Fragment książki

17 minut czytania

Często najgłośniej chwali się ten, kto ma najmniej osiągnięć.

- KHOAM, Analiza Publicznych Historii Imperialnych


Leto Atryda przebywał daleko od domu i nie chciał tu być, ale skoro Imperator zaprosił wszystkich członków Landsraadu, musiał się stawić. Był głową wysokiego rodu, władcą pięknego Kaladanu i dalekim krewniakiem Szaddama. Jego nieobecność zostałaby zauważona.

Na szczęście nie wymagało to podróży na Kaitaina, jarmarczny i hałaśliwy świat stołeczny. W sercu Imperium nie było po prostu miejsca na ekstrawagancki nowy pomnik, jaki Szaddam sobie wymyślił, musiał więc wybrać planetę, o której nikt nie słyszał. Potrzebował miejsca, gdzie jego osiągnięcia naprawdę rzucałyby się w oczy, a Otorio się do tego nadawało.

Gdy liniowiec Gildii znalazł się nad planetą, na której powstawało nowe muzeum, Leto siedział niecierpliwie w jachcie kosmicznym Atrydów przewożonym przez ten gigantyczny statek. W podróży towarzyszyli mu pilot i kilku służących, ale książę wolał przesiadywać samotnie w swojej kabinie. Miał długie, ciemne włosy, przenikliwe szare oczy i orli nos. W jego postawie widać było pewność siebie, której nie umniejszy przepych nowego kompleksu muzealnego.

Po wejściu liniowca na orbitę wokół planety statki spoczywające w jego przepastnych lukach ustawiły się w kolejce, by wylecieć stamtąd w odpowiednim porządku. Otorio było niepozornym światem, zapomnianym na setki lat przez podróżników, biznesmenów, kolonistów i imperialnych audytorów. Rustykalna planeta, czysta i spokojna, stanowiła cichą zatoczkę na wzburzonym oceanie imperialnej polityki.

Teraz stała się jednak siedzibą olbrzymiego kompleksu upamiętniającego dziesięć tysięcy lat panowania Corrinów. Fakt, że nie było na niej niczego innego godnego uwagi, oznaczał, iż muzeum Szaddama będzie najbardziej okazałym miejscem na całym tym świecie. Leto dobrze znał sposób myślenia Imperatora.

Wielu szlachciców starałoby się zwrócić na siebie uwagę władcy, by powiększyć majątek lub wpływy albo pognębić rywali, ale nie Leto. Miał duże posiadłości, stabilną władzę, a podczas wcześniejszych spotkań zdążył już przyciągnąć uwagę Szaddama IV na dobre i na złe. Nie musiał niczego udowadniać, ale spełni swój obowiązek i weźmie udział w otwarciu muzeum.

Chcąc zaskarbić sobie względy Imperatora, w pielgrzymkę na Otorio wyruszyła tak liczna rzesza wielmożów, że minie wiele godzin, nim z liniowca wylecą wszystkie statki, a jacht Atrydów nie był na przodzie kolejki.

Od wylotu z Kaladanu Leto starał się zabijać czas, pracując w swojej kabinie, studiując raporty z połowów ryb księżycowych, liczbę łodzi straconych podczas niedawnego tajfunu oraz świetne wyniki szkolenia fizycznego i mentalnego swego syna Paula. Liniowiec leciał od jednego układu gwiezdnego do drugiego, zabierając pasażerów z różnych planet, ponieważ żadna nie miała bezpośredniego połączenia z tak mało znaczącym światem jak Otorio. Szaddam zamierzał to zmienić.

Czekając na swoją kolej, Leto włączył ekran na ścianie, by przyjrzeć się leżącej w dole planecie. Oceany i zielono-brązowe lądy zasnuwały chmury. Ogromny kompleks wznoszony przez Szaddama musiał spowodować zasadnicze zmiany na tym spokojnym świecie. Na Otorio napłynęły ekipy budowlane i całkowicie przekształciły jedyne duże skupisko ludności. Niezliczone kilometry kwadratowe pokryto brukiem. Pojawiały się coraz to nowe pomniki i posągi; kompleksy rządowe, centra rozrywkowe, wystawy interaktywne i audytoria wykwitały niczym algi w morzu. Każdy z wielkich amfiteatrów mógł pomieścić sto tysięcy widzów, a działo się to na świecie, który – jak czytał Leto – według spisu ludności wcześniej liczył niespełna milion mieszkańców.

Przez interkom dobiegł głos jego osobistego pilota.

- Mój panie, nasz statek jest teraz czwarty w kolejce. Wkrótce wylecimy.

Mężczyzna mówił z prowincjonalnym akcentem z Kaladanu. Leto zrobiło się cieplej na sercu, gdy uświadomił sobie, że dla niego i dla kilku innych członków załogi, wybranych spośród miejscowych, którzy nie mieli wielu okazji, żeby wychylić nos poza świat ojczysty, ta podróż była przygodą, wyprawą życia.

