outpost2

Final Fantasy IV

5 minut czytania

final fantasy

Na rynku pojawia się coraz więcej rarytasów: świeżo upieczony “Mass Effect 2” czeka już na koneserów gatunku, zaraz po nim podadzą nam “Star Trek Online”, zaś w kuchni Blizzarda dojrzewa już kolejny, straszliwie pikantny dodatek do “World of Warcraft”. Nie zdążyliśmy jeszcze w pełni nacieszyć się smakiem “Dragon Age”, a w sieci już ktoś wpycha nam do gardeł deser w postaci dodatku pt. “Przebudzenie”. Taki natłok atrakcji może wywołać u niektórych odruch wymiotny. Powstrzymując się jednak od zwracania tej “duchowej” strawy, możemy zwrócić się na chwilę w przeszłość, gdzie wszystko było o wiele prostsze, świat znacznie bardziej zaskakujący, a potwory i smoki mocno pikselowate.

Final Fantasy IV zostało wydane w 1991 roku przez firmę Squaresoft, obecnie znaną bardziej jako Square Enix. Ta czwarta część przesławnej dziś sagi gier RPG w swej północnoamerykańskiej edycji ukazała się jako “Final Fantasy II” i pod takim właśnie tytułem możemy znaleźć ją na przykład na konsoli Super Nintendo Nes. Inne platformy, na które wyszedł ten “Final” to Game Boy Advance, Play Station oraz współczesne Nintendo Dual Screen czy Wii. W tej recenzji zajmiemy się jednak starszą i pod wieloma względami najbardziej wartościową wersją tego tytułu.

final fantasy final fantasy final fantasy

Oto historia, z jaką spotkamy się rozpoczynając zabawę: oddział Czerwonych Skrzydeł, pod dowództwem kapitana Cecila – Czarnego Rycerza, napada na miasto Mysidia, kradnąc tajemniczy Kryształ Wody i mordując broniących go mieszkańców. Gdy podczas przekazania artefaktu królowi Cecil ujawnia trapiące go w związku z tym czynem wątpliwości i wyrzuty sumienia, zostaje zdegradowany i wysłany z misją dostarczenia przesyłki do Wioski Mgły. W tym miejscu zaczyna się nasza gra, na którą złoży się wiele różnych wyzwań. Co dość oczywiste, większość zadań, które będziemy musieli wykonać, oscyluje wokół schematu “przynieś – wynieś – pozamiataj”, ale bynajmniej nie przeszkadza to w cieszeniu się rozgrywką. Cel jest zawsze jasno określony: idziemy do danego miasta/obszaru/jaskini, zabieramy coś lub kogoś, zabijamy lub ratujemy tego i tamtego. Jeśli zastanowić się nad tym przez chwilę, widać wyraźnie, że przepis na dobrą, prostą grę nie zmienił się zbytnio na przestrzeni lat. Misje, choć niezbyt wysublimowane, potrafią jednak zaskoczyć gracza, gdy po przedarciu się przez piaski pustyni i gęste lasy pełne dzikich bestii do małej wioski odkrywamy, że dostarczona przez nas paczka sprowadza zagładę na bezbronnych mieszkańców. Innym razem, spędzając długie chwile i przelewając wiele krwi w mrocznych, głębokich jaskiniach, zostajemy uwięzieni przez pojawiającą się znikąd magiczną mgłę.

Ta ostatnia może przybrać różne formy, stając się choćby potężnym smokiem, by chwilę potem rozmyć się zupełnie między skałami, uniemożliwiając nam podjęcie jakiejkolwiek akcji i skłaniając do wybrania odpowiedniej taktyki. Oto kolejny atut “Final Fantasy IV” – gra czasem zmusza do pomyślenia. Być może uśmiechniecie się czytając to zdanie z myślą o dzisiejszych grach i zawartych w nich łamigłówkach, lecz w 1991 roku, gdy na rynku królował pałujący dinozaury “Prehistoryk” i rozstrzeliwujący kosmitów “Duke”, taki poziom abstrakcji naprawdę robił wrażenie. RPG, takie jak "Final", oferuje nam oczywiście pełną ingerencję w wyposażenie postaci (zarówno szeroką gamę uzbrojenia, jak i rozmaite magiczne wspomagacze statystyk) oraz większą niż dotychczas, pięcioosobową drużynę. Po raz pierwszy w tej serii każdy z jej członków posiada własną unikalną klasę postaci, zapewniającą mu wyjątkowe umiejętności. Broń, mikstury, artefakty i tym podobne gadżety możemy zdobyć dzięki pokonywaniu przeciwników oraz odnajdując ukryte miejsca i skrzynki. Czasem w tym celu będziemy zmuszeni odkryć sekretny przełącznik w ścianie, innym razem podążyć kanałem miejskim do leżącego za murami miasta stawu. Niezależnie od umiejscowienia skrytki, jej odnalezienie daje sporo satysfakcji.

