wampir_maskarada

Fragment książki

23 minuty czytania

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział pierwszy

1. Terreille

Dorothea SaDiablo, Arcykapłanka terytorium o nazwie Hayll, powoli wspinała się na schody prowadzące na dużą drewnianą platformę. Była wczesna jesień, pogodny poranek, a Draega, stolica Hayll, leżała daleko na południu, więc dni nadal były ciepłe. Dorothea pociła się pod ciężkim, czarnym płaszczem, który okrywał jej ciało. Ukryte pod kapturem włosy miała mokre, swędziała ją szyja. Ale to było bez znaczenia. Za kilka minut będzie mogła zdjąć płaszcz.

Kiedy wspięła się na platformę, zobaczyła nieregularny, okryty całunem kształt, ułożony w pobliżu zebranego tłumu, i zaczęła oddychać płytko przez usta. Idiotyzm. Użyła przecież wszystkich znanych sobie zaklęć, żeby przed nadejściem odpowiedniej pory utrzymać w tajemnicy to, co znajdowało się pod całunem. Unormowała oddech, przeszła przez platformę i stanęła opodal swojej niespodzianki.

Królowe terytoriów Królestwa Terreille obserwowały ją nieufnie i z urazą. Zażądała, aby każda z nich przywiozła ze sobą dwie najsilniejsze królowe prowincji oraz wszystkich Książąt Wojowników, którzy im służyli. Wiedziała, że wiele królowych, szczególnie z terytoriów położonych daleko na zachodzie, spodziewa się pułapki.

No cóż, suki miały rację. Ale jeśli w odpowiedni sposób podrzuci im przynętę, same wpadną w potrzask.

Uniosła ręce. Pomruki tłumu ucichły. Użyła Fachu, aby uczynić swój głos donośnym, tak by mogli ją usłyszeć wszyscy zebrani, i zrobiła kolejny ruch w zabójczej walce o władzę.

– Siostry i bracia, wezwałam was tutaj dziś, by was ostrzec. Dokonałam ostatnio straszliwego odkrycia, które zagraża wszystkim Krwawym w całym Królestwie Terreille.

W przeszłości popełniłam wiele niewymownie okrutnych czynów. Na mnie spada odpowiedzialność za niszczenie królowych i najlepszych mężczyzn w całym królestwie. Wzbudziłam w Krwawych strach, chcąc uzyskać władzę nad Terreille. Ja, Arcykapłanka, która wie lepiej niż ktokolwiek inny, że kapłanka nigdy nie zastąpi królowej, bez względu na to, jak jest utalentowana i jak silna w Fachu.

Przez resztę życia będę dźwigać smutek i ciężar mych czynów. Ale powiem wam jedno: ZOSTAŁAM WYKORZYSTANA! Kilka tygodni temu, kiedy utkałam splątaną Sieć snów i wizji, niechcący przedarłam się przez psychiczną barierę, która otaczała mnie od wieków, odkąd zostałam Arcykapłanką Hayll. Przedarłam się przez tę umysłową mgłę i wreszcie ujrzałam to, co od dawna usiłowały mi powiedzieć moje splątane Sieci.

Jest ktoś, kto pragnie zdobyć władzę nad Terreille. Jest ktoś, kto chce podporządkować sobie wszystkich Krwawych w królestwie. Ale tym kimś nie jestem ja. Ja byłam tylko narzędziem tego potwora, który pragnie zniszczyć nas i pożreć i który bawi się nami jak kot myszą, nim zada jej śmiertelny cios. Ten potwór ma imię – a to imię od tysięcy lat wzbudza strach, i to z wielu powodów. Tym, który chce nas zniszczyć, jest Książę Ciemności, Wielki Lord Piekła!

W tłumie rozległy się niepewne pomruki.

– Wątpicie w moje słowa? – krzyknęła Dorothea. Zerwała z siebie płaszcz i cisnęła go na ziemię. Rzadkie, białe włosy, które zaledwie kilka tygodni temu były gęste i czarne, opadły jej na ramiona. Wykrzywiła obwisłą, pooraną zmarszczkami twarz. Jej złociste oczy pełne były łez. Szemranie tłumu zmieniło się w zdumione okrzyki. – Patrzcie, co się ze mną stało, kiedy próbowałam się uwolnić z jego podstępnego zaklęcia! Patrzcie na mnie. Oto cena, jaką zapłaciłam za to, by móc was ostrzec przed niebezpieczeństwem!

Przycisnęła dłoń do piersi, walcząc o oddech.

Podszedł do niej Zarządca Dworu i delikatnie podtrzymał ją za ramię.

– Musisz przestać, pani. To dla ciebie za ciężka próba.

– Nie – wydyszała Dorothea. Nadal wzmacniała głos za pomocą Fachu. – Muszę im wszystko powiedzieć, póki jestem w stanie. Mogę nie mieć następnej szansy. Kiedy on zrozumie, że o nim wiem...

Tłum ucichł.

Dorothea opuściła rękę i wyprostowała się, ignorując ból kręgosłupa.

– Nie byłam jedynym narzędziem Wielkiego Lorda Piekła. Są wśród was tacy, którzy mieli nieszczęście gościć na swoich dworach Daemona Sadiego i Lucivara Yaslanę. Niech mi Ciemność wybaczy, wysyłałam te potwory na słabe terytoria i z tego powodu umierały królowe. Czasami Sadi i Yaslana niszczyli całe dwory. Podobnie jak Prythian, Arcykapłanka Askavi, myślałam, że czynię to z własnej woli, w nadziei, iż będę się mogła nimi posłużyć. Ale zmanipulowano nas obie, kazano nam ich wysyłać na te terytoria, ponieważ są to synowie Wielkiego Lorda! To nasienie bestii, które wzrosło i stało się jej narzędziem. Władza nad nimi, którą, jak sądziłyśmy z Prythian, posiadamy, była jedynie złudzeniem ukrywającym przed naszym wzrokiem ich prawdziwą misję.

Obaj zniknęli kilka lat temu. Większość z nas miała nadzieję, że umarli. Niestety, dowiedziałam się od naszych odważnych sióstr i braci, którzy mieszkają teraz w Kaeleer na terytorium o nazwie Małe Terreille, że i Yaslana, i Sadi przebywają w Królestwie Cieni, gdzie pod szatą księcia Dhemlanu ukrywa się sam Wielki Lord. Dzieci bestii wróciły do jej leża!

