Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ – Południe

Dla wielu miłośników, jak i amatorów, fantastyki, nazwisko Wegner może okazać się nielichym znakiem zapytania. Nie powinno to dziwić, bo choć autor nie jest człowiekiem znikąd i totalnie zielonym autorem, a regularni czytelnicy czasopisma „Science Fiction Fantasy i Horror” zapewne kojarzą go z kilkunastu solidnych opowiadań, to książka o dość trywialnym tytule „Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ – Południe” jest jego debiutancką pozycją na rynku wydawniczym. Z takimi tytułami wiadomo – jest niczym jak na loterii. Jest szansa na skreślenie szczęśliwych liczb i trafienie na istną perełkę gatunku, która szturmem zdobędzie serce czytelnika i miejsce dla autora w elitarnej loży śmietanki polskich pisarzy fantasy. Z drugiej jednak strony istnieje spora doza prawdopodobieństwa, że zapłacimy popularny „podatek od głupoty”, obejdziemy się smakiem, a nasze nadzieje na dobrą lekturę okażą się płonne. Świadom tego faktu, czytając opis na tylnej stronie okładki, byłem pewien, że szykuje mi się istna droga przez mękę i czytanie kolejnych, jakże górnolotnych dylematów oraz historii o doli i niedoli żołnierza pogranicza. Szczęśliwie jednak i tym razem pierwsze wrażenie mnie zawiodło, a po "pochłonięciu" ostatniej strony byłem zmuszony do posypania głowy popiołem. No, ale nie uprzedzajmy faktów…

„Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ – Południe” to tak naprawdę zbiór ośmiu opowiadań, podzielonych na dwie części. Pierwsza z nich, „Topór i Skała”, przenosi nas na mroźną północ, gdzie mamy przyjemność poznać przygody Szóstej Kompanii, Szóstego Pułku Górskiej Straży, będącej jednym z elitarnych oddziałów Imperium meekhańskiego, której nadrzędnym zadaniem jest ochrona kruchych granic imperialnych i obrona obywateli przed niebezpieczeństwami czyhającymi w górach (zaczynając od zuchwałych rabusiów, a kończąc na mrocznych pomiotach, zrodzonych z największego zła). Nie jest to łatwe zadanie, a że służba w Straży to nie piknik i góry bywają zdradliwe niczym dziewka fortuna. Dowiemy się tego już na pierwszych stronach powieści, bo na północy jak w państwie duńskim – źle się dzieje. Meekhan szykuje się do kolejnej potyczki na południu, z koczownikami pragnącymi tylko krwi i łupów, dlatego też większość północnych sił zostaje przesunięta do niespokojnego rejonu, „a gdy kota nie ma…” – wiadomo. Budzą się uśpione aspiracje lokalnych władyków, zapomniane mroczne kulty czy też inne chorobliwie ambitne jednostki, które pragną wykorzystać moment, w którym czujne oczy imperium skierowane są w zupełnie inną stronę. Nie zabraknie więc chwalebnych potyczek, zarówno na pełnym śmierci i posoki polu bitwy, jak i przy stole negocjacyjnym, gdzie jedno źle wypowiedziane słowo i jeden fałszywy gest może doprowadzić do nie mniejszej katastrofy, niż nietrafiony rozkaz.

Ta część skierowana jest przede wszystkim do czytelników, którzy lubują się w wątkach batalistycznych, gdzie akcja pędzi niczym szarżująca kawaleria, trzymając w napięciu do ostatnich stronic. To opowieść o prawdziwych góralach, którzy nie boją poplamić sobie płaszczy, a czas pomiędzy starciami zapełniają epickimi opowieściami z dawnych lat i może niezbyt dworskim, ale wciąż zabawnym koszarowym humorem. Honor i szacunek to dla tych ludzi postawa, a komu na północy brakuje tych cnót, temu biada.

