riese

Mr. Nobody

Parafrazując słynne słowa Marka Twaina, pogłoski o powolnej śmierci kina fantastyczno-naukowego były mocno przesadzone. Dobitnie pokazuje to 2010 rok w polskich kinach, w którym to ukazały się trzy absolutnie wyjątkowe dzieła reprezentujące ten gatunek. „Incepcja” Christophera Nolana udowodniła, że letni blockbuster, prócz znakomitych efektów specjalnych, może posiadać również błyskotliwy scenariusz i poruszać emocjonalnie. Z kolei „Moon” Duncana Jonesa zaserwował nam prawdziwy powrót do „starej szkoły” – dzieło skromne, filozoficzne, refleksyjne i klimatyczne. Trzecim filmem miał być „Tron: Dziedzictwo”, lecz okazał się produkcją piękną wizualnie, ale fabularnie bez ikry – zawodząc tym samym oczekiwania większości kinomanów. Szczęśliwie jednak, tego samego dnia do kin wkroczył inny tytuł, wprost z europejskiego podwórka.

mr. nobodymr. nobodymr. nobody

Bilbordy reklamujące film „Mr. Nobody” odważnie przyrównywały go do „Incepcji”, w moim mniemaniu jednego z najlepszych filmów ostatniej dekady, a ja ilekroć widziałem hasło „Incepcja była tylko rozgrzewką…”, kręciłem głową z uśmiechem politowania. Uznałem to za tanią akcję marketingową i zwyczajnie nie wierzyłem, iż ktoś na ten moment jest w stanie choćby zrównać się z kunsztem Christophera Nolana. Dlatego też zdecydowałem się kolejny raz przybrać twarz pokerzysty i sprawdzić, jakimi kartami dysponuje belgijski reżyser Jaco Van Dormael. Po ponad dwóch godzinach obcowania z „Mr. Nobody” okazało się, że cholernie dobrymi, a ja kolejny raz karciłem siebie za ocenianie filmu przed jego obejrzeniem. Zwyczajnie nie da się ukryć, że mamy tu do czynienia z dziełem przez duże „D”, które wzbudza wśród kinomanów wiele kontrowersji i nie pozostawia ich obojętnymi.

„Jak większość żywych stworzeń, gołąb szybko kojarzy podnoszącą się kurtynkę, z pojawieniem się pokarmu. Ale gdy podajesz ziarno co 20 sekund, gołąb się zastanawia: „Jak na to zasłużyłem?”. Jeżeli w tym czasie zatrzepocze skrzydłami, a kurtynka podniesie się, z całym przekonaniem będzie myślał, że jego zachowanie miało na to wpływ. Nazywamy to „Gołębim przesądem”.”

O czym jest ten film? Dobre pytanie, na które ciężko jest odpowiedzieć, gdyż jest to tak wielowątkowa i skomplikowana historia, że trudno w kilku zdaniach przekazać choćby jej urywek, nie zdradzając przy tym najbardziej zaskakujących elementów. Fabuła skupia się na losach Nemo Nobody’ego (Jared Leto), faceta w średnim wieku, który zdaje się wieść szczęśliwe życie u boku swojej żony Elise i trójki dzieci. Jednak pewnego dnia jego sielanka kończy się, gdy w tajemniczych okolicznościach, budzi się w 2092 roku jako stary i schorowany człowiek. Czy tamten żywot był tylko snem, a może jest wręcz na odwrót? Nie wiadomo.

mr. nobodymr. nobodymr. nobody

Szybko się okazuje, że 120-letni Nemo jest najstarszym człowiekiem na świecie i zarazem ostatnim ze śmiertelników w społeczeństwie, któremu dzięki medycznemu postępowi, udało się oszukać samą śmierć. Logicznym jest, że ostatnie chwile życia starca wzbudzają niemałe zainteresowanie wśród mas. Każdy jego ruch starają się uchwycić kamery telewizyjne, dziennikarze biją się o wywiad z nim, a naukowcy traktują go niczym zwierzę w ogrodzie zoologicznym i po cichu, w kuluarach, delektują się pożegnalnym pokazem tryumfu czasu nad człowiekiem.

Nemo czuje się zaszczuty, samotny i zaczyna szukać odpowiedzi na pytania – Czy jego życie mu odpowiadało? Czy podjął właściwe decyzje? Czy kiedykolwiek był szczęśliwy? Błyskawiczne zdaje sobie sprawę, że odpowiedzi na powyższe pytania zupełnie go nie satysfakcjonują i ciężko mu się pogodzić z podjętymi wyborami. U kresu swojego życia dochodzi do wniosku, że jest tyle rzeczy, które chciałby naprawić lub przemilczeć i posiada tak mnóstwo niespełnionych marzeń. Ostatnią szansą na poczynienie jakichkolwiek zmian jest opowiedzenie całej swojej historii, pewna forma życiowego testamentu, które zdoła ukoić jego niespokojną duszę. Sęk w tym, że jak to bywa z opowieścią starca, sen z rzeczywistością jest tu mocno wymieszany, logika przedstawionego świata zmienia się dynamiczne, a całość płynnie przenosi nas w czasie i przestrzeni. Wyobraźnia Nemo pozwala mu tworzyć własne, często wykluczające się, wersje swojego życia i dokonać niezbędnych wyborów, których tak pragnie. Daje mu to szanse odpowiedzi na pytanie „co by było gdyby?”.