To nie wszystko. Wielki Lord wywiera niezdrowy wpływ na większość królowych z Kaeleer, a ponadto sprawuje bezwzględną kontrolę nad młodą kobietą, która jest najsilniejszą czarownicą we wszystkich królestwach. Dysponując jej siłą, pokona nas – chyba że uderzymy pierwsi. Nie mamy wyboru, siostry i bracia. Jeśli nie pokonamy Wielkiego Lorda i wszystkich mu oddanych, okrucieństwa, które popełniałam jako jego narzędzie, będą się wydawać dziecinnymi igraszkami w porównaniu z losem, jaki on nam zgotuje.

Urwała na chwilę.

– Wielu waszych przyjaciół i członków waszych rodzin uciekło do Kaeleer przed przemocą, która dusi Terreille. Spójrzcie, co się stało z tymi, którzy wpadli prosto w uwodzicielskie ramiona Wielkiego Lorda.

Za pomocą Fachu zerwała całun zakrywający przód platformy. Potem przycisnęła dłoń do ust, żeby nie zwymiotować, kiedy z okaleczonych ciał poderwały się tysiące much.

Powietrze wypełniła wrzawa, ponad którą wzbił się przenikliwy okrzyk wściekłości i żalu, a potem następny i następny, w miarę jak ci stojący najbliżej platformy rozpoznawali swoich bliskich.

Ponownie używając Fachu, Dorothea delikatnie naciągnęła na ciała zasłonę. Odczekała kilka minut, aż krzyki zmienią się w tłumione szlochy.

– Wiedzcie, że użyję całego znanego mi Fachu i resztek sił, jakie mi jeszcze zostały, aby pokonać tego potwora – powiedziała. – Ale jeśli stawię mu czoło sama, z pewnością poniosę klęskę. Jeżeli staniemy do walki wspólnie, mamy szansę uwolnić się od Wielkiego Lorda i tych, którzy mu służą. Wielu z nas nie przeżyje tej walki, ale nasze dzieci... – Głos jej się załamał. Dopiero po chwili mogła mówić dalej. – Ale nasze dzieci zaznają wolności, za którą zapłaciliśmy tak drogo!

Odwróciła się i zachwiała. Zarządca Dworu i Dowódca Straży podtrzymywali ją z dwóch stron, kiedy szła przez platformę, a potem schodziła po schodach. Ich oczy pełne były dumy i łez, kiedy ostrożnie sadzali ją w otwartym powozie, który miał ją odwieźć do pobliskiej rezydencji. Ale gdy chcieli udać się wraz z nią, pokręciła przecząco głową.

– Macie tu obowiązki – powiedziała przyciszonym głosem.

– Ale pani... – zaczął protestować Dowódca Straży.

– Proszę. Wasza siła przysłuży mi się lepiej, jeśli pozostaniecie tutaj. – Przywołała złożoną kartkę papieru i podała ją zarządcy. – Jeśli królowe z tej listy będą się chciały ze mną zobaczyć, wyznacz audiencję na popołudnie. – Widziała w jego oczach, że chciał zaprotestować, ale nic nie powiedział.

Woźnica cmoknął cicho na konie. Dorothea rozsiadła się wygodnie i opuściła powieki, by ukryć błysk w oczach.

Ty synu kurwiącej się czarownicy, wykonałam pierwszy ruch. I teraz wszystko, co zrobisz, zostanie użyte przeciwko tobie!

2. Terreille

Alexandra Angelline drżała, choć poranek był ciepły. Czekała, aż Philip Alexander wróci z oględzin okaleczonych ciał leżących na drewnianej platformie. Rzuciła rozgrzewające zaklęcie na ciężki, wełniany szal, którym była okryta, choć wiedziała, że nic to nie da. Żadne zewnętrzne źródło ciepła nie było w stanie rozproszyć chłodu, który wżarł się w jej kości.

Jest za wcześnie – powtarzała sobie w myślach. – Wilhelmina przeszła przez Wrota wczoraj rano. Nie może być wśród...

Vania i Nyselle, królowe prowincji, które ze sobą przywiozła, wróciły już do gospody wraz ze swoimi orszakami. Nie zaproponowały, że poczekają razem z nią. Kilka lat temu – kilka tygodni temu – na pewno by to zrobiły. Wtedy w nią wierzyły, mimo jej rodzinnych problemów.

Ale kilka tygodni temu ktoś wysłał sekretną wiadomość do trzydziestu najsilniejszych czarownic z Chaillot – do wszystkich prócz niej i jej córki Leland. Zaprosił je na wycieczkę po Briarwood i obiecał ujawnić, co stało się z ich młodymi krewnymi, które umieszczono w tym szpitalu, a które zniknęły bez śladu. Briarwood, instytucja zapewniająca opiekę zaburzonym emocjonalnie dzieciom, stało zamknięte od kilku lat, odkąd tajemnicza choroba zaczęła zabijać mężczyzn z arystokratycznych rodzin w Beldon Mor, stolicy Chaillot – choroba, która miała jakiś związek z tym miejscem.

Czarownice stawiły się wyznaczonej nocy i poznały straszliwe tajemnice Briarwood. Ich przewodniczka, dziewczynka-demon o imieniu Rose, zaprezentowała im duchy, nie okazując żadnej litości dla uczuć czarownic. Jedna kapłanka odnalazła swoją kuzynkę, która zniknęła, kiedy były dziećmi – okazało się, że została zamurowana w ścianie. Królowa prowincji rozpoznała szczątki córki swojej przyjaciółki.

Czarownice obejrzały pokoje służące do zabawy. Zwiedziły cele, w których stały wąskie łóżka. Oglądnęły ogród warzywny i spotkały się z jednonogą dziewczynką.

Podążały, oniemiałe, za Rose, która z uśmiechem objaśniała im szczegółowo, jak i dlaczego umarło każde dziecko. Opowiedziała im o dzieciach-demonach, które odeszły do Ciemnego Królestwa, by zamieszkać z cildru dyathe. Wymieniła nazwiska wszystkich „wujków” z Briarwood, mężczyzn wspierających ten chory przybytek i z niego korzystających, oraz wszystkich złamanych czarownic z arystokratycznych rodzin, czarownic, które „wyleczono” z emocjonalnych problemów, pozbawiając wewnętrznej mocy, a potem odesłano do domów.

Wśród „wujków” Rose wymieniła Roberta Benedicta, pierwszego męża Leland i ważnego członka męskiej Rady – Rady, którą zdążyła już zdziesiątkować tajemnicza choroba.