- Dziękuję, Arku – powiedział, demonstracyjnie zwracając się do niego po imieniu. Wyłączył interkom i usadowił się wygodnie na miękkim skórzanym siedzeniu.

Patrząc przez iluminator, pomyślał, że powinien był wziąć ze sobą Paula. Lady Jessika nie miała upodobania do podróży kosmicznych ani do dworskiej polityki, za to ich czternastoletni syn, jego duma, był inteligentny i ciekaw wszechświata. Mimo to książę postanowił nie zabierać rodziny na wydarzenie, które na pewno będzie nudną ceremonią, zorganizowaną tylko po to, by podnieść prestiż Imperatora.

Jednak niedługo nie będzie już mógł trzymać Paula z dala od imperialnej polityki. Leto cieszył się popularnością w Landsraadzie, a ród Atrydów, chociaż władał tylko jedną planetą, miał duże wpływy. Wiele rodów, których przedstawiciele zasiadali w Landsraadzie, chętnie spowinowaciłoby się z Atrydami przez małżeństwo, a czternastoletni Paul wchodził w odpowiedni wiek…

Leto przyglądał się, jak dwa statki przed nim odrywają się od stanowisk postojowych i wylatują przez wielkie wrota luku liniowca. Niektóre jednostki były nijakie, może nawet zostały wypożyczone na tę okazję przez biedniejsze rodziny czy niskie rody, inne natomiast pyszniły się barwami i herbami Mutellich, Ekazów, Bonnerów, Ouardów i pozostałych wielmożów.

Jeszcze jeden statek zanurzył się w rzadkich chmurach, po czym jacht Atrydów uwolnił się z zacisków dokujących. Zamruczały silniki dryfowe. Leto trzymał się mocno poręczy fotela, gdy jacht przelatywał przez orbitalne drogi podejścia, schodząc ku górnym warstwom atmosfery.

- Może trochę trząść, mój panie – zakomunikował Arko. – Na naszej drodze jest wiele przeszkód, porzuconych szaland i naczep do transportu materiałów budowlanych. Wieża kontrolna na Otorio stale zmienia nasz kurs.

Leto wyjrzał przez iluminator i zobaczył wraki dryfujące chaotycznie po orbitach wokół planety.

- Dziwię się, że Szaddam nie kazał ich usunąć – powiedział.

- Były opóźnienia w budowie, wasza wysokość. To naczepy do przewozu ciężkiego sprzętu i zaopatrzenia. Przypuszczam, że puste. Prawdopodobnie Imperator nie mógł się ich pozbyć przed uroczystościami ze względów finansowych.

- Szaddam za nic nie przełożyłby ceremonii na bardziej odpowiedni termin – mruknął do siebie Leto, a głośno rzekł do interkomu: – Polegam na twoich umiejętnościach.

- Dziękuję, mój panie.

Książęcy jacht kluczył między wolno obracającymi się obiektami, które zaśmiecały drogi podejścia.

Z wnętrza liniowca wyłaniały się kolejne statki z przedstawicielami wysokich rodów, którzy mieli podziwiać nowy kompleks muzealny Imperatora. Leto złoży mu należne uszanowanie i wyrazi uznanie dla długiej historii osiągnięć Corrinów. Pokaże się i spełni swój obowiązek jako wierny poddany.

- Tylko postaraj się o miękkie lądowanie, Arku – powiedział do interkomu – i trzymaj jacht w gotowości do odlotu. Chciałbym wrócić do domu, jak tylko uda mi się znaleźć jakąś rozsądną wymówkę.

Całym sercem był ze swym ludem na Kaladanie, jego sprawy były dla niego najważniejsze.

- Będę miał czas kupić podarunek dla mojej ukochanej, wasza wysokość? I upominki dla siostrzeńców? – W głosie pilota słychać było rozczarowanie.

Leto uśmiechnął się pobłażliwie. Był pewien, że pozostali członkowie załogi i służba czuli się tak samo.

- Oczywiście. Wątpię, by jakaś część tej ceremonii przebiegła szybko.

Podczas gdy statek sunął łagodnie ku powierzchni planety, książę patrzył na geometryczny kompleks nowego muzeum imperialnego, który obejmował wiele kilometrów kwadratowych wysokich budynków, szerokich bulwarów, placów i pomników. Wyglądało to tak, jakby przeniesiono tu przez galaktykę kawał kaitaińskiej metropolii.

Arko sprowadził jacht na priorytetowe lądowisko przylegające do nowego Monolitu Imperialnego. Niezwykła wieża miała kształt wąskiego klina, szerszego u góry, a dolnym końcem posadowionego w stanie delikatnej równowagi pośrodku centralnego placu. Niektórzy twierdzili, że z oddali wygląda jak kolec wbity w serce Otorio.