Właśnie na nie musi sobie zapracować niejaki Kenneth-lyw-Darawyt (no cóż, fantazji do nazwisk nigdy rodzimym pisarzom nie brakowało...), dowódca Szóstego Pułku. Kapitan początkowo nie wzbudza respektu wśród swoich podkomendnych. Ba, mimo kilku początkowych dobrych decyzji, jego ludzie wciąż mu nie ufają i traktują go jak młodzika, który dziwnym oraz całkowicie niezrozumiałym zrządzeniem losu trafił na północ, a pierwsze wiktorie zawdzięcza temu, że jest… rudy (utarło się takie przekonanie, że kolor tych włosów przynosi niesamowite szczęście). Jak to jednak w życiu bywa, kilka kolejnych znakomitych posunięć i braterstwo broni powoli zmienia przekonanie żołnierzy związane z dowódcą. Chciałoby się rzec – typowa historia od zera do bohatera. Niestety mimo tego, że Kenneth gra pierwsze skrzypce w tej części, ciężko jest o nim cokolwiek powiedzieć. Wiemy, że jest mężny, inteligentny oraz bezgranicznie lojalny wobec imperium i nic poza tym. Oznacza to, że ciężko się z nim utożsamić, a sama postać nie wbija się w pamięć i dołącza do niezbyt zacnej grupy sztampowych herosów fantasy.

W tym miejscu należy podkreślić jeszcze dwie rzeczy – dbałość o język, który powinien zadowolić nawet największych purystów oraz znakomite opisy otaczającego nas świata. Choć oszczędne, zostały napisane w taki sposób, że czasem aż czuć mroźny powiew północy na swoich policzkach i świeże górskie powietrze wpadające do płuc.

Natomiast druga część książki to zupełne przeciwieństwo tego, do czego przyzwyczaiły nas łańcuchy górskie Ansar Kirreh. „Miecz i żar” przenosi nas na południowe pogranicze imperium, gdzie dominują wyjątkowo orientalne i pustynne klimaty. Głównym bohaterem tej części jest Yatech, dumny wojownik z plemienia Issaram. Najważniejszym zadaniem i sensem istnienia jego ludu jest kultywowanie pamięci o przodkach i pokuta za grzech pierworodny, spowodowany podwójną zdradą jego plemienia podczas Wojny Bogów. Cztery opowiadania, składające się na tę część, ukażą nam tragedię człowieka związanego odwiecznymi tradycjami i niezwykle surowymi prawami, których niedotrzymanie oznacza katastrofalne konsekwencje dla niego samego, jak i plemienia. Co się jednak stanie, gdy między obowiązkami nałożonymi przez obyczaje stanie kobieta?

W przeciwieństwie do „Topora i skały”, ta część skupia się bardziej na głównym bohaterze, jego wewnętrznych refleksjach i rozterkach, a fabuła schodzi na plan dalszy. Wegner znakomicie przedstawił człowieka rozdartego między obowiązkami narzuconymi przez swoje pochodzenie, a miłością do kobiety należącej do kompletnie innej kultury i nie potrafiącej zrozumieć konsekwencji płynących z tego związku. Oczywiście, mimo że w „Mieczu i żarze” położono nacisk na aspekt psychologiczny, to miłośnicy akcji nie powinni i tu narzekać. Całość bowiem uzupełniają znakomite, wyczerpujące i perfekcyjnie przedstawione walki, które powinny zadowolić nawet największych malkontentów. Jeżeli dodamy do tego smakowity orientalny klimat i dbałość autora o przedstawiony świat (zawiłości kulturowe i obyczajowe czy logiczna i trzymająca się całości historia), to otrzymujemy pozycję, od której naprawdę ciężko się oderwać.

