roz­wi­nięty han­del. Tym sa­mym Rho­da­an po­sia­dał złoto, całe mnóstwo złota. Miał także współza­wod­niczące frak­cje oraz sta­re rody oto­czo­ne wia­nusz­ka­mi wa­sa­li związa­nych z ary­sto­kracją od czasów po­prze­dzających na­dejście Ser­rinów. Rho­daańczy­cy wy­ka­zy­wa­li ten­dencję, by wy­nikłe spo­ry roz­wiązywać z użyciem siły, co nie­ustan­nie fru­stro­wało ich po­ko­jo­wo na­sta­wio­nych sa­al­sheńskich sprzy­mie­rzeńców.

– Mimo wszyst­ko ten ruch był prze­myślany – rzekła Sa­sha. – Gdy­by za­cze­ka­li, aż re­gent zgro­ma­dzi swe ar­mie na pro­gu Rho­da­anu, brakłoby im sił na obronę elis­seńskiej flan­ki. Le­piej wpierw upo­rać się z Elis­se. Usunąć za­grożenie, które stwa­rza.

– Nie – sprze­ci­wił się Dha­el, potrząsając głową. – De­cy­zja o ata­ku była fa­tal­na.

– Fa­tal­na?

– Kie­dy Ser­ri­ni wkro­czy­li do Rho­da­anu – wyjaśnił Dha­el – moi przod­ko­wie żywi­li na­dzieję, iż ozna­cza to nowy świt. Ser­ri­ni nie lu­bi­li woj­ny. Nig­dy nie za­an­gażowa­li się w żadną z własne­go wy­bo­ru. Wie­lu z nas usiłowało spra­wić, by Rho­da­an nig­dy już nie uwikłał się w kon­flikt. A już na pew­no, aby nie stał się agre­so­rem, do cze­go właśnie doszło.

– Agre­so­rem? – Sa­sha gapiła się na Dha­ela. – Re­gent Ar­rosh zbie­ra naj­większą armię, jaką kie­dy­kol­wiek sfor­mo­wa­no na ba­co­shańskiej zie­mi, aby was na­je­chać. Lord Ar­she­nen z Elis­se za­de­kla­ro­wał mu swe po­par­cie. I mimo to na­zy­wasz owe mające na celu obronę działania agresją?

Dha­el wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Za­ata­ko­wa­liśmy ich. Prze­kro­czy­liśmy gra­nicę i na­je­cha­liśmy ich zie­mie, ude­rzając na elis­seńską armię…

– Kwe­stia se­man­ty­ki – par­sknęła Sa­sha.

– Je­steś Le­nayińką, a Le­nayińczy­cy lubią wojnę. – Dha­el wes­tchnął. – Nie­ste­ty, na­wet wpływy Sa­al­she­nu nie zdołały wy­ko­rze­nić w mym na­ro­dzie pociągu do roz­le­wu krwi.

– Ani jego woli, by się bro­nić – od­parła Sa­sha. – To, co opi­su­jesz, sta­no­wiłoby sa­mobójstwo. Jak możesz twier­dzić, że ko­chasz swój lud, jeśli nie wal­czysz w jego obro­nie?

– Ko­cham swój naród i służę jego in­te­re­som – od­parł krótko Dha­el. – Zo­stałem wy­bra­ny, by re­pre­zen­to­wać mych wy­borców w ra­dzie. Nie do cie­bie należy osądza­nie, czy miłuję mój lud, czy też nie.

Po­wstał pew­nie, nie tracąc równo­wa­gi na roz­kołysa­nym pokładzie, i od­szedł. Kes­sligh potrząsnął głową.

– Nie mogę uwie­rzyć, że za­brałem cię na misję dy­plo­ma­tyczną.

– Po­wi­nien być na­wykły do tra­dy­cyj­nych ser­rińskich de­bat – od­parła Sa­sha. – A to ozna­cza, iż nie po­wi­nien od­cho­dzić na­bur­mu­szo­ny, gdy wy­sunę traf­ny ar­gu­ment.

– Je­stem nie­mal pe­wien, że mogłabyś zasiąść w to­wa­rzy­stwie najłagod­niej­szych ser­rińskich myśli­cie­li – po­wie­dział kwaśno Kes­sligh – i w ciągu go­dzi­ny spra­wić, by chórem do­ma­ga­li się two­jej krwi.

Sa­sha wy­szcze­rzyła zęby.

– Pra­wisz najsłod­sze kom­ple­men­ty. – Na krótką chwilę oparła głowę na ra­mie­niu men­to­ra.

Kes­sligh par­sknął. Ostat­ni­mi dnia­mi roz­ko­szo­wała się częstszy­mi niż wcześniej prze­ja­wa­mi uczuć ze stro­ny Kes­sligha. Pod wie­lo­ma względami był jej praw­dzi­wym oj­cem. W znacz­nie większej mie­rze, niż był nim kie­dy­kol­wiek jej ro­dzo­ny oj­ciec, król To­rva­al z Le­nay­in. Związek Sa­shy z Kes­slighiem w cza­sach, kie­dy szer­mier­czy ar­cy­mistrz usiłował uczy­nić ze zdzi­czałej chłopczy­cy znośną wo­jow­niczkę i umę Nasi-Ke­thu, bywał burz­li­wy. Kes­sligh był je­dy­nym człowie­kiem, którego apro­ba­ty szcze­rze pragnęła, walcząc jed­no­cześnie z pa­no­wa­niem nad nią, które dzięki temu zy­ski­wał.

Ostat­nio jed­nakże wszyst­kie ura­zy gdzieś się roz­wiały. Wie­le spośród jego opi­nii, które wcześniej kwe­stio­no­wała, oka­zało się do­praw­dy mądrych. I choć nadal nie po­dzie­lała punk­tu wi­dze­nia Kes­sli­gha na sze­reg spraw, zy­skała nowy sza­cu­nek dla lo­gi­ki kryjącej się za jego za­pa­try­wa­nia­mi. Nie onieśmie­lał jej już jak nie­gdyś, po części dla­te­go, że do­rosła, po części, po­nie­waż te­raz ro­zu­miała go le­piej. Była obec­nie ko­bietą i wo­jow­niczką spraw­dzoną w wal­ce, kimś, kogo oba­wia­li się wro­go­wie. I wie­działa, bez cie­nia wątpli­wości, że Kes­sligh ją ko­cha, bez względu na fakt, jak szorst­ko mógłby to wyrażać. Miał trud­ności z de­mon­stro­wa­niem uczuć. Ale to nie ozna­czało, że ona także po­win­na je mieć.

– Dha­el jest ide­alistą – po­wie­dział Kes­sligh. – Zna do­brze ser­rińskie na­uki. Wie­rzy, iż podążając za nimi, ludz­kość może stać się po­ko­jo­wa ni­czym sami Ser­ri­ni.

– Wątpię w to. Ser­ri­ni są po pro­stu inni i nie myślą w sposób po­dob­ny do na­sze­go. Jeżeli ludz­kość ma osiągnąć pokój, mu­si­my zna­leźć własną ścieżkę pro­wadzącą do tego sta­nu.

Kes­sligh wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Jeśli na­wet, ważne, abyś pojęła jego na­sta­wie­nie. Wie­lu w Sa­al­shen-Ba­cosh myśli po­dob­nie. Ba­coshańczy­cy wywołali tak wie­le wo­jen, iż ci lu­dzie szu­kają in­nej dro­gi.

– Uto­pii – po­pra­wiła Sa­sha.

– Ktoś mógłby po­wie­dzieć, że sam Sa­al­shen sta­no­wi przykład uto­pii – zri­po­sto­wał Kes­sligh.

– Nie­mniej Ser­ri­ni nie poj­mują sa­me­go kon­cep­tu – spie­rała się Sa­sha. – Ser­rinów za­wsze za­dzi­wiało, iż ja­ki­kol­wiek człowiek mógł uznać ich za do­sko­nałych. Ser­rinom umy­ka samo pojęcie „do­sko­nałości”, a ra­czej… może ro­zu­mieją ideę, lecz nie po­tra­fią jej za­ak­cep­to­wać. To lu­dzie wymyślają za­wsze te głupie uprosz­czo­ne de­fi­ni­cje. Bez względu na to, czy należą do ve­ren­tyj­skich fa­na­tyków i widzą w Ser­rinach wcie­le­nie zła, czy też są skraj­ny­mi pa­cy­fi­sta­mi jak Dha­el, naj­wy­raźniej sądzący, iż naśla­dując miesz­kańców Sa­al­she­nu, lu­dzie mogą stać się w większej mie­rze Ser­rinami. Uważam, że to sza­leństwo… całe to naśla­do­wa­nie. Każdy głupiec może zo­stać pa­cy­fistą, lecz jeśli nie ro­zu­mie po­wodów tej de­cy­zji, tak jak poj­mują je Ser­ri­ni, co w efek­cie osiąga?

– Są je­dy­nie ludźmi. – Kes­sligh się uśmiechnął. – Ktoś mógłby spie­rać się, że le­piej być po­ko­jo­wym ide­alistą po­kro­ju Dha­ela niż bez­względnym prag­ma­ty­kiem na wzór re­gen­ta Ar­ro­sha.

– Nie, nie le­piej! – rzu­ciła gwałtow­nie Sa­sha. – Po­nie­waż jeśli po­ko­jo­wi ide­aliści nie będą się bro­nić, bez­względni prag­ma­ty­cy za­biją ich wszyst­kich! A jeśli po­ko­jo­wi ide­aliści zo­staną wszy­scy wy­bi­ci, co za­ofe­ro­wać zdołają ko­lej­nym po­ko­le­niom? Naj­ważniej­szym im­pe­ra­ty­wem jest prze­trwa­nie; z mar­twych nie ma żad­ne­go pożytku.

– Sta­no­wią mo­ral­ny przykład?

– Chy­ba tego, jak nie postępować – par­sknęła Sa­sha. – Po­nad­to Dha­el nie do końca wy­rzekł się prag­ma­ty­zmu. Słyszałeś, co po­wie­dział o Eno­rze? Do­bra rzecz, która wy­nikła z wyrżnięcia całej ary­sto­kra­cji? A to mi pa­cy­fi­sta.

– Cieszę się, że to za­uważyłaś. To ra­cjo­na­li­zo­wa­nie, Sa­sho. Po­dob­ne myśle­nie sta­no­wi naj­większe za­grożenie.

– Prze­ko­na­nie, iż nie sposób zro­bić omle­tu, nie tłukąc kil­ku ja­jek?

– Właśnie tak. Lub, w tym przy­pad­ku, myśle­nie: Mu­si­my zabić masę lu­dzi, aby upew­nić się, że w przyszłości nie zo­sta­nie­my zmu­sze­ni zabić ich jesz­cze więcej.

– No nie wiem – oświad­czyła po­nu­ro Sa­sha. – Eno­ra jest obec­nie sta­bil­niej­sza niż Rho­da­an i musi taką być, biorąc pod uwagę za­grożenie. Może wyrżnięcie w pień całej ary­sto­kra­cji sta­no­wiło właściwe działanie. Uczy­niło eno­rańską po­li­tykę znacz­nie mniej de­struk­cyjną.

– Całkiem praw­do­po­dob­ne. Na­wet błędne ro­zu­mo­wa­nie może przy­pad­ko­wo do­pro­wa­dzić do po­praw­ne­go wnio­sku. Lecz to nie czy­ni sa­me­go ro­zu­mo­wa­nia mniej nie­bez­piecz­nym. Jeżeli po­dob­ne działania staną się spo­so­bem, w jaki Eno­ra roz­wiązywać będzie w przyszłości wsze­la­kie pro­ble­my, łatwo może wy­niknąć z tego praw­dzi­wy kosz­mar.

Sa­sha uzna­wała nie­gdyś po­dob­ne, fi­lo­zo­ficz­ne spo­ry za nużące. Kes­sligh miał ten­dencję do nad­mier­ne­go kom­pli­ko­wa­nia każdej kwe­stii. Od owe­go cza­su wi­działa jed­nak iście prze­rażające rze­czy, do ja­kich pro­wa­dziło uprosz­czo­ne myśle­nie. Północ­ni ve­ren­tyj­czy­cy z Le­nay­in, ro­zu­mując w ten sposób, po­sta­no­wi­li zgładzić ostat­nich żyjących na swej zie­mi po­gan – Uda­lyńczyków. Lord Kray­liss z Ta­ne­ry­nu, le­nayińskiej pro­win­cji, gotów był pogrążyć kraj w pożodze woj­ny do­mo­wej, by­le­by tyl­ko uj­rzeć po­nowną do­mi­nację an­tycz­nych zwy­czajów. Żądni władzy pe­tro­dor­scy pa­ta­chi, ceniący je­dy­nie złoto i mie­cze, stra­ci­li sza­cu­nek dla ja­kiej­kol­wiek in­nej wa­lu­ty.

Z ta­kie­go właśnie świa­ta próbował wy­rwać się Kes­sligh. Uprosz­czo­ne myśle­nie i zawężone ideały sta­no­wiły cho­robę, na którą usiłował zna­leźć re­me­dium.

Kes­sligh obej­rzał się przez ramię.

– Do­go­nią nas?

– Er­rol­lyn tak nie sądzi.

– I Er­rol­lyn zna się na łodziach?

– Rhil­lian się znała. – Sa­sha wzru­szyła ra­mio­na­mi. – Prze­ka­zała Er­rol­ly­no­wi całkiem sporą porcję wie­dzy. – Uma Rhil­lian była, między in­ny­mi, szkut­ni­kiem. Omiotła spoj­rze­niem trze­począce nad ich głowa­mi żagle i na­gle sposępniała.

Kes­sligh położył dłoń na ra­mie­niu pro­te­go­wa­nej.

– Rhil­lian sama wy­brała własną ścieżkę – oświad­czył.

– Wiem – wy­mru­czała w od­po­wie­dzi Sa­sha. – Cho­ler­na z niej idiot­ka.

***

Ser­wo­wa­ne na „Dzie­wi­cy” posiłki nie oka­zały się aż tak złe, jak Sa­sha się początko­wo oba­wiała. Wołowi­na w gu­la­szu była wpraw­dzie słona i łyko­wa­ta, za to wa­rzy­wa oka­zały się smacz­ne. Po­da­wa­no także owo­ce, a na­wet za­cho­wujące nie­co świeżości chleb i ser. Podróż z Pe­tro­do­ru do Tra­ca­to rzad­ko trwała dłużej niż dwa­naście dni, ka­pi­tan był jed­nak prze­ko­na­ny, że z dmącym wprost w rufę po­ry­wi­stym wia­trem zdołają po­ko­nać dy­stans w mniej niż dzie­sięć. Żywność za­cho­wy­wała się wy­star­czająco do­brze przez taki okres. Po­nad­to nasi-ke­thańscy wo­jow­ni­cy jak Sa­sha oraz Kes­sligh lub tal­ma­adz­cy jak Er­rol­lyn nie gry­ma­si­li, jeśli cho­dzi o pożywie­nie.

Sa­sha, Kes­sligh oraz Er­rol­lyn nie byli je­dy­ny­mi pasażera­mi. Na pokładzie „Dzie­wi­cy” podróżował także po­rucz­nik Rho­daańskiej Sta­li oraz dwaj dhar­mi – pie­si żołnie­rze Sta­li. Sa­sha spa­ro­wała z każdym z trójki i była pod wrażeniem ich umiejętności. Posługi­wa­li się mie­cza­mi krótszy­mi niż broń le­nayińskich wo­jow­ników, do po­je­dynków z którymi już przy­wykła. Sądziła, że w star­ciu je­den na jed­ne­go żołnie­rze Sta­li będą mniej wy­ma­gającymi ry­wa­la­mi. Oka­zało się, iż dorównują umiejętnościa­mi większości Le­nayińczyków. Roz­kołysa­ny pokład nie sta­no­wił dla nich pro­ble­mu. Wy­da­wa­li się mieć także więcej prak­ty­ki w mie­rze­niu się ze sty­lem wal­ki, którym władała.

Sa­sha wy­ko­rzy­stała spo­sob­ność i po­roz­ma­wiała z każdym z żołnie­rzy dłuższą chwilę, do­wia­dując się wie­lu rze­czy. Stal ko­rzy­stała z ser­rińskie­go płatnerskie­go rze­miosła. Jej żołnie­rze łączy­li do­sko­nałe uzbro­je­nie oraz ciężkie pan­ce­rze z ser­rińskim poj­mo­wa­niem ru­chu i tak­ty­ki oraz ludz­ki­mi zdol­nościa­mi lo­gi­stycz­ny­mi, prag­ma­ty­zmem i bez­względnością. Je­den z dhar­mi oka­zał się półkrwi Ser­ri­nem. Na te­ry­to­rium Sa­al­shen-Ba­cosh nie było to ni­czym nie­zwykłym.

