Mortal Kombat

3 minuty czytania

Mortal Kombat

Seria gier "Mortal Kombat" zdecydowanie posiada swoje miejsce wśród kultowych produkcji, wywierających olbrzymi wpływ na popkulturę. Aż dziw bierze, że pierwsza część powstała z myślą o automatach, a dopiero później została przeniesiona na inne platformy. Długo nie trzeba było czekać, bowiem w 1995 roku premierę miała filmowa adaptacja, z zapadającym w pamięć muzycznym motywem przewodnim. W 2011 roku gra doczekała się jakże potrzebnego oraz bardzo udanego rebootu, po którym wychodziły kolejne dobre części. W tym roku taki sam pomysł zaświtał odnośnie ekranizacji, z debiutantem za stołkiem reżyserskim – Simonem McQuoidem.

Główny bohater, Cole Young, jest kiepskim zawodnikiem mieszanych sztuk walki, który zarabia głównie na obrywaniu po mordzie. Los chłopaka odmienia się jednak, i to wcale nie na lepsze, gdy atakuje go kriomanta Sub-Zero, nastając również na życie żony i córki. Wiedziony wskazówkami byłego członka Służb Specjalnych, Jaxa, Cole wyrusza w poszukiwaniu innych mistrzów sztuk walki, aby razem z nimi podszkolić się i stawić czoła krwiożerczemu Shang Tsungowi z Zaświatów. Szybko okazuje się, że mężczyzna jest bezużyteczny, dopóki nie odkryje uśpionej mocy drzemiącej w jego duszy.

Mortal Kombat

Cóż… Jeżeli chodzi o warstwę fabularną, to szczerze powiedziawszy nie spodziewałem się jakichś spektakularnych fajerwerków, jednak to, co ujrzałem na ekranie, woła o pomstę do nieba. Pierwsze kilka minut daje nadzieję na ciekawe widowisko – Bi-Han, mistrz klanu Lin Kuei (późniejszy Sub-Zero) atakuje rodzinę Hanzo Hasashiego (późniejszy Scorpion), bezlitośnie wyrzynając całą familię. No i na tym kończy się dobra zabawa. Do końca seansu nie poznajemy motywów kriomanty, mimo że wydarzenie to stanowi poniekąd oś fabularną filmu. Ponadto gdy rodzinka wyzionie ducha, naszym oczom ukazuje się czarna plansza z napisami, oznajmiająca, że istnieją jakieś Pozaświaty, raz na jakiś czas zawodnicy z Ziemi i wymienionej krainy naparzają się w turnieju, Ziemianie notorycznie dostają w nim bęcki, co już niedługo będzie skutkować zagładą globu i jeszcze inne trele-morele.

Niewątpliwie fantastyczne zawiązanie akcji! Takie przeskoki fabularne (choć już nie w postaci plansz z napisami) towarzyszą nam przez cały film, przez co głupota goni głupotę. Cole po spotkaniu z Sub-Zero i wysłuchaniu Jaxa nie mówi: "co ty pierdolisz, świrze?!", tylko "nie ma problemu, pojadę szukać Sonyi, bo uwielbiam naparzać się z innymi po mordach, równie dobrze mogą być to jaszczuroludzie z kosmosu i piękne kobiety o paszczach aligatora". Nie pogubiłem się podczas seansu ani razu tylko dlatego, że jestem zagorzałym fanem uniwersum i co nieco o nim wiem, natomiast nie wyobrażam sobie, jak zupełny nowicjusz miał ogarnąć całokształt.

Mortal Kombat

Najbardziej przeszkadzała mi osoba Cole'a. Mając do wyboru całą gamę postaci z jedenastu części serii gier, twórcy postanowili wprowadzić zupełnie nową – niepotrzebną i denerwującą. Nie rozumiem tego motywu, bowiem scenarzyści podążają za znaną z pierwszych części gier fabułą, w której nie ma miejsca na kogoś świeżego. Co więcej, obok znanych większości ludzi bohaterów "Mortal Kombat" (Goro, Raiden, Kano, Liu Kang) wprowadzono z niewiadomych względów mniej rozpoznawalnych fajterów (Kabal, Reiko, Nitara). O ile Kabala poprowadzili doskonale, dając mu kilka fajnych linijek tekstu, pozostali stanowią tylko mięso armatnie do kolejnych fatality.

I tu pojawia się pierwsze światełko w mroku. O ile samo mordobicie zupełnie nie powala i jak na XXI wiek trąci myszką, to finishery są fantastyczne. Nie będę zdradzał, jakie fatality dokładnie pojawiają się w produkcji, ale wszystkie cieszą oko. Nie można tego za to powiedzieć o grze aktorskiej, która nie istnieje. Biorąc pod uwagę, że w "Mortal Kombat" pojawiają się praktycznie sami nieznani aktorzy, to nie spodziewałem się nic wielkiego, ale jest gorzej niż źle. Obsadzając w każdej z ról Pinokia, który nawet nie był prawdziwym chłopcem, spisałby się on o tysiąc razy lepiej. Filmu nie ratuje Hiroyuki Sanada, pasujący do roli weteran, ale kompletnie jej nie udźwignął, prawdopodobnie przez głupawy scenariusz (tu już się pokuszę o spoiler – przez większość filmu otrzymujemy przebitki, jak to Hanzo siedzi w piekle i płonie z marsową miną, tragedia). Jedynym jasnym punktem obsady jest Josh Lawson, wcielający się w Kano. Gość nadrabia brak Johnny'ego Cage'a i stanowi głównego śmieszka, co nawet nieźle mu wychodzi.

Mortal Kombat

Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, do kogo skierowany był ten film. Nowicjusz zupełnie straci wątek już w pierwszych scenach, a miłośnik serii zaśnie z nudów albo zażenowany wyłączy telewizor. Kompletnie rozwalił mnie motyw POTĘGI RODZINY. Seria gier obfituje w złożone problemy międzyludzkie i ciekawe motywy – relacja Sonyi i Johnny'ego Cage'a, walka o władzę w Pozaświatach, przemiana ludzi w cyborgi, nie mówiąc już o Upiornych wersjach bohaterów, dosyć mocno komplikujących życie pozostałym. Tutaj na siłę mamy wątek romantyczny, który nikogo nie obchodzi, tak samo jak śmierć bohaterów, bo nie da się przywiązać do drewnianej kukły. Z pewnością obejrzę sequel, bo nie lubię zarzucać nawet najgorszej serii, ale jeśli jeszcze nie zabraliście się za seans "Mortal Kombat", to zdecydowanie odradzam.

Ocena Game Exe
3
Ocena użytkowników
3 Średnia z 1 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...