Fragment książki

środa, 15 października 2014

Roz­dział 1

Śnieg opa­dał z ciem­ne­go nie­ba ni­czym mąka z nie­wi­dzial­ne­go sita. Grim za­ci­skał szpo­ny na pa­ra­pe­cie wieży kościoła Świętego Ja­ku­ba i spoglądał na uli­ce Paryża. Śnieżne płatki kłuły mu twarz jak maleńkie okru­chy lodu. Wiatr szar­pał płaszcz, lo­do­wa­ty­mi pal­ca­mi prze­su­wał się po skrzydłach. Ciem­na po­stać Gri­ma nie­mal sta­piała się z czer­nią nocy. Stał nie­ru­cho­mo jak je­den z posągów zdo­biących wieżę. Był jed­nak czymś więcej. Chłód prze­ni­kał przez płaszcz do jego ka­mien­nej skóry, wyciągał z kończyn żar kosz­ma­ru, który, jak każdej przeklętej nocy ostat­nich ty­go­dni, zno­wu wy­rwał go ze snu i wypędził na dwór.

W mieście pa­no­wał ci­chy, nie­mal przy­ja­zny spokój, na­wet odgłosy ru­chu ulicz­ne­go, nie­prze­rwa­nie pul­sującego białymi oraz czer­wo­ny­mi światłami, wy­da­wały się Gri­mo­wi ja­kieś przytłumio­ne. Każdy dźwięk głuszyła śnieżna pie­rzy­na za­le­gająca na da­chach i od ty­go­dni wpra­wiająca lu­dzi w za­chwyt, jak gdy­by zwia­sto­wała jakąś cu­downą ta­jem­nicę, która już wkrótce zo­sta­nie ob­wiesz­czo­na. Grim par­sknął ze wzgardą. Lu­dzie!

To słowo za­brzmiało w jego myślach obco, spra­wiając, że uniósł dłoń do ka­mien­nej pier­si. Po­czuł w niej de­li­kat­ne ude­rze­nia swo­je­go ludz­kie­go ser­ca i zno­wu ogarnęło go to samo uczu­cie, co pew­nej daw­no mi­nio­nej nocy, po­nad dwieście lat temu, kie­dy sa­mot­nie błądził po Ita­lii, obcy, po­zba­wio­ny oj­czy­zny i w pełni świa­dom, że jest naj­bar­dziej sa­motną istotą na zie­mi. Pod jego czołem za­gnieździło się wówczas pa­ra­liżujące zim­no, tępe, nie­po­wstrzy­ma­ne zwątpie­nie i nie­pokój. Sądził wówczas, że wie, czym jest sa­motność. A jed­nak się mylił. Te­raz już od mniej więcej roku żył ze świa­domością, że jest Hy­bry­dem i wciąż czuł roz­pa­dlinę w swo­im wnętrzu, prze­paść mie­dzy ludz­kim je­ste­stwem oraz by­ciem In­no­stotą, szcze­linę ziejącą ni­czym mrocz­na otchłań. Wciąż żył między świa­ta­mi, roz­dar­ty nie­na­zwaną tęsknotą za każdym z nich. Początko­wo wie­rzył, że ów kon­flikt skończy się wraz z wyjaśnie­niem jego po­cho­dze­nia. Jed­nak mi­nio­ne mie­siące na­uczyły Gri­ma cze­goś in­ne­go. Różnił się od zwy­czaj­nych Hy­brydów, bo nie zro­dził się w na­tu­ral­ny sposób, tyl­ko zo­stał stwo­rzo­ny siłą ma­gii, z ka­mie­nia i ciała. Nie był również In­no­stotą, przy­na­leżną cie­niom Paryża, nie był człowie­kiem, który mógłby po­czuć się jak u sie­bie w którymś z ciepłych miesz­kań śmier­tel­ników. Był Gar­gul­cem o ludz­kim ser­cu.

Wziął głęboki od­dech i uspo­koił wzbu­rzo­ne myśli chłod­nym ciężarem swo­jej ka­mien­nej krwi. Śnieg na da­chach błysz­czał ni­czym jakaś obiet­ni­ca. Grim chętnie oddałby się, cho­ciażby na chwilę, ludz­kim tęskno­tom, ma­rze­niom o ma­gii i nie­sa­mo­wi­tości zaklętych w białych płat­kach. Wi­rujące dro­bin­ki dawały złudze­nie, że świat jest do­bry. Grim jed­nak do­brze wie­dział, że ów piękny blask to kłam­stwo. Śnieg wca­le nie był de­li­kat­nym cza­ro­dzie­jem, do­brym du­chem z in­ne­go cza­su, który przy­był, aby uczy­nić świat człowie­ka cich­szym oraz spo­koj­nym. Śnieg zwia­sto­wał nieszczęście. To wraz z nim wszyst­ko się zaczęło. Dokład­nie pięć ty­go­dni temu wśród lu­dzi po­ja­wiło się Zło, bezgłośne i chłodne ni­czym śnieg wraz z którym przy­było i któremu tak chętnie da­wa­li się ocza­ro­wać śmier­tel­ni­cy. Głupcy, wszy­scy, co do jed­ne­go.

Zaułkami Paryża prześli­zgi­wała się bez­i­mien­na gro­za, która jed­nak nie po­zo­sta­wiała żad­nych śladów – oprócz swo­ich ofiar. Zna­le­zio­no już trzy­dzieści pięć ciał, każdej nocy jed­no, a żaden za­bi­ty nie zginął w sposób ty­po­wy dla lu­dzi. Z pew­nością stała za tym jakaś In­no­sto­ta. Cie­nio­skrzy­dli z NGP dokłada­li wszel­kich sta­rań, by usunąć zwłoki, nim od­najdą je śmier­tel­ni­cy, ale nie za­wsze im się to uda­wało i te­raz w pra­sie bul­wa­ro­wej mnożyły się spe­ku­la­cje na te­mat se­rii za­gad­ko­wych mor­derstw. Bra­no pod uwagę również przy­czy­ny nad­na­tu­ral­ne, ta­kie jak nie­zwykłe for­my wam­pi­ry­zmu. Grim wie­dział jed­nak, że z tymi mor­derstwa­mi nie ma nic wspólne­go żaden pa­ry­ski krwio­pij­ca. Tego ro­dza­ju po­dej­rze­nia w sposób nie­unik­nio­ny kie­ro­wały ludzką uwagę na skry­ty Innoświat. Było już tyl­ko kwe­stią cza­su, jak lu­dzie za­czną sta­wiać właściwe py­ta­nia i wpadną na trop ukry­tej kra­iny, na straży której Grim miał obo­wiązek stać jako Cie­nio­skrzydły oraz ko­men­dant Naj­wyższej Po­li­cji Gar­gul­co­wej. Mu­siał za­tem być szyb­szy od lu­dzi. Mu­siał się do­wie­dzieć, co kry­je się za mor­derstwa­mi, i uczy­nić to nie tyl­ko w in­te­re­sie Innoświa­ta. Jego opie­ki wy­ma­ga­li także lu­dzie – do których świa­ta, jako Hy­bryd, należał przy­najm­niej w połowie. Od da­wien daw­na strzegł ich przed nie­bez­pie­czeństwa­mi czającymi się w mro­kach Innoświa­ta. Kie­dy zaś w jego życiu po­ja­wiła się pew­na młoda dziew­czy­na, a było to mniej więcej rok temu, ów wewnętrzny na­kaz stał się wręcz prze­możny. Kie­dy pomyślał o Mii, ciało prze­szedł mu ciepły dreszcz, za­raz jed­nak, wraz z pa­ra­liżującym zim­nem, powróciło napięcie.

Grim puścił ba­lu­stradę i wyciągnął z kie­sze­ni pa­ger. Nie miał żad­nych wia­do­mości od Cie­nio­skrzydłych, czuj­nie prze­mie­rzających noc i cze­kających tyl­ko na okazję, aby po­chwy­cić mor­dercę. Mor­dercę, który może właśnie w tej chwi­li znaj­do­wał so­bie nową ofiarę. Grim zaczął nie­spo­koj­nie prze­cha­dzać się tam i z po­wro­tem. W pamięci przy­wołał twa­rze zmarłych, które, za­stygłe na zdjęciach, po­kry­wały kor­kową ta­blicę w jego biu­rze i prześla­do­wały go w snach. Lu­dzi tych znaj­do­wano całko­wi­cie po­zba­wio­nych krwi. A na do­da­tek, jak gdy­by samo to nie było wy­star­czająco okrop­ne, mor­derca wyłupy­wał im oczy. Jesz­cze nig­dy w życiu Grim nie spoglądał w tak mroczną otchłań, jak ta ziejąca z pu­stych oczo­dołów zmarłych. Wśród ofiar byli mężczyźni, ko­bie­ty i dzie­ci – bra­ko­wało jed­nak ja­kie­goś wzo­ru, ja­kiej­kol­wiek ukry­tej wskazówki co do oso­by mor­dercy. Wie­dzia­no tyl­ko, że ofia­ry wciąż żyły, kie­dy po­zba­wia­no je krwi. Umie­rały do­pie­ro wte­dy, gdy spraw­ca wy­ssał je już do cna. Na ich ciałach nie zna­le­zio­no żad­ne­go zra­nie­nia, którym mogłaby ujść krew. Mor­derca mu­siał więc do jej wy­sy­sa­nia używać ja­kie­goś szczególne­go ro­dza­ju ma­gii. Jed­nak ani Szy­pułko­ocy z wy­działu za­bez­pie­cza­nia śladów, ani gar­gul­co­wi na­ukow­cy oraz al­che­mi­cy nie zdołali do tej pory zna­leźć w zwłokach ja­kich­kol­wiek po­zo­stałości tej ma­gii. Zupełnie, jak­by tro­pio­no wid­mo.

Ostry dźwięk pa­ge­ra wy­rwał Gri­ma z za­du­my. Prze­mknął wzro­kiem po wia­do­mości, po czym roz­po­starł skrzydła i uniósł się w po­wie­trze. Płatki śnie­gu oto­czyły go ni­czym roje świe­tlików, gdy płynął nad Île de la Cité w stronę celu. Z za­wrotną prędkością sunął po­nad rzędami domów Qu­ar­tier Nec­ker i bezgłośnie wylądował na wąskiej, bocz­nej ulicz­ce nie­opo­dal Gare Mont­par­nas­se. Wie­lo­piętro­we ka­mie­ni­ce wzno­siły się po obu stro­nach śle­pej ulicz­ki, na końcu której wid­niało za­pusz­czo­ne podwórze. Domy wyglądały w mro­ku nocy ni­czym od­la­ne z ołowiu. Zmrożony śnieg trzesz­czał pod sto­pa­mi Gri­ma zbliżającego się do dwóch Cie­nio­skrzydłych, którzy wy­szli mu na­prze­ciw z ciem­ności zaułka. Mie­li po­stać płasko­no­sych czartów o maleńkich skrzydłach na ple­cach. Byli dosyć młodzi. Grim roz­po­znał w nich re­krutów, prze­chodzących właśnie szko­le­nie, a kie­dy się za­trzy­ma­li, do­strzegł w oczach Gar­gulców, jak bar­dzo są przejęci.