Po­rucz­nik miał na imię Ge­ran. Wra­cał właśnie z wy­pra­wy do Pe­tro­do­ru. Odbył ją, by po­roz­ma­wiać z przed­sta­wi­cie­la­mi nasi-Ke­thu i oce­nić skut­ki wiel­kiej bi­twy, która miała nie­daw­no miej­sce w mieście. Stal, o czym prze­ko­nała się Sa­sha, była właśnie taka – za­wsze go­to­wa do na­uki, sko­ra wypróbować nową tak­tykę. Rad­ny Dha­el podróżował w po­dob­nej spra­wie. Spo­tkał się również z tymi przed­sta­wi­cie­la­mi no­we­go to­ro­vańskie­go mo­nar­chy, którzy ra­czy­li udzie­lić posłucha­nia rad­ne­mu z na­ro­du, do woj­ny prze­ciw­ko któremu To­ro­van się właśnie przy­go­to­wy­wał. Przy tej oka­zji Dha­el pro­wa­dził również in­te­re­sy. Wyglądało na to, iż nic nie było w sta­nie po­wstrzy­mać han­dlu, na­wet woj­na.

Poza żołnie­rza­mi oraz eskor­tującą Dha­ela i po­zo­stającą do jego dys­po­zy­cji trójką zbroj­nych, na pokładzie prze­by­wało jesz­cze pięciu rho­daańskich pasażerów. A także, oczy­wiście, sio­stra Sa­shy, Aly­thia.

U końca stołu, przy którym za­sia­da­li pasażero­wie, Aly­thia usiłowała właśnie ze wszyst­kich sił ocza­ro­wać rad­ne­go Dha­ela. Uśmie­chała się do nie­go pomiędzy ko­lej­ny­mi kęsami i wdzięcznie ocie­rała ser­wetką kąciki ust w sposób mający pod­kreślić pełnię warg. Miała na so­bie czer­woną suk­nię. Ma­te­riał od pasa w dół za­szy­to w roz­chodzące się pro­mie­niście fal­ban­ki i wykończo­no białą ko­ronką. Powyżej tali, zgod­nie z naj­nowszą ba­co­shańską modą, suk­nia prze­mie­niała się w cia­sny gor­set. Sa­sha pomyślała kwaśno, iż strój uwy­dat­nia naj­większy atut Aly­thii; mężczyźni wokół stołu wy­trzesz­cza­li oczy. Dha­el był żona­ty, miał też czwórkę dzie­ci. Nie­mniej spoj­rze­nie Aly­thii, a także jej pier­si zda­wały się nie­ustan­nie wy­ce­lo­wa­ne w rad­ne­go. Sa­sha wie­działa aż za do­brze, co to ozna­cza.

Dokończyła posiłek. Zgarnęła ze stołu gruszkę i sięgnęła po ma­nierkę z wodą. Ru­szyła wąski­mi schod­ka­mi pro­wadzącymi na pokład. Oparła się o re­ling tam, gdzie jak uznała, nie będzie ni­ko­mu za­wa­dzać. Zjadła owoc, wsłuchując się w chlu­pot fal omy­wających kadłub. Orzeźwiające po­wie­trze prze­sy­co­ne solą pach­niało oszałamiająco. Za­pew­ne było chłodne, lecz Sa­sha miała na so­bie gru­by kożuszek, a pod nim ubra­nie… Po­nad­to jako Le­nayińka na­wykła do chłodu.

Spędziła na po­wie­trzu dłuższą chwilę. Po­tem cisnęła ogry­zek za burtę i wróciła pod pokład. Kam­buz oka­zał się pu­sty. Prze­mie­rzyła wąski ko­ry­tarz pro­wadzący do kwa­ter na dzio­bie i je­dy­nej przy­zwo­it­szej ka­ju­ty dla gości, mieszczącej się tuż za zakrętem. Drzwi oka­zały się za­mknięte. Przy­po­mi­nając so­bie o do­brych ma­nie­rach, za­stu­kała. Od­cze­kała chwilę, nim prze­kro­czyła próg.

W ka­ju­cie za­stała Aly­thię walczącą z cia­snym gor­se­tem. Sio­stra uniosła spoj­rze­nie. W jej oczach ma­lo­wała się iry­ta­cja wywołana fak­tem, że Sa­sha nie za­cze­kała na za­pro­sze­nie, a także nie­co ulgi.

– Och, Sa­sho, czy mogłabyś mi pomóc? Nie mogę dosięgnąć sznurówki!

– Właśnie widzę – od­parła roz­ba­wio­na Sa­sha. Za­mknęła drzwi. Przy­stanęła za ple­ca­mi sio­stry. Aly­thia była od niej wyższa, a kok, w który upięła tego wie­czo­ru włosy, potęgował jesz­cze owo wrażenie. Nie wspo­mi­nając już o pan­to­fel­kach uszy­tych z la­kie­ro­wa­nej na czer­wo­no skóry. Sa­sha do­pie­ro te­raz doj­rzała ich wy­so­kie ob­ca­sy.

– Dro­dzy bo­go­wie, skąd wy­trzasnęłaś te buty?

– Te? Och, doki ofe­ro­wały sze­ro­ki asor­ty­ment dóbr, jeśli tyl­ko do­brze się ro­zej­rzało, Sa­sho. Chy­ba nig­dy tego nie uczy­niłaś. Miesz­kałaś w Pe­tro­do­rze przez pół roku i prze­ga­piłaś nie­mal wszyst­ko.

– Jeżeli mówiąc „wszyst­ko”, masz na myśli stro­je, biżute­rię oraz per­fu­my, to tak – od­parła kwaśno Sa­sha. – Ty miesz­kałaś w Pe­tro­do­rze sześć mie­sięcy i ani razu nie wy­brałaś się na ryby.

– Ry­bac­kie połowy po­zo­sta­wiam mężczy­znom i chłopczy­com – od­parła obojętnie Aly­thia.

– Wymyślne suk­nie oraz biżute­rię po­zo­sta­wiam flir­cia­rom i dziw­kom – od­gryzła się Sa­sha, z tru­dem lu­zując sznurówkę suk­ni. Nie­gdyś po­dob­na uwa­ga wpra­wiłaby Aly­thię we wściekłość. Te­raz być może na­wet uśmiechnęła się na po­dobną ri­postę… choć ze swe­go miej­sca Sa­sha nie mogła doj­rzeć twa­rzy sio­stry.

– Two­ja opi­nia na te­mat mody na­prawdę mnie nie in­te­re­su­je, Sa­sho – od­parła spo­koj­nie Aly­thia. – Nie przyj­muję kry­ty­ki od kogoś, kto nosi na so­bie więcej mar­twych zwierząt niż lisański żeglarz.

– Skórza­ne stro­je są tra­dy­cyj­nym le­nayińskim odzie­niem – od­rzekła Sa­sha, próbując po­lu­zo­wać ta­siemkę pośrod­ku sznu­ro­wa­nia. – Oczy­wiście nie ocze­kuję, abyś wie­działa, co to ozna­cza. Jak, na bogów, zdołałaś za­cisnąć tak moc­no sznu­ro­wa­nie? Biorąc pod uwagę, że le­d­wie je­steś w sta­nie go dosięgnąć?

Aly­thia uśmiechnęła się z po­li­to­wa­niem.

– Po­pro­siłam po­rucz­ni­ka Ge­ra­na, by przy­szedł tu­taj i mi pomógł. Oka­zał się nie­zwy­kle uczyn­ny. Ma bar­dzo sil­ne ręce!

– Za­tem twój plan zakładał ubra­nie cię przez po­rucz­ni­ka Ge­ra­na i ro­ze­bra­nie przez rad­ne­go Dha­ela? – Sa­sha w końcu po­ra­dziła so­bie i gor­set wyraźnie się roz­luźnił. Aly­thia ode­tchnęła z ulgą.

– Rad­ny Dha­el jest do­praw­dy in­te­re­sującym mężczyzną – przy­znała, wy­swo­ba­dzając się z uści­sku gor­se­tu. – Jeśli mam zna­leźć się w Tra­ca­to na bo­go­wie-wiedzą-jak-długo, mogę przy­najm­niej do­wie­dzieć się, jak funk­cjo­nu­je mia­sto.

– Rad­ny Dha­el jest nie­zwy­kle wpływo­wym mężczyzną – od­parła Sa­sha. – Co ty knu­jesz, Lyth?

– Knuję – par­sknęła Aly­thia. – Myślisz w pokrętny sposób.

– Czy zo­sta­nie ko­chanką rad­ne­go nie jest nie­co poniżej god­ności le­nayińskiej księżnicz­ki?

– Nie waż się mówić mi o god­ności – na­sko­czyła na siostrę Aly­thia. – Gdy­byś znała zna­cze­nie tego słowa, nie pa­ra­do­wałabyś wokoło w spodniach i z mie­czem prze­wie­szo­nym przez ple­cy. I ty masz czel­ność wygłaszać uwa­gi na te­mat god­ności le­nayińskiej księżnicz­ki!

Wy­swo­bo­dziła się do końca z gor­se­tu i zrzu­ciła suk­nię, odsłaniając kształty, na których wi­dok ko­bie­ta mniej pew­na sie­bie od Sa­shy mogłaby po­zie­le­nieć z za­zdrości. Aly­thia, jak zda­wała się zgod­nie sądzić większość mężczyzn, po­sia­dała ciało stwo­rzo­ne do grze­chu. Sa­shy to jed­nak nie prze­szka­dzało. Jej ciało było stwo­rzo­ne do wal­ki i wy­star­czająco po­do­bało się Er­rol­ly­no­wi.

– I co ci po­wie­dział? – za­py­tała Sa­sha. Przy­siadła i kołysała się na wąskiej koi Aly­thii. – O Tra­ca­to?

Aly­thia wyjęła z ku­fra prostą brązowo-białą su­kienkę i ostrożnie naciągnęła ją przez głowę.

– Wy­da­je się dziw­nym miej­scem – po­wie­działa głosem stłumio­nym przez ma­te­riał. Ob­ser­wując ją, Sa­sha od­no­to­wała, że Aly­thia nosi pochwę z nożem przy­tro­czoną do kształtne­go uda. Przed sześciu mie­siącami Sa­sha nie po­sta­wiłaby na­wet mie­dzia­ka na to, że sio­stra w ogóle może skry­wać broń pod odzie­niem. – Nie ma tam króla ani królo­wej, je­dy­nie rada i Wy­so­ki Stół. Nie je­stem jesz­cze do końca pew­na, jak to działa, nie­mniej ro­zu­miem więcej niż wcześniej.

– Kes­sligh mówi, że cho­dzi o przy­zna­nie zwykłym lu­dziom pra­wa głosu – od­parła Sa­sha. – Za­miast słać pe­ty­cje do lordów, mają praw­dzi­wych przed­sta­wi­cie­li w ko­ry­ta­rzach władzy.

– Och, Sa­sho – rzu­ciła z iry­tacją Aly­thia – jak na bez­względne­go ge­ne­rała, Kes­sligh po­tra­fi być cza­sa­mi do­praw­dy tępy. Coś po­dob­ne­go nig­dy się nie spraw­dzi. Po­nad­to nie ist­nie­je żaden sposób, aby stwier­dzić, kogo lu­dzie na­prawdę chcą wi­dzieć w roli swe­go re­pre­zen­tan­ta. Pro­stacz­ko­wie są zbyt ka­pryśni. – Zaczęła roz­pla­tać włosy, wyj­mując po ko­lei szpil­ki.

– Czy tak właśnie uważa rad­ny Dha­el?

– Nie bądź głupia, Sa­sho. Nig­dy nie py­taj mężczy­zny, co myśli. Niech sam opo­wie ci, co krąży mu po głowie. W ten sposób nig­dy nie będzie wie­dział, która spośród wygłoszo­nych prze­zeń uwag ma dla cie­bie war­tość.

– Nie za­py­tałam o to, czy pytałaś go o opi­nię – od­parła Sa­sha. – Pytałam, czy znasz jego zda­nie na ten te­mat.

– Uważa, iż Tra­ca­to nie funk­cjo­nu­je zbyt do­brze – po­wie­działa Aly­thia.

– Pod ja­kim względem Tra­ca­to nie funk­cjo­nu­je spraw­nie?

– Och, całe to ga­da­nie o „re­pre­zen­tan­tach ludu” – rzu­ciła lek­ce­ważąco Aly­thia. – Rad­ny Dha­el pięknie mówi o przyświe­cających mu ide­ach, lecz, po praw­dzie, jest zwy­czaj­nym kup­cem. Za­le­d­wie kil­ku rad­nych rze­czy­wiście wy­wo­dzi się z ludu. I bez względu na nie­szcze­re za­pew­nie­nia, większość pra­gnie je­dy­nie władzy. To znacz­nie uprasz­cza sy­tu­ację, Sa­sho, gdy lu­dzie wiedzą, kto rze­czy­wiście spra­wu­je rządy. Ale w Rho­da­anie każdemu wy­da­je się, iż władzę pia­stu­je właśnie on, wspiąwszy się po ra­mio­nach kon­ku­rentów.

– Aye – po­twier­dziła sar­ka­stycz­nie Sa­sha – jak­by ary­sto­kra­ci za­cho­wy­wa­li się choć trochę le­piej.

– Możesz so­bie kpić – od­parła spo­koj­nie Aly­thia. Czar­ne loki opadły jej na szyję. – Lecz w rze­czy­wi­stości tak właśnie jest. To porządek usta­no­wio­ny przez matkę na­turę, Sa­sho. Na­wet wa­ta­ha wilków ma swe­go przywódcę.

– Aye i ba­sior ten wy­wo­dzi się spośród wa­ta­hy. Po­trze­ba cze­goś więcej, niż by­cie córką przywódcy, aby sa­me­mu prze­wo­dzić sta­du, księżnicz­ko Aly­thio.

– Aye i gdy­by wil­ki po­sia­dały zie­mię, ana­lo­gia byłaby od­po­wied­nia – od­parła Aly­thia. – Lecz nie możemy dopuścić, by wszy­scy na­raz usiłowa­li sięgnąć po władzę, czyż nie? Walcząc o tytuły i te­ry­to­rium. Nastąpiłaby wte­dy krwa­wa ma­sa­kra. To nie wy­da­je się spraw­dzać w Rho­da­anie. Lu­dzie po­trze­bują hie­rar­chii, Sa­sho. Królew­ski ród oraz ary­sto­kra­cja sta­no­wią części bo­skie­go pla­nu. Ten rho­daański eks­pe­ry­ment wy­da­je się moc­no nie­tra­fio­ny. Coś po­dob­ne­go wymyślić mogła je­dy­nie zbie­ra­ni­na ide­ali­stycz­nych Ser­rinów i nasi-ke­thańskich ma­rzy­cie­li.

***

Sa­sha prze­myślała to so­bie później w nocy, leżąc już w ha­ma­ku. Sy­piała we wspólnym po­miesz­cze­niu. „Dzie­wi­ca” po­sia­dała nie­wie­le prze­strze­ni wy­dzie­lo­nej dla znaczących pasażerów. Rad­ny Dha­el zajął je­dyną po­zo­stałą ka­jutę tego typu. Uprzej­mie za­ofe­ro­wał się odstąpić ją Sa­shy… Trak­to­wał ją jak księżniczkę, choć tą była je­dynie w po­przed­nim życiu. Sa­sha oczy­wiście odmówiła. Być może fakt, iż nie po­trze­bo­wała po­dob­nych luk­susów, sta­no­wił wy­raz jej oso­bi­ste­go sno­bi­zmu. Od­po­wia­dało jej by­cie twardszą i mniej wy­tworną od ko­biet po­kro­ju Aly­thii czy mężczyzn przy­po­mi­nających Dha­ela. Uśmiechnęła się na tę myśl.

Sa­sha, Kes­sligh, trójka rho­daańskich żołnie­rzy, tro­je to­wa­rzy­szy Dha­ela oraz pięciu po­zo­stałych pasażerów no­co­wało we wspólnym po­miesz­cze­niu wraz z ma­ry­na­rza­mi. Sta­re przeście­radła oraz koce roz­wie­szo­ne między ha­ma­ka­mi za­pew­niały mi­ni­mum pry­wat­ności. Będąc je­dyną ko­bietą, Sa­sha otrzy­mała ha­mak na przo­dzie po­miesz­cze­nia, pod ścianą od­dzie­lającą kwa­te­ry na dzio­bie od głównej ładow­ni.

