walizka

Fragment książki

34 minuty czytania

Pro­log

Matka Ina zastu­kała pal­cami w swój pusty drew­niany brzuch. Przy­mo­co­wany był na jej ramio­nach i nisko na ple­cach, two­rząc z przodu wybrzu­sze­nie suge­ru­jące dzie­wiąty mie­siąc ciąży. Matka Ina była bar­dzo stara, za stara na to, żeby naprawdę być w ciąży. Włosy miała siwe i tak krót­kie, że widać przez nie było czarną, lśniącą skórę głowy. Znów zastu­kała, jej cien­kie palce zabęb­niły, po sali poniósł się echem pusty dźwięk. Ryt­micz­nie poskro­bała paznok­ciami o drewno, skry­bo­wie pod­nie­śli na nią wzrok.

Sze­ściu chłop­ców, wszy­scy mniej wię­cej w wieku doj­rze­wa­nia. Twa­rze bez zaro­stu, oczy jasne w poran­nym świe­tle. Sala, w któ­rej sie­dzieli, była star­sza nawet od Iny. Budy­nek czę­ściowo się już zapadł. Naj­więk­sze pomiesz­cze­nia były kie­dyś salami gim­na­stycz­nymi, teatrami i audy­to­riami, ale przez te wszyst­kie lata stop­niowo nisz­czały, aż w końcu zupeł­nie się roz­pa­dły pod wpły­wem desz­czu lub śniegu. Dłu­gie kory­ta­rze biur stały puste. W sza­fach z doku­men­tami zagnieź­dziły się wie­wiórki, a przez okna wpeł­zły gałę­zie drzew.

Wieś Iny potrze­bo­wała tylko trzech klas, które zamia­tano i w któ­rych zawsze utrzy­my­wano porzą­dek. Tablice i drew­niane ławki. Naj­trud­niej było napra­wić okna. Co zdol­niejsi rze­mieśl­nicy nauczyli się wyj­mo­wać dobre szyby z innych budyn­ków i ponow­nie je wyko­rzy­sty­wać, ale ni­gdy nie miały tego roz­miaru co trzeba. Do klasy wpa­dało słońce, choć więk­szość docie­rała tu przez stare płachty pla­stiku i akrylu. Świa­tła było dość.

Skry­bo­wie mieli dobre pióra. Szko­lili się od dziecka, naj­pierw uży­wa­jąc atra­mentu z orze­cha wło­skiego i z jagód, aż w końcu pod­ra­stali na tyle, że można im było powie­rzyć cenny atra­ment z kal­ma­rów lub mątew. Poła­wia­nie ich było trudne, kosz­towne i cza­so­chłonne. Każdy chło­piec miał sto­sik równo przy­cię­tego papieru z konopi i szklany kała­marz z gra­na­to­wym atra­mentem. Każdy miał rysik i wąską sta­lówkę. Każdy był dosko­nale wyszko­lony: równe pismo, ide­alne linie na każ­dej stro­nie. Pra­co­wali ostroż­nie, wydaj­nie. Stuk, stuk, stuk, palce Matki Iny bęb­niły po jej drew­nia­nym cią­żo­wym brzu­chu.

– Jeste­ście gotowi, chłopcy?

Odpo­wie­działa jej pełna sku­pie­nia cisza. Był to ich sygnał.

– Dobrze. Zosta­li­ście w tym roku wybrani do wyjąt­ko­wego pro­jektu. Wszy­scy kopio­wa­li­ście już frag­menty Księgi Bez­i­mien­nej Aku­szerki, prawda?

Kiwa­nie gło­wami.

Pode­szła do dużego drew­nia­nego biurka i ścią­gnęła z niego lekki mate­riał. Pod nim leżało dzie­więt­na­ście opra­wio­nych w skórę note­sów róż­nej wiel­ko­ści i gru­bo­ści. Nie­które były bar­dzo znisz­czone. Jeden był napuch­nięty i pomarsz­czony jakby po nasiąk­nię­ciu wodą. Po obu stro­nach widać było zadra­pa­nia na skó­rze. Chłopcy wycią­gali szyje, żeby na nie spoj­rzeć, ale nie wstali z miejsc.

Matka Ina ostroż­nie pod­nio­sła jeden z tomów, a chłopcy zoba­czyli irchę pod spodem. Matka Ina unio­sła tom tak, żeby mogli go dobrze widzieć. W dol­nym rogu okładki zło­tymi cyframi wytło­czony był rok.

Chłopcy wie­dzieli, jak stara jest Księga Bez­i­mien­nej Aku­szerki. Stu­dio­wali ją już, a histo­rie z niej opo­wia­dano im przez całe życie. Ta księga była o cztery lata star­sza niż te, które znali.

– Księga Bez­i­mien­nej Aku­szerki to tak naprawdę te dzie­więt­na­ście pamięt­ni­ków – zaczęła Matka Ina. – To, czego dotąd się uczy­li­ście, to tak zwany kanon. Zawiera opo­wieść umie­ra­ją­cych. Księgę umie­ra­ją­cych bar­dzo trudno się czyta, dzieją się w niej okropne rze­czy. Nie­któ­rzy z was mogą pła­kać, może wam być nie­do­brze. To nor­malne. Mnie także było słabo, kiedy ją czy­ta­łam. Nie­mal wszyst­kie matki czuły to samo. Wy, chłopcy, jeste­ście tak samo silni jak my i też może­cie się tak czuć. Uczy­li­ście się już o rojach i zna­cie Księgę Honusa. Ta część waszej nauki zakoń­czy się na Księ­dze bez­sen­nych. – Wska­zała do tyłu na sterty leżą­cych na biurku ksią­żek. – Oto reszta jej histo­rii. Kanon jest krótki, ale cała histo­ria jest dłuż­sza, bar­dziej skom­pli­ko­wana. Każ­dego roku zostaje wybrana grupa skry­bów, żeby sko­pio­wać cały cykl. W tym roku to wy jeste­ście tą grupą.

W sali zapa­no­wało oży­wie­nie. Chłopcy byli dumni, że to ich wybrano, i prze­jęci tym, że dowie­dzą się o wiele wię­cej, niż dotąd ich nauczono. Ich twa­rze drżały niczym pyszczki kró­li­ków. Byli jed­nak całe życie uczeni, że przy mat­kach mają być posłuszni i cisi, więc w sali sły­chać było led­wie szmer.

Matka Ina była z nich zado­wo­lona.

– Zacznie­cie dzi­siaj. Oto ory­gi­nały. Ludzie aż tak nam ufają. Nie możemy ich zawieść. To ozna­cza czę­ste mycie rąk. Posłańcy przy­niosą pod­grzaną wodę i czy­ste ręcz­niki. Ozna­cza to rów­nież, że będziemy musieli opu­ścić żalu­zje. Tak stary papier nie może być cały dzień nara­żony na dzia­ła­nie świa­tła sło­necz­nego. Będziemy pra­co­wać bar­dzo ostroż­nie i chro­nić te księgi, rozu­miemy się?

– Tak, Matko Ino – odpo­wie­dzieli jed­nym gło­sem.

Ski­nęła głową.

– Dobierz­cie się w pary. Każdy skryba musi roz­po­cząć wła­sną kopię, ale będzie­cie sobie poma­gać w opiece nad książką.

Zanio­sła pierw­szy tom dwóm chłop­com, któ­rzy pospiesz­nie zsu­nęli ławki. Cze­kali z dłońmi na bla­cie. Poło­żyła książkę na ławce, a oni przy­warli do niej wzro­kiem. Kiedy unio­sła okładkę, na pierw­szej stro­nie leżał luźny arku­sik papieru z konopi.

– Może­cie zaczy­nać.

Roz­dział 1

Księga Bez­i­mien­nej Aku­szerki
Tom pierw­szy
Księga umie­ra­ją­cych

15 stycz­nia

Prze­nie­śli tego pacjenta z gorączką, któ­rego widzia­łam na początku tygo­dnia. Zespół face­tów z wszyst­kimi pro­to­ko­łami i czym tam jesz­cze. Podobno było kilka podob­nych przy­pad­ków na tym samym pię­trze, ale z nikim nie gada­łam w week­end, więc o tym nie wie­dzia­łam. Mia­łam się spo­tkać z Karen na drinka, ale ona nic, tylko narzeka. Powinna go po pro­stu rzu­cić i przejść nad tym do porządku dzien­nego. Nie mogę już nawet znieść jego imie­nia, szcze­gól­nie kiedy Karen się upije. Gerry = gówno. Kumam prze­cież = wszy­scy to kumamy.

30 stycz­nia

Wię­cej pacjen­tów z gorączką, w więk­szo­ści kobiety. Przez chwilę mówiło się nawet, że to jakieś masowe zatru­cie pokar­mowe, ale >>> Dal­las, więc to nie tylko u nas. Jack już od wielu dni sie­dzi z tym w labo­ra­to­rium, a ja śpię w dyżurce i pra­wie go nie widuję. Wykoń­czona. Od tygo­dnia pra­cuję na dwie zmiany, połowa pie­lę­gnia­rek się pocho­ro­wała. Od dzie­się­ciu dni nie byłam przy żad­nym poro­dzie. Gorączka 1, dzieci 0. Prze­gry­wamy.

31 stycz­nia

Dzwo­ni­łam do Laury w Conn. Gada­ły­śmy o zaku­pach. Tęsk­nię za nią i powie­dzia­łam jej, żeby uca­ło­wała ode mnie dzie­ciaki. Po gło­sie wnio­sku­jąc, u niej to samo co tu. Pyta­łam ją, jak dają sobie radę. Małe mia­steczko = więk­sze szanse, ale nawet tam słabo to wygląda. Zaczy­nam pani­ko­wać. Co tu się w ogóle dzieje, do cho­lery?

2 lutego

Cho­lera. Bra­ko­wało mi poro­dów, ale jesz­cze ni­gdy aż tak.

Już nawet nie wiem, co mówić o odsetku zaka­żeń. Nie potra­fię ująć w słowa wskaź­nika uro­dzeń mar­twych dzieci. Co. Jest. Kurwa? Cały szpi­tal objęty kwa­ran­tanną, ale co to da? Dostaję ese­mesy od Pilar z kli­niki i pisze mi, że z bez­dom­nymi jest rów­nie źle. Na ulicy. Wszę­dzie, do cho­lery. A tym­cza­sem labo­ra­to­rium niczego nie zna­la­zło.

4 lutego

Cen­tra Kon­troli i Pre­wen­cji Cho­rób w całym San Fran­ci­sco. Wia­do­mo­ści są straszne. To, co poka­zują z Nowego Jorku, to po pro­stu nie może być prawda. Metro prze­stało dzia­łać. Nie, żebym się gdzieś wybie­rała, ale… cho­lera. Na dwo­rze kazno­dzieje z mega­fo­nami. Głu­pio im życzyć śmierci, kiedy wokół umiera tylu ludzi, ale już lepiej, żeby to spo­tkało ich niż nowo­rodki.