– Gdy­byście sta­wa­li tak jak ołowia­ne żołnie­rzy­ki przed wa­szym królem, to inna spra­wa – ci­cho za­dud­nił Grim – ale ja je­stem Cie­nio­skrzydłym, dokład­nie ta­kim jak wy. Nie mu­si­cie prężyć się przede mną, jak­byście połknęli kije, tyl­ko dla­te­go, że od roku przed moim imie­niem znaj­dują się słowa „ko­men­dant po­li­cji”. Stańcie swo­bod­nie i opo­wiedz­cie, co się stało.

Po tych słowach odwrócił się od re­krutów i ru­szył uliczką. Aż nad­to wyraźnie po­czuł słod­ka­wy, nie­sio­ny wia­trem za­pach śmier­ci. Uznał więc, że musi się po­spie­szyć, cho­ciaż wie­dział, że i tak ni­cze­go już nie zmie­ni. Zja­wił się za późno.

Re­kru­ci szli za nim, zdając ra­port.

– Pa­tro­lo­wa­liśmy oko­li­ce Rue d’Ar­so­nval, kie­dy po­czu­liśmy ziąb. Gdy zja­wi­liśmy się tu­taj, wszyst­ko wyglądało już tak jak te­raz.

Grim uniósł szpo­ny. Do­tarł do krańca ulicz­ki, gdzie obok trzech prze­pełnio­nych kubłów na śmie­ci wznie­sio­no schro­nie­nie z kar­tonów i ga­zet. Po­mi­mo zim­na po­twor­nie cuchnęło od­pad­ka­mi i szczu­ra­mi. Na zie­mi, na wpół po­kry­ty zaśnieżony­mi ga­zetami, leżał człowiek.

Grim zo­rien­to­wał się, że to ko­bie­ta. Leżała na brzu­chu, ubra­na w jakiś bez­kształtny, brud­ny strój. Gar­gu­lec do­tknął jej ra­mie­nia i usłyszał sze­lest ga­zet, które po­wpy­chała so­bie pod ubra­nie dla ochro­ny przed zim­nem. Nie mu­siał zbyt­nio się wy­si­lać, by odwrócić ko­bietę na ple­cy. Ciało miała tak wątłe; ważyła nie­wie­le więcej niż dziec­ko. Długie brązowe włosy opa­dały jej na twarz, całkiem zasłaniając rysy. Grim wy­czuł napięcie u stojących obok re­krutów. Przez chwilę się wahał, po czym wyciągnął szpo­ny i od­garnął włosy ko­biety na bok.

Re­kru­ci od­sunęli się z wes­tchnie­niem. Je­den, z odgłosem krztu­sze­nia się, przy­tknął dłoń do ust. Grim także wy­czuł w so­bie potężny przy­mus, aby się odwrócić – nie zro­bił tego jed­nak. Te­raz wyraźnie już wi­dział ko­bietę, tak na­prawdę to jesz­cze dziew­czynkę, mającą za­le­d­wie ja­kieś czter­naście, piętnaście lat. Usta miała popękane od chłodu i zim­na, skórę po­liczków de­li­katną, bladą. Z pew­nością nie żyła. Grim nig­dy nie pojął, dla­cze­go niektórzy lu­dzie sądzi­li, że mar­twi wyglądają tak, jak gdy­by spa­li. Na twarz zmarłej padała de­li­katna poświa­ta, na­dając jej łagod­ność, wręcz spokój. Tam, gdzie po­win­ny być oczy, ziały dwie ciem­ne jamy, z których ni­czym łzy spływała krew. Grim po­czuł wi­rującą w tych otchłaniach ciem­ność, jak gdy­by pu­ste oczo­doły były kłębo­wi­ska­mi ja­do­wi­tych węży. Przez chwilę zda­wało mu się, że słyszy bi­cie ser­ca dziew­czy­ny, czuł jej po­spiesz­ny od­dech, gdy ucie­kała przed mor­dercą. Jej strach wypełniał pa­nującą wokół strasz­liwą ciszę. Płatki śnie­gu po­wo­li opa­dały w czerń oczo­dołów, wy­da­wało się, że chcą okryć dziew­czynę śmier­tel­nym całunem.

– Pa­nie ko­men­dan­cie – ode­zwał się je­den ze stojących obok re­krutów. – To był właśnie ten, którego szu­ka­my, praw­da?

Grim przy­taknął.

– We­zwij­cie ekipę za­bez­pie­czającą ślady – wy­mam­ro­tał. – I Niu­cha­czy. Może… – Umilkł i przyglądał się płat­kom śnie­gu bezgłośnie opa­dającym na zwłoki. Po­chy­lił się sku­pio­ny.

– Topią się – oznaj­mił ci­cho, po­tem wyciągnął szpo­ny i do­tknął pal­cem szyi dziew­czy­ny. Z jej ciała pro­mie­nio­wało słabe, le­d­wie wy­czu­wal­ne ciepło. Grim pod­niósł się.

– Szyb­ko – za­grzmiał, po czym od­sunął re­krutów na kil­ka kroków. – Stwórzcie tarczę ochronną nade mną i dziew­czyną, na wy­pa­dek, gdy­by ucho­dziła stąd jakaś ma­gia. Nie chce­my prze­cież ściągnąć na sie­bie ludz­kiej uwa­gi. Nie pozwólcie tej ba­rie­rze opaść i przede wszyst­kim – ani słowa.

Re­kru­ci przy­taknęli po­spiesz­nie i utwo­rzy­li tarczę, która roz­po­starła się nad Gri­mem oraz dziew­czyną ni­czym bańka z drżącego, nie­bie­skie­go światła. Śnieg, spa­dający na ma­giczną powłokę, topił się z sy­kiem.

Grim przyklęknął na jed­no ko­la­no, ułożył głowę za­bi­tej na swo­im łonie i szpo­na­mi do­tknął jej skro­ni. Lu­dzie sta­no­wi­li coś więcej niż tyl­ko zbiór części, na­wet jeżeli zewnętrzna powłoka ule­gała śmier­ci, pew­ne mniej uchwyt­ne ele­men­ty po­trze­bo­wały więcej cza­su, aby opuścić swo­je ulu­bio­ne schro­nie­nie. Lu­dzie na­zy­wa­li ta­kie rze­czy wspo­mnie­nia­mi, sna­mi, myślami – wszyst­kim, co wy­two­rzyła za życia zdru­zgo­ta­na te­raz ludz­ka świa­do­mość. Grim wziął głęboki od­dech. Może zdoła złożyć jakoś te okru­chy i od­na­leźć frag­ment, który ukaże mu ostat­nie chwi­le dziew­czy­ny.

Za­mknął oczy, po czym we­zwał wyższą magię, która roz­prze­strze­niła się w jego cie­le złotym wo­alem światła. Po­czuł de­li­kat­ne świerz­bie­nie ko­niuszków palców, uwal­nia­ne przez czar, który jak ciepły po­wiew wdarł się w chłód nie­ru­cho­me­go ciała zmarłej, pociągając za sobą świa­do­mość Gri­ma. Na chwilę ogarnęły go chłód i ciem­ność. Ofia­ra wy­dzie­lała kwaśny odór rozkładu. Po­ja­wił się ru­cho­my ob­raz, na którym Gar­gu­lec roz­po­znał martwą dziew­czynę. Miała około sied­miu lat i biegła po rozsłonecz­nio­nej łące. Ktoś ją gonił, za­nim jed­nak Grim roz­po­znał kto, łąka zniknęła w sza­rej mgle. Z ciem­ności wyłoniły się dal­sze ob­razy, mi­go­tały i gnały ku nie­mu ni­czym rozpędzo­ne pociągi. Kon­tu­ry miały za­mglo­ne, niektóre z nich le­d­wie dawało się roz­po­znać, inne roz­pa­dały się w bezgłośnie wi­rujący pył, nim Grim zdążył się przyj­rzeć. Wy­czu­wał cie­nie, które, nie­wi­docz­ne w ciem­ności, czaiły się do­okoła. Chłód śmier­ci sięgał ku nie­mu zachłan­ny­mi szpo­na­mi. Ma­gicz­ne posyłanie własnej świa­do­mości do mar­twe­go ciała nie było bez­piecz­ne. Te­raz Gri­ma pa­ra­liżował ziąb. Kusił, przy­zy­wał do sie­bie, a Gar­gu­lec wie­dział, że musi się wy­co­fać. Już miał zakończyć czar, gdy na­gle po­mknął ku nie­mu nie­zwy­kle ja­sny ob­raz. Kon­tu­ry wi­zji były wyraźne, a to­wa­rzyszący jej dźwięk zmro­ził Gri­mo­wi krew w żyłach. Ob­raz niósł ostat­ni, przedśmiert­ny krzyk dziew­czyny. Gar­gu­lec zwal­czył chłód i rzu­cił się do przo­du, w sam śro­dek ob­razu po­ka­zującego uliczkę, na której leżała ofia­ra.

Grim twar­do ude­rzył o zie­mię. Wylądował na tej sa­mej ulicz­ce, zniknęli z niej jed­nak Cie­nio­skrzy­dli, zniknęła też dziew­czy­na. Noc­ne schro­nie­nie z ga­zet stało nie­na­ru­szo­ne, szczu­ry bu­szo­wały wśród śmie­ci. Wy­czu­wał za­pach ich oszro­nio­nej sierści, a chłód po­wie­trza wy­da­wał mu się tak re­al­ny, że z tru­dem wie­rzył, że je­dy­nie podąża za wspo­mnie­niem, że wszyst­ko to tyl­ko ilu­zje. W rze­czy­wi­stości prze­cież nadal sie­dział na kup­ce ga­zet, z głową dziew­czy­ny na ko­la­nach i czuł, jak na jego cie­le kładą się cie­nie śmier­ci. Wstał i zo­ba­czył, że nie po­zo­sta­wia na śnie­gu żad­ne­go śladu – jed­no­cześnie tu był i go nie było. Z ja­kie­goś po­wo­du ta myśl go uspo­ka­jała.

Usłyszał tu­pot nóg. Dziew­czy­na biegła po bru­ku przy­ległej uli­cy. Skręciła za róg. Jej włosy tańczyły w rytm kroków, prze­ska­ki­wała za­mar­z­nięte kałuże ni­czym małe dziec­ko. W dłoni trzy­mała pla­sti­kową to­rebkę. Gri­ma prze­szedł dreszcz. Włosy dziew­czy­ny w zwol­nio­nym tem­pie przepłynęły przez jego szpo­ny. Oczy miała gra­na­to­we ni­czym nie­bo w roz­gwieżdżoną noc. Ser­ce Gar­gul­ca zatrzy­mało się na chwilę, bo w spoj­rze­niu dziew­czy­ny było coś, co znał – co miesz­kało także w oczach Mii. Jakaś ciem­na, na­tar­czy­wa tęskno­ta za czymś, cze­go nie sposób opi­sać słowa­mi. Mia. Jej imię spra­wiło, że Grim zadrżał. A co, gdy­by na miej­scu tej dziew­czy­ny zna­lazła się właśnie Mia? A co, gdy­by to właśnie ją do­padł mor­der­ca? Grim po­czuł, że coś się w nim za­ci­ska, nie po­tra­fił znieść po­dob­nej myśli. Przy­gryzł war­gi, aż po­czuł krew i ze­pchnął swo­je uczu­cia do naj­bar­dziej od­ległego zakątka świa­do­mości. Z tru­dem sku­pił się na dziew­czy­nie.

