assasins-creed-last-descendants

Lśnij, morze Edenu

Karolina "kkrrllnn" Gizmunt poniedziałek, 17 lipca 2017
lśnij, morze edenu, okładka

Na nieistniejącej na mapach wyspie, niewykrywalnym punkcie na Pacyfiku, rozbija się samolot pasażerski. Boeing 747, lot z Los Angeles do Singapuru. Z katastrofy ratuje się około stu osób w różnym wieku, różnych ras, z różnym bagażem doświadczeń i historiami życia do opowiedzenia. Przez wiele dni oczekują na pomoc – łudzą się, że ktoś odnajdzie ich na pustkowiu i nie będą musieli prowadzić wyspiarskiej wegetacji w tropikach. Oczywiście jeszcze nie wiedzą, jak bardzo się rozczarują. Nie mają pojęcia, że to nie oni zawładną z pozoru bezludnym, rajskim lądem. To Wyspa zawładnie nimi.

Chwila, czy tego już skądś przypadkiem nie znamy? Czy to scenarzyści serialu "Lost" - "Zagubieni" planują nakręcenie jeszcze jednego sezonu swojego telewizyjnego hitu? A może to fan fiction, stworzone przez jakiegoś niezadowolonego z zakończenia sagi lostomaniaka? Nie, drodzy Państwo, powyższy opis to krótki wstęp do fabuły powieści hiszpańskiego pisarza Andrésa Ibáñeza - "Lśnij, morze Edenu", dzieła, które w Hiszpanii znane jest już od 3 lat, a w Polsce dopiero doczekało się tłumaczenia i wydania. "Literacka eksplozja prosto z Hiszpanii", "(…)swoisty miks Dzikich detektywów Bolaño, Władcy much Goldinga, Burzy Szekspira i serialu Zagubieni" – możemy przeczytać na okładce... Wydawałoby się więc, że mamy do czynienia z dziełem nietypowym, z widocznymi wpływami zarówno literatury światowej, jak i tzw. kultury popularnej. Sprawdziłam, jak jest w rzeczywistości.

Narratorem opowieści jest Juan Barbarin - mieszkający w Stanach Zjednoczonych hiszpański kompozytor i nauczyciel akademicki, wielbiciel kobiet oraz sztuki. Przeżył wspomnianą wcześniej katastrofę Boeinga 747 i wraz z innymi rozbitkami znalazł się na tajemniczej wyspie. Razem tworzą naprawdę malowniczą i interesującą grupę survivors. Należą do niej między innymi: amerykański chirurg Joseph; otyły, acz miły i zabawny Santiago; cudownie uzdrowiony na wyspie Wade; cyniczny i wyrachowany kanciarz Jimmy... czyli tak naprawdę książkowe odpowiedniki Jacka Shepharda, Hugo "Hurleya" Reyesa, Johna Locke'a i Jamesa "Sawyera" Forda z "Lost". Co prawda Ibáñez wprowadza do fabuły wiele postaci nieistniejących w serialowym świecie, takich jak np. wyniosły kardynał Tudelli, małżeństwo milionerów Kunze, seksowna Hiszpanka Rosana z adoptowaną córką Syrą, tajemniczy Japończyk Noboru Endo, grupa meksykańskich literatów, chilijski pisarz Roberto B. (czyli nikt inny, jak Bolaño, którym nasz hiszpański autor również się inspirował), a nawet piękny i pociągający transwestyta. Nie sposób jest jednakże nie odnieść wrażenia, że rozwijając wiele wątków w sposób zbliżony do serialowego przedstawienia bohaterów, twórca balansuje na granicy zwykłego plagiatu. Czego bowiem nie znajdziemy w tropikach naszej fascynującej Wyspy… Mamy styczność z niebieskim olbrzymem Ome, na okładce książki przedstawionym jako Dr Manhattan z komiksów DC, mamy też insiders, tajemniczą grupę tubylców, której intencje pozostają niejasne, mamy trudne do wyjaśnienia zjawiska elektromagnetyczne, antygrawitacyjne, pogodowe, które wprawiają w osłupienie naszych antagonistów... To naprawdę brzmi tak, jakby Andres Ibáñez wziął na warsztat scenariusz "Zagubionych" i przerobił go na swoją modłę. I faktycznie, czytając „Lśnij, morze Edenu”, miałam takie nieodparte wrażenie. Do momentu, w którym autor nie zrobił zwrotu o 180 stopni i nie poszedł w zupełnie inną konwencję. Ale o tym za chwilę.

