riese

Iron Man 3

iron man 3

Stan Lee to łebski gość. Nie, serio. Potrafi wziąć z pozoru coś zupełnie pospolitego i zmienić to w ciekawy, absorbujący twór. Stworzył jednego z ulubionych bohaterów mojego dzieciństwa – to przez jego pomysł codziennie po szkole siedziałem przed telewizorem i czekałem z niecierpliwością na dalsze przygody Spider-Mana, aż do momentu, w którym razem z Madame Web wyruszył przez wymiary na poszukiwanie Mary Jane, bo cholerna stacja nie wykupiła następnych sezonów serialu. BĄDŹCIE PRZEKLĘCI NA WIEKI, FOX KIDS!

spider man, fox kids
A niech ich!

Uff, już mi lepiej. Przez Stana Lee, oprócz regularnie oglądanych przygód Człowieka-Pająka, mieliśmy okazję łapać poszczególne odcinki czy sezony X-Menów, Fantastycznej Czwórki bądź Iron Mana (bo przecież rynek komiksowy w Polsce kuleje do dzisiaj, w przeciwieństwie do USA komiksy u nas nie miały – i raczej mieć nie będą – takiej popularności jak tam).

Teraz, kilkanaście lat później, Marvel (jakby po raz kolejny w odpowiedzi na coraz śmielsze poczynania DC na rynku filmowym) bombarduje nas kolejnymi ekranizacjami swoich komiksów. Najpierw było fajnie, filmy spotkały się z ciepłym przyjęciem, potem już gorzej (bo tańczący musicalowo Peter Parker jednak nie miał szans się sprzedać), a teraz znów lepiej. Tendencja zwyżkowa – przynajmniej dla mnie – trwa od pierwszej części "Iron Mana". Świetna ekranizacja, która tchnęła świeżość w stary koncept, po raz kolejny mnie porwała i wrzuciła Roberta Downeya Juniora do czołówki moich ulubionych hollywoodzkich aktorów, co potem przypieczętowane zostało jego świetną rolą w "Sherlocku Holmesie".

robert downey jr, comic con
To Robert. Powiedzcie mu cześć i przybijcie mu piątkę.

To już czwarty film z udziałem Tony'ego Starka (na potrzeby tej recenzji pomińmy jego cameo w którymś-tam "Hulku"), rozpieszczonego milionera, plejboja, geniusza i filantropa. Facet jest kwintesencją tego, czego powinno się nienawidzić i zazdrościć – traktuje ludzi przedmiotowo, zarabia na czyjejś niedoli, a wreszcie jest obrzydliwie bogaty i spał ze wszystkimi dwunastoma modelkami z okładek Maxima. No, to nie do końca prawda, przecież miał konflikt terminów z marcową, ale w grudniu na okładce były dwie panie. Oczywiście, ponieważ macza w tym palce łebski Stan Lee i mowa tu jednak o bohaterze ekranizacji komiksu, następuje bardzo "zewnętrzna przemiana wewnętrzna" – Tony Stark zaczyna rozumieć jak niszczące jest jego postępowanie i – ponieważ zaraz będzie bohaterem – bierze sprawy w swoje ręce. Po zgrabnym montażu Tony Stark staje się wreszcie herosem i ratuje świat oraz dziewczynę. W ten sposób mija nam pierwszy film. Główną różnicą, która jest też najmocniejszą stroną Starka alias Iron Mana, jest to, że ze swoim bohaterskim alter ego zupełnie się nie kryje. Nikt nie dziwi się, że po zdjęciu okularów nagle staje się kimś z super mocami albo że Bruce Wayne to tak naprawdę Batman. Tak, tak, komisarzu Gordon w ostatnim "Mrocznym Rycerzu", do Ciebie właśnie piję. Stark obwieszcza, że jest Iron Manem na konferencji prasowej, a potem prywatyzuje pokój i mówi dzieciom, żeby nie brały się za narkotyki.