Uzdrowicielka, która była w grupie, zapytała o tę chorobę. Rose uśmiechnęła się tylko i powiedziała: – Samo Briarwood jest trucizną. Nie ma lekarstwa na Briarwood.

Alexandra ciaśniej okryła się szalem, ale mimo to nie przestawała się trząść.

Gniew, jaki wybuchł w całym Chaillot, podzielił prowincję. Beldon Mor zmieniło się w pole walki. Członkowie męskiej Rady, którzy jeszcze nie umarli na tę dziwną chorobę, zostali w okrutny sposób straceni. Kiedy kilku arystokratów otruto, wielu wyprowadziło się do gospód albo klubów, ponieważ bało się jeść i pić to, co przeszło przez ręce kobiet z ich rodzin.

Kiedy opadła pierwsza fala gniewu, czarownice zwróciły się przeciwko Alexandrze. Nie obwiniały jej o stworzenie Briarwood, ponieważ zbudowano je, nim została królową Chaillot, natomiast obwiniały ją zajadle o ślepotę. Tak bardzo była zajęta bronieniem Chaillot przed wpływami Hayll i próbami zachowania władzy wbrew woli męskiej Rady, że nie dostrzegła niebezpieczeństwa czającego się obok. Wszyscy szeptali, że to tak, jakby nie pozwalała mężczyźnie obmacywać swoich cycków, kiedy już trzymał fiuta między jej nogami.

Winiły ją, ponieważ Robert Benedict mieszkał przez cały ten czas w jej domu i grzał łóżko jej córki. Skoro nie potrafiła dostrzec zagrożenia, które co dziennie siadało przy jej stole, jak mogła chronić swój lud przed innymi niebezpieczeństwami?

Winiły ją za czyny Roberta Benedicta i los wszystkich młodych czarownic, które zmarły albo zostały złamane w Briarwood.

Sama Alexandra obwiniała się o to, co stało się z Jaenelle, jej młodszą wnuczką. Pozwoliła zamykać to dziwne, trudne dziecko w takim miejscu. Nie znała sekretów Briarwood, ale gdyby uznała zmyślane przez Jaenelle historie za próbę zwrócenia na siebie uwagi, a nie za denerwujący problem towarzyski, mała nigdy nie zostałaby tam posłana. A gdyby nie zlekceważyła nienawiści, jaką dziewczynka okazywała zawsze doktorowi Carvayowi, być może wcześniej poznałaby prawdę.

Ale nie wiedziała tego na pewno. I teraz już było za późno na znalezienie odpowiedzi.

W tej chwili miała inny problem rodzinny. Jedenaście lat temu Wilhelmina Benedict, córka Roberta z pierwszego małżeństwa, uciekła z domu, twierdząc, że ojciec próbował wykorzystać ją seksualnie. Philip Alexander, nieślubny przyrodni brat Roberta, odszukał bratanicę, ale nie chciał zdradzić rodzinie, gdzie ona przebywa. Alexandra była wtedy na niego za to wściekła, ale ostatnio zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem Philip nie domyślał się, co się działo pod przykrywką Briarwood, szczególnie że to dzięki jego energicznym działaniom zamknięto szpital.

Dwa dni temu Alexandra otrzymała od Wilhelminy list, w którym dziewczynka poinformowała ją, że udaje się do Kaeleer, Królestwa Cieni. Nie, nie dziewczynka – Wilhelmina miała teraz dwadzieścia siedem lat. Ale nie miało to znaczenia. Nadal należała do rodziny. Nadal była wnuczką Alexandry.

Królowa pokręciła głową, żeby odpędzić od siebie złe myśli, i zobaczyła wracającego Philipa. Wstrzymała oddech i zajrzała pytająco w jego szare oczy.

– Nie ma jej wśród nich – powiedział cicho Philip.

Alexandra odetchnęła głęboko.

– Ciemności niech będą dzięki.

Zdawała sobie jednak sprawę z tego, co nie zostało dopowiedziane: jeszcze nie.

Philip podał jej ramię. Przyjęła je, wdzięczna za wsparcie. To był dobry człowiek, prawdziwe przeciwieństwo swojego przyrodniego brata. Ucieszyła się, kiedy Leland zdecydowała się z nim zaręczyć, a jeszcze bardziej, gdy się pobrali, po regulaminowym roku narzeczeństwa.

Obejrzała się w stronę platformy, z której Dorothea SaDiablo wygłosiła swą przerażającą mowę.

– Wierzysz jej? – spytała cicho.

Philip prowadził ją wśród grupek wstrząśniętych ludzi, którzy nadal tulili się do siebie i zbierali odwagę, by spojrzeć na rozczłonkowane ciała.

– Nie wiem. Jeśli choć połowa z tego, co mówi... jeśli Sadi... – słowa uwięzły mu w gardle.

Alexandra nadal śniła koszmary za sprawą Daemona Sadiego. Podobnie jak Philip, ale z innych powodów. Kiedy Jaenelle została wysłana po raz ostatni do Briarwood, Sadi groził Alexandrze i dał jej przedsmak pogrzebania żywcem w grobie. Natomiast gdy użył swej ciemnej mocy, by złamać Pierścień Posłuszeństwa, zniszczył połowę Kamieni Krwawych w Beldon Mor. W tej eksplozji mocy siła Philipa została zredukowana do Zielonego Kamienia należnego mu z urodzenia.

– Możemy wsiąść do Wozu jeszcze dziś – powiedział Philip. – Jeśli wykupimy podróż takim, który obsługuje ciemniejsze Wiatry, już jutro będziemy w domu.

– Jeszcze nie. Chcę porozmawiać z Zarządcą Dworu Dorothei. Może umówi mnie na audiencję.

– Jesteś królową – warknął Philip. – Nie powinnaś być zmuszana błagać o audiencję u kapłanki, bez względu na to, kim...

– Philipie – ścisnęła jego ramię. – Dziękuję ci za twą lojalność, ale teraz jesteśmy żebrakami. Nie stać mnie już na zuchwalstwo. Nie wiem, czy Dorothea naprawdę nie jest potworem, jakim się zawsze wydawała, ale jestem przekonana, że Wielki Lord Piekła stanowi większe zagrożenie. – Zadrżała. – Musimy się udać do Kaeleer i odszukać Wilhelminę. Ale zanim tam pojedziemy, musimy się jak najwięcej dowiedzieć o wrogu, bez względu na źródło.

– Dobrze – odparł Philip. – A co z Vanią i Nyselle? Pojadą z nami?

