O piractwie, wolności i zarabianiu na życie jako pisarz

Matt "Matthias Circello" Kołodziejski wtorek, 11 stycznia 2011

Mówią, że niektóre rzeczy w internecie się nie starzeją, dlatego, pomimo że minął już ponad miesiąc od publikacji, postanowiłam zajrzeć do działu tłumaczeń, aby pochwycić jakąś duszę i zaprząc ją do pracy. Nieszczęśnikiem (chociaż na dobrą sprawę z własnej woli) okazał się Matthias.

Rzecz tyczy się piractwa. I to nie tego growego, obgadanego już ze wszystkich stron, ale tego... literackiego. Owszem, proceder piractwa książkowego nie jest może jeszcze jakiś przeraźliwie głośny, ale daje się we znaki niejednemu pisarzowi. I tak oto składam na wasze ręce pilotażowy egzemplarz wieszczonego nam działu felietonowego, w postaci notki blogowej, której autorem jest Chris McKitterick, amerykański pisarz, astronom, nauczyciel oraz redaktor z dziedziny sci-fi.

Zapraszam do lektury, jak i do dyskusji! :)
Ati

mckitterick

Fakt, że moja powieść doczekała się pirackiej wersji i została umieszczona na torrentach w całej sieci sprawił, że zacząłem się zastanawiać nad prawami autorskimi oraz dystrybucją pracy kreatywnej, nad tym co zrobić z piractwem i nad wolnością, która zostaje naruszona podczas walki z piratami.

Nie można pisać na ten temat nie wspominając o długoletnim koledze Corym Doctorow (z Electronic Frontier Foundation), który stwierdza, że: "Pomimo 15 letniej wojny o prawa autorskie, pomimo drakońskich praw i srogich kar, pomimo sekretnych traktatów oraz szeroko rozpowszechnionej cenzury, milionów wydanych na nierozsądne narzędzia mające na celu prewencję, dziś kopiuje się więcej niż kiedykolwiek wcześniej" (Guardian).

Z jego obserwacji wynika, że "jeśli udostępnię moje e-booki pod licencją Creative Commons, która pozwala na niekomercyjne dzielenie się, zachęcę czytelników, którzy kupują wersje drukowane. Dla mnie to działa."

Kiedy Doctorow przybył do Lawrence na Konferencję Campbella w 2009 roku (gdzie uhonorowano go Nagrodą Campbella za "Litte Brother", darmową do ściągnięcia z jego strony internetowej), wygłosił pogadankę na temat eksperymentu, który planował przeprowadzić. Długo argumentował na temat wydawania e-booków jako narzędzi poprawiających dostrzegalność autora i po usłyszeniu jego planu, polegającego na całkowitym unikaniu tradycyjnego wydawnictwa w ramach jego eksperymentu – marketing wspomagany przez rozdawanie książek (zapoczątkowany przez Boing Boing, artykuły i tysiące zagorzałych fanów) – byłem przekonany, że to dobre podejście młodego pisarza, więc zaplanowałem rozdać za darmo również moją książkę.

Do licha! John Scalzi zaczynał rozdając swoje prace i teraz radzi sobie całkiem nieźle.

Wyprzedzili mnie tylko piraci, którzy skrakowali moją książkę i zamieścili ją na różnych stronach z torrentami, po czym rozpuścili linki po całej Sieci. Zatem bawię się w kotka i myszkę z piratami w wyścigu o rozdawanie mojej pracy! W tej chwili jest dostępna jako darmowy .pdf, a gdy to piszę, mój przyjaciel konwertuje książkę do formatu epub i mam nadzieję zaoferować więcej formatów (następny jest html), gdy tylko uda mi się je stworzyć. Nie tylko przykładowe rozdziały, ale cała, cholerna treść.

Czy jestem szalony? Ponieważ jeśli o to chodzi, to już po sprawie. Tak jak to widzę, to nic na tym nie tracę. Teraz możemy toczyć różne rodzaje dysput etycznych i filozoficznych, załamywać dłonie nad upadkiem społeczności, gdzie ludzie nie widzą nic złego we wzięciu czegoś, co stworzył ktoś inny, skopiowania tego i rozdania tego dalej (czasem nawet pobierając opłatę za ściągnięcie! Trzeba być zarejestrowanym użytkownikiem takiego forum, by ich używać...), jednak to mija się z celem.