iron man 3, couch, mark 42 armor

Oczywiście na potrzeby fabuły drugiego filmu i "The Avengers", nasz Człowiek-Żelazko ma swoje wzloty i upadki, ale zawsze pozostaje rozkapryszonym plejbojem, którego cięty dowcip jest znacznie bardziej strawny niż patetyczne podejście chociażby Kapitana Ameryki. Pola ustępuje mu nawet Thor, ze swoją pocieszną nieznajomością ziemskich obyczajów i pobłażliwym śmiechem z naszych prymitywnych technologii. Nie, z całej tej plejady, która ostatnio przewija się nam po kinach, to Tony Stark, mimo że powinniśmy go nie znosić, jest najbardziej sympatycznym łobuzem i to za niego trzymałem kciuki, gdy prał dupsko armii Lokiego. To dość popularny trend ostatnimi czasy – geniusz-dupek, przeświadczony o swej nieomylności; mieliśmy House'a, mieliśmy granego przez rewelacyjnego Cumberbatcha Sherlocka, mamy i Tony'ego Starka, który w przeciwieństwie do dwóch pozostałych napiera w niemilców laserami z rąk. Technicznie rzecz biorąc, promieniami repulsora, ale lasery brzmią znacznie fajniej.

Przez to wszystko – całą tę kreację bohatera na dającego się lubić łobuziaka (ot taki marvelowski Han Solo?) – początek "Iron Mana 3" trochę mnie zmartwił. Cały film zaczyna się bowiem od głębokiego monologu głównego bohatera, który szybko zamienia się w bełkot, w którym sam główny bohater zresztą się gubi. Potem jest już znacznie lepiej, kiedy widzimy retrospekcję z beztroskiego końca XX wieku, przy akompaniamencie klasyka – "Blue" w wykonaniu Eiffel 65.

A to blue. Ma niesamowity teledysk. Bardzo w klimacie epoki.

Potem jest bardzo nierówno – zmienił się reżyser, z Jona Favreau (który na całe szczęście wraca w roli ochroniarza Tony'ego, a potem Pepper) na Shane'a Blacka, który w swoim dorobku ma między innymi "Bohatera Ostatniej Akcji". No i można pamiętać Bohatera... za jednolinijkowce wypowiadane przez Arnolda i jego niezapomniany trailer "Makbeta", ale w żadnym możliwym wszechświecie "Bohater Ostatniej Akcji" nie był filmem dobrym. Ciężko mi wskazać wyraźnego winnego, nie potrafię jednoznacznie określić, dlaczego oglądając "Iron Mana 3" (w 3D!) nie czułem się tak, jak podczas seansu poprzednich części. Na początku było za mało tego, co czyni Iron Mana Iron Manem, potem nagle było za dużo, kiedy w finałowych scenach rzucono na nas wszystko (dosłownie!), co czyni Iron Mana Iron Manem. Film był reklamowany jako podróż, którą musi odbyć główny bohater, swoisty film drogi, ale tak naprawdę podróżą nie był – był śledztwem i powolnym odkrywaniem kolejnych warstw prawdy (z zaskakującym i jednocześnie rozczarowującym nieco zwrotem akcji), by wreszcie skończyć się finałową bitwą, o rozmachu imitującym tę nad Nowym Jorkiem, ale już bez tak prominentnych uczestników.

iron man 3, armor, tony stark

Fabuła jest dobra – przypomina w swoim ogólnym zarysie tę z "Gry Cieni", ale jest zrealizowana w dość oryginalny sposób – tego jeszcze w Marvelowym uniwersum filmu nie było, a ujęcie Mandaryna w taki – Aaa, ha, ha, spoiler! – sposób było czymś nietypowym i diametralnie odmiennym od tego, co pamiętamy z bajki lub komiksów. Umknął mi sens kilku przewijających się w filmie wątków, szczególnie tego z panią botanik vel inżynier genetyczny, ale najprawdopodobniej służył on podkreśleniu morału filmu, który bazowo uczył nas, żeby nie poświęcać się zbytnio naszym hobby, bo są ważniejsze od nich rzeczy. To też miły akcent, bo dawno z taką lekcją w filmie się nie spotkałem. Może to właśnie czekało na Tony'ego Starka na końcu jego drogi, a sama droga wcale nie była tak oczywista? To już spekulacja, ale ujmując film w ten sposób, nabiera on nieco większego sensu.