– Pojadą albo zostaną, jak zechcą. Na pewno nie będzie ich obchodzić moja wola. – Westchnęła. – Kto by pomyślał miesiąc temu, że będę musiała uznać Dorotheę za sprzymierzeńca?

3. Terreille

Kartane SaDiablo spacerował po ogrodach rezydencji, starannie ignorując domysły i współczujące spojrzenia tych nielicznych osób, które nie ukryły się w domach.

Poczekał, aż powóz Dorothei zniknie mu z oczu, i dopiero wtedy zszedł z platformy. Rozczłonkowane ciała, które na niej pozostawiono, by tłum mógł im się przyjrzeć, nie budziły jego niepokoju. Na Ognie Piekielne, Dorothea nieraz robiła takie – i gorsze – rzeczy, kiedy chciała się zabawić, ale najwyraźniej nikt o tym nie pamiętał. Albo może żaden z tych głupców nigdy nie widział Arcykapłanki w tym jej nastroju.

Ale Zarządca Dworu i Dowódca Straży... Idioci bez jaj. Mieli prawdziwe łzy w oczach, kiedy pomagali jej wsiąść do powozu. Jak mogli uwierzyć, że przez tyle wieków pozostawała pod władzą zaklęcia i że tak naprawdę nie rozkoszowała się cierpieniem swoich ofiar?

Och, faktycznie, jej mowa brzmiała szczerze i była pełna skruchy. Nie uwierzył w ani jedno jej słowo. Żaden mężczyzna, który kiedykolwiek musiał zadowolić Dorotheę w łóżku, nie mógł jej wierzyć. Daemon na pewno by nie uwierzył.

Daemon. Syn Wielkiego Lorda. To wyjaśniało wiele kwestii związanych z jego „kuzynem”. Czy Dorothea wiedziała o tym przez wszystkie te lata, kiedy Daemon wychowywał się na jej dworze jako bękart? Musiała wiedzieć. A to oznaczało, że Wielki Lord Piekła nie żywił miłości do Arcykapłanki Hayll.

To z kolei prowadziło do problemów Kartane.

Tajemnicza choroba, która pojawiła się niemal trzynaście lat temu, dopadła i jego. Wszyscy mężczyźni, którzy zabawiali się w Briarwood, skończyli w grobach, ale on był Haylleńczykiem, a więc należał do długowiecznej rasy, i ani razu nie wrócił do Chaillot. Być może to dlatego pozostał przy życiu, jako jedyny. Ale ostatnio zaczynał czuć, że jego czas się kończy.

Kiedy kilka tygodni temu ujawniono związek pomiędzy chorobą a Briarwood, zaczął rozgryzać problem – w chwilach gdy jego umysł nie pogrążał się w koszmarach wykluczających myślenie – i wciąż dochodził do tego samego wniosku. Jedyne uzdrowicielki, które mogły mieć dość mocy, by uleczyć chorobę, nim całkiem go zniszczy, i jedyne, które nie znały jej przyczyny, mieszkały w Kaeleer. Prawdopodobnie służą na dworach królowych terytoriów – jeśli Dorothea nie kłamała i na ten temat – znajdujących się pod kontrolą Wielkiego Lorda. A to oznacza, że musi znaleźć coś, co kupi mu jego pomoc. Teraz, dzięki małej przemowie Dorothei, uzyskał informacje, które dla Księcia Ciemności mogły się okazać bardzo interesujące.

Uśmiechnął się, zadowolony ze swojej decyzji. Odczeka jeszcze kilka dni, wywęszy więcej informacji, a potem złoży krótką wizytę w Królestwie Cieni.

4. Terreille

Alexandra Angelline nieufnie usadowiła się w fotelu, pełna ulgi, że Dorothea wybrała prywatną salę recepcyjną zamiast oficjalnej. Spotkanie będzie wystarczająco trudne i bez obecności dworu pełnego warczących Haylleńczyków.

Ale takie tête-à-tête z Dorotheą miało też swoje złe strony. Alexandra słyszała, że Arcykapłanka Hayll była piękną kobietą. Och, nadal widać było ślady tej urody, ale teraz chodziła pochylona, a na jej plecach widoczny był garb. Jej brązowe dłonie pokryte były starczymi plamami, a twarz i włosy...

To samo stanie się w końcu z nami wszystkimi, pomyślała, obserwując, jak Dorothea nalewa herbatę do kruchych filiżanek. Ale jakie to musiało być uczucie: położyć się spać jako młoda kobieta, a obudzić następnego ranka jako starucha?

– Jestem... wdzięczna... że mnie przyjęłaś – powiedziała, próbując nie zadławić się własnymi słowami.

Dorothea wygięła usta w lekkim uśmiechu. Podała jej filiżankę.

– Zaskoczyło mnie, że prosisz o audiencję. – Uśmiech zniknął. – Nigdy wcześniej nie spotkałyśmy się osobiście, a biorąc pod uwagę, co stało się w twojej rodzinie, masz pełne prawo mnie nienawidzić. – Zawahała się, napiła herbaty i ciągnęła cichym głosem: – Wysłanie Sadiego do Chaillot nie było moim pomysłem, ale nie pamiętam, kto to zasugerował ani dlaczego się zgodziłam. Niektóre wspomnienia nadal zakrywa mgła, której nie potrafię przebić.

Alexandra uniosła filiżankę do ust, ale nie napiła się herbaty.

– Myślisz, że to sprawka Wielkiego Lorda?

– Tak sądzę. Sadi to piękna, bezwzględna broń, a jego ojciec potrafi jej świetnie używać. Osiągnął swój cel.

– Jaki cel? – spytała ze złością Alexandra. – Sadi zniszczył moją rodzinę i zabił moją młodszą wnuczkę. Co dzięki temu osiągnął?

Dorothea oparła się na krześle, znów upiła herbaty i powiedziała cicho:

– Zapominasz, siostro, że ciała dziewczynki nigdy nie odnaleziono.

Coś w wyczekującym spojrzeniu Dorothei sprawiło, że Alexandra zadrżała.

– To nic nie znaczy. Sadi jest bardzo dyskretnym grabarzem. – Odstawiła filiżankę i spodek na stół. Nie tknęła napoju. – Nie przyszłam tu rozmawiać o przeszłości. Chciałabym wiedzieć, jak bardzo niebezpieczny jest Wielki Lord.

– Daemon Sadi jest synem swego ojca. Czy taka odpowiedź ci wystarczy?

Alexandra wzdrygnęła się wbrew woli.

– I naprawdę sądzisz, że chce zniszczyć Krwawych mieszkających w Terreille?