Leżała te­raz pod podwójnie złożonym ko­cem chro­niącym ją przed chłodem. De­ski trzesz­czały i skrzy­piały. Na pokładzie powyżej ktoś wy­krzy­ki­wał po­le­ce­nia. Cza­sa­mi do­cie­rały do niej roz­mo­wy to­czo­ne przez ma­ry­na­rzy w ha­ma­kach lub odgłosy kroków, gdy któryś wy­cho­dził na służbę albo też wra­cał po coś pod pokład.

Usłyszała zna­jo­me kro­ki. Er­rol­lyn prze­cisnął się pomiędzy roz­wie­szo­ny­mi przeście­radłami. Wyglądał na lek­ko prze­mo­czo­ne­go i po­nu­re­go.

– Wspiąłem się na oli­no­wa­nie – od­po­wie­dział na nie­za­da­ne py­ta­nie. – Ka­pi­tan chciał, bym do­brze przyj­rzał się światłom prześla­dowców. Uważa, że ob­ser­wując ich noc­ne po­czy­na­nia, le­piej od­gad­nie za­mia­ry ści­gających.

Sa­sha po­ki­wała głową. Ser­ri­ni wi­dzie­li nocą nie­mal równie do­brze jak lu­dzie za dnia. Er­rol­lyn dys­po­no­wał zaś nie­zwy­kle ostrym wzro­kiem na­wet jak na ser­rińskie stan­dar­dy.

– Czy się zbliżyli?

– Nie. – Er­rol­lyn zzuł buty i ściągnął skar­pet­ki. Zdjął ban­do­lierę oraz kurtkę i odłożył na podróżne tor­by spo­czy­wające pod ścianą. – Ka­pi­tan oba­wia się pułapki.

Sa­sha po­ki­wała głową, przy­gry­zając wargę.

Er­rol­lyn wdra­pał się na ha­mak i ułożył obok… nie­zwykła sy­tu­acja, która pośród części ma­ry­na­rzy i pasażerów wywoływała kon­ster­nację, u in­nych zaś roz­ba­wie­nie. Sa­sha za­zwy­czaj nie­zbyt przej­mo­wała się sprośnymi czy głupi­mi uwa­ga­mi na te­mat swej płci. To było jed­nakże coś in­ne­go. Niektórzy na­zy­wa­li ją „dziwką”, o czym wie­działa i co do­pro­wa­dzało jej tem­pe­ra­ment do wrze­nia jak nig­dy wcześniej. Cóż… za­nim Er­rol­lyn zo­stał jej ko­chan­kiem, była dzie­wicą. Wy­zwi­sko oka­zało się za­tem zupełnie chy­bio­ne.

Była jedną z dwóch ko­biet na pokładzie i sy­piała z mężczyzną, a przy­najm­niej obok mężczy­zny, który nie był jej mężem. I, co być może gor­sze, był Ser­ri­nem. Sądziła, iż po­dob­na sy­tu­acja nie po­win­na nie­po­koić rho­daańskich żegla­rzy z ich nie­zwykłym pociągiem do wszyst­kie­go, co tyl­ko ser­rińskie. A te­raz prze­ko­ny­wała się, że miesz­kańcy po­szczególnych kra­in byli do sie­bie bar­dziej po­dob­ni, niż li­czyła. Nie mie­li nic prze­ciw­ko Er­rol­ly­no­wi. Niektórzy na­wet sza­no­wa­li go bar­dziej. Do­ce­nia­li, kogo zdołał „uwieść”. Ją za to na­zy­wa­li pusz­czalską.

Er­rol­lyn naciągnął swój koc. Sięgnął ręką i po­przez lin­ki ha­ma­ku wplótł pal­ce we włosy Sa­shy, która wpa­try­wała się w skle­pie­nie. Ruch stat­ku spra­wiał, że ich ciała kołysały się w zgod­nym ryt­mie, mu­skając prze­lot­nie.

– Skąd ta po­nu­ra mina? – za­py­tał.

– Bez wyraźnego po­wo­du.

– Aly­thia?

Sa­sha potrząsnęła głową. Er­rol­lyn wsunął ręce pod koc Sa­shy i objął ją. Po­tem prze­sunął po jej udach dłońmi. Sa­sha od­sunęła od sie­bie jego ręce.

– To do cie­bie nie­po­dob­ne – zaczął się prze­ko­ma­rzać.

– Odpuść na chwilę, do­brze? – rzu­ciła Sa­sha. Er­rol­lyn wes­tchnął i cofnął dłonie. Oparł głowę o ple­cionkę, szy­kując się do snu.

– Prze­pra­szam. – Sa­sha przekręciła się w ha­ma­ku. – Nie chciałam na cie­bie na­sko­czyć.

– Za­wsze na­ska­ku­jesz. Zdążyłem przy­wyknąć.

Sa­sha mogła się spie­rać, lecz tego nie zro­biła. Za­prze­cza­nie własne­mu uspo­so­bie­niu byłoby głupotą. Jeżeli chciała, aby mężczy­zna, którego po­ko­chała, nie prze­stał od­wza­jem­niać owe­go uczu­cia, mu­siała zaprze­stać wda­wa­nia się w nie­po­trzeb­ne kłótnie.

– Ten okręt spra­wia, że je­steś roz­drażnio­na. Bar­dzo nie­wie­le ser­rińskich ko­biet za­zdrościłoby ci, biorąc pod uwagę, kim je­steś, prze­by­wa­nia tu­taj pośród lu­dzi.

Sa­sha uśmiechnęła się. Oczy­wiście, że ro­zu­miał. Za­wsze ją ro­zu­miał. Sięgnęła po dłoń Er­rol­ly­na. W ich przy­pad­ku jej iry­ta­cja rzad­ko pro­wa­dziła do abs­ty­nen­cji. Ha­ma­ki nie nada­wały się dla pragnącej od­osob­nie­nia pary, której bra­ko­wało cier­pli­wości na eks­pe­ry­men­ty. Za to ładow­nia za­zwy­czaj oka­zy­wała się pu­sta. Trud­no było uznać ją za ro­man­tycz­ne miej­sce scha­dzek, z cia­sny­mi alej­ka­mi pomiędzy skrzy­nia­mi i wor­ka­mi oraz bra­kiem miej­sca, by się położyć. Po­mi­mo to jakoś so­bie ra­dzi­li. Tym bar­dziej, że jako sva­alverdz­cy wo­jow­ni­cy dzie­li­li za­in­te­re­so­wa­nie fi­zycz­ny­mi aspek­ta­mi ciała. Cie­le­snością i od­kry­wa­niem, co też ich ciała zdołają wspólnie osiągnąć – w po­zy­cjach, które nie wy­ma­gały położenia się – co bywało całkiem in­te­re­sujące samo w so­bie.

Zza prze­pie­rze­nia do­biegło nie­przy­jem­ne po­kasływa­nie. Sa­sha zaklęła ci­cho. Ze­sko­czyła na pokład. Ko­lej­ny powód, dla którego ha­mak się nie spraw­dzał, sta­no­wił fakt, iż Kes­sligh sy­piał tuż obok. Po­dej­rze­wała, że nie miałby nic prze­ciw­ko, nie­mniej mimo wszyst­ko…

Prześli­zgnęła się za koc. Za­stała swe­go men­to­ra na wpół siedzącego w ha­ma­ku i sączącego wodę z bukłaka.

– Wszyst­ko w porządku?

Skrzy­wił się, po­twier­dzając ski­nie­niem głowy i nie prze­stając pić. Nie­wiel­ki gar­nek spo­czy­wał na de­skach pod ha­ma­kiem, tak na wszel­ki wy­pa­dek.

– Przeklęty sta­tek – wy­mru­czał. – Wkrótce do­trze­my do Tra­ca­to, to mnie wy­le­czy. Co wi­dział Er­rol­lyn?

– Ści­gający utrzy­mują dy­stans. Ka­pi­tan oba­wia się pułapki. Może po­win­niśmy czu­wać?

– Jeśli to na­prawdę pułapka, będzie­my mieć dość cza­su, aby się obu­dzić, ubrać i uzbroić. Le­piej wal­czyć wy­poczętym.

Sa­sha po­ki­wała głową.

– Jak two­ja noga?

– W porządku, do diabła, ko­bie­to – warknął Kes­sligh. – Moja mat­ka umarła daw­no temu. Nie mu­sisz spraw­dzać, co u mnie słychać, za każdym ra­zem, gdy tyl­ko wy­dam jakiś dźwięk.

– Och, ale tyl­ko na sie­bie spójrz – od­parła skon­ster­no­wa­na Sa­sha. – Włosy masz w nieładzie. Nie goliłeś się od dwóch dni… tu­taj, po pro­stu pozwól mi… – Prze­sunęła się, by pal­ca­mi roz­cze­sać mu włosy. Kes­sligh za­machnął się na nią dłonią, nie­bez­piecz­nie szyb­ki, i Sa­sha od­sko­czyła z łobu­zer­skim uśmie­chem.

– Możesz nie­ocze­ki­wa­nie prze­ko­nać się – po­wie­dział ostrze­gaw­czo Kes­sligh – że nie je­steś jesz­cze zbyt duża na otrzy­ma­nie kil­ku klapsów w tyłek.

– Naj­pierw mu­siałbyś mnie złapać, sta­rusz­ku. – Sa­sha się roześmiała. – Śpij do­brze.

Wy­co­fała się do swo­je­go ha­ma­ka. Sta­tek kołysał się i drżał. Ale je­dy­ne łasko­ta­nie w żołądku, które od­czu­wała, zo­stało wywołane po­czu­ciem szczęścia. Ko­bie­ta. Kes­sligh na­zwał ją „ko­bietą”, a nie „dziew­czyną”. Nie zdołała po­wstrzy­mać uśmie­chu ukon­ten­to­wa­nia.

Er­rol­lyn to za­uważył.

– Co tak cię roz­we­se­liło?

– Nic. – Sa­sha odwróciła się na bok twarzą ku nie­mu. – Co po­wiesz na to, byśmy ze­szli za­ba­wić się do ładow­ni?

Er­rol­lyn wy­szcze­rzył w uśmie­chu zęby. Na du­chy, wyglądał świet­nie, kie­dy się uśmie­chał. Nie­możli­wie zie­lo­ne oczy błysnęły, pełne hu­mo­ru. Cza­sa­mi Sa­sha nie po­tra­fiła uwie­rzyć we własne szczęście.

– Je­steś nie­możliwa – sko­men­to­wał. – Nadążanie za two­im na­stro­jem to jak po­ko­na­nie czte­rech pór roku jesz­cze przed śnia­da­niem.

Sa­sha par­sknęła śmie­chem. Wie­dzio­na im­pul­sem po­chy­liła się i pocałowała Er­rol­ly­na w usta długim, głębo­kim pocałunkiem. Po­tem położyła się po­now­nie, za­do­wo­lo­na, że może po pro­stu trzy­mać go za rękę.

– Sa­sho? – ode­zwał się Er­rol­lyn. – Mam py­ta­nie. Tyl­ko mnie nie za­bij.

– Ach – od­parła Sa­sha. – Jed­no z tych głupich ser­rińskich pytań. Śmiało, zbie­ram się w so­bie, aby go wysłuchać.

– Czy sądzisz… mam na myśli, że Kes­sligh jest dla cie­bie jak oj­ciec. Lecz gdy mężczy­zna nie ma part­ner­ki przez długi czas, może po­strze­gać to in­a­czej, a sko­ro, mimo wszyst­ko, nie je­steś jego córką…

Sa­sha zmarsz­czyła brwi.

– Wiesz, jak na elo­kwent­ne­go Ser­ri­na to porażająco mętne py­ta­nie. Wy­krztuś je z sie­bie.

– Czy sądzisz, że możesz go pociągać?

Sa­sha gapiła się na nie­go z prze­rażeniem.

– Nie! – Przy­po­mniała so­bie, by ści­szyć głos. – Jak możesz pytać mnie o coś ta­kie­go?

Er­rol­lyn wzru­szył bez­rad­nie ra­mio­na­mi. – Głupie ser­rińskie py­ta­nie, pamiętasz?

– Byliśmy… do diabła, Er­rol­ly­nie, żyliśmy ra­zem, odkąd skończyłam osiem lat! Nadal uważa mnie za małą dziew­czynkę lub… albo… – Tyl­ko że nie­daw­no na­zwał ją „ko­bietą”. Sfru­stro­wa­na urwała w pół słowa.

Er­rol­lyn położył dłoń na ra­mie­niu Sa­shy.

– Nie złość się. Byłem po pro­stu cie­kaw.

Sa­sha zo­rien­to­wała się, że z ja­kie­goś po­wo­du wca­le się nie gnie­wa. Gdy­by kto­kol­wiek inny za­su­ge­ro­wał po­dobną rzecz, najprawdopo­dobniej uczy­niłaby mu krzywdę. Ale Ser­ri­ni byli tak nieświa­do­mi pew­nych kwe­stii. Nie nie­win­ni ni­czym dzie­ci, nic po­dobnego. Nie­mniej nie czu­li się urażeni uwa­ga­mi, które większość lu­dzi od­bie­rała jako obraźliwe.

Er­rol­lyn sięgnął i położył dłoń na bio­drze Sa­shy.

– Nadal masz ochotę zejść do ładow­ni i się za­ba­wić?

– Bo­go­wie, nig­dy więcej. – W bla­dym świe­tle lam­py Sa­sha do­strzegła, że zwie­sił głowę. Jak­by na­prawdę zdołała go w końcu ob­ra­zić. Chwy­ciła dłoń ko­chan­ka i ścisnęła moc­no. – Żar­tuję! Er­rol­ly­nie, nie mówiłam poważnie. – Wy­da­wało się, że od­czuł ulgę. – Tyl­ko… może ju­tro. Ty do­brze ra­dzisz so­bie w ciem­ności, ale ja za­wadzę stopą o prze­szkodę i coś roz­walę.

– Ju­tro możemy umrzeć – za­uważył rozsądnie Er­rol­lyn. – Do­pil­nuję, żebyś ni­cze­go nie roz­wa­liła.

Sa­sha posłała mu twar­de spoj­rze­nie. Nie­na­wi­dziła, kie­dy to robił – wy­po­wia­dał dokład­nie te słowa, które należało wy­po­wie­dzieć, by namówić ją do cze­goś, o czym zdążyła zde­cy­do­wać, że nie po­win­na robić.

– W porządku – wes­tchnęła. – Nie jest jesz­cze późno. Weźmie­my lampę i zej­dzie­my dzio­bo­wym lu­kiem.

***

Sa­sha obu­dziła się o świ­cie i stwier­dziła, że ich prześla­dow­cy zniknęli. Co więcej, wiatr przy­cichł i prze­szedł w przy­jemną bryzę, a mo­rze było spo­koj­niej­sze. Wy­ko­nała na pokładzie ćwi­cze­nia, ob­ser­wując, jak nie­bo zmie­nia barwę z czar­nej na bla­do­nie­bieską, po­tem żółtą, czer­woną i na końcu złotą. Za ster­burtą „Wia­tro­duch” kołysał się de­li­kat­nie na błękit­nym prze­stwo­rze, tnąc fale z żagla­mi wydętymi wia­trem.

„Blask” zo­stał nie­co z tyłu. Wy­da­wało się, iż ma uszko­dzo­ny fok. Pełniący nocną szychtę ster­nik rzu­cał zza drew­nia­ne­go koła po­nu­re spoj­rze­nia w stronę okrętu. Kie­dy ka­pi­tan po­ja­wił się, aby go zastąpić, mężczyźni za­mie­ni­li kil­ka słów. Ge­sty­ku­lo­wa­li nie­pew­nie w kie­run­ku stat­ku.

Er­rol­lyn wkrótce dołączył do Sa­shy. Ucie­szył się, nie do­strze­gając ści­gających ich jed­no­stek. Ściągnął ko­szulę i Sa­sha zbesz­tała go w sa­al­si za brak skrom­ności. Była go­to­wa po­ko­chać kogoś znacz­nie mniej przy­stoj­ne­go i ko­chać go, jak długo byłby on od­po­wied­nim dla niej mężczyzną. Uro­da Er­rol­lyna sta­no­wiła szczęśliwy traf. Zaś to, co robiła z nim mi­nio­nej nocy w ładow­ni, sta­no­wiło wy­raz cze­goś jesz­cze głębsze­go. Nie mogła uwie­rzyć, że nikt na pokładzie ich nie słyszał. Próbowała za­cho­wy­wać się ci­cho. Wy­rwało się jej jed­nak kil­ka pisków, które po­mi­mo sza­lejącej bu­rzy bez wątpie­nia dawało się dosłyszeć.