Pilot i załoga byli tak oszołomieni wspaniałością tego miejsca, że niewątpliwie przez resztę życia będą o nim opowiadali w kalijskich tawernach. Leto z lekkim uśmiechem dał im nieco funduszy do swobodnej dyspozycji, by mogli kupić pamiątkowe błyskotki, i pozwolił zwiedzić miasto. Przyjęli to z wdzięcznością i oddalili się, a on zabrał się do wypełniania swoich obowiązków.

Gdy wynurzył się z jachtu, musiał stawić czoło natłokowi wrażeń zmysłowych. Przybywająca na uroczystość szlachta, wystrojona w bajecznie kolorowe szaty i obwieszona błyszczącymi klejnotami, paradowała z wielkimi orszakami, starając się wyglądem podkreślić swoje dostojeństwo. By zwrócić na siebie uwagę, ambitni wielmoże nadymali się jak pawie, kroczyli dumnie i tylko nieliczni raczyli zaszczycić ponownym spojrzeniem księcia Kaladanu w nierzucającym się w oczy ubiorze. Świadom reputacji, jaką cieszył się ród Atrydów, Leto ignorował to lekceważenie. Nie musiał wykazywać swego znaczenia i bogactwa.

Mimo że był księciem, wtopił się w tłum. Często tak samo postępował u siebie i cieszył się kilkoma godzinami swobody, przechadzając się nierozpoznany między poddanymi. Teraz zanurzył się samotnie w rozległą plątaninę ulic, fontann, posągów, obelisków i muzealnych galerii.

Ulice patrolowali funkcjonariusze sił bezpieczeństwa w szkarłatnych i złotych barwach Corrinów. Towarzyszyli im groźni sardaukarzy, żołnierze budzących strach elitarnych oddziałów Imperatora. Ich obecność wydała się Leto interesująca. Sardaukarów używano tylko do zadań specjalnych, więc fakt, że Szaddam ich tutaj skierował, świadczył o wadze tej gali. Na Kaitainie od wieków obowiązywały ustalone procedury bezpieczeństwa, natomiast ta planeta była czystą tabliczką, więc pokaz siły nie był niczym dziwnym.

Leto ruszył pewnym krokiem szerokimi bulwarami, na których z wielopoziomowych fontann tryskała woda i buchały kłęby pary, a szklane pryzmaty rozszczepiały światło słoneczne na wielobarwne tęcze. Ogromne posągi dawnych imperatorów przedstawiały ich jako przystojnych i mężnych władców. Polerowane tablice na cokołach opisywały zasługi każdego z nich.

Corrinowie, którzy wzięli swe nazwisko od bitwy pod Corrinem, byli od końca Dżihadu Butlerowskiego, czyli od dziesięciu tysięcy lat, dominującą dynastią. Wprawdzie zdarzały się w tym czasie okresy interregnum, zamachy stanu i tymczasowe rządy innych rodów, ale zawsze powracali do władzy jacyś ich potomkowie, przejmując ją dzięki wżenieniu się w ród rządzący, w wyniku krwawej wojny domowej albo zrządzeniem losu. Budując to miasto, Szaddam chciał zapewnić sobie i swoim przodkom wieczną pamięć wszystkich poddanych.

Leto przystanął przed trzymetrową metalową statuą ojca Szaddama, „mądrego i dobrotliwego” Elrooda IX. Zmarszczył brwi na widok napisu na płytce, bo wiedział, że stary Elrood był drażliwym i mściwym człowiekiem i sam Szaddam go nienawidził. Ojciec Leto, książę Paulus Atryda, walczył podczas rebelii Ekazów po stronie Elrooda, ale zraziły go jego niegodziwe uczynki.

Leto szedł przez rozległy kompleks, na wpół oślepiony nadmiarem widoków i na wpół głuchy od panującej tam wrzawy świętującej ciżby. Tłum składał się całkowicie ze szlachty i wysokich urzędników, którzy dostali upragnione zaproszenia na tę wielką galę. Wyobrażał sobie, jak Paul rozkoszowałby się tymi wszystkimi nowymi doznaniami.

Po godzinie, znużony tym spektaklem, zaczął się rozglądać za jakimś spokojnym miejscem, gdzie mógłby odpocząć przed audiencją u Imperatora. Skręcił za największy posąg koło podstawy Monolitu Imperialnego – piękną, podobną do madonny postać Sereny Butler tulącej do piersi niemowlę, którego męczeńska śmierć wywołała straszną wojnę z myślącymi machinami. Spomiędzy kamiennych płyt przed posągiem wyrastało krzepkie drzewo oliwne o poskręcanych gałęziach. Umieszczona obok plakietka wyjaśniała, że jest ono ostatnią pozostałością gaju, który do niedawna porastał cały ten teren. Teraz wszystko pokrywał bruk.

