Chew #09: Kurczę pieczone

Marcin "Amaro" Martyniuk poniedziałek, 19 listopada 2018
chew #09: kurczę pieczone

Ślub, przysięgi małżeńskie, świętowanie w gronie najbliższych, potem miesiąc miodowy... Idylla? Owszem, ale na pewno nie dla znajomego cybopaty!

W życiu Tony'ego Chu zmienia się dużo i często. Ostatnio chociażby zawarł związek małżeński, z którego nie może się nacieszyć przez ciągłe śledztwa w różnych miejscach na świecie. Podczas gdy cybopata odbywa kolejne podróże po całym globie, jego bliscy zacieśniają współpracę, by odpowiedzialny za morderstwo siostry bliźniaczki poniósł karę. Sęk w tym, że zespół już wcześniej był nietypowy, bo złożony z nastolatki, częściowo cybernetycznego partnera protagonisty oraz dawnego wroga, a teraz dołączają do niego następne indywidualności. Z takiej mieszanki nie może wyniknąć nic dobrego!

Zacznijmy od technikaliów i... koguta. Dziewiąty album zbiorczy "Chewa" zawiera nie tylko zeszyty #41-45 oryginalnej serii, lecz także pojedynczą historyjkę z wydania "Chew: Warrior Chicken Poyo", która dokładnie pokazuje, dlaczego to jeden z najsympatyczniejszych i zdecydowanie najgroźniejszy komiksowy kogut. Po raz kolejny fragmenty poświęcone Poyo są naładowane pastiszem i brutalnością. Oczywiście po tylu tomach nie są już tak świeże i właściwie stanowią powtórkę z rozrywki, lecz podaną w tak absurdalnym sosie, że nie sposób nie uśmiechać się pod nosem. Poyo zapewnia rozrywkę sam w sobie, a w tym albumie odgrywa też bardzo istotną rolę, choć jedno z rozwiązań fabularnych zarazem zaskoczy, jak i wprawi w zadumę co do dalszego rozwoju akcji.

chew #09: kurczę pieczonechew #09: kurczę pieczone

Nie oznacza to, że pozostali bohaterowie stoją na uboczu. Drużyna toczy nierówną walkę z arcyłotrem posiadającym już dziesiątki nietuzinkowych zdolności. W dalszej mierze to ciekawy wątek i kolejny pretekst do bardzo dobrego humoru sytuacyjnego, lecz nie da się ukryć, iż główna linia fabularna mogłaby przyspieszyć. Sytuację ratują jednak gagi i swoista groteskowość, które towarzyszą cyklowi właściwie od samego początku. Czasem pojawiają się bardziej patetyczne sytuacje, ale tu po prostu wszystko jest wyeksponowane aż do przesady i po części stanowi o sile "Chewa".

O grafikach trudno napisać coś nowego – Rob Guillory stale dostarcza czytelnikom cartoonowej kreski, zdobiącej cały album. Nie wzbrania się od karykaturalizacji sylwetek i mimiki bohaterów oraz kreślenia scen pełnych rozlewu krwi. W tym tomie jest wszystko, do czego zdążył nas już przyzwyczaić – dwustronicowe ilustracje, ekspozycje Poyo, dynamiczne kadry oraz zbliżenia na twarz.

"Chew" zmierza ku końcowi w dobrej kondycji. Fani Tony'ego Chu i spółki mają prawo poczuć się więcej niż usatysfakcjonowani, ale poczucie wydłużania serii jest coraz wyraźniejsze.

Dziękujemy wydawnictwu Mucha Comics za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe 8  
Ocena użytkowników -- Średnia z 0 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...