iron man 3 iron man 3 iron man 3

Nierówność przejawia się też w dziwnym przemieszaniu scen komediowych i tragicznych – albo takich, które pozostawiają widza z niepewną miną. Z jednej strony bezpardonowe traktowanie swojego nowego pomocnika (który jest – w iście hollywoodzkim stylu – dzieckiem. Swoją drogą, pamiętacie film, w którym bohater filmów akcji miał za pomocnika dzieciaka? Sprytnie ukryte nawiązanie (czy ktoś nie może oderwać się od utartych schematów) zderzone jest z tragicznymi wydarzeniami, które w filmie najczęściej zbywane są lekkim wzruszeniem ramion. To w porządku, że w zamachach szaleńca-terrorysty giną ludzie, nie w porządku staje się to dopiero, gdy w zamachu obrywa ktoś bliski. Żyjemy w czasach, w których coraz bardziej przyzwyczaja się nas do niewrażliwości na okrucieństwa zachodzące wokół nas, ale czasami myślę, że filmy i seriale poruszające tę przyziemną, aktualną tematykę, realizującą założenie łebskiego Stana Lee (jako alternatywy dla odrealnionych problemów ze świata DC). Przysuwają się coraz bliżej punktu, w którym z niewinnej rozrywki staną się czymś bardzo, bardzo poważnym. I nie będzie można się śmiać.

iron man 3

Na "Iron Manie 3" na szczęście śmiać się można, a nawet jest z czego. Dość dużo ciętych odzywek i rozbrajających jednolinijkowców, standardowe cameo Stana Lee (w filmach nie jest łebski) i standardowa, ukryta scena po napisach. Film w przyjemny sposób nawiązuje do "Avengersów", ale nie wciera ich nam w twarz, pokazując jednocześnie, że film Whedona nie był metą, do której zmierzano, lecz tylko następnym krokiem w jakimś większym planie, przechowywanym gdzieś w sejfie. Przed filmem zresztą pokazano nam już kolejną część "Thora", a nasi newsmani informowali kiedyś o filmowych planach Marvela. Ponieważ humor Starka kwitnie, kiedy ten ma komu pyskować, na ekran powrócił jego sidekick (zdecydowanie wolę to angielskie słowo od polskiego, pejoratywnie brzmiącego pomagier albo pomocnik) – War Machine, teraz Żelazny Patriota, pomalowany w Amerykę. Tony nie zostawia na przyjacielu suchej nitki, a ten nie jest mu zresztą dłużny – wymiana zdań między nimi to zawsze miły dla ucha element.

iron man 3 iron man 3 iron man 3

To w żaden sposób nie zadziałałoby, gdyby nie obsada. W większości to powroty – na ekranie znów pojawiają się Robert Downey Jr., Gwyneth Paltrow, Don Cheadle i Jon Favrou. Nie pojawia się co prawda Clark Gregg jako Phil Coulson, mimo że zapowiedzi o serialu z nim w roli głównej aż proszą twórców "Iron Mana 3" o jakiś mądry epizod. Na ekranie pojawia się jako cameo właśnie Shaun Toub, znany z pierwszej części jako Ho Yinsen. Nowi w serii są Guy Pierce i Ben Kingsley. Ten pierwszy powoli staje się Markiem Strongiem tego roku – to już któryś z kolei film, w którym widzę go jako antagonistę, podobnie jak dwa-trzy lata temu to Mark Strong grał pierwsze skrzypce jako "ten zły" w kilku filmach, które oglądałem po sobie. Rebeca Hall przez cały film wydawała mi się sztuczna i na dobrą miarę niepotrzebna – jej pościg za wiedzą został wyeksponowany tak słabo, że sama postać przez to ucierpiała – było z nią nawet gorzej niż z postacią Kat Dennings w "Thorze". Pojawia się też sztandarowy henchman – tym razem gra go szeregowy Leckie z "Pacyfiku", czyli James Badge Dale. Facet nie miał skomplikowanej roli, ale ma za to bardzo sympatyczny uśmiech. To jakiś plus, nie?

iron man 3 Prawda, że sympatyczny?

