szczury_wroclawia_szpital

Miasto poza czasem

Oskar "Ardis" Grzelak czwartek, 2 grudnia 2010

Patrząc ostatnio na półki uginające się pod ciężarem bestsellerów, zauważyć można dwa główne nurty fabularne trafiające w gusta dzisiejszych czytelników. Po pierwsze, pojawiła się moda na kosztowanie hiszpańskiego temperamentu i poznawanie tajemnic mniej lub bardziej mrocznej Barcelony. Po drugie, rośnie fascynacja życiem po życiu i wszelakimi komplikacjami z tego wynikającymi, od etyki picia krwi, po problemy sercowe nie tak drapieżnych drapieżników, jakimi stały się współczesne wampiry. Skoro jest popyt na tego typu historie, to są i same powieści. Jedne są bardziej udane, drugie nieco mniej, inne zaś sięgają już samego dna. „Miasto poza czasem” całkowicie mnie zaskoczyło – mimo, że czytadło, to przedstawia sobą jakąś tam wartość, ale o tym za chwilę.

Skupmy się na narracji, która jest prowadzona tu w dwojaki sposób. Z jednej strony spotykamy się z klasycznym trzecioosobowym narratorem, który zdaje się być wszechwiedzący, ale nie jest zbyt skory do dzielenia się swoją wiedzą. Zostajemy zapoznani z Marcosem Solaną, „adwokatem bogaczy”, który staje przed problemem rozwiązania zagadki śmierci multimilionera, noszącej znamiona niecodziennej natury. Otóż ciało pana Guillermo Clavé zdaje się być całkowicie pozbawione krwi, a na szyi ofiary można zauważyć ranę niewiadomego pochodzenia. Autor przedstawia nam również pracownicę Marcosa Solany, młodą aplikantkę, Martę Vives, zajmującą się hobbystycznie historią i archeologią. W wyniku pewnych wydarzeń, jej życiowym celem staje się poznanie dziejów swojej rodziny. Wątki główne przeplatają się ze sobą w przemyślany i intrygujący sposób, ale również zdają się krążyć wokół postaci, która wolałaby zachować anonimowość z racji dość podejrzanej długowieczności. I tu właśnie pojawia się drugi sposób narracji. Człowiek, czy też raczej istota, która została zrodzona przed pięcioma wiekami, opowiada historię swojej egzystencji. Zdaje niejako sprawozdanie ze swoich czynów, nierzadko niepoprawnych moralnie czy etycznie. Mówi o okolicznościach narodzin, o życiu bez matki, trudach bycia człowiekiem bez wieku, o śmierci i wieczności, dobru i złu.

Co by tu dużo nie mówić, sama fabuła jest raczej banalna i nie wnosi nic nowego do gatunku, a właściwie gatunków, ale do tego jeszcze wrócę. Atutami „Miasta poza czasem” są: po pierwsze, świetnie opowiedziana historia i po drugie, filozoficzno-religijne przemyślenia, jakie snują bohaterowie. Jeśli chodzi o sposób przekazania treści, to trzeba wyeksponować fakt, że Enrique Moriel prowadzi fabułę z niewysłowioną lekkością. Dorzucając do tego całkiem niezłą barwność i plastyczność opisów oraz biorąc pod uwagę całą masę faktów historycznych przekazanych w sposób bezsprzecznie ciekawy, czytając ma się wrażenie oglądania dobrego filmu. Przeglądając zasoby Internetu można zauważyć mnóstwo niepochlebnych opinii dotyczących wspomnianych pseudo-traktatów filozoficznych czy też religijnych. Fakt, nie każdemu przypadną one do gustu, gdyż mogą się wydać po prostu śmieszne, naiwne, naciągane, etc. Osobiście się z tym jednak nie zgadzam. Przede wszystkim liczy się pomysł. Enrique Moriel przedstawia alternatywny sposób patrzenia na pewne sprawy, a co najważniejsze odpowiednio to argumentuje. Może rzeczywiście w niektórych przypadkach pojawiają się nieścisłości, drobne luki w rozumowaniu, niemniej jednak inność tych teorii wywołuje efekt zadumy nad prawdziwością tego, w co wierzymy.

Wracając jeszcze do gatunków, to „Miasto poza czasem” jest dziełem zdecydowanie synkretycznym. Mamy tu bowiem do czynienia z połączeniem kryminału, horroru i powieści historyczno-obyczajowej. Jak już pisałem, książka pod względem fabularnym nie zaskakuje, ale ta multigatunkowość działa na plus, zwłaszcza że Moriel umiejętnie operuje przymiotami charakterystycznymi dla poszczególnych gatunków, tworząc powieść interesującą w swojej formie.

Na potrzeby niniejszego tekstu jestem zmuszony wyjawić zakończenie „Miasta poza czasem”. Otóż, Marta Vives… no dobra, żartowałem. Ograniczę się w tym miejscu do kilku słów narzekania. O ile fabuła powieści opiera się na przemyślanej i logicznej strukturze przyczynowo-skutkowej, gdzie każda akcja rodzi reakcję, to ostatni rozdział sprawia wrażenie, jakby został napisany w oderwaniu od reszty książki. Zupełnie zaskoczyło mnie zachowanie bohaterów, niestety w ten negatywny sposób. Uważam zakończenie za niedopracowane i pozostawiające sporo do życzenia. Istnieje oczywiście możliwość, że po prostu nie zrozumiałem zamysłu autora, ale faktem pozostaje, że ostatnie strony nie przypadły mi do gustu, niezależnie od przyczyn.

Zbierając wszystko, co napisałem do tej pory w całość, można śmiało powiedzieć, że „Miasto poza czasem” jest książką dobrą i na pewno wartą przeczytania. Dlaczego tylko dobrą? Średniawa i niczym niezaskakująca fabuła oraz lekki styl prowadzenia akcji (mimo wszystko jest to nadal atut powieści) są zupełnym standardem dla współczesnych bestsellerów, czy też czytadeł, jak zwykłem je nazywać. Nie ma w tej pozycji niczego, co by ją znacznie wybiło ponad całą resztę historii o Barcelonie czy wampirach. Podkreślam słówko 'znacznie', bo jest to pozycja plasująca się mimo wszystko powyżej przeciętnej. Na plus zapisuje się oczywiście wielogatunkowość i filozoficzno-religijna otoczka, ale jednocześnie wielkim minusem jest zakończenie, czyli właściwie jeden z najważniejszych elementów, na jakie składa się powieść. Niemniej polecam na chłodne i deszczowe wieczory.

Ocena Game Exe 6,5  
Ocena użytkowników 3,67 Średnia z 3 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...