Po­spa­ro­wała z Er­rol­ly­nem, a żegla­rze przyglądali się ich ćwi­cze­niom. Większość Rho­daańczyków wi­działa ćwiczące szer­mierkę Ser­rin­ki. Je­dy­nie nie­licz­nym dane było jed­nakże wi­dzieć ludzką ko­bietę dorównującą umiejętnościa­mi Sa­shy. Sva­alverd na ta­kim po­zio­mie za­awan­so­wa­nia, który re­pre­zen­to­wa­li wraz z Er­rol­ly­nem, był ośle­piająco szyb­ki. Żadne z wy­pro­wa­dza­nych przez nich cięć nie chy­biało celu. Tnąc i pa­rując, gładko prze­su­wa­li sto­pa­mi po de­skach pokładu, po­ru­szając się po okręgu ni­czym w tańcu. Tre­nin­go­we mie­cze zda­wały roz­my­wać się w po­wie­trzu. Trzask zde­rzającego się drew­na zakłócił spokój po­ran­ka.

Er­rol­lyn za­pro­po­no­wał nie­znacz­ne zmia­ny. Sa­sha za­sto­so­wała się do su­ge­stii, wy­pro­wa­dzając serię błyska­wicz­nych ataków. Cięcia złożyły się na se­kwencję wiodącą do zabójcze­go cio­su. Od­kryła, iż kołyszący się pod sto­pa­mi pokład sta­no­wi miłe uroz­ma­ice­nie. Wszyst­kich wo­jow­ników, prak­ty­kujących sva­alverd, łączyła ob­se­sja na punk­cie równo­wa­gi. Co­kol­wiek na nią wpływało, sta­no­wiło in­try­gujący czyn­nik, który należało zgłębić.

– Nie prze­sta­waj jej in­stru­ować, młodzieńcze – sko­men­to­wał łysy żeglarz o wy­dat­nym brzu­szy­sku, mi­jając Er­rol­ly­na i Sashę. – Założę się, iż nadal możesz na­uczyć ją kil­ku sztu­czek.

Er­rol­lyn wy­szcze­rzył zęby i zakręcił ra­mie­niem. Po jego unoszącej się pier­si kro­pel­ki potu spływały na płaski brzuch. Sa­sha zo­rien­to­wała się, że ma­ry­narz uznał wcześniejszą su­ge­stię Er­rol­lyna za po­le­ce­nie.

– To ona uczy mnie, jak nie umrzeć – wyjaśnił żegla­rzo­wi Er­rol­lyn. – Jeśli na­tarłaby na mnie kom­bi­nacją, której nie prze­wi­działem, nie prze­trwałbym dwu ude­rzeń.

Kil­ku gapiów roześmiało się, jak­by myśleli, że żar­tu­je lub szar­manc­ko pra­wi dziew­czy­nie kom­ple­men­ty. Ob­ser­wa­to­rzy nie do­strze­ga­li tego, co Sa­sha i Er­rol­lyn czu­li przy każdej se­kwen­cji, za każdym ra­zem, gdy drew­nia­ne ostrza krzyżowały się z trza­skiem. Była lep­sza. Nie szyb­sza i na pew­no nie sil­niej­sza. Po pro­stu przekładała za­miar oraz formę na działanie szyb­ciej i zmyślniej od nie­go. Łatwość, z jaką przy­cho­dziło jej sta­wić mu czoło, cza­sa­mi ją nie­po­koiła. Er­rol­lyn był na­prawdę do­bry według wsze­la­kich stan­dardów przyjętych do oce­ny. Zda­rzało jej się pomyśleć, że po pro­stu po­znała go aż na­zbyt do­brze. Być może jej prze­wa­ga nie była aż tak przytłaczająca, jak su­ge­ro­wałyby ich spar­rin­gi. Być może sta­wała się je­dy­nie lep­sza w po­ko­ny­wa­niu właśnie Er­rol­lyna. W po­dob­ne temu po­ran­ki jakoś w to jed­nak wątpiła. Czuła, że sta­je się co­raz lep­sza i było to uza­leżniające do­zna­nie. Pragnęła osiągnąć więcej. Prze­ko­nać się, gdzie leżą gra­ni­ce jej możliwości. Chciała też zy­skać ab­so­lutną pew­ność, że gdy następnym ra­zem, w wal­ce, sta­wi czoło wro­gom, wszy­scy, którzy dobędą prze­ciw­ko niej bro­ni, umrą. Bez względu na to, jak licz­ni będą i z ja­kim mi­strzo­stwem posługi­wać się będą mie­czem.

***

O bli­skości Tra­ca­to świad­czyła rosnąca licz­ba statków. Naj­pierw na tle ho­ry­zon­tu po­ja­wił się sa­mot­ny żagiel, po­tem dołączyły ko­lej­ne. Oka­zało się, że wszyst­kie należały do okrętów ku­piec­kich. Następnie po­ja­wiły się ko­lej­ne wydęte żagle, tym ra­zem większe, zwi­sające z bliźnia­czej pary masztów. Zbliżały się, kie­dy okręt ciął toń, szyb­ciej niż Sa­sha wi­działa kie­dykolwiek. Na mi­jającej ich jed­no­st­ce żegla­rze usta­wi­li się wzdłuż bur­ty. Niektórzy wspięli się na oli­no­wa­nie. Większość ma­ry­na­rzy uzbro­jo­na była w łuki. Na śródokręciu dawało się do­strzec parę ba­list. Potężne ma­chi­ny bez wątpie­nia mio­tały po­ci­ski wypełnio­ne łatwo­palną oliwą na dy­stans dal­szy, niż mogła prze­być strzała.

Ser­riński okręt wo­jen­ny. Na masz­cie bra­ko­wało fla­gi, po­nie­waż Ser­rini nig­dy nie osiągnęli po­ro­zu­mie­nia w kwe­stii po­sia­da­nia pro­por­ca mającego sym­bo­li­zo­wać ich od­mien­ność. Nie po­ma­lo­wa­li także kadłuba. Nie umieścili na dzio­bie fi­gu­ry i nie ude­ko­ro­wa­li drzwi ka­pi­tańskiej ka­ju­ty złoty­mi zdo­bie­nia­mi. Pro­sty okręt za­chwy­cał jed­nak pięknem gład­kich łuków. Je­dy­ny­mi ozdob­ny­mi ele­men­ta­mi były żagle, przy­stro­jo­ne czar­nym ha­ftem kon­tra­stującym z bielą płótna. Zawiły wzór wy­da­wał składać się z kwa­dra­to­wych i trójkątnych kon­turów.

– To in­skryp­cja w sa­al­si – oświad­czył Er­rol­lyn. Oparł się o re­ling obok Sa­shy i ob­ser­wo­wał mi­jający ich okręt. Sa­sha wytężyła wzrok. Na­gle do­strzegła, o czym mówił. Doj­rzała sty­li­zo­wa­ne li­te­ry sa­al­si wy­zna­cza­ne przez ob­szy­te kon­tu­ry.

– Co głosi?

Er­rol­lyn uśmiechnął się i potrząsnął głową.

– Och, tysiąc rze­czy. – Cza­sa­mi na­wet Er­rol­lyn mie­wał pro­ble­my z przekładem.

Gdy zbliżał się już wieczór, na­po­tka­li ko­lej­ny okręt wo­jen­ny ho­lujący sta­tek o połowę mniej­szy. Ho­lo­wa­na jed­nost­ka miała po­czer­niałe, częścio­wo zwi­nięte żagle; niektórych zda­wało się bra­ko­wać. Zniknęła także spo­ra część oli­no­wa­nia. Masz­ty nosiły ślady pożaru. Kie­dy mi­ja­li wol­no po­ru­szającą się parę, Sa­sha doj­rzała grup­ki lu­dzi stłoczo­nych na ho­lo­wa­nym okręcie. Niektórzy wyglądali na ran­nych, ich odzie­nie i twa­rze sczer­niały od sa­dzy. Pil­no­wa­li ich uzbro­je­ni strażnicy i na­wet z tej od­ległości Sa­sha mogła doj­rzeć, że byli Ser­ri­na­mi. Po­tra­fiła roz­po­znać to po ich po­sta­wie, spo­so­bie, w jaki ści­ska­li w dłoniach rękojeści mie­czy. Miała wrażenie, że część z nich sta­no­wią ko­bie­ty.

Tym ra­zem to Kes­sligh przy­stanął u boku Sa­shy.

– Elis­seńscy uchodźcy – po­wie­dział po­nu­ro. – Ary­sto­kra­ci, oce­niając po ich wyglądzie.

Sa­sha po­ki­wała głową. Je­dy­nie wy­so­ko uro­dze­ni dys­po­no­wa­li środ­ka­mi po­zwa­lającymi opłacić po­dobną podróż. Próbo­wa­li prze­być Mo­rze Elis­seńskie je­dy­nie po to, by stać się jeńcami na prze­chwy­co­nym okręcie.

– Zmie­rza­li do Al­gras­se lub La­ro­sy – zgo­dziła się. – Mu­sie­li się bać. Być może pamiętali, co wy­da­rzyło się w Eno­rze.

– Je­stem pe­wien, że nie za­po­mnie­li.

„Dzie­wi­ca” dopłynęła do Tra­ca­to krótko przed północą. Wi­dzia­ne z mo­rza mia­sto nie wy­wie­rało spe­cjal­ne­go wrażenia. Nie na kimś, kto wi­dział wcześniej błyszczące sto­ki Pe­tro­do­ru. Para roz­tańczo­nych świa­teł płonęła ja­sno, wyraźnie od­bi­jając się w czar­nej toni. Za nimi płonęły ko­lej­ne, słabiej wi­docz­ne lam­py za­pa­lo­ne na pokładach łodzi. Światła od­bi­jały się w wo­dzie, przy­wodząc na myśl świe­tli­ki krążące nad le­nayińskim je­zio­rem. Po bo­kach półko­lem roz­poście­rały się wy­so­kie kli­fy.

Do­pie­ro zbliżyw­szy się do por­to­we­go mia­sta, można było oce­nić roz­mia­ry obu płomie­ni. Każdy po­cho­dził z wiel­kie­go ogni­ska roz­pa­lo­ne­go na szczy­cie potężnej i kan­cia­stej wieży. Gdy „Dzie­wi­ca” mijała wejście do por­tu, Sa­sha stała na śródokręciu i ze zdu­mie­niem przyglądała się ka­mien­nym ścia­nom. Nig­dy w swo­im życiu nie wi­działa równie potężnych for­ty­fi­ka­cji. Ognie na szczy­tach bliźnia­czych wież spra­wiały, iż u wejścia do przy­sta­ni było ja­sno nie­mal jak w dzień. W świe­tle płomie­ni oli­no­wa­nie stat­ku rzu­cało nie­sa­mo­wi­cie wyglądające cie­nie. Sa­sha doj­rzała sta­lo­wy łańcuch o potężnych ogni­wach zwi­sający ze ścia­ny wieży. Słyszała wcześniej o tym szczególnym środ­ku obro­ny. Wie­działa, że każda z wieżyc mieści kołowrót. W ra­zie ata­ku łańcuch dawało się naciągnąć, co unie­możli­wiało wro­gim okrętom wpłynięcie do por­tu. By do­stać się do przy­sta­ni, na­past­ni­cy mu­sie­li upo­rać się wpierw z wieżami. W przy­pad­ku ata­ku od stro­ny mo­rza nie było to łatwe za­da­nie.

Wejście do za­to­ki ota­czały kli­fy ma­jaczące po­nad ciemną tonią. Załoga zaczęła re­fo­wać żagle wy­dy­ma­ne ostat­ni­mi po­dmu­cha­mi wia­tru. Z tego miej­sca Sa­sha mogła doj­rzeć rozświe­tlo­ne mia­sto – la­tar­nie w do­kach, światła w oknach domów i roz­tańczoną linię płomie­ni po­chod­ni po­nad potężnymi blan­ka­mi For­te­cy Ushal. Tra­ca­to na wiel­kość zaj­mo­wało może ćwierć po­wierzch­ni przy­pa­dającej na Pe­tro­dor, lecz zgod­nie z po­wszechną opi­nią było znacz­nie piękniej­sze. Domy wznie­sio­no na sto­ku opa­dającym łagod­nie po samo na­brzeże. Na szczy­cie zbo­cza ma­jaczyła górująca nad oko­licą for­te­ca. Dorówny­wały jej je­dy­nie wieżyce Świątyni He­le­shońskiej wznoszącej się nie­co na pra­wo, jeżeli spoglądało się od stro­ny za­to­ki. Nie­mniej ciem­ność po­zba­wiła Sashę wi­do­ku po­wie­wających pro­porców i tu­mul­tu w do­kach.

Tra­ca­to za­li­czało się do wietrz­nych miast. Za­tokę osłaniały jed­nakże kli­fy i „Dzie­wicę”, zmie­rzającą po­wo­li ku wol­ne­mu miej­scu u krańca molo, po­py­chała je­dy­nie lek­ka bry­za. Licz­ne stat­ki o smukłych kadłubach cu­mo­wały stłoczo­ne wzdłuż po­mostów, często­kroć w dwu­sze­re­gu. Las ople­cio­nych oli­no­wa­niem masztów podświe­tlo­nych od dołu światłem lamp two­rzył nie­zwykły wi­dok. Sa­sha do­strzegła syl­wet­ki zbroj­nych roz­sta­wio­nych na pokładach lub spa­ce­rujących po molo. Wy­da­wało się, iż strażnicy strzegący por­tu nie są zbyt licz­ni.

Żegla­rze uwi­ja­li się szyb­ko, za­bez­pie­czając żagle i zwi­nięte liny. Sa­sha zeszła pod pokład po nie­wielką torbę. Nim wróciła na górę, o burtę „Dzie­wi­cy” opar­to już sze­ro­ki trap, po którym ka­pi­tan zdążył zejść na ląd. Roz­ma­wiał właśnie z mężczyzną okry­tym czer­wo­nym płasz­czem, w czar­nym ka­pe­lu­szu o sze­ro­kim ron­dzie. Rozmówcy ka­pi­tana to­wa­rzy­szyła para strażników. Pre­zen­to­wa­li się równie ofi­cjal­nie i, jak uznała Sa­sha, należeli do tra­ca­tońskich czar­no-bu­tych. No­si­li nie­bie­skie płasz­cze, na­rzu­co­ne na kol­czu­gi, oraz iden­tycz­ne obu­wie o wy­so­kich, smo­liście czar­nych cho­lew­kach. Sta­no­wi­li spe­cjal­nie wy­se­lek­cjo­no­waną mi­licję. Ich za­da­niem było utrzy­ma­nie porządku w mieście. Sa­sha nig­dy wcześniej nie ze­tknęła się z po­dobną for­macją.

Kes­sligh zszedł na brzeg pierw­szy. Ma­sze­ro­wał z laską w dłoni i podróżną torbą za­rzu­coną na ramię. Za nim pokład opuściła trójka rho­daańskich żołnie­rzy oraz rad­ny Dha­el ze swą eskortą. Sa­sha obej­rzała się. Do­strzegła stojącą w po­bliżu Aly­thię odzianą w powłóczystą zie­loną suk­nię sznu­ro­waną na ple­cach.

– Gdzie twój bagaż? – za­py­tała Sa­sha. Włosy Aly­thii opa­dały na ra­mio­na i da­lej na ple­cy gęsty­mi czar­ny­mi pu­kla­mi. Usta księżnicz­ka pod­kreśliła czer­woną szminką. Pa­znok­cie miała długie i ostre. Sa­sha nie poj­mo­wała, przed kim jej sio­stra chciała aż tak zadać szy­ku o tej późnej go­dzi­nie.

– Rad­ny Dha­el po­le­cił swym służącym, by go za­bra­li – od­parła spo­koj­nie. Aly­thia, co oczy­wi­ste, nie podróżowała za­le­d­wie z jedną podróżną torbą. Ja­kim cu­dem zdołała zgro­ma­dzić tak wie­le rze­czy po tym, jak wszyst­ko, co przy­wiozła ze sobą z Le­nay­in, prze­padło pod­czas upad­ku re­zy­den­cji Hal­ma­dych, także po­zo­sta­wało ta­jem­nicą.

Sa­sha zeszła na brzeg za Er­rol­ly­nem, mając za ple­ca­mi Aly­thię. Zbroj­ni oraz do­ke­rzy przy­sta­wa­li na na­brzeżu. Prze­ry­wa­li pochłaniające ich zajęcia i wy­trzesz­cza­li oczy. I, co od­no­to­wała Sa­sha, nie ga­pi­li się wca­le na nią.