Jack mówi, że to coś auto­im­mu­no­lo­gicz­nego. Żałuję nie­mal, że zapy­ta­łam, bo miał taką prze­ra­żoną minę, kiedy to powie­dział. Myślę, że to głów­nie dla­tego, że nie wie. Ani anty­bio­tyki, ani inter­fe­rony, ani leki prze­ciw­za­palne, ani uspo­ka­ja­jące, ani eme­tyki… Nic. Nic na to nie działa, jeśli już się zacznie. Wszy­scy jeste­śmy poowi­jani w pla­stik, ale to chyba nie pomaga. Marianne pocho­ro­wała się dwa dni temu. Shir­ley wyglą­dała jak śmierć na cho­rą­gwi, więc ją wysłali do domu. Dr Kauf­mann – omdle­nie pod­czas kon­sul­ta­cji. Budzą mnie krzyki i dźwięki ostrze­ga­jące o asy­sto­liach.

6 lutego

Czuję się bez­na­dziej­nie. Gorączka 1, ja 0.

7 lutego

Wiem, że też jestem chora, ale nikogo to nie obcho­dzi. Wszy­scy są cho­rzy. Jack przy­szedł, posie­dział przy mnie, dotknął mojego czoła. Wyglą­dał, jakby sam chciał już umrzeć. Powie­dział, że nie­któ­rzy męż­czyźni z tego wycho­dzą, ale kobiety i dzieci nie. Powie­dział, że naj­wię­cej przy­pad­ków gorączki odno­to­wano wśród kobiet w ciąży. Mamy stu­pro­cen­tową śmier­tel­ność dzieci pod­czas porodu i nie­mal rów­nie wysoką śmier­tel­ność matek. Usnę­łam w jego ramio­nach. Chyba nie dam rady jutro pra­co­wać.

Chyba to już nie ma zna­cze­nia.


W tam­tych dniach, gdy świat jesz­cze nie upadł, bez ustanku zawo­dziły syreny. Struk­tury, które na­dal się trzy­mały, były stwo­rzone po to, żeby radzić sobie w nagłych wypad­kach i z kata­stro­fami, ale nic nie może dzia­łać wiecz­nie. Roz­pacz roz­prze­strze­niała się ulica za ulicą, ludzie wal­czyli i ucie­kali.

Umie­rali od plagi i umie­rali od bli­sko­ści dru­giego czło­wieka. Kiedy zabra­kło już ludzi, żeby pil­no­wać oświe­tle­nia, mia­sta ogar­nął mrok. Kiedy umil­kły syreny, znik­nęły reguły. Byli tacy, któ­rzy całe życie cze­kali na to, żeby żyć poza pra­wem, i to oni pierwsi wyszli na ulice. Byli tacy, któ­rzy wie­dzieli, co się sta­nie. Wie­dzieli, że lepiej nie otwie­rać drzwi, gdy sły­szy się woła­nie o pomoc. Inni tego nie wie­dzieli. Czego nie zdo­łała doko­nać cho­roba, z zaska­ku­jącą łatwo­ścią osią­gnęli ludzie.


Obu­dziła się w szpi­talu, w dyżurce pie­lę­gnia­rek. Na jej łóżku nie było żad­nej karty pacjenta, nawet nazwi­ska. Kobieta wie­działa, kim jest i gdzie jest, ale poza tym wszystko znik­nęło.

Usta i gar­dło miała tak suche, jakby od wielu dni nie piła wody. Chwilę zajęło jej zorien­to­wa­nie się w sytu­acji. Pró­bo­wała włą­czyć świa­tło i oszo­ło­miona wpa­try­wała się długo w maszyny, które upar­cie odma­wiały posłu­szeń­stwa. Przy pierw­szym ciele przy­sta­nęła, spraw­dziła puls. Przy­sta­nęła jesz­cze przy dru­gim i trze­cim. W końcu zro­zu­miała. Wypa­dła z budynku przez wyj­ście awa­ryjne. Nie roz­legł się żaden alarm.

Świe­ciło jasne słońce, odbi­jało się od zstę­pu­ją­cej wła­śnie na zatokę mgły. Z nara­sta­jącą paniką prze­szła te kilka prze­cznic mię­dzy szpi­ta­lem a miesz­ka­niem. Nie spo­tkała nikogo. Nie jeź­dziły żadne auto­busy, na uli­cach nie było samo­cho­dów. Nie dzia­łały świa­tła. Pamię­tała, jak zaj­mo­wała się ofia­rami plagi. Te wszyst­kie nie­stwo­rzone plotki. Pamię­tała, jak umie­rali jej przy­ja­ciele, nim w końcu i ona zacho­ro­wała. Wie­działa, co się stało, a jed­nak na­dal to nie miało sensu.

Dotarła do miesz­ka­nia i zdjęła szpi­talny far­tuch. Był brudny, po dyżu­rze zawsze był brudny od krwi, wód pło­do­wych, moczu i wszyst­kiego, co może wycie­kać z ciała. Tym razem był aż sztywny z brudu. Nie potra­fiła sobie przy­po­mnieć, jak długo miała go na sobie. Zdjęła bie­li­znę i weszła pod prysz­nic, sta­ra­jąc się zebrać myśli. Try­snęła lodo­wata woda, zaczęła więc roz­pacz­li­wie krę­cić kur­kiem. Spa­dło ciśnie­nie i po chwili woda zupeł­nie prze­stała lecieć. Naci­skała, cią­gnęła i krę­ciła w każdą stronę. Odkrę­ciła kran nad umy­walką. Nic.

Zzięb­nięta i naga weszła do kuchni. Banany były czarne, a chleb zie­lony. Zna­la­zła pudełko kra­ker­sów i usia­dła na kana­pie. Wci­snęła guzik na pilo­cie, ale tele­wi­zor się nie włą­czył. I tak przez chwilę się w niego wga­piała, pała­szu­jąc kra­kersy, aż nie mogła już znieść nad­miaru soli.

W cie­płej lodówce zna­la­zła butelkę gato­rade'u. Wypiła go, sto­jąc tak na bosaka.

Wyszła z kuchni i sta­nęła w salo­nie. Jej miesz­ka­nie znaj­do­wało się pod pozio­mem ulicy. Przez dłu­gie, wąskie okna wpa­dało słabe świa­tło. Stała, tępo wpa­tru­jąc się w pod­łogę, cisza ata­ko­wała jej uszy.

– Co jest, kurwa? Co jest, kurwa?

Pyta­nie wra­cało przez długi czas. Odpo­wiedź nie nastę­po­wała.

Wło­żyła majtki i jakiś stary T-shirt i poszła do łóżka. Zako­pała się we wła­snym zapa­chu, w naj­bez­piecz­niej­szym i naj­bar­dziej pocie­sza­ją­cym miej­scu na całym świe­cie. Posta­no­wiła w ogóle nie myśleć. Spała pra­wie cały dzień. Obu­dził ją godzinę czy dwie przed świ­tem. Był w jej łóżku. Jego cię­żar na mate­racu prze­su­nął ją na bok. Drgnęła i przez sekundę myślała, że to Jack wró­cił do domu. Usia­dła z uśmie­chem, na tę jedną cudowną sekundę zapo­mi­na­jąc o wszyst­kim. Potem wró­ciła świa­do­mość.

Pchnął ją, przy­ci­snął jej ramiona i oddy­chał ciężko. Od razu zro­zu­miała wszystko, każdy okropny ele­ment.

Wszy­scy nie żyją. To nie jest Jack. Jest sama.

Puścił jedno jej ramię, żeby roz­piąć roz­po­rek. Prze­su­nął dłoń, którą ją trzy­mał, na jej szyję, drugą odcią­ga­jąc jej majtki. Przy­ci­skał jej gar­dło, wyko­rzy­stu­jąc swój cię­żar w taki spo­sób, żeby nie mogła się pod­nieść ani zła­pać tchu. Kop­nęła raz, drugi, jej stopy zaplą­tały się w pościel. Wie­działa, że to nic nie da. Wbi­jała mu paznok­cie w twarz, ale chyba tego nie zauwa­żał. W pół­mroku wła­ści­wie go nie widziała. Był tylko kształ­tem, cię­żarem, agre­sją, na którą nic nie mogła pora­dzić.

Natarł, pró­bu­jąc wepchnąć się do środka. Prze­krę­ciła bio­dra, poru­szała nimi na lewo i prawo, zaci­snęła kolana. Prze­kli­nał i wal­czył z nią, roz­py­cha­jąc jej nogi kola­nami i pochy­la­jąc się moc­niej na jej szyi. Wal­czyła już o oddech, przed oczami ciem­ność i jakieś wybu­chy. Puściła go i poczuła, że jej ręce opa­dają bez­wład­nie. Szarp­nęła całym cia­łem, sta­ra­jąc się skrę­cić na bok, pod­cią­gnąć kolana pod sie­bie. Wyczuł, że zwija się jak kot, i nagle zaczął z nią współ­pra­co­wać. Prze­wró­cił ją na brzuch i przy­ci­snął jej plecy.

Jed­nym ruchem prze­rzu­cił nogi tak, że były teraz po obu jej stro­nach, rzu­cił się na nią ciężko, przy­ci­ska­jąc ją mocno. Poczuła jego oddech na karku i fru­stru­jącą go nie­pełną erek­cję. Pchnął swoją nie­moc w jej suche, zaci­śnięte wargi. Zsu­nął ręce z ple­ców na jej tyłek, żeby siłą roz­su­nąć pośladki.

Gdy tylko z niej opadł, roz­pacz­li­wie się­gnęła do noc­nego sto­lika. Bły­ska­wicz­nym ruchem otwo­rzyła szu­fladę i ude­rza­jąc się o jej kra­wędź, się­gnęła do środka. Prawą ręką zna­la­zła scy­zo­ryk. Otwo­rzyła go kciu­kiem, kiedy męż­czy­zna usi­ło­wał roz­su­nąć jej uda. Ode­pchnęła nocny sto­lik, prze­wró­cił się. Zamach­nęła się wypro­sto­waną ręką, wciąż wła­ści­wie go nie widząc. Trzę­sąc się w panice i na­dal na wpół ślepa po pod­du­sze­niu, nie tra­fiła tam, gdzie chciała, i nóż ude­rzył w jego brodę, roz­ci­na­jąc ją głę­boko.

Zła­pał się rękoma za ranę. Widziała jasność jego twa­rzy i dłoni w ciem­no­ści. Jęk­nął głu­cho i ude­rzył ją nagle prawą ręką, tra­fia­jąc w kość policz­kową. Cios ześli­zgnął się, ale i tak głowa pole­ciała jej do tyłu. Zauwa­żył to i się­gnął po nią oby­dwoma rękoma, z jego brody cie­kła cienka strużka krwi. Kiedy miał obie dło­nie spusz­czone, zadała kolejny cios i tym razem tra­fiła. Ostrze wbiło się w szyję. Pocią­gnęła je jak sza­lona, aż jej ramię wygięło się pod sze­ro­kim kątem. Nóż prze­ciął skórę, roz­dzie­ra­jąc i szar­piąc ciało, gdy go wyrwała. Męż­czy­zna uniósł dło­nie do szyi, a ona zoba­czyła jego krew, czarną w tym sła­bym świe­tle, pul­su­jącą przez jego palce.

Zabeł­ko­tał. Patrzyła.