Audiowizualnie "Iron Man 3" to widowisko na najwyższym poziomie. Nie, wróć. To byłoby widowisko na najwyższym poziomie, gdyby nie to cholerne, nikomu niepotrzebne 3D. Po założeniu tych okularów (za które zapłaciliśmy ekstra, naturalnie) cały film był rozmazany, ciemny i wyglądał jak coś zripowane z płyty DVD i zapisane tak, by zajmowało jak najmniej miejsca. Ciężko mi było docenić ostrość efektów specjalnych i zachwycać się nad pięknymi projektami zbroi, kiedy nie mogłem się im zwyczajnie przyjrzeć – zważając na to, że po to polazłem do kina, żeby oglądać film w wielkim formacie, sytuacja zakrawa na kuriozum. W przypadku poprzednich marvelowskich produkcji mogłem jeszcze wybierać – tutaj już uznano (i nie wiem czyja to wina: multikina czy dystrybutora), że wybór mi nie przysługuje, a ja na pewno dobrze będę się bawił na wersji z 3D – to przecież takie hip popularne, prawda?

iron man 3 iron man 3 iron man 3

Jeśli idzie o dźwięk, to idealnie kamuflował się pod filmem – nie jestem w stanie przypomnieć sobie ani jednego motywu; ale z drugiej strony zupełnie nie pamiętam czołówki do "Iron Mana" z bajki, więc chyba film jest pod tym względem usprawiedliwiony. Teraz za to nucę sobie czołówkę ze "Spider-Mana", ACH, FLASHBACK Z DZIECIŃSTWA, NIECH CIĘ, FOX KIIIIIDS!

Dobrze się bawiłem na tym "Iron Manie". To wciąż porządna dawka filmu akcji w dobrej oprawie, ze świetną obsadą i trzymającym się jakoś scenariuszem – film w żadnym wypadku nie nudzi, nie każe łapać się za głowę, śmieszy więcej niż raz i jest bardzo przyjemny w odbiorze. Wróć, byłby przyjemny w odbiorze, gdyby nie to 3D. Ale w trzech wymiarach czy nie, perypetiom Tony'ego Starka zawsze powiem tak.

iron man 3 Siedzenie ze zbroją na kanapie to powracający motyw trzeciej części.

Przynajmniej dopóki nie będzie miał musicalowego numeru muzycznego. Łap siódemkę Tony i przybij piątkę.

Ocena Game Exe
7
Ocena użytkowników
7,46 Średnia z 14 ocen
Twoja ocena

Komentarze

0
·
Mnie aż tak postać Mandaryna się nie spodobała. Początkowo była świetna - trzeba przyznać, że Ben Kingsley scharakteryzowany na złego Araba z proroczym głosem wypadł znakomicie, ale
SPOILER
to co później nastąpiło... To żenujące. Ok, całkiem zabawne, ale nie tego chciałem.
Wolałbym, aby scenarzyści trzymali się bardziej oryginału. Z rzeczy wartych wspomnienia - brakowało mi hardrockowej muzy. Sorry, ale piosenka AC/DC to - przynajmniej dla mnie - cecha właściwa dla "Iron Mana" i jej brak spowodował, że film stał się jakiś taki infantylny. W ogóle on miejscami jest infantylny. Postać dziecka jako pomocnika Starka (czy to, do cholery, jakiś familijny film?!) zupełnie mi nie pasowała do obrazu egoistycznego playboya i miliardera. Nie wspominając już o tym, że sama jego postać to jakaś kpina. Widać, że twórcy chcieli pogłębić jego charakter, ale wyszło stereotypowo i nudno. Zaś napady paniki, na bogów, są słabe! Na co to komu?

Ale jest akcja, efekty specjalnie, humor i gwiazdorska obsada (choć Gwyneth Paltrow akurat zagrało średnio), więc wszystko jest ok. Ale nie jest ok, bo mogło być lepiej, a jest - jak jest. Prosty scenariusz z oklepanymi zwrotami akcji, nie trzymanie się oryginału
SPOILER
Mandaryn!
brak rock and roll'owego posmaku oraz naprawdę czasami spaprana postać Starka (którą ratuje głównie Downey) sprawiają, że "Iron Man 3" rozczarowuje. Miało być świetnie, jest tylko nieźle. Oby podobnie nie wyglądali "Avengersi 2". A no właśnie - plus w ogóle za wzmianki o "Avengersach". I jakbym mógł zapomnieć - Tony bez zbroi prezentował się całkiem dobrze.