Właśnie wzięła ze sto­su dwie ga­ze­ty i uklękła na nich. Z tor­by wytrząsnęła na ga­ze­ty puszkę ra­vio­li oraz bu­telkę wódki.

Grim wie­dział, że al­ko­hol to do­bry sposób na chłód, wie­dział także, że dziew­czy­na zje ra­vio­li na zim­no, bo nie miała przy so­bie żad­ne­go źródła ognia. Po­czuł żal, patrząc, jak za­czy­na otwie­rać puszkę za­krzy­wio­nym śru­bokrętem. Jej pal­ce były czer­wo­ne z zim­na. Gar­gu­lec zbliżył się, bezgłośnie stanął przed nieszczęsną i tchnął ku niej czar ciepła. Na chwilę uniosła wzrok i spoj­rzała pro­sto na Gri­ma. Oczy­wiście tak na­prawdę go nie wi­działa. Nic, co robił, nie mogło już zmie­nić tego wspo­mnie­nia. A jed­nak – spoj­rzała na nie­go. Grim od­wza­jem­nił spoj­rze­nie, które prze­ni­kało go na wskroś, spoj­rze­nie jak gdy­by z in­ne­go świa­ta, wzrok niosący nie­dostępną dla nie­go wiedzę. Płatki śnie­gu tkwiły we włosach dziew­czy­ny, tonęły w pusz­ce ze wstrętną za­war­tością. Przez jej twarz prze­mknęło zdzi­wie­nie, czy­niąc ją jesz­cze młodszą. A po­tem, tak na­gle, uśmiechnęła się.

I w tej sa­mej chwi­li Grim po­czuł chłód. Śmier­tel­nie groźny ziąb skra­dał się uliczką w stronę dziew­czy­ny. Uśmiech za­marł na jej ustach. Spoj­rzała po­przez Gri­ma, zda­wało się, że coś za nim do­strzegła – coś albo kogoś, kto ją wy­stra­szył. Upuściła puszkę, nadal jed­nak ści­skała śru­bokręt. Grim zo­ba­czył, że moc­no zaci­ska na nim pal­ce. Naj­wy­raźniej miała już do czy­nie­nia z różnymi na­past­ni­ka­mi, wie­działa, że to, co stoi na skra­ju ulicz­ki, wca­le nie ma do­brych za­miarów. Gar­gu­lec po­czuł, jak po ple­cach przepływa mu chłód i przez chwilę nie wie­dział, czy po­cho­dzi on od mor­der­cy, czy może sięga po nie­go bez­li­to­sna ręka śmier­ci. Zmu­sił się, aby nie zwra­cać uwa­gi na sie­bie, tyl­ko sku­pił się na dziew­czy­nie. Po­wie­trze roz­ci­nały kro­ki. W oczach nie­zna­jo­mej widać było nie­do­wie­rza­nie, a także swo­istą fa­scy­nację.

Grim po­czuł krew bu­zującą mu w żyłach ni­czym wrzący stru­mień lawy. Wstał, kie­dy jed­nak chciał się odwrócić, oka­zało się, że ciało już go nie słucha. Jak gdy­by rzu­co­no na nie­go urok unie­możli­wiający ja­ki­kol­wiek ruch. Wstrzy­mując od­dech, przy­wołał swoją magię, jed­nak się nie po­ja­wiła.

Za­miast niej po­czuł lo­do­wa­te tchnie­nie prze­su­wające mu się po po­licz­kach niby od­dech ja­kie­goś po­two­ra i ciągnące ku dziew­czy­nie jako czar­na mgła. Zo­ba­czył, że z oparów wy­su­wają się szpo­ny, szpo­nia­ste pal­ce tak znie­kształcone, że pra­wie nie do roz­po­zna­nia. Sięgały ku dziew­czy­nie, nakłaniając ją, by wstała. Po­czuł mor­dercę stojącego dokład­nie za nim i in­stynk­tow­nie pojął, że jesz­cze nig­dy nie spo­tkał po­dob­nej isto­ty. Jej żyłami nie płynęło życie, na­wet nie płynęła nimi nie­umarła krew. Po­czuł gro­bo­wy ziąb ma­gii, która wy­do­by­wała się z każdego pora ciała; dźgał te­raz Gri­ma za­tru­ty­mi strzałami. Ciem­ność za Gar­gul­cem wzbie­rała, sądził, że pra­wie słyszy kuszące głosy, ja­ki­mi mrok wzy­wa ku so­bie ofia­ry, i le­d­wie był w sta­nie znieść spoj­rze­nie oczu dziew­czy­ny, w których nie było już nic oprócz bez­ro­zum­ne­go zdu­mie­nia.

Grim bezgłośnie się do niej zbliżył. Przez chwilę miał wrażenie, że go zo­ba­czyła, po­tem coś w niej roz­darło zasłonę oszołomie­nia i krzyknęło – krzyknęło, bez otwie­ra­nia ust, i to tak głośno, że Grim aż się prze­ra­ził. W następnej chwi­li ja­kieś szpo­ny prze­niknęły mu ciało, zupełnie tak, jak gdy­by składały się z dymu. Uj­rzał dłoń po­dobną do ludz­kiej, z czar­ny­mi pa­znok­cia­mi i po­krytą nie­wiel­ki­mi bli­zna­mi, która bez litości za­ci­skała się na gar­dle dziew­czy­ny. W spoj­rze­niu ofia­ry po­ja­wiło się strasz­li­we prze­rażenie, kie­dy, spoglądając po­przez Gri­ma, roz­po­znała swo­je­go mor­dercę. Pa­trzyła na nie­go z bez­radną roz­paczą, a wy­raz jej twa­rzy sta­no­wił je­dy­ny krzyk, do którego była jesz­cze zdol­na.

Grim wzdrygnął się, kie­dy mor­der­ca za­brał dziew­czynę z jego pola wi­dze­nia. Po­czuł, że wbrew swo­jej woli przy­bie­ra ludz­kie kształty. Ogłuszająco runęły na nie­go odgłosy ludz­kiego ciała, szmer krwi oraz bi­cie ser­ca, którego dźwięk za­zwy­czaj po­zo­sta­wał wewnątrz, tłumio­ny ka­mien­nym ciałem. Ja­kieś strasz­li­we głosy przy­zy­wały go po­przez pękniętą pierś, tę prze­paść między człowie­kiem a Gar­gul­cem. Słyszał, jak gdzieś z tyłu tam­ta dziew­czyna krztu­si się. Aż na­zbyt wyraźnie do­cie­rał do nie­go me­ta­licz­ny szczęk noża i odrażający dźwięk to­wa­rzyszący wyłupy­wa­niu oczu. Po­czuł ból dziew­czyny sma­gający mu czaszkę ni­czym ostre błyska­wi­ce. Spa­ni­ko­wa­ny, na­brał po­wie­trza. Z gardła mor­do­wa­nej wy­do­był się zdu­szo­ny dźwięk. Nie mogła krzy­czeć, bo nie po­zwa­lała jej na to ma­gia zabójcy, całą swoją mocą wy­sy­sająca krew z jej ciała. Grim po­czuł ciem­ność sięgającą ku dziew­czynie gro­bo­wym ziąbem. Mrok sięgał także po nie­go. Ze wszyst­kich sił wdu­sił się z po­wro­tem w po­stać Gar­gul­ca. Chłód ka­mien­ne­go ciała za­mknął pęknięcie na pier­si, za­bie­rając ze sobą wszel­ki ból. Jesz­cze raz usłyszał za ple­ca­mi char­kot dziew­czyny, dźwięk wy­do­bywał się jak gdy­by zza tysiąca zasłon. Po­tem za­padła ci­sza.

Z kości Gri­ma zniknęła ociężałość, za to na jego czoło wśli­zgnęło się coś zupełnie in­ne­go – coś, co spra­wiło, że aż przeszły go dresz­cze. Na uliczkę przy­była śmierć. Do­brze o tym wie­dział, bo tyl­ko śmierć mu­ska czar­ny­mi piórami po nie­ru­cho­mych po­licz­kach, bar­wiąc je sza­rością. Grim czuł ude­rze­nia jej skrzy­deł.

Nie od­dy­chał, kie­dy odwrócił się w stronę mar­twej dziew­czy­ny. Mor­der­ca już zniknął, ale Gar­gu­lec właści­wie prze­stał się nim przej­mo­wać. Wpa­try­wał się w pu­ste oczo­doły dziew­czy­ny o bla­dej skórze i twa­rzy, którą od tej chwi­li roz­po­znałby wśród tysięcy in­nych. To nie było ob­li­cze kogoś ob­ce­go. Na śnie­gu leżała mar­twa Mia. Tam, gdzie po­win­na mieć oczy, ziały dwie ciem­ne jamy, z których ni­czym łzy ście­kała krew. Grim po­czuł ciem­ność tańczącą w tych otchłaniach. Nie po­tra­fił się ru­szyć, pa­trzył jak otępiały na płatki śnie­gu kładące się na twa­rzy Mii, jak gdy­by chciały roz­po­strzeć na niej śmier­tel­ny całun i wresz­cie po­czuł swój ryk do­by­wający się z głębin ka­mien­nej pier­si.

Wrzask roz­darł pętający go urok. Grim po­tknął się – i jak długi padł obok swo­je­go łóżka. Ro­zej­rzał się, od­dy­chając ciężko.

To był sen.

To mu się przyśniło.

Znaj­do­wał się we własnej sy­pial­ni, w ka­mien­nym ko­min­ku płonął ogień, a obok spała Mia. Grim prze­tarł oczy. In­a­czej niż we śnie nadal miał ludz­kie kształty. Szyb­ko przy­brał chłodną po­stać Gar­gul­ca. Gdy­by to były tyl­ko ja­kieś przeklęte kosz­ma­ry, a nie prze­rażające od­bi­cia rze­czy­wi­stości, po­wstające od sa­me­go początku se­rii zabójstw. Po­dob­ne sny na­wie­dzały go już od ty­go­dni, aż po naj­drob­niej­sze szczegóły zgod­ne z rze­czy­wi­stością, wyjąwszy tyl­ko za­bi­tych, przy­bie­rających po­stać zgodną z jego lękami – oraz mor­dercę. Grim ciągle spo­ty­kał go w snach, ale nig­dy twarzą w twarz i za­wsze pod inną, tyl­ko prze­czu­waną po­stacią.