– Jestem tego pewna – Dorothea dotknęła dłonią swoich siwych włosów. – Zapłaciłam wielką cenę za tę pewność.

– Moja druga wnuczka, Wilhelmina Benedict, niedawno udała się do Kaeleer – powiedziała cicho Alexandra.

Dorothea zesztywniała.

– Jak niedawno?

– Przeszła przez Wrota wczoraj.

– Matko Noc – wykrzyknęła Dorothea, opadając bezwładnie na krzesło. – Tak mi przykro, Alexandro. Tak bardzo, bardzo mi przykro.

– Zamierzam się udać do Kaeleer wraz z księciem Philipem Alexandrem, jak tylko skończą się targi służby i znów zaczną przyjmować gości. Mam nadzieję, że zdołamy ją odszukać i przekonać królową, z którą podpisze kontrakt, by ją z niego zwolniła.

– Jest w o wiele większym niebezpieczeństwie – stwierdziła Dorothea głosem pełnym troski.

– Nie ma powodów, żeby ktoś zwrócił na nią uwagę – odparła ostro Alexandra. – Nie ma powodów, by przyjęła kontrakt poza Małym Terreille.

– Są, i to dwa: Wielki Lord i czarownica, nad którą ma władzę. Jeśli nie odszukasz szybko Wilhelminy, może skończyć w jego mrocznych objęciach, a wówczas nie będzie już dla niej nadziei.

Pomimo ciepła, jakie panowało w pokoju, po plecach Alexandry przeszedł dreszcz.

Dorothea przyglądała się jej przez dłuższą chwilę.

– Powtarzam ci, Sadi i Wielki Lord osiągnęli swój cel. Nikt nie szuka zbyt wnikliwie ciała, kiedy żywi potrzebują pomocy. A ciała twojej wnuczki nigdy nie odnaleziono.

Alexandra zmierzyła ją wzrokiem.

– Sądzisz, że tą czarownicą o wielkiej mocy, nad którą panuje Wielki Lord Piekła, jest Jaenelle? – Roześmiała się z goryczą. – Na Ogień Piekielny, Dorotheo, Jaenelle nie potrafiła nawet opanować podstaw Fachu!

– Jeśli się wie, jak czytać między wierszami niektórych... mniej dostępnych... zapisków o historii Krwawych, można się dowiedzieć, że w przeszłości żyło kilka kobiet – bardzo niewiele, Ciemności niech będą dzięki – które miały ogromną moc, ale same nie potrafiły z niej korzystać. Musiały... nawiązywać emocjonalną więź z kimś, kto potrafił pokierować ich mocą, ale nie zawsze mogły decydować o kierunku tej mocy. – Dorothea urwała. – Ostatnio z Małego Terreille doszły nas słuchy, że ulubienicę Wielkiego Lorda określa się jako „ekscentryczną”, „nieco zaburzoną emocjonalnie”. Czy to nie brzmi znajomo?

Alexandra nie była w stanie oddychać. W pokoju po prostu zabrakło powietrza. Co się z nim mogło stać?

– Jeśli się z tym pogodzisz, udzielę ci wszelkiej możliwej pomocy. – Dorothea patrzyła na nią ze smutkiem. – Nie możesz ignorować tego faktu, Alexandro. Bez względu na to, w co pragniesz wierzyć i co myślisz, nie możesz ignorować faktu, że ulubienicą Wielkiego Lorda jest czarownica, którą oddał w jego ręce Daemon Sadi i która nazywa się Jaenelle Angelline.

5. Terreille

Dorothea odsunęła ciemne, ciężkie zasłony i popatrzyła na otulony nocą ogród. Czuła się wyczerpana – i fizycznie, i psychicznie. Och, jak bardzo miała ochotę zatopić paznokcie w oczach mężczyzn z Pierwszego Kręgu swojego dworu, wydrapać z nich to żałosne, pełne nadziei spojrzenie. Czepiali się każdego usprawiedliwienia jej zachowania w ciągu minionych wieków. Chcieli wierzyć, że to mężczyzna uczynił ją okrutną, że to mężczyzna nią manipulował i kontrolował jej myśli, że to mężczyzna stał za jej dojściem do władzy i za jej późniejszym okrucieństwem, dzięki któremu złamała przeciwników i pokonała większość terytoriów w Terreille.

Nie byli skłonni przyznać jej żadnych zasług w tym względzie. Chcieli, żeby była ofiarą, bo wtedy nie musieliby się wstydzić, że jej służyli, bo wtedy mogliby udawać, iż służyli ze względu na honor, a nie ze strachu i chciwości.

No cóż, kiedy Kaeleer upadnie, ona dokona kilku zmian na swoim dworze. Może nawet dopilnuje, żeby ci głupcy zginęli w bitwie, dławiąc się tym swoim honorem.

– Dobrze ci dziś poszło, siostro – oświadczył chrapliwy, a mimo to dziewczęcy głos. – Ja sama nie zrobiłabym tego lepiej.

Dorothea nie odwróciła się. Kiedy patrzyła na Hekatah, Kapłankę Ciemnego Królestwa – żyjącego demona i samozwańczą Arcykapłankę Piekła – zawsze robiło jej się niedobrze.

– To były twoje słowa, nie moje, nic zatem dziwnego, że jesteś zadowolona.

– Nadal mnie potrzebujesz – warknęła Hekatah i, powłócząc nogami, podeszła do fotela stojącego przy ogniu. – Nie zapominaj o tym.

– Nigdy o tym nie zapominam – odparła cicho Dorothea, nadal wpatrując się w ogród.

To Hekatah dostrzegła jej potencjał, kiedy jako młoda czarownica uczyła się obowiązków kapłanki i sztuki Czarnych Wdów. To Hekatah rozpalała jej ambicje i karmiła jej marzenia o władzy, to ona wskazywała jej potencjalne rywalki, które stały na drodze tych marzeń. I to Hekatah pomogła jej eliminować je. Kapłanka Ciemnego Królestwa przebyła z nią całą drogę, kierowała nią, udzielała rad.

Dorothea nie pamiętała już, kiedy uświadomiła sobie, że Hekatah potrzebuje jej równie mocno, jak ona potrzebuje jej. Ta współzależność sprawiła, że gardziły sobą nawzajem, ale były związane wspólnym marzeniem o zdobyciu władzy nad wszystkimi królestwami.

– Naprawdę uważasz, że po tym wszystkim, co uczyniłyśmy, żeby zdobyć władzę w Terreille, królowe uwierzą, że to była wyłącznie wina Wielkiego Lorda?

