wampir_maskarada

Starcie Tytanów

4 minuty czytania

clash of the titans

Był kiedyś taki film, w którym Amerykanie usiłowali udowodnić, że mają pojęcie o greckiej mitologii. Ta produkcja z 1981 roku nosiła tytuł “Clash of the Titans” (po polsku “Zmierzch Tytanów) i w założeniu chodziło o przedstawienie historii mitycznego Perseusza. W praktyce wątek ten został skrócony w kilku miejscach na potrzeby dużego ekranu, w innych zaś poszerzono ją o wiele elementów nie mających nic wspólnego z mitologicznym pierwowzorem. Znalazł się tam związany z legendą o Bellerofoncie Pegaz, a nawet całkowicie absurdalna mechaniczna sowa, stworzona na wzór ukochanego zwierzęcia Ateny. W tej ówczesnej superprodukcji znalazły się gumowe potwory, plastikowe zbroje i efekty specjalne realizowane klasyczną metodą poklatkową, które dziś możemy oglądać z lekko drwiącym uśmiechem.

Kilka dni temu odbyła się premiera remake'u tego filmu, który przez ostatnie miesiące reklamowały wyśmienite trailery. Poza standardem w postaci oszałamiających efektów specjalnych, nowy “Clash of the Titans” (tym razem przetłumaczony jako “Starcie Tytanów”) kusił plejadą gwiazd kina: Liam Nesson (Zeus), Ralph Fiennes (Hades) czy, znany z głównych ról w “Avatarze” i “Terminatorze 4”, Sam Worthington (Perseusz). Jako człowiek, który w pierwszej klasie podstawówki przeczytał “Iliadę” i “Odyseję”, szedłem na premierę zarówno z ciekawością, jak i dużą rezerwą. Pierwsze minuty są krótkim streszczeniem greckiej kosmogonii, wykonanym w sposób bardzo elegancki i sprawny. Następnie – niestety – zaczyna się właściwa akcja.

clash of the titans clash of the titans

Tym razem zrobię coś, czego sam absolutnie nie znoszę – opowiem wam film. Pewien rybak natrafia na skrzynię, w której znajdują się martwa kobieta i żywe niemowlę. Po paru minutach niemowlę zamienia się w dorosłego syna rybaka o imieniu Perseusz, który wraz z rodziną płynie łowić ryby. Chwilę potem rybacka rodzina obserwuje zniszczenie posągu Zeusa i masakrę sprawców tego bluźnierstwa, dokonaną przez Hadesa, który wyskoczył spod ziemi i przy okazji zabił wszystkich bliskich Perseusza. Następnie nasz rybak – sierota – trafia do miasta Argos, gdzie dowiaduje się, że jest pół-bogiem i, by móc zemścić się na Hadesie, musi zabić Krakena, którego władca podziemi wyśle na Argos celem ukarania ludzi za obrazę bogów. By tego dokonać, zbiera drużynę, wyjmuje ze skrzyni niezbędne “itemy” i biegając po lesie znajduje miecz świetlny. Z lasu wybiega na pustynię, gdzie atakują go gigantyczne skorpiony i uzyskuje pomoc od sztandarowych postaci europejskich mitów – dżinnów. Towarzysząca mu nieustannie Io – w oryginale rzeczna nimfa, w filmie pani Wikipedia – udziela cennych informacji, na podstawie których Perseusz płynie na wyspę Gorgony, której ucina głowę, by w ostatecznej scenie pokonać wyposażoną w macki Godzillę.