mr. nobodymr. nobodymr. nobody

W tym momencie zaczyna się prawdziwa zabawa w różnych wymiarach czasowo-przestrzennych i podróży po alternatywnej rzeczywistości. Fabuła odkrywa przed nami kompleksowy przekrój życia Nemo – od beztroskich lat dziecięcych, poprzez jego młodość i wiek średni, a kończąc na późnej starości. W każdym z tych czasookresów zostaje postawiony przed ciężkim decyzjami, które determinują jego późniejsze losy: rozwód rodziców, pierwsze miłości i kryzys wieku średniego. Każdy z tych etapów zostaje przedstawiony pod różnymi kątami i stara się ukazać wszystkie późniejsze konsekwencje danego wyboru, tworząc tym samym sieć gęstą od symboliki oraz parabol. Reżyser stara się nam ukazać, że nawet najmniej istotne działanie, najbardziej trywialny gest czy najprostsze słowo, ma niebagatelne konsekwencje na nasze późniejsze losy. Van Dormael postanowił przedstawić swój własny obraz „Efektu motyla” – bardziej artystyczny, wręcz poetycki. Jego celem nie było ogłupienie widza i przytłoczenie go skomplikowanymi aforyzmami, ale przystępne przekazanie mu kilku frapujących prawd oraz skłonienie do refleksji.

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na głęboką intertekstualność dzieła. Van Dormael wydaje się czerpać pełnymi garściami z klasyki popkultury i najlepszych artystów filmowych. „2001: Odyseja kosmiczna”, „Przypadek”, „Matrix”, „Efekt motyla”, „Podziemny krąg”, „Europa”, „Mroczne miasto” – jest tego znacznie więcej. Oczywiście, można by było z tego ulepić mocny zarzut, iż w tym całym miszmaszu została gdzieś zagubiona autorska wizja reżysera. Przeczyć nie będę, aczkolwiek to dla mnie tylko ilustracja, świetnie ukazana dzięki bajecznemu montażowi – warstwa wizualna kompletnie oszałamia, a film, pomimo swojego skomplikowania, jest zaskakująco spójny i płynny.

mr. nobodymr. nobodymr. nobody

Jak na tytuł tego kalibru, nie mogło zabraknąć pytań filozoficznych i religijnych, kwestii związanych z naturą człowieka, refleksji na temat „Teorii Wielkiego Wybuchu” oraz rozszerzania się wszechświata czy wspomniany wcześniej koncept światów równoległych. Co najciekawsze, reżyser bawi się umysłem widza i tak naprawdę ciągle wodzi go za nos, faktycznie nie odkrywając żadnych niekonwencjonalnych kart, a raczej na powrót naświetla mu pewne zagadnienia, które warto jeszcze raz przemyśleć czy przedyskutować z przyjaciółmi. Nie oszukujmy się, któż nie rozmyślał czasem nad sensem naszej egzystencji, przemijaniem czy prawdziwym znaczeniem miłości?

Gra aktorska stoi na bardzo wysokim poziomie. Koncepcja filmu postawiła Jareda Leto przed bardzo trudnym zadaniem, z którego wybrnął znakomicie. Każde z jego wcieleń jest niezwykle charakterystyczne i szczere, dzięki czemu udało mu się stworzyć specyficzne, pełne życia postacie. Z jednej strony czuć odmienność każdej z nich (inne życie, różne punkty wyjścia oraz odmienne konsekwencje wyborów), z drugiej – gołym okiem widać podobieństwo (podobne rozterki i problemy życiowe). Warto też wspomnieć o znakomitej roli Sarah Polley, w postaci sfrustrowanej i zagubionej matki, która przez swoją depresję nie może żyć tak, jakby chciała – ten pokaz aktorstwa zapada w pamięci na długi czas. Świetnie spisała się też Diane Kruger, która od czasu kompromitującej „Troi”, przekonuje mnie do siebie coraz bardziej. Na pochwałę zasługują również młodzi aktorzy – Toby Regbo, Juno Temple oraz Clare Stone.

mr. nobodymr. nobodymr. nobody

„W szachach nazywa się to „Zugzwang”. Kiedy jedynym dobrym ruchem, jest brak ruchu.”

Podsumowując, mnie „Mr. Nobody” urzekł. Tej produkcji można zarzucać wiele – naśladownictwo, patos, nietypowe podejście… Dla mnie to jednak było nieistotne, gdyż ten film pozwolił mi przeżyć w trakcie seansu pasjonującą wędrówkę po meandrach natury ludzkiej, oddać się refleksji nad marzeniami i pragnieniami, przypomnieć sobie odpowiedzi na niektóre pytania. Dzieło Jaco Van Dormaela albo się kocha, albo nienawidzi. Osobiście zaliczam się do tej pierwszej grupy i stąd też wysoka ocena. Niektórych decyzji zwyczajnie nie da się odmienić.

Ocena Game Exe
8
Ocena użytkowników
8,76 Średnia z 19 ocen
Twoja ocena

Komentarze

0
Gość_Dziobson* ·
Mi film sie bardzo podobal oglądałem go już kilka miesięcy temu, i wywarł na mnie wrażenie, nie jest jakiś genialny jednak ma w sobie to coś, ładne ujęcia, dobra muzyke, generalnie bardzo porządnie zrobiony kawalek dobrego kina. Polecam
0
·
Oglądając go ze znajomymi, każdy miał inne wrażenia i przemyślenia związane z fabuła i to w tym filmie jest świetne, że każdy widzi w nim coś innego. Nic nie jest podane na tacy i każda interpretacja może być prawdziwa. Jared Leto mnie nie zawiódł. Grał przekonywująco. Co do Diane Kruger, to jakoś mnie nie zadowoliła. Jej rola ograniczała się do pojawiania się w pewnych momentach życia bohatera i wypowiadaniu kilku zdań. Bardziej lśniła na ekranie Sarah Polley. Jej kreacja rozdygotanej matki o histerycznych tendencjach była mocna i uderza widza.
A tak poza tym, to Gin była najlepszą opcją spośród wszystkich dziewcząt .

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...