Teraz, kiedy już jej nie ata­ko­wał, wró­ciły jej nawyki medyczne. Zaczęła odru­chowo myśleć, jak obwią­zać mu ranę prze­ście­ra­dłem. Tym­cza­sem krew ryt­micz­nie zale­wała jej i jego ręce. W jego twa­rzy dwie czarne, wpa­tru­jące się w nią dziury. Ciemna krew pla­miła jej łóżko. Była cała w tej krwi. Scy­zo­ryk spadł na pod­łogę. Pomy­ślała o tele­fo­nie i uświa­do­miła sobie, że pole­ciał przez pokój, kiedy prze­wró­ciła nocny sto­lik. Potem przy­po­mniała sobie, że i tak jest już bez­u­ży­teczny.

Znów spoj­rzała na męż­czy­znę. Stru­mień krwi słabł. Jego ramiona opa­dły bez­sil­nie, odgłosy krztu­sze­nia się usta­wały. Uci­snęła moc­niej ranę i przy­po­mniała sobie, jak on ją przed chwilą przy­ci­skał, zupeł­nie tak samo.

Szybko było po wszyst­kim. Jego ręce się roz­luź­niły i zsu­nęły z szyi. Wtedy go puściła, patrząc, jak wiot­czeje. Na jego szyi widziała dziurę, poszar­pany rów, z któ­rego cie­kła powolna ciem­ność.

Kiedy pró­bo­wała się wydo­stać z łóżka, zaplą­tały jej się stopy. Wypa­dła z niego ciężko. Usi­ło­wała wstać, ale tra­fiła kola­nem na leżący na pod­ło­dze, wciąż otwarty scy­zo­ryk. Zacięła się. Auto­ma­tycz­nie poszła do łazienki, po omacku zna­la­zła w szafce wodę utle­nioną. Odkrę­ciła białą zakrętkę brą­zo­wej butelki i lała na małe ska­le­cze­nie na kola­nie, aż butelka była pusta. Spie­niona, zimna ciecz pocie­kła jej po łydce aż na kafle pod­łogi.

– Pato­geny prze­no­szone przez krew – powie­działa zupeł­nie neu­tral­nym tonem.

Spo­koj­nie wyrzu­ca­jąc inne rze­czy na pod­łogę, zaczęła szu­kać pod zle­wem kolej­nej bute­leczki. Kiedy zna­la­zła, otwo­rzyła ją i potrzą­snęła nią nad pier­sią. Zapo­mniała zdjąć folię zabez­pie­cza­jącą, więc nic się nie polało.

– Aha.

Pal­cami pra­wej dłoni chwy­ciła pla­sti­kowe pół­kole i pocią­gnęła. Chlu­snęła woda utle­niona. Lała ją po ramio­nach i szyi, zmy­wa­jąc z ciała krew. Polała majtki, aż były zupeł­nie mokre w kro­czu. Na pod­ło­dze utwo­rzyła się różowa spie­niona kałuża. Namókł dywa­nik przy drzwiach do łazienki. Kiedy skoń­czyła, zakrę­ciła butelkę i sta­ran­nie wrzu­ciła do kosza w łazience.

Zzięb­nięta i oszo­ło­miona poszła do sypialni i sta­rała się nie patrzeć na trupa. Wło­żyła dżinsy, które zna­la­zła na krze­śle. Mokrą koszulkę cisnęła na pod­łogę, a z szafy wycią­gnęła inną. Wło­żyła bluzę z kap­tu­rem, potem zna­la­zła skar­petki i zasznu­ro­wała buty. Pode­szła do łóżka i zasło­niła prze­ście­ra­dłem twarz, któ­rej wła­ści­wie ni­gdy nie widziała. Jej ręce zna­la­zły komórkę na pod­ło­dze i wsu­nęły ją do tyl­nej kie­szeni dżin­sów. Zamknęła ostroż­nie scy­zo­ryk i scho­wała w kie­szeni z przodu. Z potrza­ska­nego sto­lika noc­nego wyjęła dzien­nik i wepchnęła do przed­niej kie­szeni bluzy. Zamknęła drzwi na klucz i wyszła z pustymi rękami.

Samotna kobieta wyszła na ulicę i zoba­czyła poma­rań­czowy róż na wscho­dzie, który ozna­czał, że nie­długo wzej­dzie słońce. Szła stro­mymi wzgó­rzami San Fran­ci­sco, nie czu­jąc się sobą i nie myśląc. Dotarła do miej­sca, które znała. Do kawiarni, w któ­rej była kilka razy. Weszła do środka, zzięb­nięta i otę­piała. Usia­dła na sta­rej skó­rza­nej sofie.

Na uli­cach nie było nikogo, kto usły­szałby jej wycie. Łkała i tak się trzę­sła, że myślała, że pęk­nie. W gło­wie jej huczało, roz­bo­lało ją gar­dło. Pię­ściami waliła się w pierś. Cho­wała twarz w dło­niach i krzy­czała. Zada­wała pyta­nia bez odpo­wie­dzi. Bła­gała. Prze­pra­szała. Wście­kała się.

Kiedy nie miała już nic wię­cej do powie­dze­nia, umil­kła i sku­liła się w rogu sofy. Pod­cią­gnęła kolana, złą­czone. Objęła się ramio­nami i nacią­gnęła kap­tur na twarz. Myślała, że zaśnie, ale zamiast tego patrzyła na wschód słońca, nagi, surowy. Kiedy było już zupeł­nie jasno, wstała sztywno i wyszła. Dotarła do dziel­nicy Mis­sion, choć nie miała poję­cia, dokąd zmie­rza. Chod­niki pokryte były potłu­czo­nym szkłem i śmie­ciami, poje­dyn­czymi butami i nie­bo­tycz­nymi ster­tami miej­skich odpad­ków. Na uli­cach stały samo­chody, w nie­któ­rych miej­scach sta­ran­nie zapar­ko­wane, w innych wdzie­rały się na chod­niki. Kilka ulic było zablo­ko­wa­nych z powodu mniej­szych i więk­szych wypad­ków. Zoba­czyła samo­chody z cia­łami w środku, także ciało na moto­cy­klu zgnie­cio­nym mię­dzy dwoma mniej­szymi samo­cho­dami. Potem sta­rała się już nie patrzeć.

Mis­sion zawsze była brudną dziel­nicą, zawsze wyglą­dała na opusz­czoną, ale tak naprawdę dotąd tęt­niła życiem. Teraz była pusta i prze­ra­ża­jąca. Szyby w skle­pach i restau­ra­cjach były powy­bi­jane. Nie było żad­nego ruchu. W oknach miesz­kań nad skle­pami wisiały koce i flagi zamiast zasłon, wyglą­dały nie­chluj­nie jak zwy­kle, tylko śmier­tel­nie spo­koj­nie. W chłod­nym poran­nym powie­trzu sły­szała jedy­nie trze­po­ta­nie i gru­cha­nie gołębi oraz oka­zjo­nalne okrzyki mew. W mie­ście nie było tram­wa­jów ani tłu­mów ludzi, szcze­ka­nia psów ani muzyki wyle­wa­ją­cej się z okien i małych rady­jek noszo­nych przez bez­dom­nych. Czuć było zapach morza, słodki smród gni­ją­cego jedze­nia i tru­pów. Zaułki cuch­nęły sikami, może zresztą zawsze tak było. Przy­sta­wała przed każdą kolejną prze­cznicą, odru­chowo myśląc o samo­cho­dach, świa­tłach i bez­pie­czeń­stwie. Powinna zmu­sić się do tego, żeby prze­stać się mar­twić, czy nie roz­je­dzie jej samo­chód, a zacząć się zasta­na­wiać, co zrobi, jeśli spo­tka żywego czło­wieka. Nor­mal­nie spa­cer w tej dziel­nicy ozna­czał zapach trawki, który snuł się z okien i od co odważ­niej­szych prze­chod­niów. Jej zmy­sły pani­ko­wały. Mia­sto było mar­twe.

Zaczął ją kusić inny zapach. Gdy zbli­żyła się do węgła, usły­szała ciche odgłosy. Skryła się w odrzwiach teatru, pod mar­kizą. Nasłu­chi­wała. Gdzieś po dru­giej stro­nie skrzy­żo­wa­nia ktoś goto­wał. I śpie­wał.

Przy­cza­iła się tam, bo zapach stał się sil­niej­szy. Czuła czo­snek i grzyby, była tego pewna. Docie­rały do niej tylko urywki pio­senki, ale głos wydał jej się wysoki. Uznała, że powinna zawró­cić i pójść inną drogą. Długo ze sobą wal­czyła. W końcu wygrały głód i zwy­kła cie­ka­wość. Wysu­nęła się ostroż­nie i pode­szła do skrzy­żo­wa­nia. Rozej­rzała się i prze­cięła je na ukos, wymi­ja­jąc sklep alko­ho­lowy, który śmier­dział tak, jakby ktoś roz­bił w nim wszyst­kie butelki. Zmie­nił się wiatr i znów poczuła zapach. Czo­snek, kuku­ry­dza i ser. Zabur­czało jej w brzu­chu.

Zbli­żyła się do sta­rej mek­sy­kań­skiej restau­ra­cji z wybi­tymi oknami i spło­wia­łym szyl­dem. Drzwi były otwarte na oścież. Nikogo nie zoba­czyła. Weszła do środka, wycią­ga­jąc szyję w stronę dźwięku. Teraz lepiej sły­szała pio­senkę. Była stara, z hisz­pań­skimi sło­wami. Śpie­wa­jąca ją osoba nie­źle uda­wała nie­ży­ją­cego pio­sen­ka­rza. Kobieta prze­szła do kuchni.

Przy gazo­wym grillu stał wysoki ciem­no­skóry męż­czy­zna. Piekł pupusy i się pocił. Odwró­cił się w jej stronę z uśmie­chem, ale natych­miast wyba­łu­szył oczy i roz­dzia­wił gębę.

– A ty kim jesteś, do cho­lery? – Miał dziwny akcent.

– Ja… Ja… Pięk­nie pach­nie. Nie chcia­łam tak cię zasko­czyć. Czy ty…? – Stała w drzwiach, usi­łu­jąc się zde­cy­do­wać: ucie­kać czy nie. Nie wie­działa, o co ma go zapy­tać. Czy jesteś nie­bez­pieczny? Czy będziesz to jadł? Strach i cie­ka­wość wal­czyły z gło­dem i zdez­o­rien­to­wa­niem. Stała, nie potra­fiąc pod­po­rząd­ko­wać się żad­nemu z nich.

Powoli odło­żył szpa­tułkę.

– Słu­chaj, chcia­łem tylko zro­bić coś do jedze­nia. Nie chcę żad­nych kło­po­tów. Cze­kam na kum­pla. Jeśli to twoje miej­sce, to prze­pra­szam.

– Nie, nie moje. Jestem z innej czę­ści mia­sta. Nie widzia­łam nikogo innego na ulicy.

– To tak jak ja, laska. Myśmy już z Chic­ke­nem myśleli, że jeste­śmy dwoma ostat­nimi dup­kami na całej ziemi.