Moja książka już dostała się w ręce piratów. Nie mogę tego zatrzymać, a metody potrzebne do stworzenia środowiska wolnego od piratów zmieniłyby Internet w coś obrzydliwego i zakazanego. Popatrzcie na Wielki Firewall w Chinach. Chcecie czegoś takiego? Ja nie. I nawet ten niewyobrażalny, przytłaczający reżim cenzury nie jest w stanie powstrzymać poważnych chińskich użytkowników Internetu przed poszukiwaniem internetowej wolności.

Wolność nie jest za darmo. Muzycy, twórcy filmów, autorzy, artyści i inni kreatywni płacą za fajne rzeczy, które możemy dostać na stronach internetowych – nie za pomocą pieniędzy (ale, oczywiście, też – strony nie są za darmo), a kreatywną energią, którą mogli zużyć na zarabianie pieniędzy. Zanim przestawiłem się na życie polegające na nauczaniu oraz pisaniu fantastyki, pracowałem w zaawansowanych technologiach i zużywałem moją kreatywną energię na tworzenie dokumentacji oprogramowań. Moja zmiana kariery kosztuje mnie około 50 tys. $ rocznie w pensji i bonusach, nie wspominając o kapitałach akcyjnych, a także innych dodatkach. Nie dostaję już kurtek z logo firmy czy biura na 5 piętrze z widokiem na zalesione wzgórza i wszystkich tych rzeczy... ale kocham uczyć. I kiedy nie piszę fantastyki, staję się zrzędliwy i nieszczęśliwy. Czy tworzenie fantastyki kiedykolwiek wynagrodzi mi zarobki, z których zrezygnowałem, gdy przeistoczyłem się z kolesia z branży IT na nauczyciela? Bardzo wątpliwe, ale nie o to chodzi.

To jest ta sama historia dla wszystkich kreatywnych: cokolwiek robisz z miłości, kosztuje cię to zielone, prawdopodobnie dużą ich ilość. Jeśli dealowałbyś crackiem czy sprzedawał różne rzeczy, zarobiłbyś pewnie o wiele więcej. Istnieje więc mierzalny koszt kreatywnej pracy. Jeśli, albo raczej kiedy, bo takie są realia naszych czasów, ktoś spiratuje twoją pracę, niech będzie fotografię czy piosenkę czy też książkę, nieważne, potencjalnie rezygnujesz nawet z większego zysku niż ten, który uzyskałbyś ze sprzedaży tej pracy. Aby stworzyć tę pracę, kosztowało cię to na pierwszym miejscu czas i energię, przeznaczonych na stworzenie jej. Więc pirackie prace przynoszą podwójne szkody, kopiąc cię, podczas gdy już leżysz.

Jednakże! Jeśli ktoś napotka twoją pracę, książkę, film czy piosenkę za pomocą bloga przyjaciela, maila itp. i jeśli mu się spodoba i – co ważne – jeśli jesteś podpisany jako twórca tej pracy, zdobyłeś nowego fana. To ktoś, kto potencjalnie może kupić twoją pracę lub przynajmniej szepnąć słówko innym, podobnie myślącym ludziom, spośród których ktoś może kupić twoją pracę. To był funkcjonujący model biznesowy ze Świata Jima Baena, wystarczający, aby mogli spłacać raty za rozdane rzeczy. Pomysł jest całkiem prosty: im więcej się tego dzieje, tym więcej pojawia się twoich darmowych prac i tym większe prawdopodobieństwo, że ktoś je znajdzie, że ktoś je kupi lub zrobi dotację do twojej puszki z napiwkami na PayPalu. Przyjmując, że wystarczająca ilość takich etycznych kolegów zobaczy twoją pracę, potencjalne straty z braku sprzedaży zostaną przeważone przez zakupy twoich nowych fanów.

Właśnie dlatego tworzymy rzeczy – aby zakomunikować, że cokolwiek jest w naszych sercach, pali nas tak mocno, że zaczynamy tworzyć sztukę i dzielić się nią z innymi. By na ulicy złapać nieznajomego za płaszcz i powiedzieć: "Słuchaj tego! Mam ci coś naprawdę ważnego do powiedzenia!"