Ocena: Tu się waham. Tak 6-6,5/10
0
·
Obhacz to w spoilery - trochę za dużo wyjawiasz.
0
·
Niech będzie - dwa spoilery
0
Gość_* ·
"powolnym odkrywaniem kolejnych warstw prawdy (z zaskakującym i jednocześnie rozczarowującym nieco zwrotem akcji):
wybaczcie ale gdzie niby jest ten zaskakujący zwrot akcji? błagam powiedzcie żebym wiedział w którym momencie udać zaskoczenie.
0
·
SPOILER
Come on! Mandaryn to komiksowy relikt, mający uosabiać jakieś amerykańskie fobie z przeszłości związane ze strachem przed dominacją komunistycznych Chin. Blackowi należą się pochwały, że w idealny sposób uwspółcześnił tego antagonistę i świetnie przyrównał go mechanizmów obecnego terroryzmu islamskiego. Działającego głównie po cichu, stosującego dywersję przy pomocy środków masowego przekazu, mającą odwrócić uwagę od realnego źródła. Prawdziwym mózgiem terroru nie są Ci biedni ludzie w turbanach, latający po pustyni z kałaszami i krzyczący "Allah Akbar!" w materiałach filmowych nakręconych na rozpadających się kasetach VHS. To poważni biznesmeni w garniturach, który za pomocą współczesnych mechanizmów rynkowych i pod płaszczykiem pokręconej ideologii (którą mamią wspomnianych wcześniej pokrzywdzonych przez los ludzi) realizują swoje egoistyczne cele. Dla przykładu, taka rodzina Bin Ladena jest bajecznie bogata, ma głębokie powiązania z saudyjską rodziną królewską i rządzi jedną z największych firm budowlanych na świecie (mocno inwestującą w infrastrukturę tak zwanej zachodniej cywilizacji).

Black opowiedział, jak ludzie współuczestniczą w strachu i w jaki sposób ta trwoga ogniskuje się na bardzo oczywistych celach, zamiast spojrzeć na cień i szukać przyczyn w innym miejscu - za kulisami. Co mi się jeszcze bardziej podoba, zaczął snuć tą opowieść jeszcze na długo przed faktycznym startem filmu, dzięki materiałom przedpremierowym.

Swoją drogą, sam twist był wielce zabawny. Osobiście parsknąłem szczerym śmiechem, gdy prawda wyszła na jaw

No, ale jasne. Film jest be... bo Kingsley to figurant i nie ma pierścieni. Problem w tym, że pod koniec scenarzysta rzuca Ci prosto w twarz wyjaśnieniem, że prawdziwym Mandarynem był zawsze Aldrich Killian. Deal with it :v Świat staje na głowie.


Cytat

Postać dziecka jako pomocnika Starka (czy to, do cholery, jakiś familijny film?!)


Wątek z dzieciakiem miał pokazać oraz równocześnie przypomnieć protagoniście, że dla wielu ludzi Tony Stark jest i zawsze będzie bohaterem, a także postacią pełną pozytywnych wzorców. Dla nich nie ma żadnego znaczenia, czy nosi ultranowoczesną zbroję i kopie tyłki złoczyńcom przy pomocy technologicznych cudeniek, czy jest facetem w dresie i nosi zegarek "Dora poznaje świat" (nawet z limitowanej edycji!). Ważne, że ma dobre serce i dość odwagi, aby zejść z wygodnej drogi i sprzeciwić się złu. Bo to nie zbroja czyni człowieka, parafrazując znaną mądrość ludową

...że przaśny przekaz? Owszem, ale nie wymagaj zbyt wiele od majowego blockbustera.

Cytat

Zaś napady paniki, na bogów, są słabe! Na co to komu?


Dla mnie bombowy pomysł. Superbohater zmuszony do stawienia czoła własnym słabościom i walczący z przypadłościami zespołu stresu pourazowego jak zwykły zjadacz chleba. Zaraz, moment... Najpierw narzekasz, że jest infantylnie, a potem psioczysz na dojrzałe elementy. Coś ta Twoja krytyka się kupy nie trzyma, mój drogi.

Cytat

brak rock and roll'owego posmaku


Też bym posłuchał jakiegoś chwytliwego kawałka AC/DC (scena ze śmigłowcami jest do tego idealnie stworzona), ale to raczej nic nie znaczący mankament.

