Fragment książki

9 minut czytania

Gdy przywyknie się już do obezwładniającego zapachu zbutwiałego papieru unoszącego się z trzewi Księgogrodu, gdy przetrzyma się pierwsze alergiczne napady kichania spowodowane przez unoszący się wszędzie kurz książkowy, gdy oczy powoli przestaną łzawić od gryzącego dymu tysięcy kominów, wtedy można w końcu zacząć podziwianie niezliczonych cudów Księgogrodu.

W Księgogrodzie znajdowało się ponad pięć tysięcy urzędowo zarejestrowanych antykwariatów i, szacunkowo, ponad tysiąc półlegalnych księgarenek, gdzie prócz książek oferowano napoje alkoholowe, tytoń, odurzające zioła i substancje, których używanie wzmagało podobno radość czytania i koncentrację. Istniała także niemal niezmierzona liczba, latających" handlarzy, którzy na regałach na kółkach, drewnianych wózkach, w torbach konduktorkach i na taczkach oferowali słowo drukowane w każdej możliwej formie. W Księgogrodzie istniało ponad sześćset wydawnictw, pięćdziesiąt pięć drukarni, tuzin młynów papierniczych oraz stale rosnąca liczba zakładów zajmujących się wytwarzaniem ołowianych liter drukarskich i czernidła drukarskiego. Były też sklepy oferujące tysiące różnorodnych zakładek do książek i naklejek z nazwiskiem właściciela, kamieniarze specjalizujący się w podpórkach do książek, zakłady stolarskie i meblarskie pełne pulpitów i regałów książkowych.

Byli też optycy wytwarzający okulary do czytania i lupy, a na każdym rogu kawiarenki, zwykle z kominkiem i odczytami poetyckimi przez całą dobę.

Widziałem niezliczone jednostki księgogrodzkiej straży pożarnej, wszystkie wypolerowane na wysoki połysk, z potężnymi dzwonami alarmowymi i napiętymi w gotowości końskimi zaprzęgami, z miedzianymi zbiornikami na wodę na przywieszkach. Już pięć razy katastrofalne pożary zniszczyły ogromne obszary miasta i wiele książek – Księgogród uchodził za najbardziej zagrożone pożarami miasto na całym kontynencie. Z powodu gwałtownych wiatrów, szalejących stale po ulicach, Księgogród, w zależności od pory roku, był chłodny albo zimny, albo lodowaty, ale nigdy ciepły. Z tego powodu przesiadywano chętnie we wnętrzach, sumiennie opalanych i oczywiście wiele czytano. Stale rozpalone piece, możliwość przeskoku iskry w bezpośrednie sąsiedztwo prastarych, łatwopalnych książek – stwarzało to dosłownie zapalną sytuację, w której w każdej chwili mogła rozszaleć się nowa orgia ognia.

Musiałem oprzeć się pragnieniu zaatakowania pierwszej lepszej księgarni i szperania w księgach, ponieważ nie wyszedłbym z niej do wieczora, a najpierw musiałem przecież zatroszczyć się o nocleg. Tymczasem z błyszczącymi oczami przebiegałem wzrokiem po wystawach i starałem się zapamiętać sklepy dysponujące najbardziej obiecującymi ekspozycjami.

I oto były one, Śniące Książki. Tak w tym mieście nazywano antykwaryczne zasoby, ponieważ z handlowego punktu widzenia nie były one ani już naprawdę żywe, ani jeszcze całkiem martwe, znajdowały się bowiem w stanie przypominającym sen. Właściwy żywot miały już za sobą, a rozkład przed sobą, tak więc drzemały sobie milionami milionów na wszystkich regałach i we wszystkich skrzyniach, w piwnicach i katakumbach Księgogrodu. Jedynie książka chwycona poszukującą ręką i otwarta przez nią, książka zakupiona i wyniesiona stamtąd, mogła ożyć nowym życiem. I to było to, o czym śniły wszystkie te książki.

