Niedokończone Opowieści

3 minuty czytania

Temat zombie przeżywa ostatnio prawdziwy renesans, zaś swoista "zombiefikacja" uznanych twórców i artystów jest zjawiskiem znanym nie od dziś. W jej myśl dowiadujemy się na przykład, że pośmiertnym marzeniem Michaela Jacksona było nagranie kilku źle przyciętych studyjnych "brudów", będących tłem dla popowo-gospelowego wokalu. Elvis Presley już dawno zorientował się, że własna śmierć służy interesom i od dawna skutecznie udaje martwego, dzięki czemu pozostaje niezmiennie najlepiej zarabiającym artystą "zza grobu". Nie od wczoraj w tej kategorii występuje J.R.R. Tolkien, wydający raz na jakiś czas nową powieść.

Otrzymując na ostatnią Gwiazdkę "Niedokończone Opowieści" zastanawiałem się, czy to kolejny produkt umysłowej impotencji wydawców, czy może przejaw "antykoncepcji" na zarabianie pieniędzy ze strony syna pisarza.

Przyjrzałem się książce bliżej. Na wstępie ucieszyła mnie twarda oprawa i ładne wydanie w formacie A4, sprzyjające lekturze o sporej (ponad 400 stron) objętości. Następnie pobieżny ogląd spisu treści i rosnące zadowolenie – potyczki Húrina z Morgothem, opowieść o dramacie Túrina, historia ostatnich władców Númenoru, do którego wzdychał Aragorn i jego kompani, a którego nie było dotąd dane poznać większości fanów, i wiele innych. Wszystko opatrzone stosownym komentarzem syna, tekstem źródłowym z notatek ojca, słowem – dobre z dobrym. A złe samo.

Już na początku rzuca się w oczy bardzo nieprzystępny, "toporny" wręcz styl "Niedokończonych Opowieści". Uderza to tym mocniej, że dobrze znamy pieczołowitość, z jaką Tolkien dopracowywał najdrobniejsze szczegóły swych powieści, niekiedy aż do przesady, jak choćby we "Władcy Pierścieni". Tutaj historie wyglądają nie tyle na niedokończone, co na poszatkowane i oderwane od jakiegokolwiek szerszego kontekstu. Oczywiście liczne wstępy, wyjaśnienia i przypisy Christophera Tolkiena mają na celu wykazanie nam co, gdzie, jak i kiedy łączy się z czym i dlaczego, ale na dłuższą metę daje to efekt odwrotny od zamierzonego. Bywa, że na jednej stronie nie uświadczymy żadnego zdania, w którym nie pojawi się jakaś wymyślna nazwa własna, nic nie mówiące imię nieistotnej postaci czy wyliczenie w stylu "wujek ciotki matki stryjka". Choć dywagacje na tematy rodowej historii były charakterystyczną cechą mieszkańców Śródziemia, przy których rodzinne perypetie klanu Foresterów zdają się jasne i przejrzyste, tutaj podano je w formie suchej analizy niezwiązanych z niczym faktów, a to czyta się zdecydowanie źle.

Książkę wypełniono ponad wszelką miarę zatrważającą ilością genealogicznych szczegółów, etymologicznych analiz i historiograficznych rozpraw, które nawet bardzo dobrze znającym twórczość Tolkiena czytelnikom (do których nieskromnie zaliczam i siebie) sprawiają sporo kłopotów. Nieraz natłok nazwisk, imion, nazw krain, miast i obiektów podawanych w dwóch lub trzech różnych językach zmuszał mnie do ucieczki o pół – półtorej strony wprzód, gdyż w przeciwnym razie niechybnie zostałbym zmiażdżony ciężarem całej serwowanej mi wiedzy. Co najgorsze, wiedzy podanej w sposób tak bestialsko nieciekawy, że spokojnie mogłaby konkurować z najnudniejszymi podaniami, z którymi przyszło mi zetknąć się podczas moich nieszczęsnych studiów historycznych.

W omawianym wydaniu Tolkienowi (czy raczej – Tolkienom) równie daleko do Herodota, co do Homera. To o tyle bardziej przykre, że "Silmarillion", będący momentami nużącą kroniką historyczną, posiadał niekwestionowane walory literackie, czyniące opisywane zdarzenia barwnymi, ciekawymi, nawet dynamicznymi. "Niedokończonym Opowieściom" bardzo tych cech brakuje. Sceny batalistyczne stają się monotonne i statyczne, wielka potyczka Túrina ze smokiem jest przegadana jak RTL-owe odcinki "Dragon Balla" i równie porywająca, co boiskowe wyczyny kapitana Tsubasy.

Zechciejcie wybaczyć mi tak bezczelne znęcanie się nad książką sygnowaną nazwiskiem znamienitego twórcy światowego fantasy, naprawdę nie przychodzi mi to łatwo. Jednak upór, z jakim brnąłem przez kolejne strony coraz bardziej rozczarowującego zbioru opowiadań, w poszukiwaniu czegoś zadowalającego, był wprost proporcjonalny do końcowej frustracji.

Czy z mojego katastroficznego obrazu ma szansę wyłonić się jakiś pozytyw? Owszem, do tego całkiem spory. Szczerze chylę czoła przed ogromem pracy, który autor włożył w zgromadzenie, opracowanie i uzupełnienie niektórych prac swego ojca. Młodszy Tolkien niezwykle rzeczowo i skrupulatnie tłumaczy wszelkie nieścisłości i braki pojawiające się we "Władcy" i innych utworach. A choć robi to w sposób tak nudny, że aż sprzeczny z prawem, to wyciągnięcie z szuflad trzech różnych wersji historii Galadrieli, wygnania jej z Valinoru i znajomości z Celebornem, przy następnym domyśleniu się i wyjaśnieniu zaistniałych w nich sprzeczności i niedomówień, budzi wielki szacunek dla jego warsztatu historyka.

To jednak o wiele za mało, jak na antologię nieznanych dotąd dzieł sławnego artysty. Budzące nadzieje hasła "Morgoth", "Húrin", "Númenor", skrywają słabe lub mocno średnie opowiadania, pisane nieciekawym językiem, z niekiedy żenującymi wręcz dialogami i zbędnym popisem geograficznego i rodowodowego słowotwórstwa. Tak bardzo kontrastuje to z Tolkienem, którego wszyscy znamy, może nie wszyscy lubimy, ale nawet wówczas mamy za co szanować.

Nabywając tę książkę tolkienowscy nowicjusze i umiarkowani entuzjaści dokonają bardzo chybionego zakupu i z całą pewnością nie przekonają się do twórczości tego autora, pozostając co najwyżej przy obrazie Petera Jacksona. Maniacy zrobią to bardziej dla zasady i kolekcjonerskich przyzwyczajeń, ponieważ poza specjalistycznymi ciekawostkami nie oferuje ona żadnej nowej, ani nawet starej jakości. Ja sam powiem natomiast, że tytuł publikacji doskonale oddaje jej przeznaczenie. "Niedokończone Opowieści" powinny takimi pozostać.

Ocena Game Exe
3
Ocena użytkowników
7,13 Średnia z 8 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...