Przyj­rzała mu się. Wie­działa, że jest gejem. Było to widać w każ­dym jego ruchu. W tym, jak stał lekko podany bio­drami w stronę pie­kar­nika, w tym, jak uło­żył usta, gdy nazwał ją laską. W tym, jak deli­kat­nie i zręcz­nie prze­rzu­cał pupusy. W tym, jak jej nie zlu­stro­wał spoj­rze­niem ani nie sku­pił wzroku na niczym poza jej twa­rzą. Wie­działa i natych­miast go poznała. Była to szybka decy­zja, ale prze­cież miesz­kała i pra­co­wała z gejami z San Fran­ci­sco całe swoje życie. Pra­wie wszy­scy jej przy­ja­ciele byli gejami, szcze­gól­nie że gdzieś po jej dwu­dzie­stych pią­tych uro­dzi­nach więk­szość jej przy­ja­ció­łek prze­pa­dła w kró­li­czej norze zwa­nej mał­żeń­stwem, po czym wyło­niły się z niej już jako matki. Roz­luź­niła się nieco i weszła do środka.

– Nie wyglą­dasz mi na sza­brow­niczkę – powie­dział, znów sku­pia­jąc się na jedze­niu.

– Bo nią nie jestem. Byłam chora na to samo gówno co wszy­scy, a potem obu­dzi­łam się w szpi­talu uni­wer­sy­tec­kim. Gdzie się wszy­scy podziali?

– Byłaś w szpi­talu, powia­dasz? W wia­do­mo­ściach mówili, że wszy­scy umie­rają, a w szcze­gól­no­ści kobiety. Jakiś mądrala powie­dział, że grozi nam wymar­cie i że wszyst­kie kobiety umrą.

Oparła się o ścianę, wpa­tru­jąc się w jedze­nie.

– To było bar­dzo zaraź­liwe. Roz­no­siło się drogą kro­pel­kową. Poja­wiło się wszę­dzie naraz. Niby wie­dzia­łam, że to śmier­telna cho­roba, ale ni­gdzie nikogo nie ma. To do mnie jakoś nie dociera.

Wyłą­czył gaz i prze­ło­żył pupusy na papie­rowe tale­rzyki. Tale­rzyki były z tych tanich, więc musiał wziąć kilka, żeby utrzy­mały cię­żar jedze­nia.

– Jestem Joe. Mój kum­pel Chic­ken poszedł po wodę. W kra­nach jej nie ma. Wie­rzyć mi się, kurwa, nie chce, że gaz jakimś cudem działa.

Zaniósł tale­rze do jadalni. Zmiótł ze stołu szkło i zmięte ser­wetki.

– To może sia­daj, zjedz coś.

Usia­dła naprze­ciwko niego na jed­nym z nie­pa­su­ją­cych do sie­bie krze­seł.

– Jestem Karen – powie­działa, pla­sti­ko­wym widel­cem prze­su­wa­jąc pupusy na swój talerz.

Nie wycią­gnął do niej ręki i ona też nie zro­biła tego gestu. Wró­cił do kuchni i przy­niósł cztery rodzaje ostrych sosów.

Resztę grzecz­no­ści pomi­nęli, bo chciało im się jeść. Umie­rała z głodu, ślina jej cie­kła na widok gorą­cych plac­ków na tale­rzu. Odgry­zała wiel­kie kęsy, roz­to­piony ser parzył jej pod­nie­bie­nie.

Nie miała na imię Karen. Karen zmarła tydzień temu, jesz­cze z iden­ty­fi­ka­to­rem. Facet nie poprosi jej prze­cież o dowód toż­sa­mo­ści. Póki co posta­no­wiła być Karen. Pokro­pił swoją stertę plac­ków jasno­czer­wo­nym sosem i pochło­nął ją rów­nie szybko jak ona. Kiedy ich tale­rze były puste, zwol­nili. Ona wzięła jesz­cze jeden pla­cek, on dwa.

Polała swój zie­lo­nym sosem.

– Aż mi się nie chce wie­rzyć, że to wszystko wciąż jest dobre. Całe moje świeże jedze­nie się zepsuło. Wydaje mi się, że byłam w szpi­talu z dzie­sięć dni, może dłu­żej.

– Tu pra­wie wszystko też się zepsuło. – Mówił z peł­nymi ustami, ale zasła­niał przy tym usta prawą ręką. – Całe mięso zgniło, więk­szość sera. Kie­dyś tu pra­co­wa­łem. Mają tu starą chłod­nię, w któ­rej trzy­mali grzyby, cebulę, czo­snek. Była dobrze zamknięta. Tak myśla­łem, że warzywa mogą być okej, ale było też tro­chę cia­sta na tor­tille i sera. Nic się nie zepsuło, bo ser jest dobrze wysu­szony. Mam dziś fuksa. Wie­dzia­łem, że gaz działa, bo mija­li­śmy kilka prze­cie­ków przy Van Ness Ave­nue.

– Ja też mam dziś fuksa. Żyję.

Bolało ją przy prze­ły­ka­niu, ale powie­działa to szcze­rze. Roz­legł się jakiś hałas na tyłach kuchni i Joe zerwał się z krze­sła.

– Chic­ken?

– Joe, ratuj! Zła­pało mnie!

Joe pobiegł do kuchni, a Karen za nim. Chic­ken oka­zał się wyso­kim czar­nym mło­dym męż­czy­zną. Nie mógł mieć wię­cej jak dwa­dzie­ścia lat. Wyglą­dał na prze­stra­szo­nego. Oczy miał wiel­kie, jego sze­ro­kie dło­nie zda­wały się pod­trzy­my­wać go w drzwiach. Lewą nogę miał zaplą­taną w drut ostrzowy. Owi­jał mu się wokół spodni, a dżins nasiąkł już w kilku miej­scach krwią.

– Cho­lera – jęk­nął Joe.

Karen ode­pchnęła go z drogi. Pod­su­nęła się pod Chic­kena i zarzu­ciła sobie jego dłu­gie, umię­śnione ramię na barki. Razem prze­kuś­ty­kali z kuchni do jadalni. Pomo­gła mu usiąść na bla­cie i pod­cią­gnąć nogi. Się­gnął w stronę tej ran­nej, ale go powstrzy­mała.

– Nie cią­gnij, bo tylko pogor­szysz sytu­ację. Daj sobie pomóc.

– Jesteś pie­lę­gniarką? Co to za laska, Joe?

– Karen. Wła­śnie przy­szła.

– Jestem pie­lę­gniarką. Pra­co­wa­łam w cen­trum medycz­nym. Mogę ci pomóc. – Odwró­ciła się do Joego. – Na tej ulicy jest apteka, prawda?

Wyj­rzał nie­pew­nie na dwór.

– Tak mi się wydaje.

Spoj­rzała znowu na Chic­kena.

– Bez­piecz­nie będzie wyjść?

– Nikt mnie nie gonił. – Zaci­snął zęby i spoj­rzał na nogę.

– Dobra, Joe. Bie­gnij do apteki, ale naprawdę pędem. Przy­nieś mi wodę utle­nioną, taka brą­zowa butelka. Wiesz, jak wygląda?

– Jezu, wiem prze­cież, jak wygląda woda utle­niona. – Wyda­wał się bar­dziej znie­cier­pli­wiony niż prze­stra­szony.

– Dobra. Woda utle­niona, gaza i ban­daż ela­styczny. Szybko.

Wypadł na dwór bez słowa.

Wycią­gnęła z kie­szeni scy­zo­ryk i otwo­rzyła go, nie patrząc. Nie potra­fiła sobie przy­po­mnieć, czy go umyła czy nie. Uznała, że to nie ma zna­cze­nia, i zaczęła roz­ci­nać dżinsy ran­nego. Przy­szło jej do głowy, żeby spró­bo­wać wyciąć drut, ale doszła do wnio­sku, że to bez sensu, i obcięła całą nogawkę poni­żej kolana. Nie spusz­cza­jąc oka z chło­paka, pocią­gnęła za mate­riał. Gdyby ostrza wbiły się głę­boko w skórę, pod­ska­ki­wałby przy każ­dym ich ruchu. Nie zro­bił tego, więc pocią­gnęła moc­niej.

Było sporo krwi, ale ska­le­cze­nia nie były duże. Kilka nacięć mię­śnia brzu­cha­tego łydki i jedno na goleni, gdzie ode­rwał się i zwi­sał długi skra­wek skóry. Pocią­gnęła go mocno i ode­rwała. Chic­ken wrza­snął.

– Prze­pra­szam, coś się tu przy­kle­iło. – Z doświad­cze­nia wie­działa, że lepiej nie tłu­ma­czyć, że ode­rwała mu wła­śnie kawa­łek skóry. – Gdzie byłeś?

– W miesz­ka­niach z pół­tora kilo­me­tra stąd. Szu­ka­łem wody.

Zdjęła mu zakrwa­wiony but i skar­petkę.

– Tak, Joe mi mówił. I co się stało?

– Byłem w bloku, spraw­dza­łem w miesz­ka­niach, czy nie ma wody w butel­kach. Dotar­łem do tego w środku i drzwi były otwarte. Posze­dłem pro­sto do kuchni i zna­la­złem kilka szkla­nych bute­lek z pel­le­grino, więc zaczą­łem je łado­wać. A tu z sypialni wysko­czył na mnie taki roz­wrzesz­czany typek. Był cały we krwi i wyglą­dał jak jakiś popie­przony. Trzy­mał łopatę czy co, może małą szu­flę. Nie mam poję­cia, co to było, ale prze­stra­szył mnie jak cho­lera. Blo­ko­wał mi drzwi, więc wysko­czyłem oknem. Ucze­pi­łem się kli­ma­ty­za­cji i chcia­łem opaść na mar­kizę pod spodem. Nie tra­fi­łem i wal­ną­łem w para­pet, a potem zaplą­ta­łem się w to gówno. Prze­to­czy­łem się po mar­ki­zie i spa­dłem w końcu na zie­mię. To było jak jakaś pie­przona ścieżka zdro­wia w pie­kle. Bie­głem całą drogę z powro­tem.

Joe już wró­cił z apteki.

– Macie! Zna­la­złem, zna­la­złem! – Cisnął pla­sti­kową siatkę na blat. Ude­rzyła gło­śno.

Kobieta wyjęła z niej wodę utle­nioną i odkrę­ciła.

– Nic mu nie będzie, Joe – powie­działa bez­na­mięt­nym gło­sem. – Wygląda to kiep­sko, ale więk­szość zadra­pań jest powierz­chowna. Byle tylko nie wdało się zaka­że­nie, a nic mu nie będzie.

Polała wodą miej­sce bez skóry, a Chic­ken pisnął przez zaci­śnięte zęby. Joe pod­szedł i chwy­cił jego dłoń.

– Wiem, że pie­cze. Wiem. – Polała mu nogę, odsu­wa­jąc mię­sień, żeby otwo­rzyć ranę i nalać do środka. – Pamię­taj tylko, że jak pie­cze, to zna­czy, że coś chciało cię zabić. Pie­cze­nie jest dobre. Pie­cze­nie cię ura­tuje.

Chic­ken mocno ści­snął dłoń Joego.

– Czyli nie zdo­by­łeś wody?

– Nie, nie zdo­by­łem żad­nej wody, suko. Wró­ci­łem żywy. Kurwa.

– Okej. Prze­pra­szam. Tak tylko pytam. Znaj­dziemy wodę.

– I chcę też nowe dżinsy. I buty. I, kurwa, jak to boli!

– Wiem, wiem. Już pra­wie po wszyst­kim.

Znów zalała ranę, a potem otwo­rzyła opa­ko­wa­nie z gazą i zaczęła nią wycie­rać krew z wodą. Roz­pa­ko­wała kolejną i owi­nęła nią udo mocno, ale nie za mocno, żeby Chic­ken mógł cho­dzić. Potem owi­nęła wszystko ban­da­żem ela­stycz­nym i spięła zapinką.