Za posągiem Sereny Leto dostrzegł tylne wejście do jednego z budynków muzealnych. Wielki monument zasłaniał labirynt zaułków i wejść dla służby. Pewien, że nikt nie zwróci na niego uwagi, Leto wślizgnął się w cień okapów chroniących przed jasnym światłem słonecznym. Unosząca się nad placem woń sztucznej mgiełki i perfum ustępowała tutaj zapachom ciepłych wyziewów generatorów, śmieci i potu robotników.

Dał nura w zadaszone wejście i trafił na zamknięte drzwi. Był sam. Panująca wokół cisza wydawała się westchnieniem ulgi. Oparłszy się o mur, sięgnął do kieszeni i wyjął rolkę ciasno zwiniętej szigastruny oraz kieszonkowy odtwarzacz kryształów. Uśmiechnął się, włączając nagranie.

Obraz drgał, po czym nabrał ostrości. Leto patrzył z zadowoleniem na piękną lady Jessikę, swoją konkubinę, kochankę i matkę swojego syna. Była w niebieskiej sukni, miała na szyi sznur pereł z raf na kaladańskim wybrzeżu, wysoko zaczesane włosy upięła szpilkami i rzeźbionymi grzebieniami z muszli, które podkreślały zieleń jej oczu.

Z nagrania popłynął jej głos, który brzmiał jak muzyka, zwłaszcza po hałasie wypełniającym muzeum.

- Leto, przyrzekłeś, że tego nie obejrzysz, dopóki nie dotrzesz na Otorio. Dotrzymałeś obietnicy? – spytała z nutą przekory.

- Tak, kochana – odparł głośno, bo w pobliżu nie było żywego ducha.

Wydęła zmysłowe usta i musnęła dłonią ozdobny grzebień. Dobrze znała księcia.

Jednym z powodów, dla których nie towarzyszyła mu w tej podróży, był fakt, iż nie była jego żoną, tylko konkubiną, i z przyczyn politycznych tak musiało pozostać. Teoretycznie Leto był gotów do ożenku, ale pogodził się z myślą, że nigdy do niego nie dojdzie. Nie po tym, co się stało…

Skrzywił się z bólu na wspomnienie swego niedoszłego ślubu z Ilesą Ekaz. Tyle krwi… tyle nienawiści. Jako szlachcic i członek Landsraadu musiał zachowywać pozory, że wciąż jest kawalerem do wzięcia, ale postanowił, że już nigdy nie zwiąże się węzłem małżeńskim. Musiał zapewnić Jessice bezpieczeństwo. Nie żeby ze swoimi umiejętnościami Bene Gesserit nie potrafiła sama się obronić…

Na holograficznym nagraniu Jessika nadal mówiła, ale to nie słowa, lecz sam jej głos był dla niego przekazem. Tylko to chciał usłyszeć. Głęboka miłość do niej była jego słabością, której nie mógł pozwolić nikomu dostrzec.

- Wróć do mnie bezpiecznie – powiedziała. – Czekamy na ciebie, Kaladan i ja też, mój książę.

- Moja pani. – Uśmiechnął się, gdy nagranie się skończyło i drgający obraz zniknął. Czerpał od niej energię, bardzo potrzebną przy zobowiązaniach i manewrach politycznych, którym musiał teraz stawić czoło.

Zanim wyszedł z osłoniętego przedsionka, w wąskie przejście służbowe wpadł jakiś mężczyzna. Miał na sobie ciemnoszary roboczy kombinezon, pas z narzędziami, a na ramieniu luźno zarzucony plecak. Wiedząc, że znajduje się w miejscu, gdzie nie powinny przebywać osoby postronne, Leto przygotował się do przeprosin za to, że tu wtargnął, chociaż wątpił, by jakiś robotnik ośmielił się upomnieć szlachcica.

Jednak obcy go nie zauważył. Wcisnął się w kąt i rozglądając się, zdjął plecak. Instynkt kazał Leto zachować ostrożność i pozostać w cieniu. Coś tu było nie tak. Ten człowiek nie zachowywał się jak zmęczony robotnik wykonujący żmudną codzienną pracę; jego ruchy wydawały się ukradkowe.

Leto wyłączył zasilanie odtwarzacza kryształów, by nie pojawiła się ponownie wiadomość od Jessiki.

Robotnik zanurzył ręce w plecaku i wyjął cienki kryształowy wyświetlacz, do którego podłączył urządzenie transmisyjne. Leto nie widział dokładnie, co tamten robi; dostrzegł tylko, że wywołuje na ekranie obrazy – mapy orbit, falujące krzywe i jasno świecące, czerwone i zielone punkciki. Mężczyzna pochylił się nad transmiterem i coś do niego powiedział. Leto udało się posłyszeć tylko „aktywować… systemy… czekać”.

Podejrzany osobnik dotknął rogu ekranu i Leto zobaczył z daleka zdjęcia porzuconych na orbicie szaland i kontenerów. W wielkich ciemnych kadłubach nagle zamrugały światła.