Pod­niósł się, za­ta­czając nie­znacz­nie, po czym ru­szył w stronę łóżka Mii. Również ona nie­wie­le spała w ciągu ostat­nich ty­go­dni. Wyglądała na zmęczoną oraz wy­czer­paną i jak za­wsze, gdy na nią pa­trzył, prze­biegł go dreszcz czułości. De­li­kat­nie pogłaskał dziew­czynę po czo­le. Gdy­by mor­der­ca cho­ciaż się do niej zbliżył, to jego do­tych­cza­so­we zbrod­nie wy­dadzą się nie­winną za­bawą przy tym, co Grim mu zro­bi.

Miał już właśnie ru­szać do swo­jej wieży, aby jak we śnie, pa­tro­lo­wać oko­licę, prze­cha­dzając się po śnie­gu, kie­dy na­gle usłyszał pi­skli­wy dźwięk. Mia drgnęła, ale się nie obu­dziła. Grim szyb­ko chwy­cił pa­ger, prze­czy­tał kil­ka li­ni­jek. Z po­nurą miną nałożył płaszcz. Rze­czy­wi­stość do­go­niła jego sen, jak już zresztą często bywało w mi­nio­nych dniach. Nad­szedł czas, aby wresz­cie położyć kres temu kosz­ma­ro­wi. Już wy­star­czająco długo mor­der­ca się ukry­wał. Znaj­dzie go jesz­cze tej nocy.

Roz­dział 2

Chłód prze­sunął się po twa­rzy Mii ni­czym czar­ne skrzydło, budząc ją. Jesz­cze za­nim otwo­rzyła oczy, po­ma­cała drugą stronę łóżka. Za­nim do­tknęła chłod­ne­go przeście­radła, wie­działa już, że Gri­ma tam nie ma. Przy­pusz­czal­nie obu­dził go kosz­mar­ny sen, je­den z tych strasz­li­wych ob­razów od ty­go­dni prześla­dujących go i nie dających mu spać. Zmęczo­na sięgnęła po bu­dzik. Zo­ba­czyła, że do­cho­dzi północ. Za kil­ka mi­nut i tak mu­siałaby wsta­wać. Wzdy­chając, wyłączyła bu­dzik, zeszła z łóżka i po­zwo­liła, aby ciężar sen­ności spłynął z niej ni­czym woda. Ogień w ko­min­ku już się wy­pa­lił, popiół żarzył się w półmro­ku. Mi­go­tało też światło małych elfów z wi­traża, rzu­cając czer­wo­ny po­blask na stojące wzdłuż ścian regały z książkami.

Mia po ci­chu wsko­czyła w ubra­nie: sięgającą zie­mi tiu­lową spódnicę i ob­cisłą bluzkę. Włożyła płaszcz, po czym wyszła z po­ko­ju. Po­chod­nie rozświe­tlały ko­ry­tarz obok kościoła, daw­no temu prze­nie­sio­ne­go przez Gri­ma pod zie­mię. Mia do­brze pamiętała, jak zim­ne wy­da­wały jej się kie­dyś te mury. Wciąż jesz­cze, po­mi­mo ma­gicz­ne­go ognia, przez potężną nawę główną i przejścia wiały upior­ne prze­ciągi. Mia do­tknęła mi­goczącego włączni­ka obok jed­nych z drzwi po dru­giej stro­nie ko­ry­tarza i uru­cho­miła świe­tlistą ko­lumnę ma­gicz­nej win­dy, która de­li­kat­nie uniosła ją na wieżę kościoła Świętego Ja­ku­ba.

Śnieg skrzy­piał pod jej sto­pa­mi, gdy pod­cho­dziła do blanków, a wiatr owie­wał szyję lo­do­wa­tym chłodem. Spoj­rzała po­nad uli­ca­mi Paryża. Zmar­z­nięta i trzęsąca się z zim­na, przez chwilę miała wrażenie, że ciem­ność z uli­czek i tyl­nych podwórzy wpłynęła ra­zem z wdy­cha­nym po­wie­trzem aż do jej najgłębszej głębi i wypełniła ją po ostat­ni za­ka­ma­rek je­ste­stwa. Za­sta­no­wiła się, gdzie może być te­raz Grim, i położyła dłoń na jed­nym z od­cisków szponów po­zo­sta­wio­nych w śnie­gu za­le­gającym plat­formę wieży. Przez mo­ment zatęskniła za wiosną – kie­dy Gri­ma jesz­cze nie na­wie­dzały kosz­ma­ry i nie mu­siał każdej nocy pa­trzeć w twarz okrop­nościom, już od ty­go­dni na­wie­dzającym Paryż. Wiosną byli szczęśliwi. Grim po­ka­zy­wał jej ukry­te re­jo­ny Innoświa­ta, Króle­stwo Cie­ni pod Paryżem, gdzie po­znała Re­mie­go, oraz ukry­te gro­ty elfów w Bois de Bo­ulo­gne. Z ko­lei ona opro­wa­dzała go po świe­cie lu­dzi. Po­szli ra­zem do kina i do re­stau­ra­cji. Śmiała się z za­chwy­co­nych spoj­rzeń Gri­ma – tego wzro­ku, ja­kim przyglądał się świa­tu lu­dzi ni­czym ja­kiejś ob­cej za­gad­ce, jed­no­cześnie nie­do­wie­rzająco, ale i z fa­scy­nacją. Pomyślała o włosach Gri­ma, które, gdy przyj­mo­wał ludzką po­stać, sta­wały się ta­kie miękkie w do­ty­ku, a także o jego oczach, wciąż czar­nych ni­czym noc, nie­za­leżnie od po­staci, jaką przy­bie­rał – Gar­gul­ca, człowie­ka czy Hy­bry­da. W wio­sen­ne noce la­ta­li po­nad Paryżem. Mia zno­wu usłyszała skrzydła Gri­ma prze­ci­nające po­wie­trze i po­czuła jego od­dech na swo­ich ustach, kie­dy lądo­wa­li gdzieś wy­so­ko, na ja­kimś wieżowcu. Pomyślała o tym, jak w pierw­sze ciepłe noce roku urządza­li z Gri­mem pik­ni­ki, oto­cze­ni ma­gicz­ny­mi po­chod­nia­mi, albo jak w jego pod­ziem­nym ogro­dzie przyglądali się flu­ore­scen­cyj­nym rośli­nom oraz ro­bacz­kom świętojańskim, żyjącym pod stro­pa­mi ja­skiń i zmie­niającym je w roz­gwieżdżone nie­bo. Oj­czy­zna Gri­ma stał się także jej do­mem. Po­lu­biła prze­by­wa­nie wraz nim w owym miej­scu między dniem a nocą, azy­lu pomiędzy świa­tami. Przez kil­ka mie­sięcy zda­wało się jej, że prze­by­wają w ja­kiejś do­sko­nałej prze­strze­ni, oto­cze­ni przez drżące światło, zupełnie jak­by byli wewnątrz my­dla­nej bańki. Z jej początko­we­go za­ko­cha­nia za­czy­nało wyłaniać się uczu­cie głębsze – za­ufa­nie i ni­czym dro­go­cen­ny kwiat prze­ci­skało się ku światłu po­przez ciem­ności cza­su. Wciąż na myśl o Gri­mie prze­cho­dził ją dreszcz spra­wiający, że się uśmie­chała. Jed­nak my­dla­ne bańki w końcu pękają. Pew­ne­go dnia z całą mocą powróciła rze­czy­wi­stość – właśnie tego dnia, w którym zaczęły się zabójstwa.

Do­tarły do niej głuche ude­rze­nia kościel­ne­go ze­ga­ra. Wybiła północ. Wraz z tym dźwiękiem Mię ścisnął w dołku nie­pokój, niby jakiś chłodny ciężar tkwiący w żołądku. Po­tra­fiła so­bie wy­obra­zić okrop­ności prze­my­kające tej nocy po uli­cach Paryża, ale miała też swo­je pla­ny. Szy­ko­wała coś, cze­go nie można było od­ro­czyć.

Wróciła do win­dy, kazała unieść się piętro niżej i opuściła wieżę. Mu­siała się spie­szyć, aby jesz­cze złapać ostat­nie me­tro. Śnieg na scho­dach wiodących na stację Châte­let prze­mie­nił się w grząską breję. Światło dwor­ca ośle­piało; mu­siała zmrużyć po­wie­ki. Na pe­ro­nie cze­kało nie­wie­le osób. Mia roz­po­znała wil­kołaka ukry­te­go pod po­sta­cią mu­sku­lar­ne­go mężczy­zny w kom­bi­ne­zo­nie bu­dow­lańca i szyb­ko się odwróciła. Nie miała za­mia­ru po nocy za­wie­rać zna­jo­mości z ja­kimś li­kan­tro­pem. Ostat­nie spo­tka­nie z tymi stwo­rze­nia­mi miało miej­sce na tyle nie­daw­no, aby do­brze pamiętała, ja­kie po­tra­fią być nie­bez­piecz­ne.

Wy­czuła w po­wie­trzu napięcie i za­uważyła pra­wie nie­do­strze­gal­ne spłoszo­ne spoj­rze­nia lu­dzi ocze­kujących na pociąg. Bali się i było to zro­zu­miałe. Od ty­go­dni w ga­ze­tach do­mi­no­wał je­den te­mat: zabójstwa w Paryżu. I na­wet jeśli po­li­cja gorączko­wo po­szu­ki­wała spraw­cy, a nie­zli­czo­ne me­dia prze­ko­ny­wały miesz­kańców, że mogą czuć się bez­piecz­nie, jed­no sta­wało się ja­sne jak słońce – działo się coś, cze­go nie dawało się określić słowa­mi, coś dziw­ne­go, nad­przy­ro­dzo­ne­go, spra­wiającego, że ich so­lid­nie umo­co­wa­ny i zda­wałoby się bez­piecz­ny świat zadrżał w po­sa­dach. Me­tro z pędem wje­chało na dwo­rzec. Wśród ocze­kujących, jesz­cze przed chwilą stojących bez ru­chu, za­pa­no­wało ożywie­nie. Mia usa­do­wiła się przy oknie, oparła głowę o chłodną szybę. Twa­rze za­bi­tych migały przed nią ni­czym światła w tu­ne­lu prze­su­wające się za drzwia­mi pociągu. Wi­działa zdjęcia w biu­rze Gri­ma i cho­ciaż drżała na myśl o okrop­nych oko­licz­nościach śmier­ci tych lu­dzi, przede wszyst­kim czuła smu­tek oraz ból, jaki niewątpli­wie do­ty­kał bli­skich ofiar. Wie­działa, czym jest stra­ta uko­cha­nych osób.