Jeśli dostajemy za to pieniądze, oznacza to tylko, że możemy tego robić więcej. Nie znam żadnych profesjonalnych pisarzy, artystów czy muzyków, którzy mają szczerą nadzieję wzbogacić się na swojej pracy. Wielu początkujących ma taką motywację, udało się niewielu, ponieważ ta branża po prostu nie jest najlepszą do tego, aby stać się bogatym. Robimy to z innych powodów. Jeśli mógłbym żyć z pisania fantastyki czy porzuciłbym nauczanie? Oznaczało by to kolejny spadek wynagrodzenia, podobny do przejścia z branży IT na uniwersytet, dodatkowo utratę większości korzyści, takich jak ubezpieczenie zdrowotne i tak dalej, ale oznaczało by to również zaprzestanie nauczania, którego po prostu jestem pasjonatem. Na całe szczęście nie będę musiał stawić czoła takiemu dylematowi w najbliższym czasie.

Jednak wielu kreatywnych marzy o zarabianiu ze swej sztuki tyle, by móc uprawiać pracę kreatywną na pełen etat. Wydaje się niezbyt intuicyjne myśleć, że rozdawanie czyjejś kreatywnej pracy może służyć temu celowi, jednak zapomnienie równa się biedzie. Może nawet gorzej, gdyż grozi tym, iż nikt nie może usłyszeć naprawdę ważnej rzeczy, którą chcesz powiedzieć. Jednak jeśli nikt nie płaci twórcom, zostanie niewielu, tworzących te właściwie fajne rzeczy, które kochamy. Właśnie tutaj jest sedno sprawy oraz wieczne pytanie odnośnie piractwa i rozdawania swoich prac. Jeśli kiedykolwiek przerzucę się na pełnoetatowe pisarstwo, chciałbym być w stanie zarabiać wystarczająco, by móc kupić sobie jedzenie i zapłacić rachunki. Jedyny sposób, aby się to spełniło, to wykształcenie sobie publiczności teraz, z wystarczającą liczbą tych, którzy będą chcieli zapłacić za czerpanie przyjemności z moich prac później.

Zatem czy jestem zmartwiony tym, że moja książka dostała się w ręce piratów? Jasne, przynajmniej byłem, gdy pierwszy raz odkryłem piractwo. Teraz widzę to jedynie jako irytujące. Jestem zły, że ludzie, którzy rozprzestrzenili moją książkę po Sieci, nie zapytali mnie czy nie chciałbym zrobić tego na własną rękę. Cholera, powiedziałem zebranym na ConQueście (konwent SF w Kansas City) ostatniej wiosny, że właśnie taki miałem zamiar i mówiłem o tym od zawsze – nawet napisałem o tym na mojej stronie oraz blogu! Właściwie jestem mile połechtany, że komuś moja praca spodobała się na tyle, że musiał się nią podzielić. Jednak kiedy ludzie czytają moją książkę w ciemnych kątach Internetu, ja o tym nie wiem. Z drugiej strony, kiedy kupują papierowe wersje, mój wydawca śledzi te zakupy. Kiedy ściągają książkę z mojej strony, wiem o tym. Moją główną motywacją do pisania jest dzielenie się historiami o rzeczach, o których nie mógłbym nie napisać, zatem chciałbym wiedzieć, gdy ludzie je czytają. Chcę słyszeć, co o nich myślą!

Zatem wyzywam was: jeśli podoba wam się kreatywna praca – zwłaszcza ta, którą możecie zdobyć za darmo! – powiedzcie o tym światu. Z moją powieścią, przynajmniej nie musicie martwić się, że zostaniecie złapani, ponieważ i tak oddałem ją do ogólnego użytku. Blogujcie o tym, piszcie posty na Amazonie czy Goodreads, mówcie o tym swoim przyjaciołom, którym, według was, to też mogło by się spodobać. Wklejcie linka do mojej strony, gdzie inni będą mogli pobrać książkę. Ponieważ te małe wysiłki są zapłatą za mój wysiłek stworzenia tej pracy i rozprzestrzenienia jej bez żądania zapłaty czy narzucania DRM na darmowe kopie. Odwiedzajcie mojego bloga lub Facebooka czy też wyślijcie mi maila i powiedzcie, co o tym sądzicie. Cholera, kupcie kopię by oddać ją do lokalnej biblioteki lub przyjacielowi, jeśli się wam spodobała, ale ja po prostu chcę wiedzieć, że jestem czytany, że gdzieś tam do kogoś dociera to, co mówię i w jakiś sposób moja praca na niego wpływa. Było by wspaniale, gdyby pisarstwo dostarczyło mi wystarczająco dochodów, aby zapłacić za wycieczkę czy naprawić dach, ale nie liczę na to. Po prostu nie chcę być idiotą, który spędził lata nad stworzeniem czegoś, a potem po prostu pozwolił ludziom uciec z tym, nie słysząc nawet "dziękuję".