Obcy zgasił pstryknięciem ekran i wepchnął urządzenie z powrotem do plecaka. Zaniepokojony Leto wyłonił się z niszy.

- Hej, ty tam! Stój!

Robotnik rzucił się do ucieczki, a Leto pobiegł za nim. Ścigany skręcił ostro w boczny korytarz, prześlizgnął się między stosami skrzyń, pochylił się i przemknął pod niskim zawieszeniem. Jeden zakręt, drugi, labirynt dróg dostawczych. Leto pędził za nim, omijając śmieci, wzywając go do zatrzymania się i starając się go nie zgubić w tym rozgardiaszu, aż w końcu wypadł z powrotem na gwarną ulicę.

Oślepiło go jasne słońce Otorio, z głośników rozbrzmiewała metaliczna muzyka. Jej dźwięki i hałas tłumu osłabiły jego krzyki. Wydawało mu się, że podejrzany osobnik skręcił w lewo i pomknął jak strzała.

Leto puścił się za nim. Wiedział, że w kompleksie jest wielu funkcjonariuszy sił bezpieczeństwa, nie wspominając już o sardaukarach, więc krzyczał, starając się przyciągnąć ich uwagę. Podniósł rękę, rozglądając się za wszechobecnymi patrolami, ale widział tylko kolorowo ubranych uczestników gali.

Gdy krzyknął jeszcze raz, odnalazł go oddział straży miejskiej. Odziani w czerwień i złoto strażnicy eskortowali napuszonego urzędnika, który podszedł do niego dostojnym krokiem.

- Książę Leto Atryda z Kaladanu – powiedział przybyły grzmiącym głosem, który przebił się przez kakofonię dźwięków na wielkim placu.

Leto obrócił się do niego.

- Tak. Muszę donieść…

Urzędnik przerwał mu z wyćwiczonym uśmiechem:

- Szukamy waszej wysokości od wylądowania jachtu. – Podał mu wysadzaną kamieniami szlachetnymi tuleję pocztową i skłonił się z szacunkiem. – Wasza wysokość może zachować to osobiste zaproszenie na pamiątkę dla przyszłych pokoleń na Kaladanie. – Odchrząknął i wyrecytował: – Najjaśniejszy Pan Padyszach Imperator Szaddam IV oczekuje waszej wysokości na specjalnej audiencji w Monolicie Imperialnym. Proszę za mną. – Wydawał się zdumiony, że Leto nie przejawia zachwytu. – Natychmiast.

***

Historia jest narzędziem, którego należy używać, bronią, z której trzeba korzystać. Przeszłość musi być podporządkowana potrzebom Imperium; jeśli tak nie jest, oznacza to, że Imperator nie wywiązuje się ze swoich obowiązków.

- Imperator Fondil III Łowca, Poufne wskazówki, jak rozwijać Archiwum Imperialne na Kaitainie


Szaddam IV z założonymi z tyłu rękami upajał się roztaczającym się z najwyższego piętra Monolitu widokiem wspaniałego kompleksu muzealnego Corrinów jak winem z dobrego rocznika. Obrócił się z uśmiechem zadowolenia do stojącego obok niego mężczyzny o lisiej twarzy.

- Ludzie wydają się stąd bardzo mali, Hasimirze.

Hrabia Hasimir Fenring uniósł krzaczaste brwi i podobnie jak Imperator przyjrzał się imponującym placom i pomnikom.

- A więc lubisz patrzeć na ludzi z góry… hmm?

Mówił nosowym głosem i miał irytujący nawyk kończenia zdań monosylabami albo chrząknięciami.

Plazmowe okno było przezroczyste jak powietrze. Na lądowisku obok placu centralnego spoczywały srebrne sylwetki statków kosmicznych wielu szlachciców.

- Lubię przyglądać się moim poddanym z daleka. Taki punkt widzenia zapewnia mi obiektywne spojrzenie.

Szaddam zachwycał się monumentalnymi posągami swoich przodków. Wyglądali jak tytani, którzy zebrali się w mieście. Gdy rozejdzie się wieść o jego wspaniałości, Otorio stanie się celem wypraw niezliczonych rzesz podróżników. Będą tu napływały tłumy turystów, by składać uszanowanie i napełniać pieniędzmi skarbiec planety, a zatem skrzynie Corrinów. Wkrótce może Gildia Kosmiczna uruchomi nawet bezpośrednie połączenie z Kaitainem.

- Przynieśliśmy cywilizację do tej zapadłej dziury – rzekł Imperator. Nie posiadając się z zadowolenia, odchrząknął z głębi gardła, ale zaraz zdał sobie sprawę, że wydaje taki sam denerwujący odgłos, jaki często dobywa się z ust Fenringa. – Dokonaliśmy tu wielkiej rzeczy.