Mężczy­zna w czer­wo­nym płasz­czu zakończył roz­mowę z ka­pi­ta­nem, który odwrócił się i prze­mie­rzył trap. Sa­sha ocze­ki­wała, że rad­ny Dha­el prze­pchnie się do przo­du, głośno ob­wiesz­czając przy tym swą god­ność. Za­miast tego od­sunął się i prze­puścił trójkę rho­daańskich żołnie­rzy. Po­dzięko­wa­li mu i za­mie­ni­li kil­ka słów z mężem w czer­wo­nym płasz­czu. Za­pre­zen­to­wa­li urzędni­ko­wi ta­tuaże, które każdy mial na ra­mie­niu. Zo­sta­li na­tych­miast prze­puszczeni. Stal naj­wy­raźniej cie­szyła się w Tra­ca­to sza­cun­kiem, sko­ro na­wet rad­ny gotów był od­sunąć się na bok i prze­puścić jej żołnie­rzy.

Dha­el przed­sta­wił się. Urzędnik w czer­wo­nym płasz­czu le­d­wie na nie­go zerknął. Po­sta­wił znak na per­ga­mi­nie przy­piętym do sztyw­nej podkładki, którą miał ze sobą. Mach­nięciem dłoni prze­puścił rad­ne­go oraz jego eskortę. Dha­el w mar­szu za­mie­nił kil­ka słów z naj­star­szym z to­wa­rzyszących mu zbroj­nych. Prze­mie­rzył na­brzeże, nie oglądając się za sie­bie. Sa­sha mogła wy­czuć iry­tację Aly­thii.

– Ur na­hrom? – zwrócił się do Kes­sli­gha urzędnik w czer­wo­nym płasz­czu. Sa­sha uznała, iż zna­czyło to: „Jak się na­zy­wasz?”. Pod­czas spędzo­nych w Pe­tro­do­rze mie­sięcy liznęła nie­co la­ro­sańskie­go.

– Kes­sligh Cro­ne­nverdt – od­parł jej uman, po czym podjął po to­ro­vańsku: – A to moja uma Sa­shan­dra Le­nay­in, jej sio­stra Aly­thia Le­nay­in oraz nasz kom­pan Er­rol­lyn Y’sal­di. – Sa­sha skrzy­wiła się w myślach. Er­rol­lyn nig­dy nie używał na­zwi­ska. Ozna­czało coś, cze­go lu­dzie nie byli w sta­nie pojąć. Tu­taj po­da­nie go sta­no­wiło jed­nakże for­mal­ność.

– Za­py­tam ich o imio­na, gdy na­dej­dzie ich ko­lej – od­rzekł urzędnik, również po to­ro­vańsku. Przyj­rzał się Kes­sli­gho­wi, naj­wy­raźniej nie będąc pod wrażeniem. W za­cho­wa­niu mężczy­zny nie­wie­le było uprzej­mości. – Udo­wod­nij, że je­steś Kes­sli­ghiem.

– Udo­wod­nij, że nim nie je­stem.

Noz­drza urzędasa za­fa­lo­wały.

– Tu, w wiel­kim mieście Tra­ca­to, wszy­scy od­po­wia­dają przed radą Rho­da­anu i Wy­so­kim Stołem. Wy­zna­cze­ni przez radę ofi­ce­ro­wie noszą czer­wo­ne płasz­cze, ta­kie jak mój. Od­po­wiesz na moje py­ta­nia lub też nie zo­sta­niesz wpusz­czo­ny za bramę. Udo­wod­nij, że je­steś Kes­sli­ghiem Cro­ne­nverd­tem.

– Mógłby odrąbać ci pie­przoną głowę – par­sknęła Sa­sha po le­nay­sku. – Byłby to świet­ny dowód.

– Rze­czy­wiście, mógłby – od­parł mąż w czer­wo­nym płasz­czu w nie­na­gan­nym le­nay­skim. Sa­sha za­mru­gała. Nie ocze­ki­wała, iż kto­kol­wiek w tej części Rho­dii zro­zu­mie jej słowa. – Ale to nadal nie za­pew­niłoby mu wejścia do mia­sta.

– Dro­dzy bo­go­wie, Sa­sho – rzu­ciła ze złością Aly­thia, także po le­nay­sku. – Je­steś tak bez­myślnie pro­stac­ka. Nie po­tra­fię uwie­rzyć, że je­steśmy sio­stra­mi.

– Ja także nie – od­po­wie­działa Sa­sha w sa­al­si. Aly­thia zmarsz­czyła brwi, nie ro­zu­miejąc.

– Mówisz również w sa­al­si? – za­py­tał Sashę czer­wo­no-płasz­czy, posługując się wspo­mnia­nym języ­kiem.

– Je­stem pew­na, iż władam nim le­piej od cie­bie – od­parła Sa­sha, nadal w sa­al­si.

– Szcze­rze w to wątpię, młoda pani. Wszyst­kie czer­wo­ne płasz­cze w Tra­ca­to od dziec­ka uczą się mowy na­szych ser­rińskich przy­ja­ciół. – Sa­sha spo­chmur­niała. Sa­al­si rozmówcy rze­czy­wiście wy­da­wał się ra­czej do­bry. – Bez wątpie­nia twa apa­ry­cja od­po­wia­da opi­so­wi Sa­shandry Le­nay­in… Jed­nak jej pre­zen­cja jest po­wszech­nie zna­na i nie jest trud­no się pod nią pod­szyć.

– Nasz język również jest po­wszech­nie zna­ny? – za­py­tała z nie­do­wie­rza­niem Sa­sha. – Mój ta­tuaż? Mogę go za­pre­zen­to­wać, jeśli chcesz?

– Sa­sho… – zaczął Kes­sligh ze zmęczo­nym znie­cier­pli­wie­niem.

– To nie­do­rzecz­ne! – rzu­ciła gwałtow­nie Sa­sha. – Kim in­nym na piekła mo­gli­byśmy być? Co za po­zba­wie­ni ho­no­ru lu­dzie wy­ma­gają od in­nych, aby udo­wad­nia­li przed nimi swą tożsamość?

Er­rol­lyn oplótł ręką jej ra­mio­na, by po­wstrzy­mać wy­buch. Po­chy­lił się w przód.

– Prze­pra­szam? – wtrącił się po to­ro­vańsku. – Czuję się nie­co zmęczo­ny i pragnąłbym się położyć. Jeśli kon­tro­la ma zająć dłuższą chwilę, czy mogę się od­da­lić i ich zo­sta­wić?

Czer­wo­ny płaszcz wy­da­wał się roz­ba­wio­ny.

– Oczy­wiście, ser­riński pa­nie. Kie­dy tyl­ko ze­chcesz.

– Och, cu­dow­nie! – warknęła Sa­sha. – Ser­rin może łazić, gdzie tyl­ko za­pra­gnie, pod­czas gdy resz­ta z nas musi…

– Er­rol­lyn silną dłonią zwi­chrzył jej włosy.

– Nie mógłbym za­brać jej ze sobą? – za­py­tał czer­wo­nopłasz­cze­go. – W moim to­wa­rzy­stwie jest całkiem słodka. Szcze­ka i war­czy wyłącznie na ob­cych. – Sa­sha wal­czyła, aby zrzu­cić z ra­mie­nia jego dłoń, co nie było łatwe. Er­rol­lyn miał prawą rękę wyćwi­czoną dzięki posługi­wa­niu się ra­czej łukiem niż mie­czem i dys­po­no­wał na­prawdę sil­nym uści­skiem.

– Mi­strzu Er­rol­ly­nie – ode­zwał się czer­wo­nopłasz­czy – wierzę, iż pamiętam cię z po­sie­dzeń rady. Ileż to lat upłynęło?

– Nie­mal trzy – od­parł Er­rol­lyn.

Sa­sha zdołała wresz­cie się wy­swo­bo­dzić, choć mu­siała użyć w tym celu obu rąk.

– Czy poświad­czysz za swych to­wa­rzy­szy?

– Za Kes­sli­gha, Sa­shandrę oraz Aly­thię, tak. Je­stem nie­mal pe­wien, iż nie zwie­dli mnie w kwe­stii swej tożsamości, a już na pew­no nie ona. Jest zde­cy­do­wa­nie zbyt iry­tująca, by być kim­kol­wiek in­nym. – Aly­thia roześmiała się, jak­by była to naj­za­baw­niej­sza rzecz, jaką słyszała od mie­sięcy.

Czer­wo­nopłasz­czy uśmiechnął się po­nu­ro.

– Do­sko­na­le. Pa­ra­fuj­cie, proszę, per­ga­min i zgłoście się do ofi­ce­ra rady przed ju­trzej­szym za­cho­dem słońca. Jeżeli tego nie uczy­ni­cie, po­trak­to­wa­ne zo­sta­nie to jako przy­zna­nie się, iż wa­sze de­kla­ro­wa­ne per­so­na­lia są fałszy­we. Wówczas po­wia­do­mi­my czar­no­bu­tych.

– Dziękuję, Er­rol­ly­nie – po­wie­działa wdzięcznie Aly­thia, gdy podążali już w stronę na­brzeża. – Je­stem prze­ko­na­na, że gdy­byśmy po­zo­sta­wi­li roz­mowę Sa­shy, w naj­lep­szym wy­pad­ku spędzi­li­byśmy dwie noce w lo­chach Tra­ca­to.

Sa­sha po­zwo­liła im pa­plać. Ze złością wy­sfo­ro­wała się przed grupę. Od­no­siła wrażenie, że de­ski po­mo­stu kołyszą się pod jej sto­pa­mi. Sta­wia­nie długich kroków, mając pew­ność, iż tak na­prawdę są nie­ru­cho­me, oka­zało się in­te­re­sującym doświad­cze­niem. Molo było sze­ro­kie i zaprzężone wozy mogły minąć się na nim bez pro­ble­mu. Po­zwa­lało to na równo­cze­sny rozładu­nek kil­ku wiel­kich statków.

Na tyłach doków wzno­siły się głównie ma­ga­zy­ny, po­nu­re i ci­che. Strzegła ich mi­li­cja, jak zga­dy­wała Sa­sha, za­pew­ne złożona z na­jem­ników. Nie­wie­le było tu z pełnej życia krząta­ni­ny pe­tro­dor­skich doków. Woda, z plu­skiem omy­wająca fa­lo­chron, śmier­działa. Uświa­do­miła so­bie, że port mieścił się w osłoniętej za­to­ce. Bra­ko­wało w niej mor­skich prądów, które usu­wałyby nie­czy­stości napływające tu­taj z mia­sta.

Doki Tra­ca­to spra­wiały wrażenie bar­dziej uporządko­wa­nych od pe­tro­dor­skich. Ka­mien­ne fa­sa­dy ta­wern oraz bu­dynków miesz­kal­nych, zwrócone ku mo­rzu i rozświe­tlo­ne płomie­nia­mi la­tar­ni, spra­wiały przy­ja­zne wrażenie.

Idący przed nimi rad­ny Dha­el wkro­czył na podwórze ta­wer­ny. Ocze­ki­wa­li tu prze­woźnicy z po­wo­za­mi go­to­wi za­wieźć chętnych w górę zbo­cza za od­po­wied­nią opłatą. Sa­sha miała ochotę na spa­cer. Prze­chadz­ka po­zwo­liłaby im roz­pro­sto­wać nogi i bliżej przyj­rzeć się mia­stu, lecz taka pro­po­zy­cja na pew­no nie przy­padłaby do gu­stu Aly­thii. Nie wspo­mi­nając już o no­dze Kes­sli­gha. Skie­ro­wała się za­tem ku po­wo­zom.

Na podwórku ocze­ki­wały czte­ry we­hi­kuły. Woźnice ze­bra­li się wokół fon­tan­ny bijącej pośrod­ku pla­cy­ku. Śmia­li się i po­pi­ja­li z bukłaków. Sa­sha doj­rzała mi­jających po­wo­zy mężczyzn w ka­pe­lu­szach o sze­ro­kich ron­dach, pa­sujących do ciem­nych tu­nik oraz spodni, i w czar­nych bu­tach o wy­so­kich cho­le­wach. Spoglądali wprost na nią, a po chwi­li ru­szy­li w jej stronę z mie­cza­mi obi­jającymi się o bio­dra.

Sa­sha nie zwol­niła, licząc czar­no­bu­tych. Roz­sta­wi­li się w po­przek ścieżki. Ser­ce zabiło jej szyb­ciej w prze­wi­dy­wa­niu kłopotów. Zo­rien­to­wała się, że zwra­ca więcej uwa­gi na okna za ple­ca­mi zbroj­nych niż na sa­mych mężczyzn. Od­ruch, który wy­ro­biła so­bie w Pe­tro­do­rze – wygląda­nie łuczników sta­no­wiących jej naj­większe zmar­twie­nie. Z szer­mie­rza­mi mogła so­bie po­ra­dzić. Być może nie z całą dzie­siątką, choć kto wie?

– Sa­shan­dra Le­nay­in! – ode­zwał się przywódca.

– Aye – od­parła Sa­sha tak nie­fra­so­bli­wie, jak tyl­ko zdołała. – Kto stoi mi na dro­dze?

– Je­steśmy czar­no­bu­ty­mi z Tra­ca­to! – od­parł po to­ro­vańsku jej rozmówca.

– To widzę. – Przy­stanęła. Miej­ska mi­li­cja opłaca­na mo­netą rady Rho­da­anu. Czar­no­bu­ci, jak mówio­no, utrzy­my­wa­li na uli­cach spokój. Biorąc pod uwagę, iż rada znaj­do­wała się ostat­ni­mi cza­sy pod kon­trolą feu­dałów, po­wia­da­no również, że czar­no­bu­ci zo­sta­li ku­pie­ni i służą obec­nie ary­sto­kra­cji.

– Mamy roz­kaz cię za­trzy­mać.

Nie po­czuła się zbyt­nio za­sko­czo­na. W Pe­tro­do­rze prze­by­wało ostat­ni­mi cza­sy spo­ro Tra­ca­tończyków. Roz­ma­wiała z tak wie­lo­ma, że na pew­no ro­zeszły się wieści, dokąd się wraz z Kes­sli­ghiem wy­bie­ra. Ktoś uznał ów fakt za nie­po­kojący. Nie­mniej nie po­do­bało jej się, jak roz­wi­ja się sy­tu­acja tej ci­chej, spo­koj­nej nocy w do­kach, z le­d­wie kil­ko­ma świad­ka­mi wokół, których łatwo można aresz­to­wać, prze­ku­pić bądź za­mor­do­wać.

Dobyła mie­cza.

– Z czy­je­go po­le­ce­nia?

Mężczyźni również obnażyli broń.

– Rady Rho­da­anu – od­po­wie­dział z ka­mienną twarzą prze­wodzący zbroj­nym po­rucz­nik. Sa­sha spoj­rzała za jego ple­cy na rad­ne­go Dha­ela, który wsia­dał właśnie do po­wo­zu. Dha­el po­pa­trzył w jej stronę. Wi­dział, lecz nie re­ago­wał. Był człon­kiem rady Rho­da­anu. Czy wie­dział?

Powóz Dha­ela ru­szył ze zgrzy­tem.

– Posłuchaj­cie, młodzieńcy – ode­zwał się zza pleców Sa­shy Kes­sligh – wasi przełożeni wyświad­czy­li wam niedźwie­dzią przysługę, wysyłając was za­le­d­wie w dzie­sięciu. – Zbliżył się, jed­nakże Sa­sha nie słyszała stu­ka­nia la­ski ude­rzającej o bruk. To ozna­czało, iż dobył mie­cza, Er­rol­lyn bez wątpie­nia również. – Na­zy­wam się Kes­sligh Cro­ne­nverdt, a to jest Er­rol­lyn. Jeżeli wie­cie, kim je­steśmy, bez wątpie­nia zda­je­cie so­bie sprawę, że dzie­sięciu prze­ciw­ko trzem ozna­cza wielką prze­wagę po na­szej stro­nie.

– Nie ma­cie pra­wa sprze­ci­wiać się po­le­ce­niu rady Rho­da­anu – od­parł po­rucz­nik. – Po­nad­to, może ze­chciałbyś po­now­nie roz­ważyć wa­sze szan­se.

Więcej czar­no­bu­tych wyłoniło się z ta­wer­ny. Niektórzy zakłada­li ka­pe­lu­sze, inni po­pra­wia­li w mar­szu ułożenie pasów pod­trzy­mujących po­chwy. Widać było po nich, że pili i naj­wy­raźniej zo­sta­li za­sko­cze­ni.

– Dwu­dzie­stu do trzech? – po­wie­dział po le­nay­sku Er­rol­lyn do Sa­shy, spraw­dzając wyważenie bro­ni.

– Możesz zająć się sied­mio­ma z le­wej – od­parła Sa­sha.

– Jej­ku, jakże hoj­nie.