Tutaj: Tygrys w wełnianej skarpecie Kalibana Sykoraksa – pierwsze wydanie! Tu: Ogolony język Adrastei Sinopy – ze słynnymi ilustracjami Elihu Wahacza! Tutaj z kolej: Mysie hotele w świeżej wieprzowinie, legendarny humorystyczny przewodnik autorstwa Jodlera von Hinnena, w nienagannym stanie! Wieś zwana Płatkiem Śniegu autorstwa Honko Palisady, zachwalana przez wszystkich autobiografia, książka zbrodniarza-poety, stworzona zresztą w lochach Żelaznego Miasta, z autografem napisanym krwią! Życie jest straszniejsze niż śmierć – wiejące beznadzieją aforyzmy i maksymy PHT Farcevola, w obiciu z nietoperzowego futerka!

Mrówczany bębenek Zanzeminy Tunelstrachów w legendarnym wydaniu pismem lustrzanym!! Szklany gość Zodiaka Dzwonowrzaska! Eksperymentalna powieść Hampo Henksa, Pies, który szczekał tylko wczoraj – nic, tylko same książki, o których przeczytaniu śniłem, od kiedy Dancelot z rozmarzeniem mi o nich opowiedział. Do każdej witryny przyklejałem się chrapami i jak pijany przesuwałem się wzdłuż niej po omacku, w ślimaczym tempie posuwając się naprzód. Aż w końcu wziąłem się w garść, postanowiłem nie zwracać uwagi na żadne tytuły i pozwoliłem Księgogrodowi oddziaływać na mnie w całej okazałości. Nie widziałem lasu, tylko same drzewa, czy też nie widziałem miasta, tylko same książki. Po flegmatycznym, strawionym na marzeniach życiu pisarza w Twierdzy Smoków, potęgowanym najwyżej od czasu do czasu przejściowym oblężeniem, życie na ulicach Księgogrodu obdarowało mnie nagle gradem doznań. Obrazy, kolory, scenki, zgiełk i zapachy – wszystko było nowe i pobudzające. Camończycy we wszystkich występujących formach, a każdy miał obcą mi twarz. W Twierdzy wciąż paradowały przede mną znajome oblicza, krewni, przyjaciele, sąsiedzi, znajomi – tutaj wszystko było dziwne i nieznane.

Oczywiście spotykałem też tego czy innego mieszkańca Twierdzy Smoków. Przystawaliśmy wtedy na chwilę, pozdrawialiśmy się uprzejmie, wymienialiśmy parę banalnych uprzejmości, życzyliśmy sobie wzajemnie przyjemnego pobytu i znowu się żegnaliśmy. Tego rodzaju powściągliwe zachowania cechowały nas wszystkich w czasie podróży, wiąże się to między innymi z faktem, że nie po to wyprawiamy się w nieznane, aby spotykać podobnych sobie.

Ale teraz dalej, do dzieła, odkrywać nieznane! Wszędzie dookoła stali wychudzeni poeci i deklamowali na głos fragmenty ze swoich dzieł, w nadziei, że jakiś wydawca lub obrzydliwie bogaty mecenas, spacerując obok, zwróci na nich uwagę. Obserwowałem, jak niektóre wyraźnie dobrze odżywione postaci krążyły wokół ulicznych poetów; grube Dzikuny, które słuchały uważnie i od czasu do czasu robiły sobie notatki. Nie byli to bynajmniej szczodrzy mecenasi, tylko agenci literaccy zmuszający rokujących nadzieje autorów do wyniszczających kontraktów, aby wyciskać ich potem bezlitośnie jako widmowych autorów, aż wydoją z nich ostatni oryginalny pomysł – opowiadał mi o tym Dancelot.

Natiftofscy urzędnicy w małych grupach patrolowali czujnie ulice, poszukując nielegalnych sprzedawców, którzy nie posiadali miejscowej licencji. Gdziekolwiek się pojawiali, pośpiesznie wpychano do worków książki i w ruch szły taczki.

