Joyland

Krzysztof "krzyslewy" Lewandowski niedziela, 23 czerwca 2013
joyland

Stephena Kinga chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Słyszeli o nim nie tylko fascynaci literatury, ale także wielbiciele kina, dzięki licznym ekranizacjom jego książek. "Zielona Mila", "Lśnienie", "Mgła" czy "Skazani na Shawshank" to tylko część filmów na podstawie jego twórczości, na dodatek kolejne są w produkcji. Ale informacja dla tych, którzy z dzisiejszą kulturą nie są zaznajomieni, doznali udaru słonecznego, spadli z drzewa, po obejrzeniu/przeczytaniu horroru dostali depresji, amnezji bądź obu naraz: King to – w najprostszym tłumaczeniu – Król. I nie chodzi tu wcale o język angielski – on jest Królem, Królem Grozy. Przynajmniej w ocenie większości.

Paradoksalnie, "Joyland" to nie horror. Pojawiają się elementy grozy (o których później), lecz nie przeważają one nad resztą składowych książki. Najnowsze dzieło Kinga to w dużej mierze powieść obyczajowa. Gwoli wyjaśnienia – Król często imał się innych gatunków, co również przyczyniło się do wzrostu jego popularności. Czy "Joyland" jest więc także udanym odejściem od tematyki horroru? Traktuje on o młodości Devina Jonesa, który jednocześnie pełni rolę narratora powieści. Mężczyzna wspomina, jak będąc młodym chłopakiem, pewna dziewczyna złamała mu serce. Zraniony, zatrudnił się w wesołym miasteczku, gdzie zajmował się prowadzeniem różnych atrakcji, zabawianiem dzieci oraz sprzątaniem. To miał być jego przepis na zapomnienie, lecz nawet nie spodziewał się, że wydarzenia, jakie się w tym czasie rozegrają, będą miały tak wielki wpływ na jego życie.

joyland, king

Zaczniemy od miejsca akcji, czyli wesołego miasteczka, tytułowego Joylandu. Lunaparki budzą u mnie poczucie pewnego sentymentu, mimo że w dzieciństwie za nimi specjalnie nie szalałem. Ciężko powiedzieć, czy taki stan rzeczy spowodowany nie jest stylem pisania Kinga, bo nigdy tak naprawdę się nad tym nie zastanawiałem. Amerykański pisarz przedstawił diabelski młyn, zwykłą przejażdżkę kolejką górską czy tunelem strachu w taki sposób, że wydawały mi się one wręcz magiczne, a moja opinia na temat parków rozrywki, które brałem za nudne, nieinteresujące "pożeracze kasy", legła doszczętnie gruzach. Jak słusznie w książce zauważono – to nie to samo, co obecny Disneyland. Nastawiony na wypasione atrakcje, pełny przepychu i cudownych form rozrywek. Prawda – zabawa jest przednia, ale nie ma tego "czegoś". Zwykłe wesołe miasteczko jest ciekawsze, lepsze – dodajmy do tego, że ma już "trochę" lat, kuglarze to prawdziwi zawodowcy, mający doświadczenie, zapał i chęć niesienia szczęścia, a także, co ciekawe, doszło w nim do tajemniczego, do tej pory nierozwikłanego, morderstwa. Dlatego wybór miejsca akcji to nie czysty przypadek czy zrządzenie losu. King wiedział, co robi i myślę, że Joyland ma szansę zauroczyć wielu czytelników, niezależnie od ich upodobań i wieku. Szczególnie, że wydarzenia rozgrywają się w barwnie oraz wiarygodnie przedstawionych latach 70., a pisarz używa w swojej książce wymyślonego (co zaznacza na końcu) żargonu kuglarskiego. Wyciągarka łosi, ćwoki i inne tego typu sformułowania pojawiają się nader często i nadają całości specyficzny nastrój.

To, co wzbudziło u mnie największy podziw dla autora, to napięcie, jakie udało mu się zbudować. Książkę przeczytałem w dwa, trzy dni i ledwo mogłem się od niej oderwać. Gdzie szukać przyczyn takiego sukcesu? Trudno powiedzieć, ale część zasług tkwi z pewnością w dużej ilości interesujących wątków. Jones wraz ze swoją przyjaciółką prowadzi śledztwo dotyczące morderstwa dziewczyny w tunelu strachu. Winowajcy nigdy nie znaleziono, a od przestępstwa minęły cztery lata. Szukanie poszlak, odkrycia i wreszcie zaskakująca tożsamość mordercy skrywana do ostatniego momentu, to przepis Kinga na ciekawy kryminał. W mojej ocenie składniki dobrał znakomicie!

joyland

Kolejny wątek dotyczy umierającego chłopca, Mike'a, będącego także medium. Jest on chory na dystrofię mięśniową, przez co poruszanie umożliwiają mu jedynie aparaty ortopedyczne – kule lub wózek. Osoby z jego chorobą dożywają około kilkunastu lat, ale rok wcześniej doznał zapalenia płuc, więc zostało mu tylko siedem, osiem miesięcy. Mike posiada jednak dar widzenia. Wie więcej niż powinien wiedzieć, lecz jest też osobą o niezwykle wrażliwej osobowości i dobrym sercu. Devin postanawia mu pomóc, zaprzyjaźnia się z nim oraz stara się go uszczęśliwić zanim ten umrze. Kłopotem może być jego zaborcza matka, odgradzająca Mike'a od otoczenia. Ten wątek jest przesycony smutkiem, choć z drugiej strony daje też światełko nadziei i uczy pogodzenia się ze swoim losem i śmiercią. Kto wie, może niektórzy pesymiści narzekający na swoje życie, obowiązki szkolne czy pracę, zmienią swoje nastawienie i stwierdzą, że "mogło być gorzej".