Pierwszy raz spotkałem się z piractwem internetowym dekadę temu. Moja strona internetowa zawiera w sobie trochę poezji i część z utworów o tematyce seksualnej pojawiała się na innych stronach. Nigdy nie miałem zamiaru nic na tym zarabiać – to poezja dla sławy, a nie dla pieniędzy! Zatem poczułem się mile połechtany, że ludzie lubili te utwory na tyle, by się nimi dzielić z innymi. Chciałbym, aby zamieszczający je chociaż podpisali je moim imieniem z linkami zwrotnymi do mojej strony. Po dziś dzień, gdy znajdę jeden z moich utworów na jakiejś stronie, odpowiadam na nie (gdy strona pozwala odpowiadać niezarejestrowanym) coś w ten deseń: "Cieszę się, że się wam spodobało! Oto moja strona..." Moment, który sprawił, że publikowanie tych prac nabrało sensu, nadszedł w dniu, gdy pewna kobieta napisała do mnie z wiadomością, że jeden z moich wierszy ożywił na nowo życie seksualne jej i jej męża (tak, to była właściwa reakcja na tę pracę *g*). Czy autor może mieć nadzieję na coś więcej? Zdarzyło się też, że muzyk poprosił o użycie go jako słów do piosenki, które stała się później jedną z jego najbardziej popularnych.

O tym właśnie mówię.

Czego nauczyłem się dzięki publikowaniu tych utworów? Niewiele. Jednak wartość, jaką zyskałem dzięki moim staraniom, była ogromna. Nie chcę oddać wspaniałej, wrodzonej w sieci Web wolności, którą znamy dziś, w celu zarabiania pieniędzy za moje prace. Deptanie rzeczywistości internetowej, wprowadzanie drakońskich zabezpieczeń na zawartość, DRMowanie wszystkiego – to są małe kroczki ku sprawieniu, że Sieć nie będzie wolna i darmowa. Publikuję moje twory ponieważ chcę, by ludzie czytali to, co chcę im powiedzieć, a potem mówili o tym innym – i mnie! – co o tym myślą. Nie chcę być uznawany z tego powodu za głupiego. Chcę po prostu uzyskać trochę dochodów za moje starania.

Dam wam wszystkim znać jakie będą moje doświadczenia w tej sprawie. Czy oddanie mojej powieści do użytku internautów sprawi, że lepiej się sprzeda? Będzie ciężko to określić, ponieważ jest to moja debiutancka książka, zatem nie mam porównania. Mój wydawca będzie mógł trochę zgadywać w porównaniu mojej sprzedaży z innymi książkami SF, które publikuje, jednak powie mu to niewiele więcej niż to, jak wygląda sytuacja w poszczególnych segmentach rynku. Jednak mam nadzieję zobaczyć rezultaty w formie odpowiedzi czytelników. I może niektórzy z nich kupią kopię tej lub następnej mojej książki!

EDYTOWANE: Przy okazji, bardzo ważnym jest wspomnieć, że ustaliłem nowe warunki z moim wydawcą (i umieściliśmy je w kontrakcie), że zatrzymuję sobie prawo do sprzedaży bądź udostępnienia elektronicznych edycji książki. Właściwie bardzo wspomagał mnie w tym pomyśle, ponieważ Hadley Rille Books to mniejsze wydawnictwo z limitem marketingowego budżetu, zatem uznał moje działania za kolejne narzędzie publikacji.

Najlepszego,
Cris

Źródło: mckitterick.livejournal.com

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...