Żywe Gazety – chyżonogie karzełki w swoich tradycyjnych papierowych pelerynkach ze stron gazetowych, wykrzykiwały najnowsze plotki i ploteczki ze świata literatury. Za małym wynagrodzeniem pozwalały one przechodniom odczytywać szczegóły ze swoich pelerynek:

Już słyszeliście?: Muliat von Kokken opchnął za bezcen na licytacji wydawnictwu Melisa swoje opowiadanie Kocioł na cytryny. Trudno uwierzyć: Zredagowanie powieści Odegna Ogdensa Pelikan w cieście francuskim odwlecze się o kolejne pół roku!

Niesłychane: Fantotas Pemm zgapił ostatni rozdział Pijaka prawdy z Wściekłości drzazg Uggli Prudela!

Łowcy książek pędzili od antykwariatu do antykwariatu, zamieniając swe ofiary na żywy pieniądz i szukając nowych zleceń. Łowcy książek! Poznawało się ich po lampach górniczych i latarenkach z meduzami, po odpornych na uderzenia i budzących lęk ubraniach ze skóry, częściach uzbrojenia i kolczugach, po narzędziach i broni, jaką nosili przy sobie: po toporach i szablach, kilofach i lupach, linach, sznurach i butelkach na wodę. Jeden wyrósł spod moich stóp wprost z kanału – imponujący egzemplarz w żelaznym hełmie i drucianej masce. Były ty środki chroniące nie tylko przed kurzem czy niebezpiecznymi insektami tajemniczego świata pod Księgogrodem. Dancelot opowiadał mi, że łowcy książek nie tylko wzajemnie odbijali sobie ofiary, walczyli ze sobą i nawet wzajemnie się zabijali. Nietrudno było w to uwierzyć, widząc tę wyłaniającą się z ziemi całkowicie opancerzoną, sapiącą i chrząkającą kreaturę.

Większość przechodniów stanowili po prostu turyści, których do Miasta Śniących Książek zagnała ciekawość. Wielu z nich było poganianych w grupach uliczkami przez przewodników z blaszanymi megafonami, krzyczących do swojej grupy na przykład, w którym to domu Urian Nussek sprzedał Dolinę Latarni Morskich jakiemuś wydawnictwu. Zwiedzający podążali za swoim przewodnikiem, terkocząc i wyginając szyje jak gęsi, zdumiewając się każdym banalnym drobiazgiem tego typu.

Co chwila kolejny bezczelny tłuścioch zastępował mi drogę, wciskając do ręki jedną z karteczek z informacją, który poeta zaszczyci dzisiejszego wieczora jakąś księgarnię z okazji Drewpory, czytając fragmenty ze swoich dzieł. Trwało to chwilę, zanim nauczyłem się ignorować tę formę rozboju ulicznego.

Wszędzie dookoła chwiały się małe istotki, poprzebierane za książki na nóżkach, służąc na przykład za reklamę dla Morskiej panny w filiżance herbaty albo Pogrzebu chrząszcza. Od czasu do czasu potrącały się nawzajem, ponieważ w atrapach książek miały dość ograniczoną widoczność. Potem zazwyczaj wywracały się hałaśliwie na siebie, usiłując pośród ogólnego śmiechu stanąć z powrotem na nogi. Zdumiony podziwiałem umiejętności ulicznego kuglarza, który żonglował dwunastoma opasłymi tomami. Jeśli któryś z was rzucił kiedykolwiek książkę w powietrze i usiłował ją złapać – wie, jakie to trudne.

Powinienem jednakże dodać, że żongler miał cztery ręce. Inni artyści uliczni poprzebierani byli za popularne postaci z camońskiej literatury i za niewielką opłatą recytowali wyuczone na pamięć ustępy z odpowiednich dzieł, dając z siebie wszystko. Na jednym jedynym skrzyżowaniu zobaczyłem Hario Schunglischa z Pokrojonych w kostki, Oku Okra z Gdy płaczą kamienie i męczoną suchotami bohaterkę Zanillę Kaszlak z dzieła Gofida Letterkerla Zanilla i Murch.