Jeżeli ze względu na własny sceptycyzm popełnicie błąd pójścia do kina na “Starcie Tytanów”, zobaczycie na własne oczy, że nie przesadzam w tym złośliwym streszczeniu. Pomińmy fakt, że scenariusz ma jeszcze mniej wspólnego z historią Perseusza, niż jego pierwowzór z 1981 roku. Zapomnijmy o tym, że Hades (jako bóg zaświatów – główny zły w tej produkcji) to jeden z niewielu bogów, którzy udzielili herosowi pomocy, że Pegaz nie był czarny ani z tej bajki, że dżinny nie są z drewna ani z greckiego świata, że miecze świetlne nie są z tej planety, że Perseusz nie walczył z Krakenem, a już tym bardziej z bogami i generalnie zignorujmy wszystko, co mogłoby mieć choć pozór związku z jakimkolwiek mitem. Nawet jeśli to zrobimy, pozostanie nam do oceny film akcji, który pomimo występujących w nim gwiazd światowego kina i ogromnego pola do popisu dla grafików komputerowych, okazuje się nieprzeciętnie marny.

clash of the titans clash of the titans

Rola Liama Nessona ogranicza się do świecenia zbroją i udawania gromowładnego. Ralph Fiennes swą nikczemność wyraża charczeniem i dychawicznym rzężeniem, absolutnie nie pasującym do antycznego boga śmierci, niezwykle kontrastującym z jakością innych “psychopatycznych” kreacji tego aktora (Czerwony Smok, Lord Voldemort). Sam Perseusz o wiele bardziej niż rybaka (nie mówiąc o pół-bogu), przypomina kapitana drużyny bejsbolowej, wygłaszającego żenujące “punchline'y”, brzmiące jak nieudane trawestacje kwestii z “Władcy Pierścieni”. Nie sposób przyrównać tę rolę choćby do kreacji Achillesa w wykonaniu Brada Pitta w “Troi”, nie będącej przecież arcydziełem kinematografii. Na temat pozostałych aktorów najlepiej pomilczeć, może za wyjątkiem Maddsa Mikkelsena (Draco), który zrobił co mógł w drugim planie.

Załóżmy jednak, że scenariusz i aktorzy nie przeszkadzają nikomu w nakręceniu ani obejrzeniu filmu. Uznajmy, że – niczym w pornosach – prawdziwym jego sensem jest czysty efekt wizualny. Niestety, nawet tutaj spotyka nas rozczarowanie. Ze względu na fabułę montaż jest chaotyczny, przeskakujemy z krótkich ujęć w długie sceny, wąskie kadry i rozwlekłe sekwencje. Dajmy spokój zbrojom przypominającym formy do gofrów i przejdźmy od razu do efektów specjalnych. Nie można powiedzieć, że są złe, ale bez wątpienia nie są tak dobre, jak wymagają dzisiejsze standardy tego typu produkcji. Podsumowując, “Starcie Tytanów” ogląda się średnio, a słucha jeszcze gorzej. Przez całe 106 minut projekcji pojawiają się dokładnie dwie zabawne sceny, z których jedna stanowi drwinę z poprzedniej wersji filmu. Najlepsza z wypowiedzianych kwestii należała do Krakena i brzmiała mniej więcej tak: “ŁAAAAAAAAAA!!!”.

Śmieszne, kiczowate, operetkowe coś sprzed dwudziestu dziewięciu lat miało swój specyficzny urok i w dniu swej premiery mogło uchodzić za ciekawy spektakl. To, co obejrzałem 9 kwietnia, było nudne, głupie, brzydkie i w pewien sposób obraźliwe, jeśli powrócimy do oceny efektów amerykańskiej ekranizacji części religijnej historii Europy. Produkcja za 125 milionów dolarów zaprezentowała się tylko odrobinę lepiej od seriali, takich jak “Herkules” czy “Xena”. Jednak tym, czego brakowało mi najbardziej, była plansza końcowa z komunikatem “Wszelkie podobieństwa do mitów i osób z nimi związanych występujące w filmie, są przypadkowe”.

Ocena Game Exe
3
Ocena użytkowników
5,44 Średnia z 17 ocen
Twoja ocena

Komentarze

0
·
Mnie się podobało Żadne ambitne kino, ale szary i mroczny obraz Grecji okazał się intrygujący. Do tego niezłe sceny akcji oraz sympatyczny duet Worthington/Arterton i jestem zadowolony. Tylko prezentacja bogów z oślepiająco świecącymi zbrojami bardzo zła, a Liam Neeson mi tam nie pasował.

6,5/10

Dodaj komentarz

Wczytywanie...