– Och, posłuchaj­cie mnie, ban­do im­be­cy­li – wtrąciła się Aly­thia. Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem wy­sunęła się do przo­du i przy­stanęła pomiędzy gru­pa­mi. – Poważnie, dla­cze­go wszy­scy muszą za­wsze do­by­wać mie­czy, przy każdej naj­mniej­szej pro­wo­ka­cji? – Wy­pro­sto­wała się dum­nie, za­dzie­rając podbródek i wy­pi­nając pier­si. Co było do prze­wi­dze­nia, spoj­rze­nie po­rucz­ni­ka zsunęło się nie­co niżej. Sa­sha nie­mal się roześmiała.

– Nie oba­wiaj­cie się, moi przy­ja­cie­le – po­wie­działa po­le­nay­sku – pier­si mej sio­stry mogą nas jesz­cze oca­lić.

Aly­thia posłała Sa­shy pa­skud­ne spoj­rze­nie.

– Po­rucz­ni­ku – rzekła. – Je­stem księżnicz­ka Aly­thia Le­nay­in.

– Księżnicz­ka? – od­parł po­rucz­nik.

– Tak, księżnicz­ka! Poślu­bio­na Gre­ga­no­wi Hal­ma­dy’emu i osie­ro­co­na w Woj­nie Królów. Przy­byłam do Tra­ca­to spo­tkać się z lady Re­ni­ne oraz jej sy­nem, młodym pa­ni­czem Al­frie­do. Ocze­kują mnie.

Po­rucz­nik wy­da­wał się nie­uf­ny. Sa­sha pomyślała, że hi­sto­ryj­ka brzmi na­prawdę nieźle. Re­ni­ne sta­no­wi­li je­den z naj­ważniej­szych ary­sto­kra­tycz­nych rodów Tra­ca­to; byli bez­pośred­ni­mi po­tom­ka­mi rho­daańskie­go króla. Niektórzy z rho­daańskich feu­dałów, ści­gających od­ległe ma­rze­nie o wiel­kim od­ro­dze­niu mo­nar­chii, na­zy­wa­li Al­frie­do „młodym królem”. A te­raz u pro­gu jego mia­sta stała księżnicz­ka.

– Pew­ne­go dnia – ode­zwał się po le­nay­sku Er­rol­lyn – po­win­naś prze­stać nie do­ce­niać swej sio­stry. – Aly­thia mogła go dosłyszeć. Wy­da­wało się, że nie­co się wy­pro­sto­wała.

Po­rucz­nik na­ra­dził się ze swy­mi ludźmi. Roz­mo­wa, pełna żywiołowej ge­sty­ku­la­cji, miała burz­li­wy prze­bieg. Aly­thia posłała Sa­shy wy­niosłe spoj­rze­nie.

– Nie bądź jesz­cze tak z sie­bie za­do­wo­lo­na – po­wie­działa jej po le­nay­sku Sa­sha – nadal jest ich dwu­dzie­stu.

– I są znacz­nie mniej nie­bez­piecz­ni te­raz, gdy nie wy­ma­chują mie­cza­mi – od­parła Aly­thia. – Kie­dy wresz­cie się na­uczysz?

Krzy­ki, które roz­legły się w do­kach, prze­rwały spór. Wszy­scy spoj­rze­li na po­bliską drogę. Nad­bie­ga­li nią właśnie młodzi mężczyźni, bez mun­durów, za to z prze­wie­szo­ny­mi przez ple­cy mie­cza­mi. Nie Ser­ri­ni. Nasi-Keth. Po­rucz­nik gniew­nie przewrócił ocza­mi.

Nasi-ke­th­ci pędzi­li. Krzy­cze­li i wi­wa­to­wa­li ni­czym szy­kujący się do ra­do­snej prze­py­chan­ki chłopcy. Kie­dy się zbliżyli, Sa­sha doj­rzała, iż wie­lu było właśnie w tym wie­ku – chłopcy, a przy­najm­niej na­sto­lat­ko­wie. Gna­li z en­tu­zja­zmem młod­zików oba­wiających się, że eks­cy­tująca roz­ryw­ka może przejść im tuż koło nosa.

– Kes­sligh Cro­ne­nverdt! – za­krzyknął pierw­szy, który do­tarł na miej­sce. Wołający nie był młodzieńcem, lecz łysiejącym mężczyzną z rudą kozią bródką. Nie­bie­skie oczy lśniły ra­do­snym en­tu­zja­zmem. – Je­stem Rey­nold Hein z Tol’rhen. Wi­taj­cie w Tra­ca­to.

Ujął dłoń Kes­sli­gha i potrząsnął nią, igno­rując obnażone mie­cze. Młodzieńcy zbie­ra­li się wokół, roz­ra­do­wa­ni i zdy­sza­ni.

– Prze­pra­szam, że nie do­tar­liśmy wcześniej – podjął Rey­nold. – Nasz ulen­sha­al prze­wi­dział wia­try i sądził, że szan­sa na to, aby wasz sta­tek za­winął do por­tu tego wie­czo­ru, jest spo­ra. Cze­ka­liśmy za­tem w ta­wer­nie przy dro­dze. Właści­ciel jest sta­rym przy­ja­cie­lem Nasi-Ke­thu. Nie prze­sia­du­je tam po­dej­rza­na klien­te­la, która tak upodo­bała so­bie inne lo­ka­le… – Spoj­rzał na czar­no­bu­tych. – Lecz na­sza czuj­ka w do­kach opuściła swój po­ste­ru­nek, by po­roz­ma­wiać z pra­cującym nie­opo­dal pięknym dziewczęciem…

Nasi-ke­th­ci na­gro­dzi­li nie­for­tun­ne­go młodzieńca porcją gwizdów i szy­derstw. Za­ru­mie­nił się, wbi­jając spoj­rze­nie w swo­je sto­py.

– … i nie­mal prze­ga­pi­liśmy wa­sze przy­by­cie.

– Odsuńcie się od nich! – warknął po­rucz­nik, wy­ma­chując mie­czem. – Mają zo­stać za­trzy­ma­ni z roz­ka­zu rady Rho­da­anu!

Nasi-ke­th­ci par­sknęli śmie­chem, na­wet nie kłopocząc się do­by­ciem bro­ni. Kil­ku zatańczyło nie­bez­piecz­nie bli­sko czar­no­bu­tych, z pu­sty­mi dłońmi i drwiącymi mi­na­mi. Czar­no­bu­ci wy­da­wa­li się nie­swoi i trzy­ma­li broń obnażoną.

– Och, nie przej­muj­cie się nimi – rzu­cił Rey­nold – le­d­wie są w sta­nie posłużyć się tym żela­stwem, które dzierżą. Gotów byłbym za­ry­zy­ko­wać stwier­dze­nie, że wa­sza trójka po­ko­nałaby ich, na­wet się przy tym nie pocąc. Nie­mniej byłoby le­piej, gdy­byśmy nie mu­sie­li uśmier­cać dzi­siej­szej nocy żad­nych czar­no­bu­tych…

Rozwście­czo­ny zbroj­ny gwałtow­nie rzu­cił się na jed­ne­go z młod­zików, który nad­to się zbliżył. Nasi-keth od­sko­czył do tyłu, śmiejąc się i kpiąc. Czar­no­bu­ty zgu­bił pod­czas swej szarży ka­pe­lusz. Nasi-keth w mgnie­niu oka chwy­cił na­kry­cie głowy i od­biegł ze swym tro­feum, wy­ma­chując ka­pe­luszem w po­wie­trzu. Kil­ku ko­lej­nych puściło się w pościg za ko­legą, naj­wy­raźniej pragnąc przy­mie­rzyć zdo­bycz.

– Ale nie przed­sta­wiłem się wszyst­kim – po­wie­dział Rey­nold, pod­chodząc do Sa­shy. – Mu­sisz być Sa­shandrą Le­nay­in! Cóż za ho­nor… I księżnicz­ka Aly­thia!

Nastąpiła po­spiesz­na pre­zen­ta­cja. Młodzieńcy prze­py­cha­li się radośnie, aby przy­wi­tać się ze wszyst­ki­mi. Aly­thia wy­da­wała się nie­co po­iry­to­wa­na. Ko­kie­to­wała rad­ne­go Dha­ela przez całą długą podróż, a on zo­sta­wił ich mimo to. Czar­no­bu­ci, którzy wcześniej wy­da­wali się go­to­wi eskor­to­wać ją na próg re­zy­den­cji rodu Re­ni­ne, te­raz wy­co­fa­li się ku fon­tan­nie. Naj­wy­raźniej roz­ważali następny ruch. Aly­thia po­szu­ki­wała to­wa­rzy­stwa lu­dzi przy władzy, tak jak rze­ka szu­ka oce­anu. Sa­shy znacz­nie bar­dziej od­po­wia­dała obec­na kom­pa­nia.

Czar­no­bu­ci wy­co­fa­li się do ta­wer­ny, gdy Nasi-ke­th­ci zajęli je­den z po­wozów. Wy­da­wało się jed­nak ja­sne, że nie cze­ka ich długa dro­ga i większość młodzieńców po­ko­na ją pie­szo. Sa­sha, Er­rol­lyn oraz Kes­sligh dołączy­li do pie­churów. Ten ostat­ni upie­rał się, że noga nie przy­spo­rzy mu kłopotów na tak krótkim dy­stan­sie. Aly­thia po­je­chała po­wozem wraz z trójką młodzianów, którzy ocho­czo zgłosi­li się, aby do­trzy­mać jej to­wa­rzy­stwa. Cała trójka wy­da­wała się nie­co nie­pew­na w obec­ności księżnicz­ki. Sa­sha nie oba­wiała się za­tem nad­to o ho­nor sio­stry.

– Skąd po­chodzą wszy­scy ci młodzieńcy? – za­gaił Kes­sligh, kie­dy wspólnie prze­mie­rza­li zbo­cze.

– Z oko­li­cy – od­parł z dumą Rey­nold Hein. – Są pośród nas sy­no­wie zarówno bied­nych, jak i bo­ga­tych ro­dzin, wieśniaków i po­sia­da­czy ziem­skich, kupców i rze­mieślników z całego Rho­da­anu, jak da­le­ko roz­ciąga się on na północ, wschód, zachód oraz południe. Wszy­scy przy­by­li na­uczyć się dro­gi Nasi-Ke­thu w Tol’rhen, kon­ty­nu­ując dwu­stu­let­nią tra­dycję.

– Ko­rze­nie tej tra­dy­cji sięgają jesz­cze głębiej w przeszłość – za­uważył Kes­sligh.

– Och, oczy­wiście – od­parł z pasją Rey­nold, jak­by radość spra­wiło mu przy­po­mnie­nie, że oto roz­ma­wia z kimś do­brze znającym hi­sto­rię Nasi-Ke­thu. – Nasi-Keth obec­ny jest w Rho­da­anie przez więcej wieków, niż po­tra­fi­my zli­czyć. Sta­no­wi­liśmy ruch prześla­do­wa­ny przez stu­le­cia przez panów feu­dal­nych, a te­raz roz­kwi­ta­my. Naszą naj­większą troskę sta­no­wi fakt, że nie zdołaliśmy roz­po­strzeć skrzy­deł poza Sa­al­shen-Ba­cosh. Właśnie dla­te­go byliśmy ostat­ni­mi mie­siącami tak pod­eks­cy­to­wa­ni na wieść, że słynny Kes­sligh Cro­ne­nverdt przy­był do Pe­tro­do­ru i naj­praw­do­po­dob­niej od­wie­dzi następnie Tra­ca­to!

– Ci czar­no­bu­ci przed chwilą – ode­zwała się Sa­sha. – Dla­cze­go chcie­li nas za­trzy­mać?

– Niektórzy z feu­dałów bez wątpie­nia po­strze­gają waszą obec­ność jako za­grożenie – od­parł lek­ce­ważąco Rey­nold. Choć łysiejący, był młodym mężczyzną… Sa­sha domyślała się, iż nie miał jesz­cze trzy­dziest­ki. Szczupły i spraw­ny, po­ru­szał się z gracją wo­jow­ni­ka. – Często nie mogą do­ga­dać się we własnym gro­nie. I, co oczy­wi­ste, obo­je je­steście Le­nayińczy­ka­mi… a przy­najm­niej Sa­shandra, Kes­sligh jest zaś po­wszech­nie za Le­nayińczy­ka uzna­wa­ny…

– Uważam się za Le­nayińczy­ka – zgo­dził się Kes­sligh.

– Wa­sza ar­mia właśnie ma­sze­ru­je na nas ze wscho­du – podjął Rey­nold. Ani Kes­sligh, ani Sa­sha nie od­po­wie­dzie­li.

– Tak czy in­a­czej – kon­ty­nu­ował Rey­nold – należycie do Nasi-Ke­thu i nie mo­gliście po­wstrzy­mać działań le­nayińskie­go króla. Je­steście mile wi­dzia­ny­mi gośćmi tra­ca­tońskie­go Tol’rhen. Chciałbym was tyl­ko prze­strzec – nie wszy­scy Rho­daańczy­cy po­strze­gają spra­wy w taki właśnie sposób.

– Ro­zu­miem – od­parł Kes­sligh. Wspie­rając się na la­sce, wy­da­wał po­ru­szać się bez wysiłku. Po­nad­to stok nie był zbyt stro­my. – Co wszy­scy stu­diu­je­cie?

– My, zgro­ma­dze­ni tu­taj dziś wie­czo­rem? Sam je­stem młodym ulen­sha­alem. Uczę hi­sto­rii oraz fi­lo­zo­fii. Większość tych młodzieńców, choć nie wszy­scy, to moi ucznio­wie.

Kil­ku to­wa­rzyszących im młod­zików przed­sta­wiło dzie­dzi­ny, w których po­bie­ra­li na­uki. Wy­da­wało się, że bra­ku­je ja­kie­go­kol­wiek wzor­ca, jeśli cho­dziło o ich za­in­te­re­so­wa­nia, choć często wy­mie­nia­no fi­lo­zo­fię. Je­den z chłopców, nie więcej niż czter­na­sto­let­ni, wyjaśnił, co skłoniło go do za­in­te­re­so­wa­nia się za­sto­so­wa­niem ma­te­ma­ty­ki w ka­mie­niar­stwie. Miał na­dzieję zo­stać wiel­kim bu­dow­ni­czym. Wzno­sić wspa­niałe bu­dow­le w Tra­ca­to i całym Sa­al­shen-Ba­cosh.

– A pew­ne­go dnia również w Elis­se – pod­sunął ktoś. Su­ge­stię na­gro­dzo­no wi­wa­ta­mi. Uwa­ga skie­ro­wała roz­mowę na wojnę w Elis­se. Wyglądało na to, że ge­ne­rał Zul­ma­her po­czy­nił spo­re postępy. Nadal po­zo­sta­wały jed­nak żywe oba­wy, iż nie zdoła dokończyć pod­bo­ju przed ze­bra­niem się na wscho­dzie wiel­kich ar­mii, le­nayińskiej i la­ro­sańskiej. Niektórzy, za­nie­po­ko­je­ni, przy­po­mi­na­li, że ge­ne­rał Zul­ma­her, sam ary­sto­kra­ta, tak na­prawdę nie pragnął wy­zwo­lić Elis­se spod feu­dal­nej ty­ra­nii. Inni ar­gu­men­to­wa­li, że nie ma to zna­cze­nia tak długo, jak długo Elis­se nie będzie za­grażać północ­nej gra­ni­cy Rho­da­anu w cza­sie, kie­dy Stal sta­wi czoła znacz­nie większe­mu za­grożeniu nad­ciągającemu ze wscho­du.

Ko­lej­ny młodzie­niec uważał za cu­dow­ne, iż Elis­se wkrótce sta­nie się czwartą pro­wincją Sa­al­shen-Ba­cosh. Co sta­no­wić będzie pierwszą po­dobną eks­pansję od cza­su przy­by­cia Ser­rinów przed dwu­stu laty. Sa­sha przy­po­mniała so­bie słowa rad­ne­go Dha­ela na te­mat im­pe­rial­nych am­bi­cji i tego, jak niektórzy sądzą, iż nie ma na nie miej­sca w Rho­da­anie. Żaden z ich młodych to­wa­rzy­szy wy­da­wał się nie po­dzie­lać owe­go poglądu. Być może cza­sy się zmie­niały.

Dro­ga kończyła się na wiel­kim kwa­dra­to­wym pla­cu. Pod ota­czającym go mu­rem stały po­mni­ki prze­wyższające dwu­krot­nie swą wy­so­kością prze­ciętne­go człowie­ka. La­tar­nie podświe­tlały posągi od dołu. Światło płomie­ni tańczyło na ka­mien­nych po­licz­kach, oczy wy­da­wały się mądre i zamyślone. Rzeźby pod mu­rem wy­obrażały łuczników. Ko­lej­ne, mniej­sze posągi zdo­biły da­chy. Sa­sha gapiła się, zdu­mio­na.