- Jestem jedynie włochatką – wołała właśnie z pełnym dramatyzmem odtwórczyni roli Zanilli – a ty mój ukochany jesteś murchem. Nigdy nie będzie nam dane być razem. Rzućmy się w Przepaść Demonów!!

Tych parę zdań wystarczyło, aby znowu łzy napłynęły mi do oczu. Gofid Letterkerl był geniuszem! Jedynie z trudem udało mi się oderwać od przedstawienia.

Dalej! Dalej! Na plakatach wiszących w witrynach, które uważnie studiowałem, reklamowano wieczorki poetyckie, salony literackie, premiery książek i konkursy poezji. ,Latający" handlarze zaczepiali mnie nieustannie i, próbując wciskać mi sfatygowane tomiszcza, podążali za mną ulicą, deklamując głośno fragmenty ze swych tandet.

Uciekając przed jednym z tych natrętnych gości, dotarłem do pomalowanego na czarno domu, nad którym wisiała drewniana tablica informująca, że jest to Gabinet Niebezpiecznych Książek. Psiarz w czerwonej aksamitnej pelerynie krążył wte i wewte przed domem i szczerząc przerażająco kły, szeptał złowieszczo do przechodniów: ,Wejście do Gabinetu Niebezpiecznych Książek na własną odpowiedzialność! Dzieciom i starcom wstęp wzbroniony! Bądźcie gotowi na najgorsze! Są tu książki, które potrafią ugryźć! Książki, które czyhają na wasze życie! Trujące, duszące i latające książki! Wszystkie są prawdziwe! To nie Tunel Strachów, to rzeczywistość, moi Państwo! Sporządźcie testament i ucałujcie swoich najbliższych, zanim wkroczycie do Gabinetu Niebezpiecznych Książek!".

Z bocznego wyjścia w regularnych odstępach wynoszono na noszach ciała przykryte prześcieradłami, zza zabitych deskami okien co rusz dochodziły stłumione wrzaski, a mimo wszystko turyści tłumnie walili do gabinetu.

- To tylko pułapka na turystów – zagadnął mnie pstrokato ubrany półkarzeł. – Nikt nie byłby na tyle głupi, by publicznie pokazywać prawdziwe Niebezpieczne Książki. Nie miałby pan ochoty na coś naprawdę autentycznego? Zainteresowany małym odurzeniem Ormem?

- Co? – odpowiedziałem szybko zirytowany. Karzeł odsłonił swoją szatę i zaprezentował mi z tuzin małych buteleczek tkwiących pod nią. Obejrzał się nerwowo i ponownie zasłonił je peleryną.

- To krew prawdziwych pisarzy, w których krążył Orm – szeptał konspiracyjnie. – Jedna kropla tego do szklanki wina i będziesz miał halucynacje całych powieści! Tylko pięć pyr* za buteleczkę!

- Nie, dziękuję – wzbraniałem się. – Sam jestem pisarzem!

- Wy snoby z Twierdzy Smoków uważacie się wszyscy za jakieś niewiadomo co! – wołał za mną karzeł, podczas gdy ja oddalałem się śpiesznie. – A piszecie tylko dzięki atramentowi. A Orm? Może tylko paru z was uda się go osiągnąć!

No tak, najprawdopodobniej trafiłem w najbardziej parszywe zaułki Księgogrodu. Dopiero teraz zauważyłem, jak rzucają się tu w oczy stojący wszędzie łowcy książek, załatwiający swe ciemne interesy z jakimiś mrocznymi postaciami. Ze skórzanych worków wyjmowano wysadzane klejnotami książki, po czym zmieniały one właściciela za grube mieszki pełne pyr. Musiał to być jakiś czarny rynek, a ja właśnie na nim wylądowałem.