Fenring, mężczyzna mikrej postury, ale wielkiej siły i bystrości umysłu, był w latach chłopięcych przyjacielem Imperatora i nadal pozostawał jego najbardziej zaufanym doradcą w skomplikowanych sprawach. Piastował też jedno z najbardziej wpływowych stanowisk w rządzie – imperialnego obserwatora do spraw przyprawy na Arrakis. Niedostatki urody i grube rysy twarzy rekompensował sobie drogimi ubiorami: wielkimi kołnierzami z falbankami i koszulami z mankietami spinanymi dużymi niebieskimi kamieniami szlachetnymi. Jego zwinne i niespokojne palce zdobiły złote i platynowe pierścienie.

- Tak, hmm, cieszę się, że ponownie odkryłem tę planetę, Najjaśniejszy Panie, ale nadal dręczy mnie, dlaczego przez tak długi czas trzymała się na uboczu. – Hrabia pociągnął podejrzliwie nosem. – Wciąż to badam. Przypuszczam, że nieprzypadkowo pomijano Otorio w dokumentach. Miejscowi, aach, nie kwapią się do udzielania informacji. Albo nic nie wiedzą o poprzednich władcach planety, albo celowo coś zatajają.

Szaddam wzruszył ramionami.

- Teraz to nieważne. Od tej pory Otorio będzie wiecznie znane jako siedziba Wielkiego Muzeum Corrinów.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności ekscentryczny – a po prawdzie nieudany – mentat Grix Dardik natknął się w starych kartotekach imperialnych na umieszczoną w niewłaściwym miejscu wzmiankę o Otorio. Mieszkańcy tej planety nie mieli nawet władcy niskiego rodu, który reprezentowałby ich w Landsraadzie. Nie udzielali się w polityce Imperium, nie uczestniczyli w żadnym spisie powszechnym i od pokoleń nie płacili podatków. Dardik poinformował o tym odkryciu hrabiego Fenringa, jedyną osobę, która tolerowała jego obecność, a ten z kolei doniósł o tym Szaddamowi. Imperator zaanektował Otorio jednym pociągnięciem ozdobnego pióra i wybrał je na siedzibę swego bajecznego muzeum.

Do mężczyzn podeszła z szelestem diamentowo tkanych spódnic, adamaszkowego gorsetu i przetykanej krwiowłóknami bluzki nowa Imperatorowa Aricatha i prześlizgnęła się między nimi do szerokiego okna widokowego.

- Szaddamie, Najjaśniejszy Panie – powiedziała ze słodkim, szczerym uśmiechem.

Była jego szóstą i najnowszą żoną, poślubioną bardzo krótko po śmierci rozczarowującej, nijakiej Firenzy Thorvald, miernej partnerki politycznej i bardzo kiepskiej małżonki. Śliczna Aricatha miała wciąż powab świeżości i Szaddam częściej gościł w jej łożu niż u swoich konkubin.

Jej pełne usta umalowane były na ciemnokasztanowo, a zęby równe i doskonałe jak perełki.

- Jesteś niedobrym gospodarzem, mój drogi. Odejdź od okna. Ci ludzie przyjechali tu na twój rozkaz, żeby cię zobaczyć.

- Przyjechali tu po to, żebym to ja ich zobaczył. – Zerknął na kłębiące się w sali audiencyjnej tłumy. – Równie dobrze mogę obserwować ich stąd.

Fenring zachichotał.

- Szaddam ma rację, moja piękna Imperatorowo, ale ty też, mm… aach? Najjaśniejszy Panie, intrygi możemy knuć w dowolnej chwili. Może dzisiaj powinniśmy pozwolić im okazywać ci cześć i cię adorować? To się nieczęsto zdarza, hmm?

Szaddam zmarszczył brwi.

- Obrażasz mnie, Hasimirze, czym wiele ryzykujesz.

- Dobrze jest czasem usłyszeć prawdę. Mówię szczerze, ale tylko wtedy, gdy nie ma nikogo innego, kto by mógł to usłyszeć.

- Ależ ja cię słyszę, hrabio Fenringu – powiedziała Imperatorowa z melodyjnym śmiechem. – Nie martw się, nikomu nie powiem. Jesteśmy zjednoczeni w czynieniu tego, co najlepsze dla Imperium.

Śmiała wypowiedź Aricathy zdumiała zarówno Fenringa, jak i Szaddama. Miała naprawdę olśniewającą urodę: granatowoczarne włosy, które chłonęły światło, gładką, jasnokremową skórę i duże, czarne jak gagat i obsydian oczy. Dotrzymywała Szaddamowi towarzystwa, kiedy tego chciał, i była na tyle mądra, by mu się nie narzucać, kiedy pragnął samotności. Fenring uważnie ją obserwował i ostrzegał Szaddama, że może nim na różne sposoby manipulować. Rzekł mu kiedyś: „Gra na tobie, Najjaśniejszy Panie, nie jak na instrumencie, ale jakby dyrygowała całą orkiestrą”.