– Laska, teraz to mnie nakarm – rzu­cił Chic­ken.

Karen spięła się odru­chowo, ale Joe pognał do stołu i przy­niósł stertę wysty­gnię­tych pupu­sów i butelkę ostrego sosu.

Chic­ken poło­żył to sobie na kola­nach i zaczął jeść.

Stali obok, kiedy jadł. Joe patrzył na Chic­kena. Karen w zamy­śle­niu wyglą­dała przez drzwi na ulicę.

Chic­ken skoń­czył i odsta­wił talerz.

– Dzięki, kocha­nie. – Wycią­gnął szyję i poca­ło­wał Joego w poli­czek. Joe się uśmiech­nął. – Musimy zna­leźć jakieś miej­sce z wodą i tam prze­no­co­wać. I zdo­być jakieś ciu­chy. Idziesz z nami?

Spoj­rzeli na nią obaj.

– Jasne – powie­działa. Uznała, że lepiej jej będzie z nimi niż samej. – Oszczę­dzaj tę nogę – pora­dziła Chic­ke­nowi. – Możemy iść powoli.

Prze­wró­cił oczami i zesko­czył z blatu. Skrzy­wił się.

– No dobra – zgo­dził się w końcu. – Póki co możemy iść powoli.

Szli jego tem­pem, w prze­ciw­nym kie­runku niż ten, z któ­rego przy­szła Karen. Spraw­dzili aptekę, w któ­rej był Joe. Zna­leźli w niej po puszce jakie­goś napoju, ale wody nie było. Zaj­rzeli do her­ba­ciarni sprze­da­ją­cej kie­dyś bub­ble tea i do kilku innych restau­ra­cji. Syropy, polewy, keczup i sos sojowy. Żad­nej wody. Do połu­dnia mgła ustą­piła. Pra­gnie­nie nara­stało.

– Jakim cudem ni­gdzie nie ma wody? – Czuła, że gdera.

– Przez panikę – odpo­wie­dział Joe po pro­stu.

– Przez panikę?

– No – potwier­dził Chic­ken. – Ludzie wpa­dają w panikę, kiedy sły­szą złe wia­do­mo­ści. Jak są w skle­pie, to kupują papier toa­le­towy, wodę i broń, cho­ciaż broni to nie ma za wiele w San Fran­ci­sco. Odkąd skoń­czyła się woda w kra­nach, codzien­nie szu­kamy wody.

Pró­bo­wała to prze­li­czyć. Ile dni w szpi­talu? Ile dni była chora i nie­przy­tomna? Ile dni minęło, nim mia­sto wpa­dło w panikę? Ile dni minęło, odkąd nie ma prądu i wody? Ostat­nie, co pamię­tała, to że obu­dziła się w swoim miesz­ka­niu, świa­tła były zapa­lone, i poje­chała auto­bu­sem do pracy. To było w lutym.

– Który dziś jest?

– Hę? – Joe spoj­rzał na nią jak na wariatkę.

– Wie­cie, któ­rego dziś mamy? Zna­czy jaką mamy datę?

– A co? Umó­wi­łaś się z kimś? – prych­nął Chic­ken. – Chodź­cie, tu spró­bujmy.

Stali pod drzwiami jakie­goś biu­rowca. Były lekko uchy­lone.

– Dla­czego tu? – spy­tała.

– Mam pomysł.

Wspi­nali się ciemną, pozba­wioną okien klatką scho­dową. Dotarli na pierw­sze pię­tro, gdzie znaj­do­wała się duża sala pełna biu­rek. Świa­tło sło­neczne wle­wało się przez szklane ściany. Chic­ken ruszył w jedną stronę sali. Joe i Karen w inne. Karen roz­glą­dała się po biur­kach, licząc na jakąś butelkę z wodą. Z doni­czek zwi­sały zwięd­nięte rośliny. Na biur­kach stały zdję­cia dzieci. Doszła do ściany. Z dru­giej strony sali usły­szała okrzyk Joego:

– Mam!

Potruch­tała w jego stronę. Joe stał przy toa­le­tach. Na kory­ta­rzu przed nimi wid­niał nie­bie­ski dozow­nik z wiel­kim, nie­mal peł­nym zbior­ni­kiem wody. Joe padł na pod­łogę i już napeł­niał papie­rowy kube­czek. Karen chwy­ciła następny i odsu­nęła się, gdy Chic­ken wypadł zza biurka. Sie­dzieli i pili kubek za kub­kiem.

– Dla­czego nazy­wasz się Chic­ken? – spy­tała, gdy cisza trwała już zbyt długo.

– No, Chic­ken jak cykor. Wygra­łem kie­dyś tę grę – wyja­śnił.

– W cykora?

– Yhm. – Wpa­try­wał się w swój kube­czek.

– A ten drugi zgi­nął?

Spoj­rzał na nią natych­miast.

– Nie! Zje­chał mi z drogi. Wygra­łem jego samo­chód. Powtó­rzy­łem to kilka razy, a potem sprze­da­łem te samo­chody. Zaro­bi­łem tro­chę kasy.

– Aha. A ty co robi­łeś, Joe?

– Głów­nie pra­co­wa­łem w restau­ra­cjach. Goto­wa­nie i sprzą­ta­nie. Cza­sami przy oświe­tle­niu w teatrach. Tak pozna­łem Chic­kena.

– No, robi­łem przy dźwięku. Cho­dzi­li­śmy ze sobą może ze trzy mie­siące, zanim zamknięto wszyst­kie teatry. Kurwa, ale się wście­kłem! Ale wszy­scy byli już zbyt cho­rzy, żeby dalej to cią­gnąć.

Przy­po­mniała sobie, że teatry zostały zamknięte jakiś mie­siąc wcze­śniej. Tym­cza­sowo, jak ogło­siły wła­dze mia­sta. Żeby wal­czyć z naj­gor­szym sezo­nem gry­po­wym w histo­rii. Trudno było sobie nawet wyobra­zić, że nie rozu­miała wtedy, co to ozna­cza, ale nie rozu­miała.

– Widzie­li­ście wielu ludzi po tym, jak już minęła panika? Poza tym od łopaty?

– Paru – powie­dział Joe. – Wygląda na to, że więk­szość umarła albo ucie­kła z mia­sta. Poza tym wszyst­kim jakby odbiło.

Chic­ken poki­wał głową.

– Każdy dupek ma broń albo jakieś gówno. Wszy­scy zacho­wują się tak, jakby chcieli cię zabić albo jak­byś ty ich chciał zabić. Nie mogłem uwie­rzyć, że Joe cię wpu­ścił. – Nie uśmie­chał się.

– No tak, ale… – Joe miał nie­wy­raźną minę.

– Ale co? – drą­żyła.

– Nie widzia­łem dotąd żad­nych lasek. Żad­nych kobiet. Cero muje­res. Jesteś pierw­szą żywą kobietą, odkąd zosta­wi­łem mamę, a wiem, że umie­rała. Zosta­wi­łem ją w Sacra­mento, bo musia­łem dotrzeć do domu. Musia­łem zna­leźć Chic­kena. – Oparł głowę na jego ramie­niu.

– Zosta­nie­cie w mie­ście? Będzie­cie dalej szu­kać wody?

Chic­ken wzru­szył ramio­nami, a Joe uniósł głowę.

– Dla­czego nie? To nasze mia­sto. Jest w więk­szo­ści opu­sto­szałe. Może znaj­dziemy jakiś duży dom z mnó­stwem wody i jedze­nia.

– I co wtedy?

– Co masz na myśli? – Chic­ken patrzył na nią nie­ro­zu­mie­ją­cym wzro­kiem.

– Żad­nych innych ludzi. Żad­nych dzieci. Żad­nej pracy do wyko­na­nia. Tylko co? Prze­trwa­nie?

Chic­ken roze­śmiał się cicho i nalał sobie jesz­cze jeden kubek wody.

– Nie potrze­bu­jemy innych ludzi. Nie pla­no­wa­li­śmy dzieci. Życie to wystar­cza­jąca praca. Zawsze cho­dziło tylko o prze­trwa­nie. Może to wygląda ina­czej, jak się idzie na stu­dia, kupuje dom i robi te wszyst­kie rze­czy, ale jak dla nas zawsze cho­dziło o prze­trwa­nie. Nic się nie zmie­niło. Tylko kon­ku­ren­cja jest teraz mniej­sza. – Opróż­nił kube­czek.

Poki­wała głową. Tak, to prawda. Nie, nie­prawda. Tak nie było. Nie będzie. To za mało. Czy mogę tu zostać? Z nimi albo obok nich? Bli­sko domu, żeby Jack mógł mnie zna­leźć.

Zasnęli, gdy tylko zaszło słońce, zwi­nięci na twar­dej biu­ro­wej wykła­dzi­nie. W żołąd­kach chlu­pała im woda.

Rano weszli pię­tro wyżej. W jed­nym z biur była kuch­nia pełna suchych prze­ką­sek, same jaskrawe kolory i kon­ser­wanty. Zje­dli je na śnia­da­nie i wypili pół kolej­nego zbior­nika z wodą.

Mimo że nie dzia­łała hydrau­lika, i tak sko­rzy­stali z łazie­nek. Karen sie­działa w swo­jej kabi­nie w sła­bym świe­tle, które wpa­dało tu przez uchy­lone drzwi i przez szparę przy pod­ło­dze zale­wało jej stopy. Myślała o tym, że już ni­gdy wię­cej nie będzie musiała stać w kolejce do toa­lety, i czuła pustkę.

Nie­zręcz­nie napeł­nili butelki po sokach i kilka ter­mo­sów czy­stą wodą ze zbior­nika, a po połu­dniu wyszli z budynku. Potrze­bo­wali nowych ubrań, ale nie potra­fili się zde­cy­do­wać, dokąd iść.

– Z dzie­sięć prze­cznic w tę stronę jest cen­trum han­dlowe. Możemy po pro­stu iść torami – powie­działa Karen, wska­zu­jąc im drogę.

– Tu zaraz są chiń­skie sklepy z pod­rób­kami – upie­rał się Joe, wska­zu­jąc prze­ciwny kie­ru­nek.

– No tak, ale mogą nie mieć wszyst­kiego, co by się nam przy­dało.

– Będą mieli wszystko – orzekł Chic­ken.

Ja sobie, a oni sobie. Nie potrze­buję ich, ale…

– Dobra – powie­działa, odwra­ca­jąc się. – To może się spo­tkamy…

Wybuch powa­lił ich wszyst­kich na zie­mię. Chic­ken upadł na twarz i kiedy się pod­niósł, miał zakrwa­wione wargi. Joe miał poodzie­rane ręce i nogi, bo otarł je o chod­nik. Karen pod­nio­sła się na rękach i poczuła falę cie­pła na twa­rzy.

Joe wrzesz­czał, ale nie sły­szała nic poza wyso­kim piskiem.

– Pie­przony gaz! – wrzesz­czał w kółko, ale musiała czy­tać z ruchu warg, żeby zro­zu­mieć.

Chic­ken chwy­cił Joego i pobiegł, cią­gnąc go za sobą, poty­ka­jąc się, ale wiel­kimi kro­kami ucie­ka­jąc przed ogniem.