Ostatnim, najdłuższym wątkiem jest młodość bohatera. King skupia się na stanie emocjonalnym Jonesa, jego problemach i relacjach ze światem, aby czytelnik mógł jak najlepiej wczuć się w jego sytuację. Devin ze strony na stronę dojrzewa, zdobywa doświadczenie, nawiązuje przyjaźnie, toczy ze sobą wewnętrzną walkę oraz poznaje sam siebie, odkrywając nieznane wcześniej pasje. Pisarz stosuje tutaj ciekawy, warty omówienia chwyt – wychodząc naprzód, informuje o późniejszej śmierci postaci. Spowodowało to, że z większym zainteresowaniem śledziłem dialogi z jej udziałem oraz badałem jej charakter i kierujące nią pobudki. Mimo że mogła to być tylko postać poboczna, nieważna dla fabuły, a King – jak na złość – rzadko umieszczał ją w centrum wydarzeń lub starał się mnie przekonać, że jej cele są proste. W podobny sposób działa używanie przez autora słowa "ostatni". Nie było dla mnie nic bardziej sentymentalnego niż czytanie o ostatnim spotkaniu z kimś, ostatniej rozmowie, ostatnim "czymkolwiek". Muszę przyznać, że pisarz kierował moimi emocjami w sposób umiejętny, niczym doświadczony lalkarz sterujący ruchami marionetki. I najzupełniej w świecie mi to nie przeszkadzało. Może dlatego, że w trakcie lektury niejednokrotnie towarzyszyło mi wrażenie, że to nie Jones wspomina przeszłe wydarzenia, lecz ja sam. Taką iluzję otrzymujemy dzięki pierwszoosobowej narracji i uniwersalnym bohaterze (nie jest ani za specjalnie głupi, ani mądry, ani piękny, ani brzydki), z którym bardzo łatwo się utożsamić.

joyland

Elementów fantastycznych za wiele jednak nie ma, co wcale nie jest dla mnie wadą – po prostu należy o tym wspomnieć. Dziecko medium i pojawiające się duchy (między innymi zjawa zmarłej dziewczyny objawiająca się w tunelu strachu) to jedyna część paranormalna, lecz według mnie więcej jej nie trzeba, bo doszłoby do destrukcji wspaniale wybudowanego klimatu wesołego miasteczka, w którego wsiąkłem jak kamfora. Każdy lunapark ma jednego ducha, a osoby obdarzone darem widzenia to rzadkość. Nic więcej nie dałoby się tu "upchnąć", a na pełnoprawną grozę przyjdzie pora, bo już pod koniec roku, również za sprawą wydawnictwa Prószyński i S-ka, ukaże się kolejna książka Kinga, "Doktor Sen", kontynuacja legendarnego "Lśnienia".

"Joyland" to świetna powieść przenosząca nas do klimatycznego wesołego miasteczka oraz poruszająca trudne tematy dojrzewania, nieszczęśliwej miłości i śmierci. To w mojej opinii czyni najnowsze dzieło Stephena Kinga wyjątkowym, w pełni zasługującym na zaszczytne miejsce na półce. Wróżę mu rychłą ekranizację, na którą z pewnością się wybiorę, aby znów przeżyć niezapomniane emocje, nutkę kryminału, grozy oraz towarzyszyć bohaterowi w starciu z jego problemami sercowymi. Jeśli ktoś szuka sentymentalnej, smutnej, ale jednocześnie stanowiącej wspaniałą rozrywkę lektury, gorąco polecam mu "Joyland".

Dziękujemy wydawnictwu Prószyński i S-ka za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe 9  
Ocena użytkowników 7,56 Średnia z 9 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Medivh · czwartek, 27 sierpnia 2015, 11:59
0
Jak dla mnie przyzwoita obyczajówka, ale nic ponadprzeciętnego. Elementy kryminału oraz nieliczne paranormalne wzbogacają nieco fabułę, tak że przyjemnie się to czyta. Nie nastawiałbym się jednakże na nie wiadomo co - wspominanie byłej dziewczyny przez calutką książkę potrafi naprawdę zmęczyć, a czasami akcja po prostu stoi w miejscu. Niemniej jednak to ciągle porządny kawał lektury, który można przyswoić między poważniejszymi powieściami.

I zgadzam się, że najlepsze w "Joylandzie" jest miejsce akcji. King opisał park rozrywki w taki sposób, że czujemy niemalże magnetyczne przyciąganie do wszelkich wydarzeń tam się rozgrywających. Faktycznie wieje nutką nostalgii.

7/10

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...