Szaddam puszczał to mimo uszu, bo uważał się za osobę niepodatną na żadne manipulacje. I bynajmniej nie miał nic przeciwko temu, by Aricatha przebiegała palcami po jego skórze, bo czerpał z tego ogromną przyjemność.

Imperatorowa ujęła go pod ramię i ruszyli przez rozległą salę audiencyjną, która zajmowała całe najwyższe piętro Monolitu Imperialnego. Powiodła go na jej środek, jakby chciała wystawić go na pokaz.

Otworzyły się metalowe drzwi szybkiej windy i wysypał się z niej tłum szlachetnie urodzonych gości w barwnych szatach z herbami prominentnych członków Landsraadu. Z windy, która w ciągu kilku sekund wyniosła ich na szczyt Monolitu, pozwalano korzystać tylko osobom zaproszonym na tę specjalną audiencję.

Fenringowi niezbyt zależało na pojawianiu się na widoku publicznym, więc Szaddam się nie zdziwił, widząc, że wtapia się on w ciżbę rozgadanej szlachty.

Goście oglądali wspaniałe eksponaty i gabloty, a krążąca wśród nich służba roznosiła tace z napojami i egzotycznymi delikatesami. Na widok Imperatora rozpromienili się i ćwiczonymi wcześniej przez wiele godzin postawami wyrażali mu cześć i szacunek. Ruszyli ku niemu falą, ale zatrzymała ich Aricatha i przedstawiała po kolei, recytując z pamięci ich nazwiska i rody, z których pochodzili. Szaddam obdarzył żonę wdzięcznym spojrzeniem, będąc pod wrażeniem jej umiejętności towarzyskich. Szlachcice uśmiechali się promiennie, mile połechtani tym, że nawet jeśli nie poznał ich sam Padyszach Imperator, to przynajmniej piękna nowa Imperatorowa.

Z tłumu wystąpił oficer sardaukarów w nienagannie wyprasowanym mundurze. Emanowały z niego siła i kompetencja. Zadowolony z przerwania monotonii Szaddam przeniósł na niego uwagę.

- Chcesz o czymś zameldować, pułkowniku baszarze Kolona?

Oficer odparł spokojnym, pewnym siebie szeptem:

- Sprawdziliśmy wszystkich gości jak najdokładniej. Możesz, Najjaśniejszy Panie, spokojnie udzielać audiencji. Jesteś bezpieczny.

Szaddamowi nawet nie przyszło do głowy, że mając wokół tylu funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa i tyle imperialnego wojska w mieście, mógłby nie być bezpieczny. Odprawił oficera, po czym obrócił się do następnej osoby, która podeszła złożyć mu uszanowanie.

Tego gościa Imperatorowa nie musiała przedstawiać, bo od razu go rozpoznał.

- Arcyksiążę Armand Ekaz – powiedział. Wyciągnął do niego rękę, ale niezdarnie ją opuścił na widok pustego rękawa przypiętego do piersi arcyksięcia, pamiątki po ramieniu odciętym podczas krwawego zamachu w dniu niedoszłego ślubu jego córki z księciem Leto Atrydą. – Miałeś spokojny i udany rok? Ile to czasu minęło od… – Nie mógł oderwać wzroku od pustego rękawa.

- Rok, miesiąc i kilka dni, Najjaśniejszy Panie – odparł arcyksiążę. Wyglądał, jakby postarzał się o więcej niż rok, odkąd Szaddam ostatnio go widział.

Imperator odchrząknął i postarał się powiedzieć coś podtrzymującego na duchu.

- To była naprawdę straszna zbrodnia, ale kłopoty z Grummanem już się skończyły. Nie został tu zaproszony nawet najdalszy krewny rodu Moritanich.

- Rodu Moritanich już nie ma, Najjaśniejszy Panie. Zajęto się nim. Dziękuję Waszej Miłości i Imperium za oddanie mi w lenno ich planety, chociaż tamtejsze zasoby wystarczają zaledwie na jej utrzymanie.

Szaddam cmoknął.

- Każda planeta zwiększająca stan posiadania rodu Ekazów podnosi waszą pozycję w Landsraadzie, prawda?

- Tak, Najjaśniejszy Panie – przyznał arcyksiążę, ale ton jego głosu świadczył, że nie jest całkowicie zadowolony. – Mam wobec ciebie dług wdzięczności.

Kilka kroków dalej Szaddam widział innych wielmożów, niecierpliwie czekających na to, by skąpać się w blasku chwały bijącym od Imperatora. Musiał do nich podejść.

- Postaramy się znaleźć jakąś inną, niewyeksploatowaną planetę, którą dodamy do twoich włości. W Imperium są miliony światów i żaden nie pozostaje niezauważony. – Rozpostarł ręce. – Na przykład Otorio. Tutejsi ludzie od stuleci nie mieli nad sobą żadnego rodu panującego. Jeśli są inne podobne planety, taki szlachcic jak ty mógłby je dobrze wykorzystać z pożytkiem dla Imperium.