– Jeśli właściwie rzuci się czar perswazji, nie ma powodu, żeby nie uwierzyły – stwierdziła jadowicie słodko Hekatah.

– Mojemu Fachowi niczego nie można zarzucić, kapłanko – odparła z podobnym jadem Dorothea, odwracając się wreszcie twarzą do gościa.

– Twój Fach nie ochronił cię przed skutkami zaklęcia, jakie rzucił na ciebie Sadi, prawda?

– Podobnie jak twój nie ocalił ciebie.

Hekatah zasyczała z wściekłością, a Dorothea ponownie odwróciła się do okna, czując przelotną satysfakcję z celnie wymierzonego ciosu.

Siedem lat temu Hekatah usiłowała uzyskać kontrolę nad Jaenelle Angelline i wyeliminować Lucivara Yaslanę. Coś w jej planie poszło nie tak i w wyniku tej konfrontacji utraciła wygląd żyjącej osoby. Przypominała teraz rozkładające się, wysuszone zwłoki. Przez pierwsze kilka lat twierdziła, że jeśli będzie pić duże ilości świeżej krwi, odzyska swoje ciało. W zasadzie powinna mieć rację. Żyjące demony to zmarli o zbyt wielkiej mocy – mocy uniemożliwiającej powrót do Ciemności. Po śmierci pozostawali zamknięci w swych martwych ciałach, które utrzymywali w nienaruszonym stanie, pijąc krew. Jednak nic nie zdołało przywrócić Hekatah jej poprzedniego wyglądu. Z jej ciała, które umarło pięćdziesiąt tysięcy lat temu, został wyciśnięty cały sok.

– Uwierzą, że to Wielki Lord jest odpowiedzialny za całą deprawację Terreille – powiedziała teraz, podchodząc do Dorothei na tyle blisko, że w szybie okna pojawiło się jej odbicie. – Chcą w to uwierzyć. To mit, straszliwa opowieść powtarzana szeptem od tysięcy lat. A nawet jeśli ktoś będzie miał wątpliwości co do tego, na pewno nie będzie ich miał w kwestii Yaslany i Sadiego. Sama myśl, że ci trzej są teraz razem i wykorzystują jako swoje narzędzie moc silnej czarownicy, wystarczy, by zjednoczyć Terreille przeciwko Kaeleer. Bo w końcu nie ma znaczenia, dlaczego ktoś przyłącza się do walki. Ważne jest tylko to, że walczy.

– Zdobyłyśmy dziś niespodziewanego sojusznika. Alexandrę Angelline, królową Chaillot – usta Dorothei wykrzywiły się w złowieszczym uśmiechu. – Ze wstrząsem przyjęła wiadomość, że jej młodsza wnuczka za sprawą Daemona Sadiego od lat znajduje się w mocy Wielkiego Lorda.

Hekatah zmarszczyła brwi.

– To idiotka, ale nie jest głupia. Jeśli przekona Jaenelle, żeby pomogła jej zachować władzę nad Chaillot...

Dorothea pokręciła głową.

– Ona nie wierzy, że Jaenelle ma jakąkolwiek moc. Widziałam to w jej oczach. Opowiedziałam jej zgrabną historyjkę o kobietach, które są zbiornikami mocy – w nią też nie uwierzyła. Zapewne dojdzie do wniosku, że Sadi i Wielki Lord potrzebowali Jaenelle do jakichś chorych celów; ale jeśli chodzi o tę wnuczkę, Alexandra wierzy jedynie w to, w co chce wierzyć. Kiedy dotrze do Małego Terreille, Lord Jorval zaproponuje jej pomoc, ale nie powie jej, że Jaenelle jest królową Ebon Askavi. Zresztą nie sądzę, żeby dała wiarę czemukolwiek, czego się dowie w Pałacu.

Hekatah roześmiała się wesoło.

– Ale kiedy pozna osobiście księcia Saetana Daemona SaDiablo, Wielkiego Lorda Piekła, zapewne z największą radością prześle nam wszelkie informacje, jakie uzna za pomocne – dodała Dorothea.

– Jeśli on odkryje jej dwulicowość... – Hekatah wzruszyła ramionami. – I tak musiałybyśmy się jej pozbyć po zakończeniu wojny.

Dorothea patrzyła na ich odbicie w szybie. Kiedyś były pięknymi kobietami, a teraz Hekatah wygląda jak trup, na którym ucztują robaki, a ona sama...

Sadi rzucił na nią czar, który postarzył ją i przygarbił jej ciało, ale nie zrobił nic, żeby zmniejszyć jej seksualny apetyt. Choć Krwawi od dawna nazywali go Sadystą, wcześniej nie zdawała sobie sprawy z głębi jego okrucieństwa. Znał jej pożądanie – jakżeby mógł nie znać, skoro musiał je zaspokajać, kiedy był młody? – i wiedział, jak bardzo będzie się czuła upokorzona, kiedy w oczach ujeżdżanych mężczyzn zobaczy obrzydzenie zamiast tej ekscytującej kombinacji żądzy i strachu, które dotąd budziła. A teraz, po tym łzawym wyznaniu, będzie musiała zrezygnować nawet z tego.

– Poinformowałaś swoje ulubione królowe, że muszą się chwilowo powstrzymać od co bardziej wyrafinowanych przyjemności? – spytała Hekatah.

– Powiedziałam im. Chociaż trudno powiedzieć, czy posłuchają – odparła Dorothea z irytacją.

– Te, które tego nie zrobią, trzeba będzie wyeliminować.

– A jak to wyjaśnimy?

Hekatah wydała zniecierpliwione parsknięcie.

– Najwyraźniej i one znajdowały się we władzy zaklęcia Wielkiego Lorda. Twoja szlachetna walka wyzwoliła również część twoich sióstr, ale niestety nie wszystkie. Wystarczy, że zabijemy jedną czy dwie, reszta odczyta wiadomość i zacznie się zachowywać poprawnie.

– A kiedy wygramy?

– A kiedy wygramy, będziemy mogły robić, co nam się spodoba. Będziemy władać królestwami, Dorotheo. Nie tylko Terreille, ale wszystkimi – Terreille, Kaeleer i Piekłem.

Dorothea milczała przez kilka minut, rozsmakowując się w tej myśli. Wreszcie, niechętnie, spytała: – Naprawdę sądzisz, że nam się uda?

To, co zostało z ust Hekatah, wykrzywiło się w potwornym uśmiechu.

– Ostatnim razem się udało.