Karen obej­rzała się i zoba­czyła ścianę ognia zakry­wa­jącą jeden z budyn­ków. Pło­mie­nie wyła­niały się z niż­szych okien, gdzie pew­nie zebrał się gaz, nim zapa­liła go iskra. Zerwała się z ziemi i pobie­gła za nimi, w ostat­niej chwili łapiąc jesz­cze swoją butelkę wody. Zna­la­zła ich scho­wa­nych po chłod­nej stro­nie cegla­nego budynku. Oparła się ple­cami o ścianę i długo piła z butelki. Kiedy ją odsta­wiła, zoba­czyła, że pró­bują roz­ma­wiać, ale się nie sły­szą. Zre­zy­gno­wali z gestów na rzecz pisa­nia po cegłach kamy­kiem.

Kłó­cili się o to, czy bez­piecz­niej będzie w środku czy na zewnątrz, czy kie­ro­wać się w stronę nabrzeża czy na pół­noc pół­wy­spu. Chic­ken napi­sał „Gaz śmier­dzi” dwa razy, a potem jesz­cze to pod­kre­ślił. Był prze­ko­nany, że jeśli tylko nie będą czuli zapa­chu gazu, będą bez­pieczni. Tylko że wtedy na ulicy też go nie poczuli.

„Lepiej być w środku” – napi­sała Karen. A potem jesz­cze: „Cen­trum han­dlowe? Tam pew­nie nie ma gazu”.

Wzru­szyli ramio­nami i poszli za nią. Do końca dnia byli w szoku i tak ogłu­szeni, że nie sły­szeli się nawza­jem.

Cen­trum han­dlowe zostało zabite deskami, ale już wcze­śniej ode­rwali je inni sza­brow­nicy. Do środka wpa­dało przez świe­tliki tro­chę świa­tła, które nie docie­rało jed­nak do skle­pów. Sfru­stro­wani i zmę­czeni wrzesz­cze­niem i poka­zy­wa­niem sobie wszyst­kiego na migi roz­dzie­lili się, żeby poszu­kać ubrań.

„Nie zgub się” – wydra­pał Joe na wiszą­cym na ścia­nie pla­ka­cie fil­mo­wym. Unio­sła kciuki w odpo­wie­dzi i sobie poszła.

W skle­pie z ciu­chami dla nasto­la­tek zna­la­zła solidny ple­cak. Gdy mijała mane­kiny o spi­cza­stych, małych pier­siach, odsło­nię­tych brzu­chach i udach, ści­snęło jej się serce. Z żalu czy roz­cza­ro­wa­nia, nie potra­fi­łaby tego powie­dzieć. Wyszła ze sklepu i prze­szła do następ­nego. Żadne dam­skie ubra­nia nie wyda­wały się wystar­cza­jąco wytrzy­małe. Było jej wszystko jedno, jak będzie wyglą­dać. Potrze­bo­wała jedy­nie czy­stych ciu­chów, które wytrzy­mają to, co będzie musiała robić. Przy­po­mniały jej się szpi­talne far­tu­chy – zawsze gotowe – ale one też nie nada­wały się w teren. Zabrała zapas czy­stych maj­tek w odpo­wied­nim roz­mia­rze i kilka spor­to­wych sta­ni­ków. Jeden wło­żyła, a resztę zapa­ko­wała do ple­caka. Od kilku dni nie miała na sobie sta­nika i przy­jem­nie było znów czuć się scho­waną i bez­pieczną.

W końcu wylą­do­wała w skle­pie dla mło­dych męż­czyzn, gdzie zna­la­zła spodnie i koszule, które na nią paso­wały. Wło­żyła z powro­tem swoją bluzę z kap­tu­rem, ale potem się roz­my­śliła i zdjęła z wystawy grub­szą. Usia­dła i przy stole z akce­so­riami roz­cze­sała włosy, a póź­niej splo­tła je w długi war­kocz, który spły­wał jej po ple­cach. Do pracy zawsze nosiła włosy sple­cione w war­koczyki, tak że szpi­talni zna­jomi byli zszo­ko­wani, gdy widzieli ją na przy­ję­ciach z roz­pusz­czo­nymi wło­sami. Były dłu­gie, ciemne i zawsze pofa­lo­wane, a w wil­gotny dzień wręcz krę­cone. Wło­żyła na nie bejs­bo­lówkę w taki spo­sób, że war­kocz wycho­dził nad zapię­ciem z tyłu. Spoj­rzała w lustro i wzdry­gnęła się lekko.

Jej odbi­cie wyglą­dało na prze­ra­ża­jąco zmę­czone. Wysta­wały jej oboj­czyki, skóra pod oczami wyda­wała się zbyt cienka. Dotknęła miej­sca po ude­rze­niu. Było chyba lekko opuch­nięte. Bolało, ale nie było widać siniaka. Od dawna nie robiła maki­jażu i zdu­miało ją, jak nie­ko­bieco wygląda. Odwod­nie­nie widać było po ustach, więc przy kasie zgar­nęła garść poma­dek ochron­nych. Naj­bar­dziej nie­po­ko­iły ją oczy. Jej małe, brą­zowe oczy. Dotąd zawsze była prze­ko­nana, że wystar­czy, iż ktoś wpa­trzy się w nie wystar­cza­jąco dokład­nie, a będzie wie­dział, kim ona jest. Teraz wyda­wały się prze­stra­szone. Wyglą­dała na bladą, chorą, skrzyw­dzoną i prze­ra­żoną. Wypro­sto­wała się. Patrzyła, jak jej odbi­cie się pro­stuje. Pró­bo­wała się uśmiech­nąć. Wcale nie wypa­dło to tak, jak powinno. Wyglą­dała jak ofiara, jak cykor. Znała już tę minę. Widziała ją u kobiet, które tra­fiały na izbę przy­jęć, krwa­wiąc z tej lub innej strony. Nikt nie wybiera roli ofiary, ale po całym życiu prak­tyki, to się po pro­stu samo dzieje. Chciała się teraz pozbyć tej miny. Musi się tro­chę posta­rać. Przez sekundę myślała o swoim codzien­nym maki­jażu do pracy, szybko nało­żona mascara, korek­tor. Jed­nak to byłoby zbyt absur­dalne. Nało­żyła tylko grubą war­stwę pomadki ochron­nej i roz­cią­gnęła wargi, żeby popę­kały w suchych miej­scach i wpu­ściły bal­sam.

Wyszła z lep­szym samo­po­czu­ciem. Prze­rzu­ciła sobie ple­cak przez ramię.

Ruszyła na drugi koniec budynku i przy zabi­tych dechami drzwiach zoba­czyła Star­bucksa. Idąc w tę stronę, strze­liła pal­cami przy uchu. Pra­wym na­dal nic nie sły­szała, ale lewym wychwy­ty­wała dźwięk, jakby dobie­gał spod wody. Miała nadzieję, że uraz jest chwi­lowy.

Lodówka z napo­jami stała nie­tknięta. Usia­dła i wypiła całą butelkę wody i jeden napój kawowy z dłu­gim ter­mi­nem waż­no­ści. Nie był zimny, ale sma­ko­wał wspa­niale. Nie umó­wili się, gdzie się spo­tkają, więc cze­kała. Po jakimś cza­sie zapa­ko­wała do ple­caka leżące przy kasie bato­niki z owo­cami i orze­chami oraz cia­steczka, wzięła całą wodę i jesz­cze jedną kawę i wyszła z kawiarni. Sta­nęła na głów­nych scho­dach i się obej­rzała. Zasta­na­wiała się wła­śnie, czy nie zapa­ko­wać też apteczki pierw­szej pomocy, kiedy zoba­czyła ich kątem oka. To mogli być Joe i Chic­ken.

Obró­ciła się i zoba­czyła, że jest ich czte­rech zamiast dwóch. Zamarła, gdy ją zauwa­żyli. Jeden z nich wska­zał ją ręką i klep­nął dru­giego w pierś, żeby mu ją poka­zać. Nie sły­szała ani słowa, ale ich usta się poru­szały. Facet polu­zo­wał łań­cuch, który miał owi­nięty wokół ręki. Rzu­cili się bie­giem w jej kie­runku.

Nie wie­działa, co wła­ści­wie widzi, ale instynkt kazał jej ucie­kać. Znaj­do­wała się na naj­niż­szym pię­trze gale­rii. Drzwi stąd pro­wa­dziły do metra. Par­ter był dwa pię­tra wyżej. Popę­dziła po krę­co­nych scho­dach, prze­ska­ku­jąc po dwa, trzy stop­nie naraz i nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Na trze­cim pię­trze skrę­ciła przy kio­sku w stronę wyj­ścia. Wie­działa, że tam będzie się musiała zatrzy­mać, żeby zerwać deskę z drzwi. Obej­rzała się przez ramię i zoba­czyła, że za nią pędzą Joe i Chic­ken. Na wpół usły­szała ich wrzask:

– Ucie­kaj!

Dwa razy wal­nęła bar­kiem w sklejkę, nim odsko­czyły gwoź­dzie. Wybie­gli w trójkę, a za nimi czte­rech męż­czyzn. Razem skrę­cili za budy­nek i Chic­ken otwo­rzył kubeł na śmieci. Joe i Karen wła­do­wali się do środka, a za nimi zwin­nie wsko­czył Chic­ken, który zasu­nął przy­krywę. Cze­kali.

Nie spo­sób oddy­chać cicho, jeśli się sie­bie nie sły­szy. Karen stłu­miła odruch, żeby otrzeć twarz z potu i popra­wić pozy­cję. Chic­ken trzy­mał Joego obiema rękoma, jakby pró­bo­wał go uspo­koić. Joe zasła­niał sobie usta.

Długo sie­dzieli tak, przy­cup­nięci, nie mając odwagi się ruszyć. W końcu Chic­ken pod­niósł się odro­binę i głową odsu­nął lekko pokrywę. Powoli odwró­cił głowę, żeby się rozej­rzeć. W końcu odsu­nął pokrywę i wstał.

– Poszli sobie. Nikogo tu nie ma. – Nie sły­szeli go, ale widzieli to w jego roz­luź­nia­ją­cych się ramio­nach.

Joe cały się trząsł od adre­na­liny. Kiedy wstał, strzyk­nęło mu w kola­nach. Wylazł z kubła i sta­nął przy Chic­ke­nie. Karen wyszła sama.

– O co im w ogóle, kurwa, cho­dziło?! – ryk­nęła do nich, wyma­chu­jąc rękami i patrząc na nich w osłu­pie­niu.

Chic­ken natych­miast obej­rzał się w jej stronę, jego twarz była wykrzy­wiona brzydko ze zło­ści.

– O cie­bie. Chcieli cie­bie. Zoba­czyli dziew­czynę, to chcieli ją sobie wziąć, więc zaczęli cię gonić. Usły­sze­li­śmy hałas i popę­dzi­li­śmy w twoją stronę. Uznali, że cię bro­nimy, więc chcieli nas zabić. Na kija nam coś takiego?

– Co? O czym ty mówisz?

Joe chciał coś powie­dzieć, ale Chic­ken go uci­szył.