Osobiście, bawiłem się świetnie i dla mnie to najlepsza część trylogii. Dialogi są świetne oraz przemyślane, humor naprawdę zabawny (mimo że Stark spoważniał, to jednak ogromnie cieszy, iż tak nie do końca ), akcja zapiera dech w piersiach, efekty specjalne oraz montaż - cud, miód i orzeszki.

Daję 8+/10 i polecam każdemu fanowi marvelowskich klimatów, aby się do kina wybrał. Druga faza rozpoczęła się z mocnym przytupem.
0
·

Przejdź do cytowanego postu Użytkownik Tokar dnia czwartek, 23 maja 2013, 00:21 napisał

Dla mnie bombowy pomysł. Superbohater zmuszony do stawienia czoła własnym słabościom i walczący z przypadłościami zespołu stresu pourazowego jak zwykły zjadacz chleba. Zaraz, moment... Najpierw narzekasz, że jest infantylnie, a potem psioczysz na dojrzałe elementy. Coś ta Twoja krytyka się kupy nie trzyma, mój drogi.

Nie tyle moja krytyka kupy się nie trzyma, co Twoje kontrargumenty Mi chodziło o napady paniki, a Ty mi tu zasuwasz ogólnie o słabościach Ale skoro już przy nich jesteśmy, to jak dla mnie zostały przedstawione zbyt powierzchownie i nie pasują mi do obrazu Tony'ego Starka.

Przejdź do cytowanego postu Użytkownik Tokar dnia czwartek, 23 maja 2013, 00:21 napisał

Ważne, że ma dobre serce i dość odwagi, aby zejść z wygodnej drogi i sprzeciwić się złu. Bo to nie zbroja czyni człowieka, parafrazując znaną mądrość ludową

A ja za dobre serce go nie polubiłem

Przejdź do cytowanego postu Użytkownik Tokar dnia czwartek, 23 maja 2013, 00:21 napisał

SPOILER
Come on! Mandaryn to komiksowy relikt, mający uosabiać jakieś amerykańskie fobie z przeszłości związane ze strachem przed dominacją komunistycznych Chin. Blackowi należą się pochwały, że w idealny sposób uwspółcześnił tego antagonistę i świetnie przyrównał go mechanizmów obecnego terroryzmu islamskiego. Działającego głównie po cichu, stosującego dywersję przy pomocy środków masowego przekazu, mającą odwrócić uwagę od realnego źródła. Prawdziwym mózgiem terroru nie są Ci biedni ludzie w turbanach, latający po pustyni z kałaszami i krzyczący "Allah Akbar!" w materiałach filmowych nakręconych na rozpadających się kasetach VHS. To poważni biznesmeni w garniturach, który za pomocą współczesnych mechanizmów rynkowych i pod płaszczykiem pokręconej ideologii (którą mamią wspomnianych wcześniej pokrzywdzonych przez los ludzi) realizują swoje egoistyczne cele. Dla przykładu, taka rodzina Bin Ladena jest bajecznie bogata, ma głębokie powiązania z saudyjską rodziną królewską i rządzi jedną z największych firm budowlanych na świecie (mocno inwestującą w infrastrukturę tak zwanej zachodniej cywilizacji).

Black opowiedział, jak ludzie współuczestniczą w strachu i w jaki sposób ta trwoga ogniskuje się na bardzo oczywistych celach, zamiast spojrzeć na cień i szukać przyczyn w innym miejscu - za kulisami. Co mi się jeszcze bardziej podoba, zaczął snuć tą opowieść jeszcze na długo przed faktycznym startem filmu, dzięki materiałom przedpremierowym.

Swoją drogą, sam twist był wielce zabawny. Osobiście parsknąłem szczerym śmiechem, gdy prawda wyszła na jaw

No, ale jasne. Film jest be... bo Kingsley to figurant i nie ma pierścieni. Problem w tym, że pod koniec scenarzysta rzuca Ci prosto w twarz wyjaśnieniem, że prawdziwym Mandarynem był zawsze Aldrich Killian. Deal with it :v Świat staje na głowie.