Za­du­ma­na, prze­siadła się na inną linię me­tra, po­tem jesz­cze raz zmie­niła kie­ru­nek podróży i wresz­cie do­tarła na stację Blan­che w dziel­ni­cy Mont­mar­tre. Po­spiesz­nie opuściła pe­ron, po czym szyb­kim kro­kiem wbiegła na górę, na Bo­ule­vard de Cli­chy. Niedługo po­tem po­czuła pod sto­pa­mi sta­lo­wy most roz­pięty po­nad Ci­me­tière Mont­mar­tre, lek­ko wi­brujący od natężone­go ru­chu. Za­trzy­mała się przed bramą cmen­ta­rza, ro­zej­rzała dys­kret­nie, nie uj­rzała jed­nak żad­ne­go prze­chod­nia. Wyciągnęła z kie­sze­ni wy­trych, aby otwo­rzyć drzwi, i wte­dy usłyszała roz­brzmie­wający echem głos swo­je­go bra­ta. Nie po­trze­buję żad­nej po­mo­cy. Tak właśnie po­wie­dział Ja­kub, gdy mniej więcej rok temu otwo­rzył bramę Jar­din des Plan­tes, ko­rzy­stając tyl­ko z ma­gicz­nej siły. Także Mia bez pro­ble­mu mogłaby włamać się, używając czarów, jed­nak jakaś jej cząstka się przed tym bro­niła. To, co za­mie­rzała te­raz zro­bić, sta­no­wiło pe­wien ry­tuał, a włama­nie do nie­go należało.

Bezgłośnie od­sunęła drzwi i prze­mknęła obok rzędów gro­bowców. Sta­ry Mau­ri­ce od­szedł na eme­ry­turę mi­nio­nej zimy, a nowy noc­ny stróż rzad­ko od­cho­dził od swo­jej pa­ka­me­ry da­lej niż na kil­ka kroków. Mia do­brze pamiętała noc sprzed mniej więcej roku, kie­dy roz­poczęła się jej przy­go­da z Innoświa­tem. Noc na cmen­ta­rzu, kie­dy to po raz pierw­szy ze­tknęła się z po­chodzącymi stamtąd stwo­rze­nia­mi. Wte­dy się bała, o tak, bała się wręcz śmier­tel­nie. Wciąż jesz­cze czuła na kar­ku dresz­cze, kie­dy wi­działa ciem­ność niektórych gro­bowców. Ten mrok zdający się cze­kać, by wy­strze­liła z nie­go prze­gniła ręka i wy­du­siła życie z ja­kie­goś lek­ko­myślne­go śmier­tel­ni­ka. Mia prze­sunęła lo­do­wy czar do le­wej dłoni. Już nie była bez­bronną dziew­czynką jak rok temu. Te­raz była Har­tydką, Widzącą Możliwe, wy­szko­loną w ma­gii – i żad­ne­mu kościo­tru­po­wi nie uda się zaciągnąć jej do kra­iny umarłych.

Do­tarła do sęka­te­go dębu, którego ko­rze­nie wciąż ob­le­pio­ne były wo­skiem z jej świec. No­ca­mi często przy­cho­dziła w to miej­sce. Kucała pod szu­miącym skle­pie­niem z liści i spoglądała na grób swo­je­go ojca, Lu­ca­sa. Pa­trzyła na jego po­pier­sie, które nig­dy nie wyglądało tak samo. Nie­kie­dy pach­niało farbą olejną oraz let­nim wia­trem – wo­nia­mi, ja­kie przy­lgnęły do ojca za życia. Także i te­raz usa­do­wiła się pod dębem, przez chwilę przyglądała się po­pier­siu, a po­tem opuściła wzrok. Raz do roku, w rocz­nicę śmier­ci ojca, ry­so­wała jego wi­ze­ru­nek – dokład­nie tak jak on, za życia, w każde uro­dzi­ny córki ma­lo­wał jej por­tret. Żebyśmy o so­bie pamiętali, usłyszała szept ojca. Tej nocy Mia nie zja­wiła się jed­nak tu­taj ze względu na Lu­ca­sa.

Na­gle po­czuła, że ser­ce bije jej moc­niej. Wiatr omiótł ją upior­ny­mi głosa­mi, a śnieg leżący na gro­bach za­mi­go­tał sre­brem, jak gdy­by odbiło się w nim światło księżyca. Po­wo­li wyciągnęła z tor­by blok ry­sun­ko­wy, prze­wer­to­wała go, aż tra­fiła na czystą stronę. Po­tem uniosła głowę i przyj­rzała się po­pier­siu na gro­bie bra­ta. Ja­kub od­szedł przed ro­kiem. Jego ciało na tym świe­cie po­niosło śmierć, zaś du­sza, za po­mocą ma­gicz­nych ry­tuałów, tra­fiła do dru­gie­go świa­ta, aby móc stamtąd kie­dyś powrócić. Przy­po­mniała so­bie ostat­nie słowa, ja­kie ze sobą za­mie­ni­li, kie­dy z po­mocą Gri­ma powędro­wała przez Międzyświat, żeby raz jesz­cze zo­ba­czyć bra­ta. Czy możesz powrócić? Ja­kub się zaśmiał. Ten śmiech wciąż na­wie­dzał ją w snach, szel­mow­ski, a za­ra­zem pełen zwątpie­nia, sta­no­wiący od­po­wiedź wyraźniejszą od ja­kich­kol­wiek słów. Wszyst­ko jest możliwe, od­parł, cy­tując ojca. Pew­ne­go dnia. Od tam­tej pory Mia już więcej o nim nie słyszała.

Przyglądała się de­li­kat­nym ry­som twa­rzy bra­ta, zmierz­wio­nym włosom i oczom, w których ze­brały się cie­nie nocy. Ko­rzy­stając z po­mo­cy Gri­ma, zle­ciła wy­ko­na­nie po­pier­sia bra­ta naj­lep­sze­mu rzeźbia­rzo­wi Ghro­go­nii, ten zaś prze­szedł sam sie­bie. Często wy­da­wało się jej, że po­pier­sie po­ru­sza usta­mi, jak gdy­by się śmiało, cza­sem na­wet sądziła, że słyszy śmiech bra­ta. Wyciągnęła ołówek i zaczęła szki­co­wać. Miała wrażenie, że cie­nie z jego spoj­rze­nia po­przez jej dłoń spływają na pa­pier, a w głowie zno­wu roz­brzmiał jego głos. Mio, narzędziem Har­tydów jest sztu­ka. Nic tak szyb­ko nie daje mata igno­ran­cji, jak lot po­nad własnym ho­ry­zon­tem – a na to po­zwa­la fan­ta­zja, pod­sta­wa kre­atyw­ności i grunt dla wol­ności. Aby jed­nak wzbić się do ta­kie­go lotu, lu­dzie muszą dopuścić fan­tazję do swo­je­go ser­ca. Wte­dy sztu­ka może ich od­mie­nić – zwrócić ku in­ne­mu świa­tu, który po­zo­sta­je ukry­ty przed na­szy­mi ocza­mi. Sztu­ka bu­dzi i uwal­nia ma­rze­nia. A w ma­rze­niach lu­dzie wrócą do Innoświa­ta, który za­wsze sta­no­wił ich część.

Mia prze­stała po­ru­szać ołówkiem i lek­ko kiwnęła głową. Po znik­nięciu Ja­ku­ba była je­dyną znaną Har­tydką. Te­raz jej misją stało się za­zna­jo­mie­nie lu­dzi z Innoświa­tem – jeżeli chciała, by kie­dy­kol­wiek spełniło się ma­rze­nie ojca i bra­ta – przełama­nie Cza­ru Za­po­mnie­nia roz­po­star­te­go nad świa­tem lu­dzi, cza­ru ukry­wającego oraz znie­kształcającego przed ich ocza­mi Innoświat wraz z za­miesz­kującymi go isto­ta­mi. Mia wie­rzyła, że pew­ne­go dnia lu­dzie będą zdol­ni do życia w po­ko­ju z Innoświa­tem, a ona się do tego przyłoży.

Przy wspar­ciu Ly­skia­na, księcia pa­ry­skich wam­pirów, przy­go­to­wy­wała w Luw­rze wy­stawę ar­te­faktów Innoświa­ta. Ofi­cjal­nie eks­po­na­ty sta­no­wiły część zbiorów Ly­skia­na, który wśród ludz­kich miesz­kańców mia­sta ucho­dził za hoj­ne­go oraz bar­dzo bo­ga­te­go ko­lek­cjo­ne­ra sztu­ki. W rze­czy­wi­stości jed­nak po­cho­dziły z Innoświa­ta, a przede wszyst­kim z Ghro­go­nii – mia­sta roz­ciągającego się głęboko pod uli­ca­mi Paryża, o którego ist­nie­niu lu­dzie nie mie­li pojęcia. Trud­no jed­nak było oprzeć się uro­ko­wi częścio­wo ma­gicz­nych przed­miotów, po­chodzących z nie­zna­nych stron, na­wet jeżeli nie do końca poj­mo­wało się ich cu­dow­ność. Prze­ma­wiały swo­im własnym języ­kiem, który nie był słyszal­ny lecz wy­czu­wal­ny, bez słów po­tra­fiący oznaj­mić lu­dziom, co jest, a co nie jest prawdą. Swoją po­ezją zdołałyby przy­po­mnieć lu­dziom o za­gu­bio­nym świe­cie ni­czym o ja­kimś za­po­mnia­nym ma­rze­niu – i może obu­dzić w nich tęsknotę, która kie­dyś umożliwi zjed­no­cze­nie świa­ta po­nad wszel­ki­mi gra­ni­ca­mi. Mia po­czuła eu­fo­rię wzbie­rającą w niej ni­czym potężną falą na samą myśl o tym. Ale jed­no­cześnie w cie­niach umysłu czaił się także złowro­gi jad, be­stia o imie­niu Zwątpie­nie, szepcząca do uszu słowa obezwład­niające i po­zba­wiające sił. Wśród In­no­stot z Ghro­go­nii nie brakło kry­tyków po­wol­ne­go wpro­wa­dza­nia lu­dzi do Innoświa­ta, dziew­czy­nie cza­sem z tru­dem uda­wało się im prze­ciw­sta­wić. Szczególnie kon­ser­wa­tyw­ne oka­zały się Gar­gul­ce, które po­mi­mo otwar­cia Se­na­tu dla wszyst­kich In­no­stot – co miało miej­sce mi­nio­nej zimy – wciąż jesz­cze sta­no­wiły większość wśród se­na­torów. Wątpiły w lu­dzi. W par­la­men­cie sta­le wy­su­wa­no różne pro­po­zy­cje, mające na celu unie­możli­wie­nie pla­no­wa­nej wy­stawy i cho­ciaż król Mo­urier wciąż je od­rzu­cał, Gar­gul­ce od­no­siły się do Mii z jawną nie­uf­nością. Nie mogła brać im tego za złe. Była prze­cież człowie­kiem, wie­działa, co w daw­nych cza­sach lu­dzie uczy­ni­li Innoświa­to­wi i sama mie­wała wątpli­wości, czy do­brze robi. Złośliwe spoj­rze­nia kłuły ją jak szpil­ki, uważała jed­nak, że aby świat się zjed­no­czył, muszą zmie­nić się nie tyl­ko lu­dzie, bo nie tyl­ko oni stoją za nie­wi­dzial­nym mu­rem. Niektóre In­no­stoty także oko­pały się za stra­chem i nie­wiarą. Niełatwo przełamać taką ba­rierę.