– To, że gaz wybuchł, to, kurwa, nie twoja wina. I nie twoja wina, że jesteś kobietą. Ale będziemy mieli przez cie­bie kło­poty i cię nie potrze­bu­jemy. Od razu, kurwa, wie­dzia­łem, że tak będzie, jak się poła­pa­łem, że nie ma kobiet. Nie zamie­rzam umie­rać w two­jej obro­nie. Musisz sobie radzić sama.

– Słu­chaj, prze­cież ja potra­fię się bro­nić. Nie musi­cie…

– Ci goście na pewno nie byliby mili. Wywa­li­liby nas z cen­trum han­dlo­wego. Ale nie byłoby żad­nego zagro­że­nia, gdyby cię nie zoba­czyli. Jesteś za dużą rzad­ko­ścią. Nie możemy się w to pako­wać. Przy­kro mi. Musisz iść w swoją stronę, my w swoją. Razem nie damy rady.

Ledwo co ich pozna­łam, więc jak to moż­liwe, że łamią mi serce? Dla­czego czuję się jak opusz­czone dziecko?

– Chic­ken, prze­cież praw­do­po­dob­nie ura­to­wa­łam ci życie. Gdyby doszło do zaka­że­nia…

– My praw­do­po­dob­nie też ura­to­wa­li­śmy ci życie. Jeste­śmy kwita.

Już się odwra­cał. Joe wzru­szył ramio­nami, jakby chciał jej dać do zro­zu­mie­nia, że nie on tu decy­duje. Odwró­cił się za Chic­ke­nem, który poło­żył mu rękę na karku, i ode­szli.

Została sama. Rozej­rzała się we wszyst­kie strony, ale nie było żad­nego powodu, żeby wybrać któ­rą­kol­wiek. Nikt na nią nie cze­kał na końcu żad­nej z tych ulic. Przy wybo­rze drogi nie przy­świe­cał jej żaden cel ani żadne obcią­że­nie. Czuła się tak, jakby wpa­dała w coś bez dna.

W końcu wybrała jakąś ulicę i ruszyła przed sie­bie. Nad­sta­wiała uszu, w któ­rych wciąż jej huczało, ale i tak oglą­dała się co kilka kro­ków, żeby spraw­dzić, czy nikogo za nią nie ma. Myślała o tym, jak wyglą­dali Joe i Chic­ken w swo­ich ciu­chach. O tym, jak się od nich róż­niła. Pro­ste róż­nice, małe zmiany. Był to począ­tek planu.

Roz­dział 2

1 maja

Nie mam poję­cia, jaki dziś mamy dzień. Tak tu po pro­stu sie­dzia­łam chwilę, zasta­na­wia­jąc się nad tym, aż w końcu stwier­dzi­łam, że to chrza­nię. Jestem pra­wie pewna, że jest maj. Jesz­cze jest dość zimno, ale poja­wiły się już kwiaty. Jesz­cze nie jest cie­pło. Wię­cej mgły niż przed­tem. Ogła­szam, że to maj.

Miesz­kam w piw­nicy jakiejś rudery na Capp Street. Jestem tu, odkąd zaczęły się pożary w Mis­sion. Mam apteczkę, scy­zo­ryk i nie­zły zapas żar­cia w pusz­kach. Zdo­by­wa­nie jedze­nia to praw­dziwe pie­kło i pew­nie w końcu tak wła­śnie zginę. Więk­szość tego, co mam, zna­la­złam w innych domach. Dwa dni temu natknę­łam się w sza­fie na rewol­wer. Przy­naj­mniej jest to broń, którą potra­fię się posłu­gi­wać. Roz­ło­ży­łam go, wyczy­ści­łam, spę­dzi­łam tro­chę czasu na przy­zwy­cza­ja­niu się do tego uczu­cia, gdy się go trzyma w dłoni. Zna­jo­mego uczu­cia. Daję radę prze­szu­ki­wać domy i biura. Po tam­tej gale­rii han­dlo­wej prze­ra­stają mnie wszel­kie sklepy. Zbyt otwarta prze­strzeń, za dużo kry­jó­wek.

Udało mi się dotrzeć do szpi­tala. Szu­ka­łam Jacka albo jakie­goś śladu po nim. Minął już rok = sucho = krypta = chrza­nić to. Nic. Wró­ci­łam do miesz­ka­nia, nie dałam rady wejść. Pew­nie myślał, że umie­ram. Trudno mu się dzi­wić. Zosta­wi­łam wia­do­mość. Czas zatrzy­mał się już dawno temu. Czas w ogóle ni­gdy nie był cza­sem. Cyfrowe zegary zga­sły.

Nie mam do kogo otwo­rzyć gęby. Od dawna. Ostat­nia kobieta na ziemi. Zwa­riuję, jeśli nie poga­dam z kimś poza mną samą. To = tamto. Sub­sty­tu­cja. Ściema.

A więc ple­cak. Dzien­nik, na samym dnie, pła­sko. Jedze­nie i butelki z wodą. W apteczce: woj­skowy zestaw do opa­try­wa­nia ran, wszyst­kie środki dezyn­fe­ku­jące i anty­bio­tyki, jakie mi zostały. Dwa miej­scowe. Te łatwo zastą­pić. 86 dawek hor­mo­nal­nego zastrzyku domię­śnio­wego hamu­ją­cego owu­la­cję i pudełko strzy­ka­wek. Dwa opa­ko­wa­nia pla­strów. Trzy duże pudełka z krąż­kami. Wszystko to = główna kie­szeń. Kie­sze­nie zewnętrzne: wszyst­kie tam­pony O.B., jakie mi zostały, dwie latarki, dwa­na­ście bate­rii, cztery zapal­niczki i mapa = wystar­czy, żeby roz­bić obóz w Zatoce Wschod­niej i wypra­wiać się dalej.

Nie wiem, czy tam jest dużo lepiej. Widzia­łam pożary na wzgó­rzach Oakland, sza­lały bez żad­nych prze­szkód, w końcu wyga­siły je desz­cze. Chyba lepiej to wygląda bar­dziej na pół­noc, w oko­li­cach Ber­ke­ley. Może ruszę w stronę uni­werku i tam posza­bruję. A potem dalej. Na pół­noc. Z tego, co udało mi się pod­słu­chać, ludzie chcą iść na połu­dnie = ja idę na pół­noc.

Wczo­raj mała grupka. Tak bli­sko, że mnie zbu­dzili. W pierw­szej chwili spa­ni­ko­wa­łam, myśla­łam, że dostali się do domu. Szli mię­dzy budyn­kami, w końcu zatrzy­mali się w tym naprze­ciwko. Wzię­łam się w garść, pod­słu­cha­łam roz­mowę na zewnątrz.

– Na połu­dnie, na San Diego. Podobno w Mek­syku nie jest źle. Może mogli­by­śmy żyć sobie na plaży w Baja, cho­dzić na ryby.

– Może, stary. Ale musimy zna­leźć auto. Mam dość łaże­nia wszę­dzie pie­chotą, kurwa. Może na 101. znaj­dziemy coś, co jesz­cze będzie jeź­dziło.

Trzeci par­sk­nął śmie­chem.

– Nawet jakby jeź­dziło, nie dałoby się jechać. Wszystko jest zablo­ko­wane. Ale może sko­ło­wa­li­by­śmy jakieś motory. Tylko trzeba by aż pięć.

– Cztery. Suka może jechać z tyłu.

Znów śmiech. Wsłu­chi­wa­łam się w ich cich­nące kroki, wła­sne walące serce. Czyli było ich czte­rech.

I jedna kobieta. Sie­dzia­łam w szafce na ogro­dowe narzę­dzia, póki przez długi czas nie sły­chać już było niczego. Oko­lica = przez całe tygo­dnie tylko duchy, ale czas się ruszyć. Ludzie idą w dół pół­wy­spu i nie ma cudu, żeby mnie nie zła­pali na moście. Może do mariny, tam ukraść łódkę. Żaglową oczy­wi­ście. Wszystko na ben­zynę prze­pa­dło = nie będę sza­bro­wać ben­zyny, nawet jeśli oni jej aku­rat nie szu­kają. W życiu nie żeglo­wa­łam, ale to nie­da­leko. Pójdę jutro albo poju­trze. Jutro. W nocy. Muszę spier­da­lać. Spa­dać.

Suka. Pamię­tać, żeby tak mówić. Suka jedzie. Daj żar­cie, suko. Nie gadać jak baba.

Tylko mocne słowa.

Syl­wetka i postawa. Śmiech. Luz. Tylko żar­tem. Suka.

Czer­wiec

Wydo­sta­nie się z mia­sta zaj­muje mi wię­cej czasu, niż myśla­łam. Ze dwa tygo­dnie waha­nia się. Bałam się wyściu­bić nos z piw­nicy. Zja­dłam wszystko, co mia­łam. Spa­łam tylko w ciągu dnia. Słuch = pra­wie wró­cił, choć nie wiem, czy prawe ucho kie­dy­kol­wiek będzie funk­cjo­no­wało jak daw­niej. Pako­wa­łam się i roz­pa­ko­wy­wa­łam. Nie­na­wi­dzi­łam każ­dego kolej­nego dnia i pani­ko­wa­łam każ­dej nocy. Jak baba. W końcu ucie­kłam tej nocy, kiedy usły­sza­łam moto­cykl. Nowy, tunin­go­wany. Jeź­dził po uli­cach tuż przed świ­tem. Wyda­wało mi się, że rwie mi nerwy. Odje­chał na tyle daleko, że prze­sta­łam go sły­szeć. Uzna­łam, że już czas. Umo­co­wa­łam nóż i pisto­let. Zało­ży­łam ple­cak. Pie­chotą. Moja zmiana wize­runku wyszła jako tako. Jestem wysoka. W miesz­ka­niu w Mis­sion zna­la­złam pod­ko­szu­lek mode­lu­jący, który pozwala ukryć cycki. Dzięki wam, trans­we­styci z prze­szło­ści. Tro­chę za mały, strasz­nie obci­sły. Ogo­li­łam głowę.

Nie było łatwo. Zdo­by­łam bojówki i woj­skowe buty, do tego kilka luź­nych koszul i jesz­cze bluza z kap­tu­rem. Brody nie wycza­ruję. Nie zna­la­złam żad­nej w skle­pie z prze­bra­niami ani nic. Uzna­łam, że trzeba poprze­stać na bru­dze­niu jej co rano. Przed lustrem w bla­sku świecy. Łatwo nie jest.

Wyglą­dam jak młody, znie­wie­ściały facet. Ktoś w typie Joego. Muszę zacząć robić wię­cej pom­pek.

Wypro­sto­wać się, bio­dra sztywno. Nie koły­sać nimi. Stopy pła­sko. Lekko się zgar­bić. Ręce zwi­sają luźno. Nie gesty­ku­lo­wać. Wzrok wbić w zie­mię. Dło­nie zaci­skać w pię­ści. Sia­dać z roz­sta­wio­nymi kola­nami. Dosto­so­wać się. Nie prze­chy­lać głowy. Nie przy­gry­zać wargi. Prze­ry­wać. Wypra­co­wać sobie niski śmiech.