I w ten sposób nasz genialny Black pozbawił film całego mroku i sprawił, że naprawdę trudno brać go na poważnie. Znaczek Disneya jak najbardziej pasuje.
0
·
Mnie się film bardzo podobał Po "Avengersach" wyczekiwałem kolejnej produkcji Marvela, przekonany, że muszę iść na nią do kina. Akurat trafił się nowy "Iron Man". Poprzednie części były ok, ale bez szału (szczególnie dwójeczka), do tego opcja wyboru jedynie 3D (mam nadzieję, że nie stanie się to standardem, bo coraz więcej filmów robią tylko w 3D ;/). Ale w sumie humor dopisywał, więc wybrałem się na seans, czego kompletnie nie żałuję.

Trójeczka zjada poprzednie części na śniadanie.

SPOILER
Na początku, gdy Ben Kingsley pojawił się w scenie z dziewczynami i puszką piwa, mówię - w sumie fajny pomysł, że gra głupka, żeby później ich zaskoczyć... Gdy zorientowałem się, że on naprawdę gra idiotę, zacząłem się śmiać i przyklasnąłem pomysłowi. Nastawiłem się na walkę z największym wrogiem Shellheada, a tu taki psikus. Rewelka


Ani chwili się nie nudziłem, siedziałem cały czas z wypiekami na twarzy. Oczekiwałem fajnego filmu z uniwersum Marvela, a dostałem o wiele więcej. Do tego ostateczna epicka bitwa jest naprawdę epicka... I te momenty, gdy Tony siedzi ze swoją zbroją na kanapie, cudo Wybawiłem się naprawdę porządnie i stąd też leci dziewiąteczka dla Starka.
0
·


Krzysiu, ale prosiłbym, abyś w jakikolwiek sposób argumentował swoje tezy, bo na chwilę obecną to walisz ogólnikami (powierzchowne, infantylne, słabe) i niczym poza tym. Jak tak ma wyglądać dyskusja na temat filmu, to lepiej zakończymy ją teraz, gdyż całość mija się całkowicie z celem. Szczerze akceptuję, że "Iron Man 3" nie przypadł Ci do gustu i jakoś to przeżyję

Co do napadów paniki (od kiedy nie jest to słabość?), to pasują idealnie do zaburzeń Starka i trzymają się logicznej kupy w związku z wydarzeniami, przez które musiał on przejść w końcówce "Avengersów". W świetny sposób pokazują, że nawet taki charakterny playboy i superheros jak Tony nie jest odporny, a także nie potrafi przejść obojętnie obok traumatycznych chwil, jakich doświadczył. W jakiś sposób to musiało w niego uderzyć i poczynić rysę na jego zbroi pewnego siebie pyszałka, który hołduje zasadzie "żyj chwilą". To bardzo ludzkie zachowanie (w związku z czym postać nabiera głębi, dodatkowych rumieńców oraz staje się bardziej realna) i w fajny sposób pozwala nam wejść w psychikę bohatera. Może wlewa też nutkę optymizmu oraz motywacji w serce ludzi, którzy borykają się z takimi problemami, i ich rodzin? Trudno orzec, ale myślę, że to był celowy zabieg reżysera.

Łap artykuł na Wikipedii. Przy okazji czegoś nowego się dowiesz.
0
·
Btw - fajna interpretacja postaci Mandaryna, Tokarze W sumie nawet się nad tym nie zastanawiałem, oglądając film czysto "for fun"
0
·
Krzyś nie lubi po angielsku, I got your back, pardon, mam Twój tył, Krzyś.

http://pl.wikipedia....esu_pourazowego
0
·

Przejdź do cytowanego postu Użytkownik Tokar dnia czwartek, 23 maja 2013, 17:54 napisał

Co do napadów paniki (od kiedy nie jest to słabość?)

Ty potraktowałeś to ogólnie, mi chodziło konkretnie o napady paniki. Sceny, gdy np. Stark wylatuje z restauracji, bo musi wejść do swojej zbroi nie wiem, czy mają być śmieszne (dla mnie nie są) czy może właśnie mają pokazać jakiś psychologiczny sens. Mam wrażenie, że scenarzyście chodziło o coś połowicznego, ale nie wyszło.

