world-of-warcraft-cisza-przed-burza

Uncanny Avengers #1: Czerwony cień

Marcin "Amaro" Martyniuk piątek, 16 września 2016
uncanny avengers, czerwony cień

Fani mutantów spod znaku X-Mena mogą wprawdzie cieszyć się kolejnymi przygodami swoich ulubionych postaci, lecz z jakością bywa w ostatnim czasie różnie, biorąc pod uwagę chociażby słaby „X-Men: Apocalypse”. Jak prezentuje się komiks „Uncanny Avengers: Czerwony cień”, w którym prócz mutantów spotkamy również Thora i Kapitana Amerykę?

Historia kontynuuje wątki z poprzednich komiksów Marvela, w tym ten najważniejszy dla X-Menów – Charles Xavier został zamordowany przez Cyclopsa. Ludzkość wciąż ma poważne problemy z akceptacją wszelakich mutantów i sprawy we własne ręce stara się wziąć sam Kapitan Ameryka, który formuje tzw. Drużynę Jedności. W jej skład wchodzą członkowie X-Men i Avengers. Na horyzoncie pojawia się zagrożenie, które połączy ich jeszcze bardziej – Red Skull korzystający z telepatii skradzionej nikomu innemu jak Charlesowi. Sam sposób, w jaki doszło do przejęcia mocy Xaviera, zakrawa na idiotyzm i wystawia czytelniczą wyrozumiałość na poważną próbę już na początku albumu. Na szczęście lepiej zostały przedstawione sytuacje, gdy używa nabytych umiejętności – mami tłumy, podburza ludzi przeciw mutantom i skłóca ze sobą herosów.

Ciekawym rozwiązaniem jest objęcie dowództwa Drużyny Jedności przez Havoka, czyli brata Cyclopsa. I już na tym etapie Rick Remender miał spore pole do popisu. W końcu przyzwyczajony do ciężaru dowództwa Kapitan Ameryka odsuwa się w cień i zobowiązuje się słuchać rozkazów osoby, która zmaga się z ludzką nienawiścią skierowaną do mutantów i z brzemieniem zdrady swego brata. Niestety wszystkie te motywy, choć napoczęte, nie doczekały się wystarczającego rozbudowania, przez co stanowią tylko dodatek, a nie główne danie albumu. Również bohaterowie stanowią przeszkodę do uznania zeszytu za twór udany – liczba protagonistów nie pozwala na zagłębianie się w ich psychiki, bo poświęcono im zbyt mało miejsca, a gdy już się pojawiają, to scenariusz zwykle prezentuje się dwojako: narzekają na mutancki los albo znajdujemy ich w ogniu walki.

Nietrudno zauważyć, iż zeszyt pozostaje nastawiony na mniej lub bardziej efektowną akcję. Bitew i pomniejszych bijatyk znajdziemy tu naprawdę wiele, a pretekstem do nich jest oczywiście nienawiść do mutantów i władcze zapędy Red Skulla. Dodajmy do tego mrowie bohaterów i otrzymujemy całkiem przyjemną rozwałkę pozbawioną rozbudowanego tła fabularnego, które byłoby w stanie przykuć czytelnika bez efekciarskiej otoczki.

uncanny avengers, czerwony cień uncanny avengers, czerwony cień

Sceny walki są liczne i zostały narysowane przyzwoicie. John Cassaday dobrze poradził sobie w wielu miejscach, oddając charakter starć i racząc nas niezłą kreską, ale i pod względem oprawy graficznej nie uniknięto potknięć. Czasem trafi się gorzej narysowana twarz lub dziwaczne proporcje ciała, ale i tak najbardziej irytuje drugi plan. Modele postaci prezentują się brzydko, całość pozostaje przedstawiona bardzo pobieżnie, brakuje szczegółowości i tło dla najważniejszych wydarzeń bywa odpychające. Ostatnią część albumu wykonał Oliver Coipel, któremu przypadły jednak sceny mniej energiczne, ale i w przypadku jego prac można mówić o co najwyżej solidnym wykonaniu.

Jak to niejednokrotnie bywa, intrygujący zamysł niestety nie spotkał się z równie ciekawą realizacją. Połączenie X-Menów i Avengers nie wyszło źle, choć prym wiodą Havok i Kapitan Ameryka, podczas gdy reszta herosów nie ma wiele do powiedzenia. Nieźle prezentuje się również Red Skull, korzystający ze swej głupkowato nabytej mocy. Mimo to fani akcji i potyczek winni odnaleźć się w tymże albumie. A lekturę ukończą szybko, bowiem drugi plan całkowicie zniechęca do zawieszania oczu nad planszami zeszytu.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe 5,5  
Ocena użytkowników -- Średnia z 0 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...