Zanim zna­la­zła żaglówkę, która nie byłaby znisz­czona ani zupeł­nie zaplą­tana, było już dobrze po wscho­dzie słońca. Czuła się okrop­nie odsło­nięta, tak nagle na zewnątrz. Myślała, że tak będzie lepiej, bo nie będzie musiała ska­kać do wody. Łódka nazy­wała się Circe i to nie brzmiało dobrze, ale nie mogła sobie przy­po­mnieć dla­czego. Obej­rzała ją uważ­nie, żeby się upew­nić, że trzyma ją tylko lina. Polu­zo­wała cumę i weszła na pokład, żeby ode­pchnąć się od nabrzeża dłu­gim kijem. Odpływ zaczął ją odda­lać od brzegu. Szło jej nie­źle.

Jasna cho­lera. To się może udać. Może to roz­pra­cuję i uda mi się poże­glo­wać wzdłuż brzegu.

To uczu­cie znik­nęło jed­nak po kilku minu­tach, kiedy stało się jasne, że nie ma poję­cia o żeglu­dze. Pokrę­ciła jakąś korbą i z prze­ję­ciem patrzyła, jak pod­nosi się żagiel. Zła­pał wiatr i pocią­gnął łódkę do tyłu. Wcią­gnęła drugi żagiel, ale zaczął tylko bez sensu łopo­tać, wcale nie przy­spie­sza­jąc sprawy. Mało jej nie wal­nął roz­pę­dzony bom i musiała mocno pokom­bi­no­wać, żeby go do cze­goś przy­wią­zać. O tym, że łódki mają stery, przy­po­mniała sobie, dopiero kiedy była na środku zatoki, dry­fu­jąc po niej bez celu. Kiedy zna­la­zła rum­pel, pró­bo­wała skrę­cić na wschód. Nawet dzia­łało, ale potem prze­stało wiać. Zaczęła się poważ­nie zasta­na­wiać nad tym, czy reszty trasy nie powinna poko­nać wpław. Łódka prze­pły­nęła pod mostem Rich­mond, sunąc rów­no­le­gle do brzegu z jakimś prą­dem. Zagu­biona na morzu.

Usły­szała wysoki jęk motoru.

Odwró­ciła się natych­miast. W jej stronę pędziła mała moto­rówka z nie­wiel­kim sil­ni­kiem zabur­to­wym. Był w niej tylko jeden męż­czy­zna. Spięła się cała.

Pod­pły­nął do jej burty.

– Hej, dokąd to niby zabie­rasz?

Wzru­szyła ramio­nami i sta­ra­jąc się mówić jak naj­niż­szym gło­sem, rzu­ciła:

– Tylko prze­pły­wam zatokę, stary.

– Trzeba było przejść przez tunel. Po co to wszystko uru­cha­miać?

Zasta­na­wiała się nawet nad tym, czy nie ruszyć tune­lem metra. Ale nie mogła znieść myśli, że się zgubi gdzieś tam pod zie­mią. Zlu­stro­wała go, kiedy jego łódź się zbli­żyła. Był drobny i schludny. Jego dło­nie na wio­słach były dłu­gie, smu­kłe, z ele­ganc­kimi pal­cami. Nie wyglą­dał groź­nie. Nawet nie pró­bo­wał.

– Myśla­łem, że będzie łatwiej. Ale pora­dzę sobie.

– Może lepiej cię prze­wiozę?

– Nie mam nic na wymianę.

Jeśli spró­buje przejść na jej łódź, zwy­czaj­nie zepchnie go za burtę. Pro­ste. Niech sobie radzi, gdy ona odpły­nie.

Zapach soli uno­sił się nad cie­płą powierzch­nią wody, ale wiatr był zimny, przej­mu­jący. Nie chciała pły­nąć wpław.

– E, spoko. Od kilku dni nie widzia­łem tu nikogo. Zwy­czaj­nie bra­kuje mi ludzi.

Zasta­na­wiała się kilka sekund i w końcu uznała, że jeśli będzie musiała się go pozbyć, rów­nie dobrze może się to stać w lep­szej łodzi. Wolała nie ryzy­ko­wać, więc nie prze­rzu­ciła ple­caka, tylko nie­zgrab­nie zeszła razem z nim po dra­bince. Łódka zachy­bo­tała się nie­po­ko­jąco. Usia­dła szybko, usi­łu­jąc ją uspo­koić.

Wycią­gnął dłoń.

– Cur­tis.

Uści­snęła ją naj­moc­niej jak potra­fiła.

– Andrew. Dokąd się wybie­rasz?

Cur­tis usiadł i znów włą­czył motor. Łódeczka pomknęła w stronę brzegu.

– Bo ja wiem? Wszy­scy zni­kają z mia­sta. W cen­trum pełno tru­pów. Niby dokąd można się wybrać?

– Ja na połu­dnie, w stronę San Diego – skła­mała. – Sły­sza­łem, że tam nie jest źle. No i mają fajne plaże.

– No. Brzmi nie­źle. – Uśmiech­nął się bez­bron­nie.

Jest nie­szko­dliwy.

Odwró­ciła twarz do wia­tru, a tym­cza­sem Oakland sta­wało się coraz więk­sze, czarne, roz­rzu­cone po nabrzeżu.

– Hej, a może popłyńmy na pół­noc w stronę mariny w Ber­ke­ley? Oakland wygląda stąd zupeł­nie do dupy.

– Jasne. – Skrę­cił na pół­noc. – To co pora­bia­łeś? Przed­tem?

Bez zasta­no­wie­nia odpo­wie­działa tak jak zawsze:

– Jestem pie­lę­gniarką.

– Serio?! Już myśla­łem, że ni­gdy w życiu nie spo­tkam pie­lę­gnia­rza.

– No tak. Trauma. Przed­tem pra­co­wa­łem jako sani­ta­riusz woj­skowy w Afga­ni­sta­nie. – Wymy­śliła to na pocze­ka­niu, spa­ni­ko­waw­szy, że tak się przed­tem zdra­dziła. Sama była pod wra­że­niem swo­jego kłam­stwa.

– O, faj­nie. Jak znaj­dziesz jakichś ludzi, przy­naj­mniej możesz powie­dzieć, że się im do cze­goś przy­dasz. Ja kodo­wa­łem dla Face­bo­oka, więc kiedy już zjem wszyst­kie puszki z żar­ciem, jakie zostały w San Fran­ci­sco, będzie po mnie.

Spoj­rzała na jego niby to dzielną minę. Naprawdę się sta­rał, ale nie uda­wało mu się ukryć prze­ra­że­nia.

– Ludzie się adap­tują – powie­działa.

– Zoba­czymy, czy mnie się uda. Tego wła­śnie szu­kasz? Ludzi?

Wzru­szyła ramio­nami.

– Nie wiem, czy to naj­lep­szy pomysł.

Zamilkł. Uznała to za znak, że podziela jej zda­nie w tej kwe­stii.

Po minu­cie wresz­cie to wydu­kał:

– Słu­chaj… a może mógł­bym pójść z tobą? Zawsze we dwóch raź­niej. Mogę stać na war­cie i poma­gać ci szu­kać jedze­nia. Znam się na maszy­nach i kie­run­kach. Co ty na to?

Cho­lera. Powin­nam była to prze­wi­dzieć.

Dotąd była zupeł­nie opa­no­wana i gotowa spo­koj­nie olać tego faceta, a jed­nak to pyta­nie tra­fiło ją w samo serce. Przy­po­mniało jej się, jak Chic­ken ją odtrą­cił. Nie potra­fiła spoj­rzeć mu w twarz. Zer­k­nęła na niego kątem oka. Miał minę małego chłopca, który bar­dzo się stara nie roz­pła­kać.

– To chyba nie naj­lep­szy pomysł. Ale znaj­dziesz jakichś ludzi. Na pewno.

Już nie­mal byli w mari­nie. Zarzu­ciła ple­cak na plecy, a on pod­pły­nął bli­sko dra­binki wiel­kiej żaglówki, żeby mogła się po niej wspiąć. Zro­biła to i spoj­rzała na niego z góry.

– Dobra. W takim razie będę już wra­cał.

Coś się w niej zała­mało. Zdjęła ple­cak i zaczęła szu­kać w nim cze­goś, co mogłaby dać Cur­ti­sowi, skoro nie chciała pozwo­lić, by do niej dołą­czył.

– Masz. – Rzu­ciła mu spięty recep­turką zapas anty­bio­ty­ków. – Nie zgub. Mogą ura­to­wać ci życie.

Zła­pał je i na nią spoj­rzał.

– Hej, dzięki. Powo­dze­nia!

Odpły­nął. Nie potra­fiła sobie wyja­śnić, dla­czego mu je dała. Po pro­stu musiała mu coś dać. Przy­po­mniały jej się te jego dłu­gie, smu­kłe dło­nie i nie­winna twarz. Był nie­szko­dliwy.

Mogła mu pomóc, adop­to­wać go, ale nie zdo­łała się zmu­sić do pod­ję­cia tego ryzyka. Miała nadzieję, że znaj­dzie kogoś, kto go przy­gar­nie. Kto go ura­tuje.

Powo­dze­nia.

Prze­spała się w ładowni żaglówki, w któ­rej nie było jedze­nia, za to sześć kilo mari­hu­any. Czuła jej ole­isty smród i zasta­na­wiała się, czy tro­chę sobie nie wziąć. Mogłaby się przy­dać na wymianę, choć naćpa­nie się było teraz bez­na­dziej­nym pomy­słem. Kiedy zro­biło się ciemno, stwier­dziła, że ma dość tego smrodu, i wyszła, żeby dotrzeć na uni­wer­sy­tet. Obej­rzała się na łódź ze świa­do­mo­ścią, że już ni­gdy na nią nie wróci. Mogłaby ją pod­pa­lić. Mogłaby spa­lić całą marinę. Noc była jasna, chłodna. Myśl poja­wiła się i znik­nęła.

Nie miała latarki, ale księ­życ był pra­wie w pełni. Cen­trum wyglą­dało w więk­szo­ści na nie­na­ru­szone, a uni­wer­sy­tet spra­wiał wra­że­nie, jakby cał­kiem długo się trzy­mał, kiedy wszystko inne się waliło. W aka­de­miku okna były ciemne, z wielu zwi­sały trans­pa­renty ze slo­ga­nami pro­te­stu­ją­cymi prze­ciwko zamknię­ciu uczelni i kwa­ran­tan­nie. Na jed­nym ktoś dopi­sał: „3 w środku. Pro­simy o pomoc”. Cie­kawe, czy na­dal tam są, czy też może pomoc nade­szła. Na pię­trze nad sta­rym cegla­nym pubem zami­go­tały świa­tełka. Odda­liła się od niego ostroż­nie, obe­szła go sąsied­nią ulicą. Cof­nęła się i w końcu dotarła do głów­nej bramy uczelni, a potem skrę­ciła. Budy­nek, któ­rego szu­kała, był zabity deskami, ale pod­wa­żyła je i weszła do środka.

W Ber­ke­ley

Teraz w kli­nice uni­wer­sy­tec­kiej. Od kilku dni. Paleta bute­lek z wodą plus całe pudła bato­ni­ków z musli i baka­liami. A do tego wię­cej środ­ków anty­kon­cep­cyj­nych, niż kie­dy­kol­wiek widzia­łam.

Nabra­łam, ile się dało. Tysiące dawek = wszystko gotowe.

Czer­wiec

Naprawdę się udało. Nie byłam pewna, czy coś z tego będzie, ale dziś to zro­bi­łam.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...