JLA - Amerykańska Liga Sprawiedliwości, tom 3

Marcin "Amaro" Martyniuk piątek, 2 grudnia 2016
jla,amerykańska liga sprawiedliwości

W latach 90., ze względu na spadającą sprzedaż, DC postanowiło przekazać losy Ligi Sprawiedliwości w ręce Granta Morrisona, powszechnie znanego z "Azylu Arkham". Stworzone przez niego przygody o grupie herosów ze stajni DC zostały bardzo dobrze przyjęte. Czy po dwudziestu latach wciąż są warte uwagi?

Zwykłem rozpoczynać recenzje komiksów od fabuły i dopiero po jej ocenie przechodzić do analizy szaty graficznej. W tym wypadku zrobię jednak wyjątek, ponieważ to właśnie rysunki były dla mnie najmocniejszą stroną albumu, za którą odpowiada duet złożony z Howarda Portera i Johna Della. Na stworzonych przez nich planszach dzieje się doprawdy mnóstwo rzeczy. Starcia i rozmach prezentowanych wydarzeń zostały bardzo dobrze oddane na kartach komiksu, a warto też dodać, że udanie komponują się z niezwykle jaskrawymi barwami. Nie mogło jednak zabraknąć wad – sylwetki herosów bywają stanowczo przerysowane, zaś część planszy jest prawie tak chaotyczna, jak i sama warstwa fabularna.

W ramach trzeciego już tomu cyklu otrzymujemy cztery historie. Pierwsza z nich traktuje o obcych istotach sprawiających, że mieszkańcy całych miast błyskawicznie zapadają w objęcia Morfeusza. Gościnnie pojawia się tutaj również Sandman, co stanowi miły akcent dla fanów twórczości Gaimana. W drugim opowiadaniu członkowie Ligi spotykają swoich odpowiedników z dalekiej przyszłości, choć to tylko zaczątek czegoś większego i w dodatku urwany krótkim tekstem robiącym za epilog. Trzecia część oferuje nam oklepany motyw z bardzo ograniczonym zaufaniem i wiarą w naszych herosów. A skoro oni mieliby zaprzestać swej działalności, to oczywiście musi się znaleźć ktoś inny, kto będzie utrzymywał porządek na świecie. W ostatniej opowieści nasz świat odwiedzają Dżiny, ogromne i potężne, ale też podatne na sugestie.

jla,amerykańska liga sprawiedliwości

Dlaczego jedynie charakteryzuję poszczególne historie bez osobnej oceny każdego z nich? Otóż wszystkie cechują się właściwie tym samym zestawem zalet i wad. Grant Morrison ewidentnie starał się zaserwować czytelnikom możliwie epickie zdarzenia, w myśl zasady, że przecież Liga Sprawiedliwości miała chronić calutki glob. Scenarzysta nie bawi się więc w wydarzenia o poślednim znaczeniu – Ziemi zawsze zagrażają siły tak potężne, że herosi w pojedynkę nie mogliby się nawet z nimi mierzyć. Widać w tym też wiele ciekawych rozwiązań fabularnych – wykorzystanie Sandmana, Liga Sprawiedliwości z przyszłości, akcja mieszcząca się w piątym wymiarze itp.

Wszystko to może zaintrygować, ale kompozycja albumu poraża odbiorcę swym chaosem i natłokiem zdarzeń, które miejscami zdają się nie mieć żadnych fundamentów. Dlaczego w danej chwili została podjęta taka, a nie inna decyzja? Nie wiadomo. O co chodziło w tej scenie? Też nie wiadomo, ale przecież była widowiskowa. Naturalnie, by dopełnić rozmachu opowieści, musi pojawić się nie tylko solidne niebezpieczeństwo dla Ziemi, ale również gros jej obrońców. Oprócz najsłynniejszych postaci, jak Batman, Superman, Flash czy Zielona Latarnia, spotykamy również mniej znanych: Zauriel, Spectre, Big Barda, Huntress, a nawet staruszków pokroju Wildcata. Przyjdzie nam więc poznać nie tylko członków Amerykańskiej Ligi Sprawiedliwości, ale też jej wersji z odległej przyszłości oraz Amerykańskiego Stowarzyszenia Sprawiedliwości. Niestety jest ich stanowczo za dużo i pomimo ciekawych pomysłów, komiks zwyczajnie nie wciąga, ba, trzeba go nawet dawkować, by go w ogóle dokończyć. Oczy rażą również mdławe dysputy bohaterów o swych mocach lub szczegółach naukowo-technicznych, których jest sporo, ale od razu widać, że postanowiono rzucić jedynie paroma ładnie brzmiącymi terminami, bez ich znajomości. To częsta praktyka nie tylko w superbohaterskich komiksach, ale w tym przypadku zostaje sprzedana odbiorcy w wyjątkowo kiepski sposób.

Pomimo kilku dobrych rozwiązań, trzeci tom "Amerykańskiej Ligi Sprawiedliwości" przypomina senne majaczenie. Bohaterowie występują nie tylko bardzo licznie, ale są też do bólu przerysowani i trudno obdarzyć ich choćby cieniem sympatii. Album funduje nam chaos, niepotrzebny przepych i bełkot o supermocach. Tylko dla największych fanów DC i patrzących z sentymentem na produkcje lat 90.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe 4,5  
Ocena użytkowników -- Średnia z 0 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...