Mia po­czuła we włosach zim­ny wiatr. Usłyszała szum liści. W tym miej­scu Ja­kub był bar­dzo bli­sko niej – Ja­kub, nie­znający zwątpie­nia. Nie przy­po­mi­nała bra­ta, który przez lata wiedzę o swo­im har­tydz­twie trzy­mał je­dy­nie dla sie­bie, który żywił na­dzieję, że zjed­no­czy świat, który wie­rzył w lu­dzi za­wsze i bez naj­mniej­szych wątpli­wości. Mii brakło jego nie­ogra­ni­czo­nej pew­ności sie­bie, nie­wzru­szo­nej wia­ry, a cho­ciaż z całym prze­ko­na­niem sta­rała się kon­ty­nu­ować misję bra­ta, nie­kie­dy z wiel­kim tru­dem dźwigała na bar­kach tę har­tydzką od­po­wie­dzial­ność. Często przy­cho­dziła w to miej­sce, aby po­roz­ma­wiać z Ja­kubem, nie na głos, tyl­ko w myślach. Cza­sem miała wrażenie, że jej od­po­wia­da. Zwie­rzała mu się ze wszyst­kich wątpli­wości, z lęków, ze wszyst­kie­go, o czym nie roz­ma­wiała z ni­kim in­nym, na­wet z Gri­mem. Bo Grim, cho­ciaż też ma­rzył o zjed­no­czo­nym świe­cie, w głębi du­szy po­zo­sta­wał In­no­stotą nie­ufającym lu­dziom.

Mia wstrzy­mała od­dech. Ja­kub zna­lazł się da­le­ko stąd, za­gu­bio­ny gdzieś w ob­cym świe­cie i nikt nie po­tra­fił po­wie­dzieć, kie­dy, jeśli w ogóle, powróci do świa­ta lu­dzi. Ona jed­nak miała swoją misję – misję Har­tyd­ki. A jeżeli pew­ne­go dnia brat do niej powróci, będzie mógł być z niej dum­ny.

Po­chy­liła się, aby do­tknąć po­pier­sia Ja­ku­ba, i wy­czuła de­li­kat­ne mi­go­ta­nie ma­gii gęsto wypełniającej po­wie­trze po­nad jego gro­bem. Wsunęła blok oraz ołówek do ple­ca­ka, przy­kucnęła obok gro­bu i wyciągnęła dłoń. Bez tru­du zagłębiła pal­ce w zimną zie­mię spulch­nioną ma­giczną siłą.

Na­gle od­sko­czyła, bo miała wrażenie, jak­by właśnie złapała stertę gnijących wnętrzności. Jej spoj­rze­nie prze­sunęło się po nie­na­ru­szo­nej po­kry­wie śnie­gu na mo­gi­le. Żad­nych zewnętrznych zmian. Żad­nych od­cisków stóp. Nic. Ner­wo­wo prze­sunęła po twa­rzy dłonią ubru­dzoną zie­mią. Od­sunęła rękę i na chwilę za­stygła bez ru­chu. Okru­chy myśli pędziły jej przez głowę, pro­wadząc do sza­lo­ne­go wnio­sku: ten grób zo­stał w ma­gicz­ny sposób otwar­ty. Od środ­ka.

Pra­wa dłoń Mii zadrżała, gdy posłała do palców czar. Po­chy­liła się. Z wol­na prze­sunęła dłonią nad gro­bem. Za­mknęła oczy, czując, jak ma­gia wci­ska się w króle­stwo zie­mi. Ma­gicz­ne im­pul­sy w nie­re­gu­lar­nym ryt­mie stu­kały w pal­ce, na­po­ty­kając prze­szko­dy z ka­myków, małych zwierząt i ko­rze­ni, aż wresz­cie twar­do ude­rzyły o trumnę.

Mia wzdrygnęła się. Na mo­ment prze­niosła się myślami w cza­sie, kie­dy przed ro­kiem stała nad gro­bem bra­ta, patrząc, jak trum­na opusz­cza­na jest do zie­mi. Padało, wszyst­ko było wil­got­ne i zda­wało się nie­rze­czy­wi­ste, a jed­no­cze­sne tak wyraźne, że le­d­wie po­tra­fiła to znieść. Zno­wu po­czuła w pier­si ból, któremu tak długo nie po­zwa­lała do­pro­wa­dzać się do płaczu. Ode­tchnęła po­wo­li. Nie miała cza­su, aby myśleć te­raz o przeszłości.

W sku­pie­niu po­ru­szyła pal­ca­mi i po­zwo­liła cza­ro­wi prze­cisnąć się przez drew­no. Po­czuła, jak prześli­zgu­je się przez suk­no obi­cia. Dłoń zaczęła jej drżeć. Przez chwilę stanęło jej przed ocza­mi mar­twe ciało bra­ta, pra­wie czuła, jak pal­ca­mi prze­su­wa po jego twa­rzy. Mu­siała użyć wszyst­kich sił, aby od­sunąć ten ob­raz. Bez tchu wsunęła czar głębiej, a wte­dy ude­rzyła o dno trum­ny.

Mia z drżeniem spoj­rzała na po­pier­sie Ja­ku­ba.

Trum­na była pu­sta.

Roz­dział 3

Grim prze­le­ciał po­nad ciągiem domów w dziel­ni­cy Au­teu­il, złożył skrzydła i wsunął się przez roz­bi­te okno na trze­cim piętrze pałacy­ku. Bezgłośnie wylądował w odświętnie oświe­tlo­nej sali, gdzie cze­kało już na nie­go trzech Cie­nio­skrzydłych. Wal­li, ka­mien­ny niedźwiedź, Vla­dik, po­grom­ca de­monów z Węgier, oraz Kronk, który wraz z Gri­mem stłumił bunt de­monów z Pra­gi – wszy­scy byli jego to­wa­rzy­sza­mi z po­przed­nich bi­tew, bo­ha­te­ra­mi daw­nych czasów, którzy w swo­im długim życiu wi­dzie­li już wie­le okro­pieństw. Te­raz sta­li nie­ru­cho­mo ni­czym posągi obok ciała ja­kie­goś mniej więcej czter­dzie­sto­let­nie­go mężczy­zny. Grim z pełną wy­ra­zi­stością od­czuł wstrząs wywołany strasz­liwą śmier­cią tego człowie­ka. Za­bi­ty leżał na brzu­chu, a Grim cie­szył się, że nie musi spoglądać mu w twarz.

Sto­py Kron­ka za­zgrzy­tały na dro­bi­nach potłuczo­ne­go szkła, gdy zbliżał się do Gri­ma.

– Kie­dy usłysze­liśmy krzy­ki ofia­ry, byliśmy całkiem nie­da­le­ko – wy­chry­piał po­nu­rym głosem. – Po kil­ku chwi­lach do­tar­liśmy na miej­sce zda­rze­nia i za­sta­liśmy wszyst­ko tak jak te­raz. Nic się nie zmie­niło. Również chłód, który, odkąd tu we­szliśmy, utrzy­mu­je się na tym sa­mym po­zio­mie.

Kąciki ust Kron­ka drgnęły po­ro­zu­mie­waw­czo i Grim od razu się domyślił, co sta­ry druh chciał mu prze­ka­zać. Sam również wy­czu­wał ten lo­do­wa­ty ziąb, zna­ny mu już z in­nych miejsc po­dob­nych zbrod­ni. Wcześniej jed­nak był znacz­nie słab­szy, poza tym w po­przed­nich przy­pad­kach gwałtow­nie się zmniej­szał. Te­raz po­ziom zim­na po­zo­sta­wał nie­zmien­ny, jak gdy­by wy­do­by­wało się z ja­kie­goś źródła ukry­te­go te­raz przez ocza­mi Gri­ma.

Grim, nie dając po so­bie ni­cze­go znać, uklęknął obok ciała. Czuł jego ciepło. Ten człowiek jesz­cze kil­ka chwil temu żył. Miał na so­bie ele­ganc­ki gar­ni­tur z je­dwab­nej tka­ni­ny, a obok jego dłoni leżał stłuczo­ny kie­li­szek wina. Naj­wy­raźniej mor­der­ca nie za­trzy­mał się przy nim na długo. Grim wziął głęboki od­dech, chwy­cił mężczyznę za ramię i odwrócił na ple­cy. Na chwilę za­marł oszołomio­ny: mężczy­zna pa­trzył na nie­go prze­krwio­ny­mi, sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi.

Mor­der­ca nie wziął swo­je­go łupu. Prze­szko­dzi­li mu Cie­nio­skrzy­dli. Do tej pory nig­dy nie od­cho­dził bez oczu ofia­ry, naj­wy­raźniej sta­no­wiły dla nie­go myśliw­skie tro­feum. Grim in­stynk­tow­nie sięgnął po nóż, który Kronk nosił w po­chwie przy bu­cie.

Wal­li pod­szedł bliżej, widząc, że Grim przy­su­wa ostrze do oczu zmarłego.

– Co ro­bisz?

– Od­bie­ram na­sze­mu przy­ja­cie­lo­wi jego łup – wyjaśnił Grim po ghro­gońsku, języ­kiem używa­nym przez Gar­gul­ce, po czym zaśmiał się po­nu­ro. Chłód w po­miesz­cze­niu wzmógł się, po­czuł to wyraźnie, a dokład­nie wte­dy, gdy klin­ga zbliżyła się do oczu mar­twe­go, po­wie­trze roz­darł ogłuszający ryk. Był to dźwięk do­bie­gający z ta­kiej otchłani, że aż zadrżała po­sadz­ka. Za­raz po­tem ziąb prze­niknął Gri­ma na wskroś i na chwilę uczy­nił go nie­zdol­nym do ru­chu. Gar­gu­lec zo­ba­czył jesz­cze, że pędzi ku nie­mu jakiś cień, odtrąca go od zwłok, po czym prze­la­tu­je przez pokój ku oknu i zni­ka wśród nocy.

Za­raz po­tem chłód ustąpił z ciała Gri­ma. Gar­gu­lec od­zy­skał zdol­ność po­ru­sza­nia pal­ca­mi. Płaszcz miał okry­ty szro­nem, który ci­cho osy­py­wał się na podłogę, gdy Grim roz­pro­sto­wy­wał kości. Kronk i Vla­dik także otrząsnęli z sie­bie mróz, a Wal­li ci­chym głosem we­zwał wspar­cie. Grim węszył, sta­rając się uchwy­cić za­pach ob­ce­go, ale wy­czuł je­dy­nie nie­wy­raźną magię, a po­tem zaczął ki­chać. Było ja­sne, że tam­ten ktoś do­brze znał się na za­cie­ra­niu śladów. Grim z po­nurą miną wyciągnął gwiz­dek, którego dźwięk mogła usłyszeć tyl­ko jed­na, szczególna para uszu. W mil­cze­niu ob­szedł miesz­ka­nie, za­ci­skając szpo­ny w pieści, aż wresz­cie stanął pod oknem i cze­kał. Musi zna­leźć mor­dercę, na­wet gdy­by miał prze­szu­kać cały Paryż.