final fantasy final fantasy final fantasy

Najbardziej charakterystyczną i esencjonalną częścią "Final Fantasy" są starcia prowadzone w systemie "Active Time Battle", w którym trzeba bardzo szybko podejmować decyzje o wyborze ataku, zaklęcia czy przedmiotu, gdyż przeciwnicy nie czekają aż łaskawie ich zabijemy, lecz uderzają tyle razy, na ile pozwala im ich szybkość i aktualna sytuacja na polu bitwy. Walki ze zwykłymi przeciwnikami są generowane losowo, podczas przemieszczania się drużyny po mapie świata. Lokacje oddane do dyspozycji gracza to między innymi pustynie, jaskinie, wieże czy lasy, w których występują różne rodzaje zwierząt, potworów i przeciwników, posiadających odmienne style walki i statystyki. Również współczynniki bohaterów są odpowiednio wyważone (np. magowie posiadają obniżoną obronę), wymuszając staranne rozplanowanie potyczki i ustawienie drużyny. Kierowani przez gracza herosi dysponują różnymi umiejętnościami, jak lecząca biała magia, ofensywna czarna magia, zaklęcia przywołania, ninjutsu i wiele innych.

Co można powiedzieć o wizualnej oprawie tej wyśmienitej gry? Ku zdziwieniu niektórych, ten dziewiętnastoletni rupieć nie tylko nie drażni współczesnego odbiorcy swoim wyglądem, lecz prezentuje się ładnie, kolorowo i – nazwijmy to – pociesznie. Efekty zaklęć dobrze oddają ich moc i działanie, kolory lokacji nie łupią w zęby jak ma to miejsce w wielu innych produkcjach tego okresu, zaś całość posiada pewien spójny styl i proporcje, których brak na przykład "Ultimie VI". Co więcej, wprowadzono coś na kształt rzutu izometrycznego na mapie świata, co w połączeniu z grafiką wersji gry na Play Station w owym czasie naprawdę mogło robić wrażenie urywające łeb razem z płucami.

final fantasy final fantasy final fantasy

Jeśli chodzi o oprawę dźwiękową, w wypadku Game Boy Advance i Nintendo Snes sprawa jest prosta – należy ją wyłączyć. Po kilkunastu minutach słuchanie wydawanych przez grę odgłosów wyczerpie cierpliwość każdego człowieka, zaś w odniesieniu do osób nie obytych z "soundtrackami" gier z Commodore 64 grozi ono śmiercią lub kalectwem.

Co jeszcze dodaje smaku tej fantazyjnej opowieści? Bez wątpienia była to pierwsza gra RPG oferująca tak złożoną i wciągającą fabułę, w której postacie miały wyraźnie zarysowane charaktery, rozterki i problemy. Sam główny bohater, Cecil, przechodzi drogę od Czarnego Rycerza do Paladyna, którą to transformacje znamy doskonale z wielu innych produkcji. Możemy rozmawiać z różnymi NPC'ami, dowiadywać się bardziej lub mniej istotnych informacji i odwiedzać kolejne miasta na mapie, która niestety momentami bywa nieczytelna, powodując chodzenie w kółko, lecz po uzyskaniu dostępu do powietrznego transportu przestaje być problemem.

Przyznam, że nie jestem fanem serii "Final Fantasy". Doceniam ją, szanuję, podziwiam za powalającą grafikę późniejszych odsłon, której dorównywały jedynie filmy Blizzarda, nie zrozumiałem jednak jej fenomenu. Niemniej w tej krótkiej recenzji mam przyjemność przedstawić, czy może raczej – przypomnieć grę, do której wracam zawsze z wielką przyjemnością. Nie tylko dlatego, że jest lepsza od podobnych staroci w stylu "Secret of Mana", mogących podobać się takim jak ja maniakom. Jej dodatkowy walor to coś, czego ewidentnie brakuje wielu dzisiejszym rozreklamowanym produktom, obezwładniającym nas perfekcyjną techniką wykonania. Ten walor to niezwykle długi termin ważności.

Plusy
  • System walki i przeciwnicy
  • Fabuła
  • Drużyna i jej prowadzenie
  • Skrytki, sekrety i elementy myślenia
  • Pocieszna grafika
  • Ponadczasowość
Minusy
  • Muzyka, a raczej "dźwięki"
  • Momentami nieczytelna mapa świata
Ocena Game Exe
8
Ocena użytkowników
8.08 Średnia z 6 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
Męczą Cię captche? , a problem zniknie. Zajmie to mniej niż rozwiązanie captchy!
Wczytywanie...