Oblivion Song. Pieśń otchłani #01

Marcin "Amaro" Martyniuk czwartek, 5 kwietnia 2018
oblivion song. pieśń otchłani

Może jeszcze za wcześnie, by mówić o Robercie Kirkmanie jako człowieku instytucji, ale z pewnością już teraz należy mu się miano jednego z najsłynniejszych twórców komiksowych ostatnich lat. Nie bez znaczenia są w tym przypadku serialowe adaptacje jego dzieł, czyli "Żywych Trupów" oraz "Outcast. Opętanie". Czy "Oblivion Song. Pieśń otchłani" ma szansę zaskarbić sobie przychylność podobnej rzeszy fanów?

Na pierwszy rzut oka nowy komiks Kirkmana może przywoływać na myśl utwory postapokaliptyczne, lecz autor jedynie wspomaga się znanym z nich sztafażem. W końcu naukowiec Nathan Cole nie żyje w zniszczonym świecie, a jedynie przenosi się do alternatywnej rzeczywistości, do której dekadę temu trafiła także część Filadelfii wraz z liczną grupą mieszkańców. Protagonista odbywa eskapady w poszukiwaniu ocalałych ludzi i stara się sprowadzić ich z powrotem do normalnego świata. Sęk w tym, że nie może liczyć na pomoc ani ośrodków naukowych i przedstawicieli władzy, ani nawet bliskich mu osób. Do tego dochodzą grzechy przeszłości, nieustannie dręczące bohatera.

Kirkman po raz kolejny obarcza protagonistę trudną przeszłością i poplątanymi relacjami z innymi ludźmi. Z jednej strony Nathan Cole sprawia wrażenie pełnokrwistego człowieka borykającego się z poczuciem winny i mającego sprecyzowaną motywację do działania. Z drugiej – nie wyróżnia się niczym szczególnym i jak na razie nie jest w stanie wystarczająco zaciekawić czytelnika. Problematyczną kwestią są także motywacje Cole'a. W tym miejscu ponownie można wspomnieć o ścigającej go przeszłości, lecz nie sposób pominąć faktu, iż daje ona o sobie znać czasem na siłę. Tak jakby Kirkman koniecznie chciał jak najszybciej przekazać czytelnikowi pewną informację, a jednocześnie nie bardzo miał pomysł na wplecenie tego w akcję. Problem dotyczy nie tylko głównego bohatera, bo i motywacje osób znajdujących się w alternatywnej rzeczywistości wydają się wydumane. Niby widać, do czego zapewne dąży Kirkman, ale na ten moment jest to naciągane i niesatysfakcjonujące.

oblivion song. pieśń otchłanioblivion song. pieśń otchłani

Prawdę mówiąc, czuję również pewien niedosyt związany z oprawą wizualną. Rysunki, które wyszły spod ręki Lorenzo De Feliciego, są na wysokim poziomie. Dobrze nam znana rzeczywistość miesza się z wizją zdewastowanych pozostałości po ludzkości. Ilustracjom nie można odmówić uroku, choć nie wspomagają narracji w takim stopniu, jak miało to miejsce w "Outcast. Opętanie" czy "Żywych Trupach". Z kolei Annalisa Leoni, odpowiedzialna za kolory, zbyt często decydowała się na zbliżone barwy w obrębie tej samej planszy. Oczywiście wszędobylska szarzyzna pasuje do scenariusza, lecz czasem potrzeba za wiele czasu, by dojrzeć wszystko, co oferują ilustracje.

W pewnym stopniu Kirkman mnie zawiódł. Autor, który zwykł niespiesznie rozwijać swoje historie, miejscami w nieprzemyślany sposób przyspiesza ujawnianie kolejnych faktów. "Oblivion Song. Pieśń otchłani" ma szansę stać się jeszcze naprawdę dobrą serią, lecz w tej chwili to zaledwie solidny zaczątek czegoś większego – i to zaczątek z licznymi niedociągnięciami.

Dziękujemy wydawnictwu Non Stop Comics za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe 6,5  
Ocena użytkowników -- Średnia z 0 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...