- Zainteresowany książkami ze Złotej Listy? – zagadnął mnie łowca książek odziany od stóp do głów w ciemną skórę. Nosił maskę z mozaiką czaszki, pas z tuzinem przymocowanych do niego noży i dwa topory przy butach. – Chodź ze mną w ciemną uliczkę tam z tyłu, a pokażę ci książki, o których dotąd nawet nie śniłeś.

- Dziękuję bardzo! – zawołałem, szukając pośpiesznie ucieczki. – Nie jestem zainteresowany! Łowca książek zaśmiał się demonicznie. – Nie mam nawet żadnych książek! – ryczał za mną. – Chciałem tylko skręcić ci kark i uciąć ręce, żeby zamarynować je w occie i sprzedać! Relikwie z Twierdzy Smoków są bardzo pożądane w Księgogrodzie.

Spieszyłem się, żeby opuścić tę obskurną dzielnicę. Parę uliczek dalej wszystko było znów normalne, jedynie nieszkodliwi turyści i artyści uliczni inscenizujący za pomocą marionetek popularne sztuki.

Odetchnąłem. Łowca książek lubił prawdopodobnie ponure żarty, ale przyprawiała mnie o dreszcze sama myśl o tym, że w Księgogrodzie zmumifikowane części ciała twierdzosmoczan mają na rynku jakąś wartość.

Zanurzyłem się ponownie w tłum przechodniów. Cała szkolna wycieczka fernhachyckich karzełków dreptała przede mną nieśmiało, trzymając się za rączki. Ze świecącymi oczami wypatrywały one swych ulubionych liryków.

- Tam, tam! Hosian Rapido! – piszczały nagle i pokazywały palcami na kogoś z roztrzęsieniem, albo – Tam, tam! Klinhard Wrażliwy pije kawę! – Po czym zazwyczaj któryś w ich grupie padał na ziemię zemdlony.

Wędrowałem i wędrowałem, i muszę przyznać, że moja pamięć nie jest w stanie sprostać wszystkim cudom, które tam ujrzałem. To tak jakby wybrać się na spacer poprzez przesadnie bogato ilustrowaną książkę, w której jedna artystyczna myśl prześciga drugą. Przechadzające się litery służące za reklamy dla nowoczesnych drukarni. Ściany domów pomalowane w figury bohaterów ze znanych powieści. Pomniki poetów. Antykwariaty, z których książki dosłownie wypływały na ulicę. Istoty w każdej postaci grzebiące w skrzyniach z książkami i wywracające się o nie. Olbrzymie węże z Midgardu ciągnące potężne wozy pełne antykwarycznej tandety z usadowionymi na nich niezgrabnymi Liczyburakami, którzy rzucali tę miernotę całymi furami w tłum. W tym mieście trzeba było się stale schylać, żeby nie dostać w głowę jakąś książką. W całej tej wrzawie wyławiałem jedynie strzępki zdań, ale każda rozmowa zdawała się w jakimś stopniu krążyć wokół książek:

  • "książkami Przeraźnic możesz mnie przepędzić do Lasu Wilkołaków"
  • "czyta dziś wieczór z okazji Drewpory w księgarni "Złoty Krój"?"
  • "kupiłem pierwsze wydanie drugiej powieści Aurory Janus, z podwójnym błędem drukarskim w przedmowie za jedyne dwie pyry"
  • "jeśli którykolwiek osiągnął kiedyś Orma, to na pewno Dölerich Hirnfidler"
  • "typograficznie to hańba dla całej branży drukarskiej"
  • "trzeba by napisać powieść przypisową, nic tylko przypisy do przypisów, to by było coś"

W końcu stanąłem na skrzyżowaniu, obróciłem się wokół własnej osi i liczyłem przy tym księgarnie znajdujące się na przylegających do niego uliczkach – było ich sześćdziesiąt jeden. Serce podskoczyło mi niemal do gardła. Tutaj i życie, i literatura zdawały się jednością, wszystko krążyło wokół słowa drukowanego. To było moje miasto. To był mój nowy dom.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
Męczą Cię captche? , a problem zniknie. Zajmie to mniej niż rozwiązanie captchy!
Wczytywanie...