6. Kaeleer

Królowa Arachny, duża, złocista pajęczyca, przysiadła przy ramieniu zmęczonej, złotowłosej kobiety, która opierała się o płaski kamień.

Być źle? – spytała cicho.

Jaenelle Angelline odgarnęła włosy z twarzy i westchnęła. Przymrużyła udręczone, szafirowe oczy w porannym słońcu i jeszcze raz przyjrzała się delikatnym niciom splątanej Sieci, którą utkała tej nocy.

– Tak, jest źle. Nadciąga wojna. Wojna pomiędzy królestwami.

Móc powstrzymać?

Jaenelle powoli pokręciła głową.

– Nie. Nikt nie może jej powstrzymać.

Pajęczyca poruszyła się niespokojnie. W powietrzu wokół kobiety unosił się smutek – i wzbierająca, zimna wściekłość.

Dwunodzy już wcześniej walczyli. Być bardziej źle tym razem?

– Sama zobacz.

Przyjmując oficjalne zaproszenie, królowa Arachny otworzyła umysł na marzenia i wizje zamknięte w wielkiej, splątanej Sieci, którą Jaenelle utkała pomiędzy kamieniem a pobliskim drzewem. Tyle śmierci. Tyle bólu i smutku. I rozprzestrzeniająca się skaza, która zbruka tych, co przeżyją.

Oderwała się od wizji i przyjrzała się samej Sieci. Zauważyła dwie dziwne rzeczy. Pierwszą był kruchy, srebrny pierścień z Hebanowym Kamieniem, umieszczony na środku. Odłamki Kamieni rzadko wplatano w Sieci, ponieważ magia konieczna do ich utkania była sama w sobie silna – i niebezpieczna. Ten konkretny Kamień należał do Jaenelle, która była Czarownicą, żywym mitem, ucieleśnionym marzeniem. Drugą dziwną rzeczą był trójkąt. Od pierścienia biegło wiele nici, ale ponad nimi utkano trzy inne, które tworzyły razem trójkąt zamykający pierścień.

Zaintrygowana pajęczyca dalej studiowała Sieć. Widziała już wcześniej ten trójkąt. Siła, namiętność, odwaga. Lojalność, honor, miłość. Niemal wyczuwała męski posmak tych nici.

– Jeśli Kaeleer przyjmie wyzwanie Terreille i pójdzie na wojnę, zniszczy to Krwawych w obu królestwach – powiedziała cicho Jaenelle. – Wszystkich Krwawych. Nawet krewniaków.

Niektórzy przeżyją. Zawsze tak jest.

– Nie tym razem. Och tak, niektórzy przeżyją wojnę fizycznie, ale... – głos Jaenelle załamał się. Westchnęła. – Zginą wszystkie moje siostry, wszyscy przyjaciele. Wszystkie królowe. Wszyscy książęta.

Wszyscy?

– Nie będzie królowych, które mogłyby uleczyć ziemię. Nie będzie królowych, które mogłyby zjednoczyć Krwawych. Rzeź będzie trwała, póki wszyscy nie zginą. Czarownice staną się równie jałowe jak ziemia. Dar mocy, dany nam tak dawno temu, przemieni się w broń, która nas zniszczy. Jeśli Kaeleer pójdzie na wojnę z Terreille.

Musieć walczyć, powiedziała pajęczyca. Musieć zniszczyć skazę.

Jaenelle uśmiechnęła się gorzko.

– Wojna jej nie zniszczy. Wiem, kto posiał nasienie, i gdyby wyeliminowanie Dorothei i Hekatah mogło powstrzymać to, co nadchodzi, unicestwiłabym je w tej chwili. Ale to niczego nie zmieni, już nie. Jedynie opóźni, a to jeszcze gorzej. To jest właściwe miejsce i właściwy czas, żeby oczyścić Krwawych ze skazy.

Ty mówić o drogach, co nigdzie nie prowadzą, napomniała ją pajęczyca. Ty mówić: nie móc walczyć, ale musieć walczyć. Ty nie wiedzieć? Może źle czytać Sieć.

Jaenelle, na której twarzy pojawiło się oschłe rozbawienie, odwróciła głowę w stronę pajęczycy.

– A gdzie się nauczyłam tkać splątane Sieci? Jeśli nie odczytuję ich dobrze, może nauki nie były właściwe?

Pajęczyca użyła Fachu, żeby wydać chrapliwy, brzęczący dźwięk, który wskazywał na wielkie niezadowolenie.

Nie wina uczącego pająka, jeśli mały pająk woleć łapać muchy, niż uczyć się lekcji.

Powietrze wypełnił srebrzysty, aksamitny śmiech Jaenelle.

– Ani razu nie próbowałam złapać muchy. I słuchałam uczącego mnie pająka. W końcu była nim ówczesna Królowa Przędących Sieci Marzeń. Królowa Arachny poprawiła się na skale, nieco udobruchana. Wesołość Jaenelle zniknęła, kiedy znów zwróciła oczy na Sieć.

– Terreille pójdzie na wojnę.

Więc Kaeleer walczyć.

– Ta Sieć pokazuje dwie drogi – powiedziała Jaenelle bardzo cicho.

Nie, odparła pajęczyca stanowczo. Jedna Sieć, jedna wizja. Tak być.

– Dwie drogi – obstawała przy swoim Jaenelle. – Jeśli wybiorę drugą ścieżkę, Kaeleer nie pójdzie na wojnę z Terreille, a królowe i książęta przetrwają, będą mogli uleczyć i ochronić Królestwo Cieni.

Więc kto pójść na wojnę z Terreille?

– Królowa Ciemności.

Ale to ty jesteś Królową!

Jaenelle odetchnęła głęboko.

– Wojna, która oczyści Królestwa, nakaże spłacić długi i odbierze ofiarowany dar mocy. Jest sposób. Musi być sposób, ale Sieć nie może mi go jeszcze pokazać z tego powodu – wskazała na trójkąt. – To nie jest trójkąt Królowej. – Przesunęła palcem po jego lewym boku. – To jest nić Wielkiego Lorda. – Musnęła podstawę. – A to nić Lucivara. – Jej palec zawahał się przy prawym boku trójkąta. – Ale to nie jest nić Andulvara. Powinna nią być, ponieważ to mój Dowódca Straży, ale należy do kogoś innego. Do kogoś, kogo tu jeszcze nie ma, kogoś, kto udzieli mi odpowiedzi, których potrzebuję, by pójść tą drugą ścieżką.

Nić nie mówić jego imienia?