Wkrótce nad do­ma­mi po dru­giej stro­nie uli­cy po­ka­zało się sie­dem ko­lo­ro­wych świa­teł, które mknęły w stronę otwar­te­go okna, spy­chając Gri­ma w głąb po­miesz­cze­nia. Po­tem gwałtow­nie za­trzy­mały się kil­ka kroków przed Gar­gul­cem. Swój ruch kon­ty­nu­owało tyl­ko jed­no, szczególnie ja­sne światło. Pod­le­ciało Gri­mo­wi pod sam nos i zmniej­szyło swój blask, aż wresz­cie Grim uj­rzał ko­bol­da o spryt­nych, czar­nych oczkach, ogrom­nym gar­ba­tym no­sie oraz długich zie­lo­nych włosach sterczących na wszyst­kie stro­ny.

– Wi­taj, Remi. – Grim po­zdro­wił przy­ja­cie­la, uśmie­chając się przy tym nie­znacz­nie.

Ko­bold miał na so­bie połyskli­wy, czer­wo­ny uni­form, na którego ple­cach wid­niały złote li­te­ry NPG – Wy­dział Niu­cha­czy. Za nim uno­siło się w po­wie­trzu sie­dem in­nych ko­boldów w po­dob­nych mun­du­rach.

– Jak Grim wzy­wa, to Remi przy­by­wa! – oznaj­mił ko­bold, uśmie­chając się od ucha do ucha i sa­lu­tując. – Po­trze­bu­jesz wspar­cia niu­cha­czy?

Gar­gu­lec po­nu­ro skinął głową. W kil­ku słowach przed­sta­wił Re­mie­mu obecną sy­tu­ację.

– Ten ktoś ukrył swój za­pach – stwier­dził Remi, przyglądając się oto­cze­niu wzro­kiem pro­fe­sjo­na­li­sty. – Czy­li że nie możecie go wy­czuć wa­szy­mi ka­mien­ny­mi no­sa­mi i nic tu nie dadzą wa­sza wyższa ma­gia ani wa­sze wiecz­ne życie. – Po­spiesz­nie uniósł prawą brew. – Jed­nak każda za­gad­ka ma swo­je roz­wiąza­nie, a tam, gdzie inni muszą się długo namyślać, Niu­cha­cze tyl­ko głęboko wciągają po­wie­trze i…

– …i już po­zna­je­cie roz­wiąza­nie każdej za­gad­ki? – Grim nie był w sta­nie ukryć dźwięczącej w jego głosie kpi­ny. – No to cze­kam w napięciu.

Remi rzu­cił mu rozeźlone spoj­rze­nie.

– Nie każdy ma skórę z ka­mie­nia i ude­rza pięścią z siłą młota pa­ro­we­go – wy­mam­ro­tał. – Niektóre isto­ty ko­rzy­stają z bar­dziej sub­tel­nych środków, aby wypędzać zło spośród ciem­ności. Za­raz zo­ba­czysz!

Po tych słowach wy­sta­wił nos i z drżeniem wciągnął po­wie­trze. Po­wta­rzał to co­raz szyb­ciej, aż wresz­cie potrząsnął głową.

– Ten fa­cet chy­ba stał się nie­wi­dzial­ny – wy­szep­tał z ocza­mi okrągłymi jak spodki. – Jesz­cze nig­dy nie przy­tra­fiło mi się coś ta­kie­go. Nie da się wy­czuć ani za­pa­chu jego ciała, ani w ogóle żad­nej ma­gii! Aby go zna­leźć, muszę wie­dzieć, cze­go tu­taj szu­kał. Muszę wie­dzieć, jak pach­nie. Ale kie­dy ucie­kał, nie był sam… – Remi za­tarł dłonie i zaśmiał się szel­mow­sko. – Ma­gia, która pra­wie cię udławiła, wca­le nie miała ukryć za­pa­chu mor­der­cy. Ten jest obec­nie nie do od­na­le­zie­nia na żad­nej z płasz­czyzn po­strze­ga­nia węcho­we­go. Nie mam pojęcia, jak to w ogóle możliwe. Ma­gia nig­dy nie byłaby w sta­nie za­pew­nić mu aż ta­kie­go stop­nia ukry­cia. Nie, ona miała je­dy­nie scho­wać za­pach ofia­ry. Jeżeli cze­goś na­uczyłem się w swo­im życiu, to właśnie tego, że lu­dzie śmierdzą. A my, ko­bol­dy, zna­my ich za­pach wy­star­czająco do­brze, by od­fil­tro­wać go za­wsze i wszędzie.

Zde­cy­do­wa­nym ru­chem kiwnął głową, po czym odwrócił się od Gri­ma w stronę swo­je­go ze­społu.

– Do pra­cy, do pra­cy, pa­ry­scy Niu­cha­cze! – zawołał i po­le­ciał w stronę po­zo­stałych ko­boldów. – To jest bar­dzo ważne, aby złapać tego mor­dercę, zro­zu­mia­no?

Ko­bol­dy rzu­ciły się do po­szu­ki­wa­nia tropów. Naj­pierw słyszał ich głośne węsze­nie, a po­tem wyraźnie uchwy­ciły trop po­rwa­ne­go człowie­ka, bo po­le­ciały. Grim bez słowa dał znak Cie­nio­skrzydłym, by podążali za nim, i także rzu­cił się w noc. Nie spusz­czał Niu­cha­czy z oczu, aż wresz­cie do­tar­li do re­jonów prze­mysłowych na północy mia­sta.

Tam wylądo­wa­li na par­kin­gu. Przed nimi wzno­siła się hala ma­ga­zy­no­wa. Szy­by w oknach były potłuczo­ne, a bra­ma w połowie wy­padła z za­wiasów. Bu­dy­nek przy­po­mi­nał wid­mo, a śnieg okry­wał dach ni­czym gro­bo­wy całun. Remi kazał Niu­cha­czom trzy­mać się w pew­nej od­ległości, sam zaś, brzęcząc, pod­le­ciał do Gri­ma i za­wisł w po­wie­trzu tuż nad jego ra­mie­niem.

– Tu­taj ury­wa się trop – wy­szep­tał. Gar­gu­lec dosłyszał w jego głosie wyraźne napięcie.

Rzu­cił spoj­rze­nie po­zo­stałym Cie­nio­skrzydłym. Kiwnął głową. Bezgłośnie prze­mknął w stronę bu­dyn­ku i przez na wpół otwar­te drzwi wśli­zgnął się do wnętrza hali. Przez chwilę nie wi­dział nic oprócz ciem­ności, jak gdy­by ktoś zasłonił mu oczy czarną chustą. Ciszę prze­rwał de­li­kat­ny, me­ta­licz­ny zgrzyt ni­czym odgłos za­rdze­wiałej huśtaw­ki. Po­tem po­czuł za­pach. Pach­niało ciałem. Krwią. Zgni­lizną. Ostrożnie zro­bił krok do przo­du i ude­rzył w coś miękkie­go. Pod szpo­na­mi wy­czuł nagą skórę oraz krew. Krew człowie­ka. Ci­cho wy­mam­ro­tał czar, przy­go­to­wał ogień skry­ty w dłoni i ni­czym go­rejący sznur posłał go aż na dru­gi ko­niec hali. Trzeszczące płomie­nie uto­ro­wały so­bie drogę, oświe­tlając strasz­li­wy wi­dok.

W pew­nej od­ległości od Gri­ma leżało ciało człowie­ka, które po­rwał mor­der­ca. Jego kończy­ny były w nie­na­tu­ral­ny sposób wykręcone, jak­by spadł z dużej wy­so­kości. Grim pra­wie nie zwrócił na to uwa­gi, bo jego spoj­rze­nie za­trzy­mało się na ciem­nych kształtach zwi­sających z su­fi­tu na długich li­nach oraz sta­lo­wych sze­klach. Ociężale, pra­wie nie­zau­ważal­nie kołysały się na wie­trze wpa­dającym przez wy­bi­te okna. Grim mu­siał zasłonić ręką usta, kie­dy przypłynął do nie­go ciężki za­pach rozkładu. Były to na­gie, ludz­kie ciała wiszące długim rzędem ni­czym ma­rio­net­ki za­cze­pio­ne o szy­je. Pa­trzyły na Gri­ma pu­sty­mi oczo­dołami.

Gwałtow­nie ode­rwał spoj­rze­nie od twa­rzy zmarłych. Często już wi­dział, jak śmierć przez po­wie­sze­nie znie­kształca ludz­kie ciało i samo wspo­mnie­nie po­dob­nych ob­razów spra­wiało, że zbie­rało mu się na mdłości.

Kronk pod­szedł do jed­ne­go ze zmarłych i do­tknął jego ra­mie­nia, tam­ten obrócił się wokół własnej osi. Kie­dy w świe­tle płomie­ni uka­zały się ple­cy zmarłego, Remi głośno przełknął ślinę, ale Grim nie zwrócił uwa­gi na ko­bol­da. Bez słowa przyglądał się zna­kom wyciętym na całych ple­cach tru­pa. Były to słowa w ja­kimś nie­zna­nym Gri­mo­wi języku, ale po pen­ta­gra­mie na szyi domyślił się, że cho­dziło o złożenie ludz­kiej ofia­ry.

– Wygląda na to, że złożono tu­taj jakąś ry­tu­alną ofiarę – wy­szep­tał Wal­li. – Ale w ja­kim celu? I co ozna­czają te zna­ki? My…

Prze­rwał mu ci­chy jęk bólu. Grim ru­szył w stronę, skąd dźwięk do­biegł. Nie­da­le­ko, w cie­niach między wi­siel­ca­mi coś się po­ru­szało. Roz­po­znał kon­tu­ry przy­kuc­niętej ko­bie­ty uwiąza­nej do ścia­ny kil­ko­ma sznu­ra­mi. Spoglądała na nich prze­rażony­mi ocza­mi.

Grim wy­mie­nił spoj­rze­nia z po­zo­stałymi i wol­no pod­szedł do ko­bie­ty.

– Proszę się nie bać – oznaj­mił najłagod­niej, jak tyl­ko po­tra­fił. – Zja­wi­liśmy się, aby pani pomóc. – Przy­kucnął obok niej. Dłonie miała za­krwa­wio­ne, wyglądało na to, że z licz­nych ska­le­czeń na jej ra­mio­nach przez wie­le dni sta­le uta­cza­no krew. – Czy jesz­cze ktoś przeżył?

Kronk stanął obok Gri­ma i pra­wie nie­zau­ważal­nym ge­stem wyciągnął rękę. Już daw­no temu po­znał sztukę czy­ta­nia myśli bez kon­tak­tu fi­zycz­ne­go, umiejętność, którą Grim wciąż po­dzi­wiał.

– Nie – od­po­wie­dział Kronk, wyręczając ko­bietę. Po­tem ści­szył głos do szep­tu. – Ale nie je­steśmy tu sami.