Ekaz się skłonił, ale nie uśmiechnął.

- Jak stanowi kodeks, pierwszą powinnością szlachcica jest służyć dobru Landsraadu i Imperium.

Arcyksiążę się oddalił, a Szaddam pozostał z niesmakiem po tej rozmowie. Większość możnych nie posiadałaby się z radości, gdyby obiecano im jeszcze jedną planetę. Może powinien znaleźć kogoś, kto bardziej doceni jego szczodrość.

Szlachcice podchodzili jeden po drugim, a Szaddam cierpliwie to znosił. Tymczasem nastał wieczór przystrojony w bogate barwy zachodzącego słońca. Z windy wyłoniła się kolejna grupa gości, za nią następna.

Hrabia Fenring wrócił do sali i wślizgnął się w stłoczoną szlachtę, jakby był naoliwiony. Gdy przyciągnął spojrzenie Szaddama, zrobił dłonią jeden ze specjalnych znaków, którymi posługiwali się od dzieciństwa. Ten powiedział Imperatorowi, że hrabia ma mu coś ważnego do przekazania.

- Przepraszam – rzekł Szaddam do kolejnego wielmoży. – Zaraz wrócę. Muszę się zająć sprawą wagi państwowej.

Podszedł do Fenringa i znaleźli odosobnione miejsce, gdzie mogli porozmawiać.

- Po przestudiowaniu spisu przybyłych odkryłem ze zdumieniem, że lista nieobecnych układa się w pewien schemat – powiedział cicho Fenring. – Prezes KHOAM, Frankos Aru, publicznie przyjął twoje zaproszenie, ale o ile mi wiadomo, pozostał w Srebrnej Iglicy na Kaitainie. – Jasne brwi hrabiego się zmarszczyły. – Jego matka, urdyrektorka Malina Aru, w ogóle nie odpowiedziała. Spodziewaliśmy się, że wykorzysta to doniosłe wydarzenie, by – co rzadko robi – pokazać się publicznie, choćby dla dobra KHOAM.

Konsorcjum Honnete Ober Advancer Mercantiles, czyli kompania KHOAM, była gigantycznym monopolem obejmującym wszystkie formy handlu w Imperium. Prowadziła rozległe interesy tak skrycie, że większość mieszkańców Imperium nawet nie zauważała jej wpływów.

Szaddam zbył spostrzeżenie Fenringa wzruszeniem ramion.

- Udział w tego rodzaju historycznych spektaklach nie należy do zwykłego repertuaru KHOAM. Wszyscy, którzy są tutaj, chcą zostać zauważeni, a wiesz, że KHOAM woli pozostawać w cieniu.

Fenring niechętnie kiwnął głową. Postukał się w brodę długim palcem.

- Po ponownym odkryciu Otorio pokopałem głębiej i odkryłem nici prowadzące do innych nici, które były połączone z misterną siecią. Mam podejrzenie, hmm… aach, że postarano się, by ten konkretny świat nie figurował w księgach, aby ukryć go przed tobą i wieloma twoimi poprzednikami na imperialnym tronie. Może zajął się tym ktoś powiązany z KHOAM.

Szaddam poczuł, że twarz mu czerwienieje.

- Wszystko jest powiązane z KHOAM. Otorio jest teraz moje i jeśli ktoś chce zgłosić jakieś pretensje, to proszę bardzo. Sam porozmawiam z urdyrektorką, jeśli zdobędzie się na odwagę i pokaże swoją twarz.

W tym momencie spostrzegł, że jacyś niecierpliwi szlachcice starają się podsłuchać, o czym rozmawiają. Szturchnął hrabiego i obserwował, jak jego żona odważnie stara się odciągnąć od nich uwagę gości.

- Na razie pozwól mi cieszyć się tą chwilą, Hasimirze. Komplikacjami i nieprzyjemnymi kwestiami politycznymi zajmiemy się później. – Odwrócił się do tłumu, rozłożył ręce i mruknął: – Muszę się spotkać z tymi pochlebcami i dać im to, czego potrzebują.

- Nie uważaj ich wszystkich za pochlebców, Najjaśniejszy Panie – rzekł Fenring nadal przyciszonym głosem. – Niektórym warto dobrze się przyjrzeć… jako wrogom lub potencjalnym sprzymierzeńcom.

Otworzyły się ozdobne drzwi windy. Jako pierwszy wysiadł z niej szlachcic w zielono-czarnej pelerynie z godłem jastrzębia na piersiach. Jego szare oczy napotkały spojrzenie Imperatora, więc kiwnął głową. Szaddam dobrze go znał.

Był to książę Leto Atryda.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
Męczą Cię captche? , a problem zniknie. Zajmie to mniej niż rozwiązanie captchy!
Wczytywanie...