– Mówi, że nadchodzi lustro. Ta odpowiedź to... – Jaenelle spięła się i dźwignęła na kolana. – Daemon – wyszeptała. – Daemon.

Pajęczyca poruszyła się niespokojnie. Czarownica napełniła powietrze ogromną rozkoszą, kiedy wyszeptała to imię – ale pod rozkoszą krył się też strach.

– Muszę iść – powiedziała Jaenelle, pospiesznie podnosząc się z ziemi. – Muszę jeszcze odwiedzić dwa terytoria krewniaków, nim wrócę do Pałacu. – Zawahała się, rzuciła okiem na pajęczycę. – Jeśli pozwolisz, chciałabym ją jeszcze zachować.

Twoje Sieci mieć swoje miejsce wśród Tkających Marzenia.

Jaenelle uniosła rękę i za pomocą Fachu objęła nici splątanej Sieci osłoną. Znów spojrzała na pajęczycę.

– Niech Ciemność będzie z tobą, siostro.

I z tobą, siostro, odpowiedziała grzecznie pajęczyca.

Zaczekała, aż Jaenelle złapie Wiatry, psychiczne ścieżki przez Ciemność, po czym za pomocą Fachu opuściła się delikatnie na splątaną Sieć.

Jedna Sieć, jedna wizja. Tak jest zawsze. Ale kiedy to Czarownica tka Sieć...

Wykorzystując instynkt i całą swą wiedzę, pajęczyca ostrożnie potarła nogą małą nitkę zwisającą luźno z Szarego Pierścienia. Splątana Sieć ukazała jej drugą ścieżkę.

Pajęczyca cofnęła się szybko.

Nie! – krzyknęła na psychicznej nici, tak daleko, jak tylko mogła sięgnąć. Nie! Nie druga ścieżka! Nie odpowiedź! Nie iść tą ścieżką!

Milczenie. Silny umysł Czarownicy nie przesłał najdrobniejszego drgnienia, które wskazałoby, że usłyszała.

Nie iść tą ścieżką, powtórzyła pajęczyca ze smutkiem. Widziała wyraźnie, co leży u jej końca.

Może nie. Czarownica potrafiła tkać splątane Sieci lepiej niż wszystkie Czarne Wdowy, ale nawet i ona nie zawsze umiała wyczuć wszystkie smaki nici.

Królowa Arachny odwróciła się tyłem do Sieci i poczuła lekkie szarpnięcie. Krocząc w powietrzu, ruszyła w stronę nici znajdującej się na tym końcu Sieci, który był przytwierdzony do drzewa. Ostrożnie potarła ją nogą.

Pies. Brązowo-biały pies, którego widziała już w pierwszej Sieci utkanej po odejściu zimy. Poprosiła Czarownicę, żeby przyprowadziła tego psa, Ladvariana, na Wyspę Tkaczek. Chciała zobaczyć tego wojownika – i chciała, by on ją zobaczył.

Szarpnęła nić Ladvariana i poczuła, jak przez Sieć przechodzi wibracja. Wiele nici połączonych z Hebanowym Pierścieniem – nici krewniaków – zaczęło jasno świecić. Ludzkie nici również świeciły, ale nie tak jasno, nie tak pewnie. Musi o tym pamiętać. A ten trójkąt...

Nadal trzymając nogę na nici Ladvariana, pajęczyca pozwoliła, by jej umysł odpłynął do ukrytej jaskini, świętej jaskini w centrum wyspy. Tam udawała się królowa Arachny, by słuchać marzeń – i tkać, nić po nici, wyjątkowe Sieci, które wiążą marzenia z ciałem, które są pierwszym krokiem do stworzenia Czarownicy.

Małe Sieci. Większe Sieci. Czasami tylko jedna rasa, tylko jeden typ marzycieli powoływał do istnienia Czarownicę. Kiedy indziej marzyciele pochodzili z różnych miejsc, mieli różne potrzeby, które w jakiś sposób łączyły się w jedno.

Kiedy czas ucieleśnienia marzenia dobiegał końca, kiedy przestawało chodzić po królestwach, królowa Arachny z szacunkiem przecinała nici wiążące Sieć ze ścianami jaskini, zwijała przędzę w kłębek i chowała w niszy, a potem za pomocą Fachu sprawiała, że nad wejściem zaczynały świecić kryształy. Wiele było takich zamkniętych nisz, więcej niż ludzcy Krwawi sądzili. No ale krewniacy zawsze byli najwierniejszymi marzycielami.

W jaskini znajdowała się Sieć, którą zaczęto tkać dawno, dawno temu. Z pokolenia na pokolenie królowe Arachny trącały nici wiążące Sieć, słuchały marzeń, po czym tkały ją dalej. Tylu marzycieli zamkniętych w jednej Sieci, tyle marzeń łączących się w jedno. Dwadzieścia pięć lat temu, według ludzkiej rachuby czasu, marzenie wreszcie się ucieleśniło.

W centrum tej wyjątkowej Sieci znajdował się trójkąt. Trzech silnych marzycieli. Trzy nici, które wzmocniono tyle razy, że stały się grube i bardzo mocne.

A każda królowa, kiedy spożywała dobrowolnie ofiarowane jej ciało poprzedniczki, słyszała to samo: Pamiętaj o tej Sieci. Poznaj tę Sieć. Poznaj każdą nić.

Pajęczyca ściągnęła swój umysł z powrotem.

Marzenie się ucieleśniło. Duch wykarmiony w Ciemności, ukształtowany przez marzenia. I splątana Sieć, ukryta w jaskini pełnej starożytnej mocy, która skierowała tego ducha do konkretnego ciała.

Były takie chwile, kiedy pajęczyca widziała okropne rzeczy w swoich Sieciach marzeń i wizji, kiedy zastanawiała się, czy ten konkretny duch naprawdę odnalazł właściwe ciało, czy może niektóre nici nadmiernie się zestarzały. Nie, był jakiś powód, dla którego ten duch się ucieleśnił. Ból i rany nie były winą marzeń – ani marzycieli.

Pajęczyca wyciągnęła ze swego ciała jedwabną przędzę i starannie przymocowała ją do nici Ladvariana.

Czarownica wybierze więc drugą ścieżkę, ślepa na fakt, że choć ocali Kaeleer i tych, których kocha, zniszczy Serce Kaeleeru.

Musi być sposób na ocalenie Serca Kaeleeru.

Rozpinając nić wiążącą pień drzewa z mocną gałęzią, królowa Arachny zaczęła prząść własną splątaną Sieć.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...