– Kogo przed­sta­wiają?

– Bez wątpie­nia roz­po­zna­jesz tę nie­wiastę tu­taj? – zwrócił się do niej Rey­nold. Wska­zał po­stać ko­bie­ty w roz­wia­nym płasz­czu. Trzy­mała przed sobą otwar­ty tom, jak­by mo­dliła się nad kar­ta­mi. Sa­sha, oce­niając po de­li­kat­nych ry­sach twa­rzy, domyśliła się, że ko­bie­ta musi być Ser­rinką.

– Mal­de­reld? – za­py­tała z powątpie­wa­niem. – Lecz ona była wo­jow­niczką.

Rey­nold po­ki­wał głową.

– W Tra­ca­to bar­dziej zna­na jest jako myśli­ciel­ka, twórczy­ni. Artyści najczęściej przed­sta­wiają ją z to­mem lub zwo­jem w dłoniach.

Na­gle roz­legł się stu­kot podków. Ko­nie wpadły na dzie­dzi­niec, kur­ty oraz pasy jeźdźców lśniły złotem i sre­brem w świe­tle la­tar­ni. Młodzi Nasi-ke­th­ci za­trzy­ma­li się i ostrożnie cofnęli, żaden nie dobył jed­nakże bro­ni. Przez chwilę Sa­sha pomyślała, że kon­ni mogą spróbować ich okrążyć. Za­miast tego ściągnęli wo­dze. Przy­stanęli nie­opo­dal gru­py, nie sta­no­wiąc bez­pośred­nie­go za­grożenia, a je­dy­nie blo­kując drogę.

Przywódca kon­nych ze­sko­czył z siodła. Był zażyw­nym mężczyzną w śred­nim wie­ku, o długich włosach i przy­strzyżonej bródce.

– Lord Elot! – po­wi­tał go Rey­nold, wyraźnie za­nie­po­ko­jo­ny. – Miła noc na prze­jażdżkę?

– W rze­czy sa­mej, mi­strzu Rey­nol­dzie – od­po­wie­dział Elot. – Słyszałem, iż może to­wa­rzy­szyć ci człon­ki­ni ro­dzi­ny królew­skiej. Wieść moc­no nas za­nie­po­koiła, gdyż bez wątpie­nia nie wiesz, jak trak­to­wać należy damę, w której żyłach płynie królew­ska krew.

– Po­sta­no­wiłeś za­tem za­blo­ko­wać jej drogę i opóźnić przy­by­cie na ocze­kujący ją poczęstu­nek oraz ciepłą kąpiel, której niewątpli­wie pra­gnie. Gdzie twe ma­nie­ry, lor­dzie Elo­cie?

– Masz gości, którym mnie jesz­cze nie przed­sta­wiłeś… – od­parł nie­po­ru­szo­ny lord Elot. – Gdzie two­je ma­nie­ry, mi­strzu Rey­nol­dzie?

– Kes­sligh Cro­ne­nverdt – roz­począł pre­zen­tację Rey­nold, wska­zując Kes­sligha. – Jego uma, Sa­shan­dra Le­nay­in. Mistrz Er­rol­lyn. I w po­wo­zie, jak przy­stoi jej z ra­cji sta­nu, księżnicz­ka Aly­thia Le­nay­in.

– Yuanie Kes­sli­ghu – po­wie­dział Elot. Zbliżył się do nie­go. – Je­stem lord De­sa­ni Elot, ku­zyn lady Re­ni­ne.

– Miło mi cię po­znać – od­parł Kes­sligh, potrząsając po­daną dłonią. – Moja uma, Sa­shan­dra.

Elot ujął następnie dłoń Sa­shy. Wy­da­wał się nie­pew­ny, co po­wi­nien zro­bić. Sa­sha przy­wykła do po­dob­nej re­ak­cji. Po­pro­wa­dziła lor­da do po­wo­zu, co wyglądało na od­po­wied­nie działanie, i otwo­rzyła drzwicz­ki. Aly­thia wy­siadła, czy­niąc z tego nie­wiel­kie przed­sta­wie­nie. Elot przyklęknął na jed­no ko­la­no.

– Mój dro­gi lor­dzie – zwróciła się doń Aly­thia. – To dla mnie praw­dzi­wa przy­jem­ność spo­tkać przed­sta­wi­cie­la wiel­kiej fa­mi­lii Re­ni­ne. Wie­le czy­tałam o twym ro­dzie. – Sa­sha wie­działa, że to praw­da. Aly­thia przeczy­tała spo­ro na te­mat hi­sto­rii Rho­da­anu pod­czas ostat­nich kil­ku mie­sięcy spędzo­nych w Pe­tro­do­rze. Wie­działa, kto spra­wo­wał władzę, gdy na­de­szli Ser­ri­ni. Które rody sta­wiły im opór i zo­stały uni­ce­stwio­ne, które wy­rzekły się władzy z własnej woli i po­mogły im stwo­rzyć nowy Rho­da­an, a które nig­dy nie powróciły z lasów Sa­al­she­nu.

Prze­czy­tała również co nie­co na te­mat Eno­ry. Moc­no zszo­ko­wa­na po­dzie­liła się świeżo zdo­by­ty­mi in­for­ma­cja­mi z Sashą. Przykład Eno­ry wy­star­czająco prze­ra­ził wie­le ary­sto­kra­tycz­nych rodów, aby podjęły współpracę z Ser­ri­na­mi. Ci ostat­ni, być może za­wsty­dze­ni jatką, po­trak­to­wa­li owe ro­dzi­ny mniej su­ro­wo niż po­win­ni, jak twier­dziło obec­nie wie­lu spoglądających na owe wy­da­rze­nia z per­spek­ty­wy cza­su. Ser­ri­ni ocze­ki­wa­li, że ary­sto­kra­cja, po­strze­ga­na przez nich jako cu­dacz­ny i sta­roświec­ki wy­mysł, wy­mrze śmier­cią na­tu­ralną. Miast tego prze­trwała upar­cie, by po­now­nie roz­kwitnąć wraz z rosnącym do­bro­by­tem no­we­go rho­daańskie­go na­ro­du. Dziś wiel­kie rody po­now­nie były potężne. I choć ich daw­ne przy­wi­le­je zo­stały wy­kreślone z rho­daańskie­go pra­wa, fakt ów nie miał aż ta­kie­go zna­cze­nia, jak spo­dzie­wa­li się daw­ni pra­wo­daw­cy.

Lord Elot ucałował dłoń Aly­thii.

– Księżnicz­ko Aly­thio, to dla mnie za­szczyt.

– Czy to twoi lu­dzie usiłowa­li upro­wa­dzić nas w do­kach? – za­py­tała spo­koj­nie Aly­thia.

– Zaszło nie­po­ro­zu­mie­nie, wa­sza wy­so­kość – od­parł Elot.

– Kil­ku spośród wiel­możów słyszało je­dy­nie, że jacyś znaczący Le­nayińczy­cy przy­by­li do Rho­da­anu… Zro­zum, proszę, iż Le­nayińczy­cy oraz Le­nayińki nie cieszą się tu ostat­ni­mi cza­sy sym­pa­tią.

Aly­thia wdzięcznie prze­krzy­wiła głowę.

– Ufam, że nie przy­spo­rzy­li ci zbyt wie­lu kłopotów? – podjął lord Elot.

– Nie­zbyt wie­lu – od­parła Aly­thia.

– Wa­sza wy­so­kość, przy­byłem tu, aby za­ofe­ro­wać ci gościnę rodu Re­ni­ne. Byłoby dla nas za­szczy­tem, gdy­byś ze­chciała nam to­wa­rzy­szyć i po­zwo­liła za­pro­po­no­wać so­bie kwa­te­ry od­po­wied­nie do twe­go sta­tu­su.

Spoj­rze­nie Aly­thii, pełne za­do­wo­le­nia z sie­bie, prze­sko­czyło na chwilę na Sashę.

– Z wielką przy­jem­nością przyjmę po­dob­nie łaskawą pro­po­zycję – od­parła. – Czy będziesz również tak do­bry, aby za­ofe­ro­wać mi eskortę?

– Wa­sza wy­so­kość, od­czu­wam nie­zwykłą ulgę. Oba­wiałem się, że po­spiesz­ne działania na­szych wy­so­ko uro­dzo­nych przy­ja­ciół mogły cię ura­zić. Oso­biście ode­skor­tuję twój powóz.

Wy­pro­sto­wał się i ru­szył ku swym jeźdźcom.

– Lyth, to sza­leństwo! – po­wie­działa po le­nay­sku Sa­sha. – Nie masz pojęcia, kim on, do diabła, jest!

– Jest ary­sto­kratą, Sa­sho – od­parła spo­koj­nie Aly­thia, jak­by ów fakt sta­no­wił nie­pod­ważalną gwa­rancję bez­pie­czeństwa.

– Ty zaś je­steś córką człowie­ka, który pro­wa­dzi naj­lep­szych wo­jow­ników w Rho­dii na wojnę z Rho­da­anem! Nie wy­da­je ci się, że sta­no­wisz wy­ma­rzoną kan­dy­datkę na zakład­niczkę?

Aly­thia nie rozzłościła się. Za­miast tego położyła dłoń na ra­mie­niu sio­stry.

– Sa­sho, to nie­zwy­kle słod­kie, że się o mnie mar­twisz, lecz, proszę, prze­stań. Znasz mnie. Właśnie w tym je­stem do­bra. Ty masz swój miecz, Kes­sligh swą re­pu­tację i umysł ge­ne­rała, ja zaś wpływy związane z po­zycją i królewską krwią płynącą w mych żyłach. Poza tym, jak myślisz, z ja­kie­go in­ne­go po­wo­du niż nawiąza­nie tego typu kon­taktów prze­byłam całą tę drogę?

– Po­nie­waż w Pe­tro­do­rze mar­nie ci się wiodło – od­parła kwaśno Sa­sha.

– Właśnie – od­rzekła Aly­thia, uśmie­chając się słodko. – To mój żywioł, Sa­sho. Ja nie udzie­lam ci in­struk­cji, jak wal­czyć. Wyświadcz mi po­dobną uprzej­mość, do­brze?

DWA

Sofy Le­nay­in ga­lo­po­wała przez łagod­ne wzgórza południo­wej Te­le­sii i czuła, że życie nie może być już chy­ba cu­dow­niej­sze. Buj­na tra­wa o wy­so­kich źdźbłach chłostała pęciny wierz­chow­ca. Ota­czało ją wspa­niałe mo­rze zie­le­ni na­kra­pia­ne kie­li­cha­mi kwiatów – żółtymi, pur­pu­ro­wy­mi bądź czer­wo­ny­mi.

Te­ren po­now­nie zaczął się wzno­sić. Sofy przy­spie­szyła, skie­ro­wała Dary’ego w górę sto­ku. Być może w końcu zdoła doj­rzeć Al­gras­se oraz Ba­cosh. Ale kie­dy do­tarła na szczyt wznie­sie­nia, uj­rzała je­dy­nie ko­lej­ne wzgórza oraz roz­ciągający się aż po ho­ry­zont oce­an buj­nej, fa­lującej tra­wy.

Da­lej, za nie­wy­soką gra­nią, ma­ja­czyła ko­lej­na sta­ra for­te­ca. Pod su­ro­wy­mi, po­trza­ska­ny­mi mu­ra­mi piętrzyły się ster­ty ka­mie­ni po­prze­ra­sta­nych trawą. Skie­ro­wała Dary’ego w tamtą stronę. Po­zwo­liła ko­ni­ko­wi pędzić tak, jak gnać mógł je­dy­nie le­nayiński dus­sieh – nie­stru­dze­nie, nie wy­ka­zując żad­nych oznak zmęcze­nia. Lubiła jeździć w taki właśnie sposób, wy­sfo­ro­wując się przed swą eskortę i udając, że prze­mie­rza łąki sa­mot­nie, je­dy­nie w to­wa­rzy­stwie wier­ne­go wierz­chow­ca i wia­tru roz­wie­wającego włosy. Księżnicz­ka Sofy Le­nay­in za­le­d­wie kil­ka razy w życiu miała możliwość de­cy­do­wać o własnym lo­sie w pełni sa­mo­dziel­nie.

Do­tarła pod pierwszą kupę po­czer­niałych ka­mie­ni. Ściągnęła wo­dze i ze­sko­czyła z siodła. Na­tych­miast usłyszała zbliżających się zbroj­nych ze swej eskor­ty. Składało się na nią czte­rech wo­jow­ników odzia­nych w po­wie­wające czer­wo­ne płasz­cze. Pod płasz­cza­mi ogni­wa kol­czug lśniły sre­brem w pro­mie­niach słońca.

– Wa­sza wy­so­kość – po­wie­dział po­rucz­nik Ty­rel z królew­skiej gwar­dii – pozwól nam prze­szu­kać ru­iny, nim wkro­czysz pomiędzy mury.

– Och, cóż za non­sens, po­rucz­ni­ku! – sprze­ci­wiła się Sofy. – To żadna fraj­da zwie­dzać po tym, jak wcześniej wszyst­ko spraw­dzi­cie. Poza tym te ru­iny stoją opusz­czo­ne od wieków.

– To nie ma zna­cze­nia, wa­sza wy­so­kość – od­po­wie­dział, wręczając księżnicz­ce wo­dze swe­go wierz­chow­ca. – Wewnątrz mogą czaić się ban­dy­ci bądź pa­dli­nożercy.

Ty­rel oraz ko­lej­ny mężczy­zna do­by­li mie­czy i wspięli się na stertę ka­mie­ni przed wyłomem w mu­rze. Sofy cze­kała przy wierz­chow­cach. Po­zo­sta­li dwaj strażnicy ob­je­cha­li bu­dowlę wokół. Przy­najm­niej na tyle jej ufa­li. Sofy nie była spe­cjal­nie do­brym jeźdźcem, jesz­cze nie, a w każdym ra­zie nie w porówna­niu z nimi. Po­tra­fiła jed­nak za­opie­ko­wać się końmi.

Gwar­dziści wkrótce powrócili. Ru­iny oka­zały się bez­piecz­ne. Sofy ostrożnie po­ko­nała kupę ka­mie­ni. Nadal stąpała nie­co nie­pew­nie w no­wych skórza­nych bu­tach i spodniach do kon­nej jaz­dy, które nosiła pod su­kienką. Żałowała, że nie może po pro­stu zdjąć kiec­ki. Wokół prze­by­wało jed­nak zbyt wie­lu mężczyzn, którzy mo­gli­by po­czuć się urażeni po­dob­nym postępkiem. Mimo wcześniej­szych przygód po­zo­sta­wała księżniczką Le­nay­in. A le­nayińska księżnicz­ka nie mogła po­ja­wić się pu­blicz­nie w sa­mych spodniach.

Wewnątrz murów znaj­do­wał się sze­ro­ki, porośnięty trawą dzie­dzi­niec. Do­okoła wzno­siły się reszt­ki umoc­nień.

– Miej­sce być może dla pięćdzie­sięciu zbroj­nych oraz ich wierz­chowców. – Po­rucz­nik Ty­rel wska­zał wyłom ziejący w mu­rze. – Tu mieściły się wro­ta. Wodę mu­sie­li nosić z po­to­ku w po­przed­niej do­lin­ce.

Sofy nie do­strzegła w do­li­nie żad­ne­go stru­mie­nia, lecz być może do tego spro­wa­dzała się właśnie różnica pomiędzy nią, od­by­wającą prze­jażdżkę dla przy­jem­ności, a po­rucz­ni­kiem, który to­wa­rzy­szył jej z obo­wiązku.

– Z taką ilością zwierząt byłoby tu­taj dość tłoczno – za­uważyła.

– Je­dy­nie w przy­pad­ku ata­ku – od­parł Ty­rel. – Przez większość cza­su ko­nie pasłyby się za mu­ra­mi. Umoc­nie­nia wznie­sio­no z myślą o obro­nie przed prze­ważającymi siłami.

– Na pew­no nie przed całą armią – rzekła Sofy. Prze­spa­ce­ro­wała się wzdłuż krawędzi pla­cy­ku, omi­jając po­czer­niałe ka­mie­nie. Na le­piej za­cho­wa­nym od­cin­ku muru mogła do­strzec blan­ki. Łuczni­cy bro­ni­li z nich for­te­cy w ra­zie ata­ku. – Pięćdzie­sięciu lu­dzi za tymi mu­ra­mi z tru­dem prze­trwałoby dłużej niż do śnia­da­nia w star­ciu ze zde­ter­mi­no­waną pie­chotą.