Oczywiście „Opowieści z meekhańskiego pogranicza…” nie jest pozycją bez wad. Nie da się ukryć, że autor wybrał bezpieczniejszą ścieżkę i nie starał się eksperymentować. Dzięki czemu może i otrzymujemy historię przedstawioną w sposób, który zdążyliśmy już poznać i polubić, ale w pewnym momencie rodzi się uczucie niesmaku, że gdzieś już to jednak widzieliśmy. Jest więc imperium pokojowo lub za pomocą miecza asymilujące inne ludy. Ostoja prawości i ładu, której zagrażają najeźdźcy ze wschodu i barbarzyńskie plemiona, a wewnątrz zaczyna toczyć się rozkład. Jak nic kolejne odwołanie do odwiecznego archetypu Imperium rzymskiego. Oczywiście nie mogło też zabraknąć typowych twardzieli, którzy od czasu do czasu potrafią rzucić tekstami przekraczającymi wszelkie granice patosu. Fabuła też niestety nie grzeszy oryginalnością – znów otrzymujemy odgrzany kotlet w postaci opowieści o honorze, lojalności i braterstwie. Szczęśliwie jednak Wegner ma talent i potrafi frapująco przedstawić przygody, które mimo iż były wałkowane już niejednokrotnie, to nie dość, że nie nużą, to potrafią nas nie raz zaskoczyć.

Otwarcie przyznam, że tytuł mnie pozytywnie zaskoczył. Spodziewałem się drogi przez mękę i typowego przeciętniaka, których na rynku jest pełno. Tymczasem otrzymałem pozycję, która zaskakuje solidnością i dbałością. Wegner wycisnął z dobrze znanej nam fantastyki wszystko co najlepsze do ostatniej kropelki i dodał do tego swój niewątpliwy kunszt. Dzięki temu otrzymujemy produkt, który skutecznie gasi pragnienie i przynosi satysfakcję w taki sposób, iż mamy ochotę poprosić o kolejną „dawkę”. Autor co prawda nie zdobył szturmem pozycji pozwalającej stawiać go obok śmietanki polskiej fantastyki, ale śmiało „puka do bram miasta”. Jeżeli tylko wystarczy mu samozaparcia i konsekwencji, to raczej tylko kwestia miesięcy niż lat, zanim trafi do tej loży.

Dziękujemy wydawnictwu Powergraph za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe
7,5
Ocena użytkowników
9,08 Średnia z 18 ocen
Twoja ocena

Komentarze

0
·
Książka jest świetna i jestem również miło nią zaskoczony, ale nie zgadzam się z niektórymi fragmentami recenzji. Opowiadania są świetne, ciekawe i nieraz brutalne - nie miałem ani razu wrażenia, że "gdzieś to już widziałem". Do tego dochodzi znakomite prowadzenie akcji - z jednej strony obserwujemy wydarzenia "małe", a z drugiej jesteśmy świadkami jak coraz wyraźniejszych kształtów nabiera główny wątek, który kontynuowany będzie w dalszych tomach. W ten sposób "Północ-Południe" można zaliczyć jako początek większej historii. Takie przedstawienie buduje stopniowo napięcie, oczywiście przerywane kolejnymi opowiadaniami, ale prawdopodobnie w "Niebie i stali" Wegner skupi się już tylko na głównej fabule.

Sztampowość? W mojej ocenie jej nie ma. Może postacie są tworzone na podstawie znanych szablonów, ale w żadnym momencie mi to nie przeszkadzało, tym bardziej, że Kennetha z miejsca polubiłem i z bólem rozstałem się z nim w połowie książki. Jednakże druga część wcale nie wypada źle - wciągnąłem się w nią niesamowicie, dzięki psychologicznym wątkom, refleksjom bohatera, nieoczekiwanemu rozwoju akcji i zmianie miejsca przedstawianych wydarzeń.

Na uwagę zasługuje też świat. Początkowo nie czułem się w nim dobrze, bo Wegner na samym pierwszych stronach nie wdawał się w szczegółowe opisy na ten temat. Jednak wraz z kolejnymi opowiadaniami uniwersum było coraz bardziej rozbudowywane, poznawaliśmy jego kultury i obyczaje, więc pod koniec zdobył moje uznanie.

Wady? Były momenty, kiedy mnie nudził (np. opisy batalistyczne), ale w ogólnym rozrachunku to naprawdę świetna, warta polecenia książka. Moja ocena: 9/10

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...