Przejdź do cytowanego postu Użytkownik Tokar dnia czwartek, 23 maja 2013, 17:54 napisał

Co do napadów paniki (od kiedy nie jest to słabość?), to pasują idealnie do zaburzeń Starka i trzymają się logicznej kupy w związku z wydarzeniami, przez które musiał on przejść w końcówce "Avengersów". W świetny sposób pokazują, że nawet taki charakterny playboy i superheros jak Tony nie jest odporny, a także nie potrafi przejść obojętnie obok traumatycznych chwil, jakich doświadczył. W jakiś sposób to musiało w niego uderzyć i poczynić rysę na jego zbroi pewnego siebie pyszałka, który hołduje zasadzie "żyj chwilą". To bardzo ludzkie zachowanie (w związku z czym postać nabiera głębi, dodatkowych rumieńców oraz staje się bardziej realna) i w fajny sposób pozwala nam wejść w psychikę bohatera. Może wlewa też nutkę optymizmu oraz motywacji w serce ludzi, którzy borykają się z takimi problemami, i ich rodzin? Trudno orzec, ale myślę, że to był celowy zabieg reżysera.

Szczerze mówiąc, w "Avengersach" nie zauważyłem, aby doznał jakiegoś zaburzenia, jednak sprawę występowania pierwszych objaw zostawmy. Skupmy się na bohaterze. Moim zdaniem Stark wyrobił sobie pewną renomę, do wszystkiego podchodzi na luzie, z dystansem, a tu nagle zespół stresu pourazowego. Nie przekonuje mnie to - może gdyby nakręcić jakieś wprowadzenie do tego, a nie zasunąć ot tak - Stark, doznałeś stresu pourazowego! Nie wspominając o tym, że już wcześniej był blisko śmierci. Czemu więc ten moment w "Avengersach" doprowadził do takiego stanu? W stosunku do powierzchowności - nie da się ukryć, że scenarzyści nie pogłębili zbytnio tematu. Stark odizolował się od ludzi? Raczej niezbyt to widać. Już prędzej bym powiedział to o Bruce Wayne'e (nie wiem jak to się odmienia), który w "Mroczny Rycerzu Powstaje" za towarzysza głównie miał lokaja, a wydarzenia, które doprowadziły go do takiego stanu zostały przedstawione w świetny sposób w dwóch poprzednich częściach. Według mnie to udramatyzowanie Tony'ego jest robione trochę na siłę, a w stosunku do komizmu całości sprawdza się średnio.

SPOILER
Do Mandaryna nie będę się odnosił. Jednym się spodoba, drugim nie. Według mnie scenarzyści przesadzili, według ciebie zerwali z pewnym schematem i zbudowali świetną postać nawiązującą do rzeczywistości. Nie zmienia to jednak faktu (gdybyś miał jakieś wątpliwości), że śmiać się śmiałem również


Wracając do tematu dziecka - naprawdę nie widzę powodu, czemu pojawił się w filmie. Nie przekonał mnie Twój argument - faktycznie sprowadza Starka do roli bohatera o dobrym sercu, ale czy naprawdę trzeba uświadamiać to widzowi? Nie lepiej patrzeć na zachowanie Starka w różnych sytuacjach, gdzie ściera się jego zgryźliwość z dobrodusznością (czy jak to tam nazwać dobrą cechę Starka)? Nie, lepiej dać dziecko, które na końcu jeszcze dostaje fajne zabawki i uczynić z niego takiego małego Tony'ego. Po to, aby każdy był pewien, iż Iron Man to prawdziwy pozytywny superbohater. Pasuje to raczej do filmów familijnych.
0
Gość_bop* ·
dzieciak był tam jak żartobliwe nawiązanie do kina familijnego. Prawda jest taka, ze Tony Stark tak bardzo potrzebuje widowni i podziwu, że nawet na zadupiu jest w stanie znaleźć sobie fana, na którego nie będzie zwracał uwagi, ale będzie się karmił jego podziwem. Tak samo całe te stany lękowe to było dramatyzowanie Tony'ego przede wszystkim. Cała fabuła filmu oparta jest o osobowość Starka: nieustanny misz-masz patosu, humoru, popisówki i zlewania fanów:D Pamiętajmy, że to była opowieść Tony'ego Starka. W rzeczywistości mogło być cóż... delikatnie inaczej :>

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...