Nie­mal uśmiechnęła się, słysząc własne słowa… wy­po­wie­dzia­ne, jak gdy­by się na tym znała. Cóż, uczyła się. Uczest­ni­czyła w pro­wa­dzo­nej przez swą siostrę Sa­shandrę Re­be­lii Uda­lyńskiej, a te­raz, od sześciu mie­sięcy, to­wa­rzy­szyła naj­większej le­nayińskiej ar­mii, jaka kie­dy­kol­wiek wy­ru­szyła na wojnę. Sofy umiała za­da­wać py­ta­nia i słuchać od­po­wie­dzi. W to­wa­rzy­stwie wo­jow­ników stęsknio­nych za po­zo­sta­wio­ny­mi w domu żona­mi i córka­mi z łatwością znaj­do­wała chętnych do tego, by zasiąść z nią do posiłku i po­dy­sku­to­wać o rze­czach ta­kich jak stra­te­gie bi­tew, for­ma­cje jed­no­stek, tak­tycz­ne wy­ko­rzy­sta­nie pie­cho­ty czy de­fen­syw­ne roz­miesz­cze­nie ka­wa­le­rii.

Błysk pośród tra­wy przy­ciągnął wzrok księżnicz­ki. Przy­stanęła i pod­niosła nie­wiel­ki kawałek me­ta­lu ubru­dzo­ny zie­mią. Oczyściw­szy zna­le­zi­sko, od­kryła, że to mo­ne­ta.

– Och, jak cu­dow­nie! Wy­bi­to na niej jakąś in­skrypcję… nie mogę od­czy­tać, jest zbyt za­bru­dzo­na. Być może dys­po­nując jakąś wskazówką, zdołałabym ją od­gadnąć. Muszę to wy­czyścić. – Wrzu­ciła pie­niążek do nie­wiel­kiej sa­kiew­ki u pasa.

Sofy chciała wspiąć się na blan­ki, lecz po­rucz­nik Ty­rel ka­te­go­rycz­nie jej za­bro­nił.

– To mój kark spo­cznie na pieńku, jeśli choć skręcisz so­bie pa­lec, wa­sza wy­so­kość. Błagam o zro­zu­mie­nie. Cze­ka cię we­se­le, a ja mam za­miar do­star­czyć cię na ce­re­mo­nię w do­sko­nałym zdro­wiu.

Ślub. Nie­ocze­ki­wa­nie stra­ciła do­bry hu­mor. Sta­rożytne mury na­gle prze­stały być atrak­cyj­ne i Sofy po­now­nie zatęskniła za wol­nością otwar­tej prze­strze­ni.

Zje­cha­li ze zbo­cza. Na­po­ili wierz­chow­ce w nie­wiel­kim stru­mie­niu, który wy­pa­trzył po­rucz­nik Ty­rel. Strugę ota­czały buj­ne krza­ki, w po­bliżu rosło także kil­ka karłowa­tych drze­wek. Woda była krysz­tałowo czy­sta. Sofy przy­po­mniała so­bie o swym zna­le­zi­sku i opłukała mo­netę. Przez stu­le­cia brud wżarł się w in­skrypcję, a sam me­tal po­czer­niał ze sta­rości. Być może ktoś w ko­lum­nie będzie znał sposób na oczysz­cze­nie pie­niążka.

Od­na­le­zie­nie le­nayińskiej ko­lum­ny nie było trud­ne – podążająca naprzód ar­mia roz­ciągała się na od­ległość połowy dnia mar­szu. Tak wiel­kie siły – nim po­ja­wiły się w zasięgu wzro­ku – dawało się dosłyszeć. Me­ta­lo­we oporządze­nie pobrzękiwało, skóra skrzy­piała, po­de­szwy szu­rały pośród długich źdźbeł. Har­mi­der uzu­pełniały po­kasływa­nia, marudze­nie, kon­wer­sa­cje i uryw­ki pio­se­nek. A po­nie­waż byli to Le­nayińczy­cy, także i śmie­chy. Le­nayińscy mężczyźni za­bi­ja­li czas, opo­wia­dając so­bie dyk­te­ryj­ki. Sofy podsłuchała kil­ka pod­czas jaz­dy z ko­lumną. Większość oka­zała się na tyle or­dy­nar­na, że jej twarz przy­brała od­cień głębo­kie­go różu. Ale miało to miej­sce przed ty­go­dnia­mi; te­raz je­dy­nie się uśmie­chała. Nie po­tra­fiła mieć im za złe sprośnego hu­mo­ru. Nie po sześciu ty­go­dniach nie­ustan­ne­go mar­szu, z per­spek­tywą ko­lej­nych.

Minęli szczyt pagórka i ar­mia zna­lazła się w polu wi­dze­nia. Ko­lum­na wiła się pośród wzgórz nie­uporządko­wa­na i nie­jed­no­li­ta, po­dob­nie jak tworzące ją siły. Bez wątpie­nia w sa­mym szy­ku znać było nie­co dys­cy­pli­ny. Wewnątrz kon­tyn­gentów jed­nak mężczyźni w większości ma­sze­ro­wa­li, jak chcie­li, za­trzy­my­wa­li się, kie­dy za­pragnęli i od­bie­ga­li w bok, aby ulżyć pęche­rzom, jeśli tyl­ko naszła ich taka po­trze­ba, lub by przyj­rzeć się ja­kiejś mi­ja­nej oso­bli­wości. Je­dy­nie pro­por­ce zda­wały wzno­sić się w do­sko­nałym porządku. Chorążych po­in­for­mo­wa­no, jak ha­nieb­ne okaże się dla ich jed­no­stek i ro­dzin­nych stron zgu­bie­nie miej­sca w for­ma­cji, i, jak na ra­zie, nie doszło do po­dob­ne­go wy­pad­ku.

Sofy po­ga­lo­po­wała w kie­run­ku ko­lum­ny. Ma­sze­rujący mężczyźni doj­rze­li, jak nad­jeżdża w to­wa­rzy­stwie czwórki oso­bi­stych strażników. Ko­lej­nych dzie­sięciu gwar­dzistów podążało za swy­mi to­wa­rzy­sza­mi z tyłu i na flan­kach. Roz­legły się wi­wa­ty. Część wo­jow­ników uniosła mie­cze i po­zdro­wiła księżniczkę. Sofy uśmiechnęła się i po­ma­chała w od­po­wie­dzi. Po­tem ru­szyła wzdłuż for­ma­cji w kie­run­ku awan­gar­dy.

W tym miej­scu w ko­lum­nie ma­sze­ro­wa­li wo­jow­ni­cy z Ray­en, z południo­wo-wschod­nie­go Le­nay­in. Sofy, na długo przed tym, nim uj­rzała pro­po­rzec, od­gadła ich po­cho­dze­nie po su­ro­wej pre­zen­cji go­eren-yai. Pre­fe­ro­wa­li na­bi­ja­ne ćwie­ka­mi pan­ce­rze z gru­bej skóry, a ozdob­ne wzo­ry składały się z ko­li­stych ele­mentów. Wie­lu niosło prze­wie­szo­ne przez ple­cy tar­cze – rzad­kie wy­po­sażenie u le­nayińskiej mi­li­cji. Ostat­nio spo­ty­ka­ne częściej dzięki za­opa­trze­niu sta­no­wiącemu królew­ski dar i roz­dzie­lo­ne­mu pomiędzy wo­jow­ników w ko­lum­nie.

For­ma­cja roz­ciągała się wzdłuż łagod­ne­go sto­ku po­przez płytką do­linę i da­lej na zbo­cze za jej ujściem. Po­ko­naw­szy wznie­sie­nie, Sofy uj­rzała ney­shański kon­tyn­gent. Na cze­le podążała ka­wa­le­ria. Składała się z opłaca­nych królewską mo­netą za­wo­do­wych woj­sko­wych w ciężkich pan­cer­zach i ary­sto­kra­tycz­nych lordów w do­sko­nałych stro­jach o ro­do­wych bar­wach. Ci również za­sa­lu­to­wa­li Sofy. Po­mi­jając nie­liczną grupkę długowłosych go­eren-yai na nie­wy­so­kich dus­sie­hach, kon­tyn­gent składał się głównie z ve­ren­tyj­czyków.

Minąwszy ney­shańskie­go chorążego, Sofy wie­działa, że jest już bli­sko czoła ar­mii. Mijała te­raz siły z Ra­nash. Wi­wa­ty, którymi po­wi­ta­no księżniczkę, były nie­licz­ne w porówna­niu z tymi, ja­kie zgo­to­wa­li jej wcześniej południow­cy. Ra­nash leżało na północy. Pro­wincję za­miesz­ki­wa­li wyłącznie ve­ren­tyj­czy­cy. Pamiętali Re­be­lię Uda­lyńską i nie za­po­mnie­li o udzia­le, jaki miała w bun­cie najmłod­sza Le­nayińska księżnicz­ka. Część z nich nie wy­da­wała się nad­mier­nie winić Sofy, przy­najm­niej nie otwar­cie. Re­zer­wo­wa­li swą niechęć dla jej sio­stry. Większość uważała, że Sa­sha za­uro­czyła Sofy… w czym mo­gli mieć rację, przy­znała sama przed sobą Sofy, choć nie w sposób, w jaki o tym myśleli.

Ra­na­shańska pie­cho­ta ma­sze­ro­wała w bar­dziej uporządko­wa­nym szy­ku, była też znacz­nie le­piej wy­ekwi­po­wa­na. Żołnie­rzy wy­po­sażono w cięższe, czar­ne pan­ce­rze, tar­cze, hełmy, a część uzbro­jo­no na­wet we włócznie. Twa­rzy Ra­na­shańczyków nie przy­ozda­biały ta­tuaże. W uszach nie no­si­li pierście­ni. Zda­wa­li się żywić niechęć do ja­kich­kol­wiek de­ko­ra­cji, po­mi­jając licz­ne pro­por­ce. Te ostat­nie przy­stra­ja­li często ro­dzin­ny­mi her­ba­mi, którymi po­gar­dza­li z ko­lei południow­cy i miesz­kańcy środ­ko­wych pro­win­cji. Pomiędzy pro­por­ca­mi, wznie­sio­ne na drew­nia­nych tycz­kach, dawały się do­strzec licz­ne ośmio­ra­mien­ne ve­ren­tyj­skie gwiaz­dy.

Ra­na­shańscy ka­wa­le­rzyści poskąpili Sofy ja­kie­go­kol­wiek po­wi­ta­nia, gdy ich mijała. Ary­sto­kra­ci spoglądali zim­no spod okapów sta­lo­wych hełmów. Ciężko­zbroj­ni za­wo­do­wi wo­ja­cy uda­wa­li, że w ogóle nie do­strze­gają księżnicz­ki. Ra­na­shańczyków było mniej niż Ney­shańczyków. Ich pro­win­cja gra­ni­czyła z wro­gim Cher­ro­va­nem i większość ra­na­shańskich sił zmu­szo­na była po­zo­stać w domu. Mając to na uwa­dze, północ prze­pro­wa­dziła sze­reg uprze­dzających wy­padów na te­ren Cher­ro­va­nu, nim spadły ciężkie śnie­gi, za­dając od­wiecz­ne­mu wro­go­wi poważne stra­ty. Do Sofy do­tarły opo­wieści o wio­skach star­tych z po­wierzch­ni zie­mi. Ban­dy cher­ro­vańskich wo­jow­ników uwięzio­no w do­li­nach i bez­li­tośnie wyrżnięto. Większość ofi­cerów, z którymi Sofy roz­ma­wiała, zda­wała się uważać, iż po­dob­ne działania osłabią Cher­ro­van na tyle, aby Le­nay­in po­zo­stało bez­piecz­ne na czas nie­obec­ności wo­jow­ników ma­sze­rujących w ko­lum­nie. Sofy za­sta­na­wiała się, skąd czer­pa­li swą pew­ność, iż owe działania nie pchną je­dy­nie Cher­ro­vańczyków do prze­pro­wa­dze­nia poważniej­sze­go ata­ku w naj­bliższych mie­siącach.

Po­ko­nała grzbiet ko­lej­ne­go pagórka. Na sto­ku poniżej doj­rzała ra­na­shańskie­go chorążego ze sztan­da­rem pro­win­cji, za którym podążała ra­na­shańska ary­sto­kra­cja. Da­lej roz­ciągała się długa ko­lum­na wozów, to­wa­rzy­szyło im kil­ka ka­ret. Po­jazdów było w su­mie koło czter­dzie­stu i Sofy wy­minęła wszyst­kie ga­lo­pem. Mogła te­raz doj­rzeć awan­gardę. Składała się z licz­nej gru­py królew­skich gwar­dzistów w czer­wo­no-złotych płasz­czach prze­mie­sza­nych z wiel­możami z po­szczególnych pro­win­cji. Ary­sto­kra­tom to­wa­rzy­szyli ich ka­pi­ta­no­wie oraz świty. Kil­ka od­działów re­gu­lar­nej ka­wa­le­rii, w su­mie może pięciu­set zbroj­nych, ufor­mo­wało przed­nią straż. Żołnie­rze roz­sunęli się w wa­chlarz w po­przek stoków. Zda­wa­li się two­rzyć wznoszący się pośród tra­wy mur. Da­le­ko przed nimi Sofy doj­rzała sa­mot­ne­go zwia­dowcę. Z tej od­ległości z tru­dem dawało się go za­uważyć. Praw­do­po­dob­nie ko­lej­na set­ka zwia­dowców je­chała da­lej z przo­du i strzegła flank. Część trzy­mała się bli­sko ko­lum­ny. Inni za­pew­ne wy­sfo­ro­wa­li się na­wet o kil­ka dni mar­szu.

Mijała właśnie cen­trum for­ma­cji gwar­dzistów, kie­dy od po­bli­skie­go po­wo­zu ode­rwał się nie­wiel­ki ko­nik i po­ga­lo­po­wał ku niej. Dus­sie­ha do­sia­dała szczupła dziew­czy­na. Miała na so­bie czer­woną spódnicę, pod którą nosiła spodnie oraz buty do kon­nej jaz­dy. Po­wie­wające w ru­chu włosy związała w ku­cyk ko­lo­ro­wy­mi ta­siem­ka­mi. Sie­działa w sio­dle z rzadką pośród le­nayińskich ko­biet pew­nością sie­bie.

– Księżnicz­ko! – zawołała zi­ry­to­wa­na, zrównaw­szy się z Sofy. – Dla­cze­go od­da­liłaś się sa­mot­nie na tak długo?

Sofy uśmiechnęła się szel­mow­sko.

– Czyżby lord Ry­dar po­now­nie osa­czył cię w po­wo­zie?

– To nie jest za­baw­ne! – od­parła Yasmyn. – Wy­da­je się nie mówić do­brze po le­nay­sku. Mówię mu „nie”, a on nie ro­zu­mie.

– Och, ro­zu­mie aż na­zbyt do­brze – stwier­dziła Sofy, szcze­rze roz­ba­wio­na. – Po pro­stu nie słucha.

– Jest szpet­ny – od­rzekła Yasmyn. Zmarsz­czyła brwi. – Może za­cznie słuchać, jeżeli utnę mu ku­ta­sa.

Sofy stłumiła śmiech. Nie należało żar­to­wać z gróźb rzu­ca­nych przez Yasmyn. Po­cho­dziła z od­ległego, położone­go na wscho­dzie Is­fay­enu i była drugą córką Fa­ra­sa Izla­ra, wiel­kie­go lor­da pro­win­cji. Jak większość Is­fayeńczyków, Yasmyn miała ja­snobrązową kar­nację, czar­ne włosy i lek­ko skośne oczy. Spośród wszyst­kich le­nayińskich ko­biet, je­dy­nie Is­fayenki zwy­cza­jo­wo cho­dziły uzbro­jo­ne i, choć rzad­ko, uczest­ni­czyły w woj­nach. Uważano je za równie szorst­kie w oby­ciu, jak is­fayeńskich mężczyzn. Yasmyn nie roz­sta­wała się z dzi­wacz­nie wygiętym ostrzem przez Is­fayeńczyków na­zy­wa­nym da­ra­kiem. Broń nosiła za­tkniętą za pas na pra­wym bio­drze. Sofy wi­działa, jak z nią ćwi­czyła, wie­działa, że klin­ga jest prze­rażająco ostra. Być może po­win­na po­roz­ma­wiać z na­pa­stli­wym i ra­czej głupim lor­dem Ry­da­rem, za­nim przy­da­rzy mu się jakiś nie­for­tun­ny wy­pa­dek.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...