morze edenu

Niewątpliwą zaletą powieści jest jej raczej wartka i zręczna narracja. Są fragmenty nieco wydumane i rozwlekłe, jednak nie przeważają one podczas lektury ośmiuset (!) stron tego dzieła. Wprawdzie mniej więcej do połowy nie mogłam pozbyć się wrażenia zatytułowanego "chyba skądś to znam", ale mimo wszystko z zaciekawieniem śledziłam losy Barbarina i jego przyjaciół. W dalszej części książki mamy dużo rozważań filozoficznych na temat sensu ludzkiego życia i poszukiwania samego siebie - te fragmenty przyszło mi czytać zdecydowanie wolniej, z większym namysłem. Abstrahując od obecności wspomnianej metafizyki, czego we "Lśnij, morze Edenu" nie odnajdziemy... Hiszpański pisarz, który jest w życiu prywatnym również poetą i pianistą jazzowym, wydaje się czerpać pełnymi garściami ze wszystkich dziedzin, które go interesują. Hinduizm, medytacja, joga, muzyka klasyczna, rys historyczny Indian meksykańskich, życiorys kompozytora neoromantyzmu Antona Brucknera, wątek sekty Aum Shinrikyō odpowiedzialnej za rozpylenie gazu sarin w 1995 r. w tokijskim metrze, powtórka z historii komunizmu… Rozmaitość rzeczy, które opisuje Ibáñez w swojej powieści, przewyższyła moje najśmielsze oczekiwania. Autor dał swojemu pióru i wyobraźni naprawdę duże pole do popisu. Czasami jednak co za dużo, to niezdrowo i dlatego mam co do kwestii takiego literackiego miszmaszu mieszane uczucia. Z jednej strony niektóre opisy były fascynujące, z drugiej czytelnik czuje się, jakby czytał pamiętnik spisywany po kilku kieliszkach, z zapisem każdej myśli, jaka przychodzi autorowi do nieco zmąconej świadomości. Ponadto nie każdy wątek jest pociągnięty dalej. Przy ich mnogości trudno byłoby tego oczekiwać, jednak pozostawia to pewien niedosyt, bo finalnie autor skupia się głównie na motywie życia Juana Barbarina, jego podróży w głąb Wyspy, a tak naprawdę w głąb siebie samego, a wątki bohaterów pobocznych zaniedbuje.

Nie mogę nie wspomnieć o okładce autorstwa samego twórcy dzieła. Już patrząc na tę barwną i nieco pokręconą grafikę możemy domyślać się, czego oczekiwać po zawartości opasłego tomu. Tu również pisarz dał upust swojej, niczym chyba nieskrępowanej, wyobraźni. Przyciąga wzrok i naprowadza na przygodę, jaka czeka nas w środku. Bo niewątpliwie kilka dni zmagania się ze "Lśnij, morze Edenu" jest ciekawym doświadczeniem i swoistą przygodą.

Trudno jednoznacznie ocenić tę powieść. Czy jest świadomą inspiracją, czy zwykłym plagiatem? Sam Ibáñez w jednym z wywiadów dobitnie przyznał, że koncepcję zaczerpnął z serialu "Lost" i kilku innych dzieł, podkreśla jednak, że dla niego najważniejsza jest narracja, czyli nie to, co się dzieje, ale to, w jaki sposób jest to opisane. A narracja faktycznie jest u Hiszpana przednia. Książka ma swoje słabsze momenty, a zakończenie mnie nieco rozczarowało, stąd ocena waha się między 6-7/10, ostatecznie chyba plasuje się na 6,5. To powieść trudna, dziwna. Jest w jakiejś formie zrzynką, ale podaną dość smacznie. A niektóre fragmenty, zwłaszcza te dotyczące retrospektywnych historii kilku postaci, są mistrzowskie. Polecam szczególnie fanom "Zagubionych" – dla wyrobienia sobie własnej opinii - oraz wszystkim zainteresowanym podróżami do głębi ludzkiego jestestwa. Na pewno nie przejdziecie obok niej obojętnie.

Dziękujemy wydawnictwu Rebis za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe 6,5  
Ocena użytkowników -- Średnia z 0 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...