W tej właśnie chwi­li Grim usłyszał ja­kieś kro­ki, a jed­no­cześnie po­czuł chłód, jak gdy­by po podłodze pełzła ku nie­mu sza­ra mgła. Po­wo­li wstał, usiłując do­strzec coś w ciem­ności między kołyszącymi się de­li­kat­nie tru­pa­mi. Na twa­rzy po­czuł muśnięcie lo­do­wa­te­go wia­tru i wte­dy, bezgłośnie ni­czym cień, spośród mro­ku wy­szedł mor­der­ca. Na pierw­szy rzut oka Grim sądził, że ma przed sobą człowie­ka. Obcy wyglądał jak mniej więcej trzy­dzie­sto­pięcio­let­ni mężczy­zna o mu­sku­lar­nej, nie­zwy­kle potężnej bu­do­wie ciała. Z ra­mion na nagi tors spływał mu ciem­ny płaszcz, a wi­doczną skórę po­kry­wały de­li­kat­ne bli­zny po nie­zli­czo­nych ska­le­cze­niach, łączące się w ja­kieś ta­jem­ne zna­ki. Miał na so­bie też długie spodnie po­pla­mio­ne krwią oraz ciężkie, okry­te za­stygłym bru­dem wy­so­kie buty ze srebr­ny­mi ob­ca­sa­mi. Dłonie nie­zna­jo­me­go były tru­pio­si­ne, pa­znok­cie zaś miał smo­liście czar­ne. Pal­ce zdo­biły ko­bal­to­we pierście­nie. Na ukos przez pierś prze­wie­szo­ny miał sze­ro­ki skórza­ny pas, za którym tkwiły licz­ne noże.

Grim chciał po­pa­trzeć ob­ce­mu w twarz, przez chwilę jed­nak nie wi­dział tam nic prócz mi­goczących cie­ni. Po­tem obcy na­gle wyciągnął je­den z noży. Klin­ga zaczęła jaśnieć czer­wo­nym bla­skiem. Na­kreślił w po­wie­trzu jakiś obcy sym­bol, który po­wo­li roz­padł się na syczące iskry, jed­no­cześnie z cie­ni wyłoniła się jego śnieżno­biała twarz o ustach wy­krzy­wio­nych szy­der­czym uśmie­chem. Długie, czar­ne i za­ple­cio­ne w war­ko­cze włosy opa­dały nie­zna­jo­me­mu na ra­mio­na, częścio­wo za­kry­wając licz­ne nacięcia na pier­si. Nie miał le­we­go oka, a w pu­stym oczo­do­le tkwił czar­ny klej­not. Uwagę Gri­ma przy­kuło jed­nak pra­we oko mor­der­cy, wyglądające jak oszli­fo­wa­ny dia­ment, ja­sne i przej­rzy­ste, a patrzące tak prze­ni­kli­wie, że Gar­gu­lec miał wrażenie, iż nie­zna­jo­my zagląda wprost do jego naj­większej głębi. Jed­nak w oku tym od­bi­jał się je­dy­nie mrok.

Nie, pomyślał Grim i zdołał oprzeć się dresz­czo­wi prze­chodzącemu po ple­cach. To nie był człowiek. To było coś in­ne­go – coś, cze­go jesz­cze nig­dy w życiu nie oglądał.

Na ustach mor­der­cy po­ja­wił się uśmiech. Dia­men­to­wym okiem przyglądał się Gri­mo­wi, po­wo­li zsu­wając płaszcz. Remi się nie po­ru­szał. Za­stygł Gar­gul­co­wi na ra­mie­niu, ale jego ciało drgało w rytm bi­cia ser­ca, jak gdy­by składał się z sa­me­go pul­su. Grim w myślach kazał ko­bol­do­wi cofnąć się w naj­dal­szy zakątek hali. Pra­wie nie po­czuł, kie­dy Remi opuścił jego ramię. Sku­pił się na mor­der­cy. Roz­nie­cił swój gniew do bu­zującego ognia.

– Kim je­steś? – za­py­tał, postępując krok do przo­du. Ko­bie­ta kryjąca się za nim na­wet nie drgnęła, ale słyszał jej od­dech rwący się ni­czym u zra­nio­ne­go pta­ka.

Obcy zwin­nie obrócił nóż w pal­cach pra­wej dłoni. Cie­nio­skrzy­dli usta­wi­li się w po­zy­cjach do obro­ny, ale Grim trwał nie­ru­cho­mo, wy­cze­kując.

– Kim. – wy­szep­tał nie­zna­jo­my głosem o dziw­nym brzmie­niu, czymś pomiędzy śmie­chem i krzy­kiem. – Kim ty je­steś?

Grim wy­czuł bijący od nie­zna­jo­me­go chłód, ema­nujący z jego ciała ni­czym nie­wi­dzial­ny jad i kładący się na czo­le Gar­gul­ca jak wygłuszająca wszyst­ko chu­s­ta. Ten fa­cet chciał go zabić i naj­wy­raźniej uznał, że wca­le nie musi bru­dzić so­bie przy tym rąk. Źle jed­nak oce­nił ofiarę.

Grim od­wza­jem­nił prze­ni­kli­we spoj­rze­nie, tak jak gdy­by samą siłą myśli chciał wy­pa­lić mor­der­cy zdro­we oko. Wstrzy­mał od­dech, po­chy­lił się i wy­szep­tał po­nu­rym głosem:

– Je­stem two­im wro­giem.

W następnej chwi­li z hu­kiem walnął pięścią pro­sto w twarz nie­zna­jo­me­go. Obcy po­le­ciał do tyłu, za­miast jed­nak wylądować na ple­cach, roz­po­starł ra­mio­na, uniósł się w po­wie­trze i za­wisł wy­so­ko pod su­fi­tem. Z ry­kiem, który w uszach Gri­ma za­brzmiał jak war­ko­tli­we prze­kleństwa, roz­po­starł pal­ce, przy­wołując cie­nie kryjące się w za­ka­mar­kach sali. Ni­czym upior­ne kłęby mrocz­ne­go dymu wsunęły się do jego pięści. Gar­gu­lec usłyszał, że Kronk wy­po­wia­da słowa ja­kie­goś potężnego, lo­do­we­go zaklęcia i po­czuł płomien­ny bicz, który tenże owinął so­bie wokół nad­garst­ka. Bezgłośnie oto­czył to­wa­rzy­szy i sie­bie sa­me­go ochron­nym mu­rem wyższej ma­gii. Obcy uśmiechnął się po­gar­dli­wie.

Za­raz po­tem dziw­ny stwór wy­rzu­cił ręce w górę. Cie­nie zakłębiły się nad jego pal­ca­mi jak wi­chry tru­ci­zny, for­mując się w mgli­sty kształt o ta­kich sa­mych kon­tu­rach jak mor­der­ca. Na­gle wy­rwały mu nóż z dłoni i cie­ni­sta isto­ta runęła w dół, jej dłoń z nożem wy­pro­sto­wała się gwałtow­nie, a broń po­le­ciała ku złoci­stej ba­rie­rze ochron­nej. Po­stać skur­czyła się z sy­kiem, nóż ude­rzył w za­porę, na chwilę bar­wiąc ją na czar­no. Po­tem tar­cza pękła ni­czym kopuła z cien­kie­go szkła. Grim wstrzy­mał od­dech. Prze­cież za­bez­pie­czył ba­rierę sied­mio­krot­nie i wzniósł ją, używając wyższej ma­gii. Jak, do diabła, ten fa­cet zdołał coś po­dob­ne­go zro­bić?

Nie zna­lazł jed­nak od­po­wie­dzi na swo­je py­ta­nie, bo za­raz po­tem z pięści ob­ce­go po­mknęły czar­ne błyska­wi­ce, ude­rzając Wal­lie­go, Kron­ka oraz Vla­di­ka. Grim zo­ba­czył jesz­cze, że połyskujące świetl­ne błyska­wi­ce for­mują się w ja­kieś kształty krępujące jego to­wa­rzy­szy. Po­tem obcy po­mknął w po­wie­trzu pro­sto ku Gri­mo­wi. W ostat­niej chwi­li Gar­gu­lec zdołał roz­to­czyć czar ochron­ny, prze­ciw­ni­ko­wi jed­nak i tak udało się do­trzeć do celu. Ich ciała zde­rzyły się z hu­kiem. Grim usłyszał trzask iskier wy­rzu­co­nych w po­wie­trze, po czym obcy złapał go za ramię i wspólnie po­mknęli na ukos po­przez halę. Żyłami Gri­ma prze­mknęły fale zim­na, czuł, że jakiś potężny urok śle te­raz śmierć to­ra­mi żył do jego kończyn. Jesz­cze nig­dy w życiu nie doświad­czył po­dob­nej ma­gii. Siłą dorówny­wała wyższej ma­gii, zim­na i potężna ni­czym moc ja­kiejś pra­daw­nej isto­ty, ale miała w so­bie jesz­cze coś mgli­ste­go i na wpół mrocz­ne­go, cze­go Grim nie po­tra­fił dokład­nie określić. Hala zwęziła się do czar­nego tu­ne­lu i w ja­kimś ta­kim dzi­wacz­nym, na­prze­mien­nym mi­go­ta­niu światła i cie­nia nie wi­dział już nic oprócz twa­rzy mor­der­cy. Grim wie­dział, że nig­dy nie zdoła za­po­mnieć tego wi­do­ku. Nie wy­rzu­ci z pamięci owej twa­rzy o po­gar­dli­wie skrzy­wio­nych ustach, dia­men­to­we­go oka i czar­nego klej­no­tu. Ob­li­cza mor­der­cy, który nie zna cze­goś ta­kie­go jak miłosier­dzie, zaś w najgłębszych cie­niach swo­jego je­ste­stwa ni­czym tak bar­dzo nie gar­dzi i nicze­go tak bar­dzo nie pożąda jak światła.

Za­raz po­tem Grim walnął ple­ca­mi o ścianę. Ude­rze­nie było tak gwałtow­ne, że aż za­parło mu dech. Jed­no­cześnie wy­czuł, że obcy wzmac­nia swoją klątwę. Grim wście­kle za­cisnął pięści, a okry­wający jego kończy­ny lód roz­padł się ni­czym rdza na zgiętym kawałku me­ta­lu. Łatwo so­bie jed­nak nie po­ra­dzi, wie­dział to na pew­no.

Grim krzyknął, wy­rwał kończy­ny z otępie­nia, po­tem grzmotnął ob­ce­go w pierś tak, jak gdy­by ten był je­dy­nie pniem spróchniałego drze­wa, a następnie posłał w nie­go płomie­nie. Od razu po­czuł odrażający swąd pa­lo­ne­go mięsa. Pa­trzył mor­der­cy pro­sto w zdro­we oko, pod­czas gdy ogień wyższej ma­gii prze­pa­lał tam­te­mu ciało. Głęboko w mro­ku dia­men­to­we­go spoj­rze­nia Grim do­strzegł ból. Po­tem nie­zna­jo­my wy­pchnął głowę do przo­du, zaś Grim, oszołomio­ny, cofnął się. Mor­der­ca wy­rwał się z jego szponów, za­to­czył do tyłu. Ciężko dysząc, złapał się za pierś, w której ziała ogrom­na dziu­ra. Po­chy­lił się. Z ust płynęła mu krew, lejąc się na podłogę.

Grim posłał do swo­jej pięści czar ude­rze­nio­wy, za­nim jed­nak zdołał go użyć, obcy za­darł głowę i spoj­rzał, wy­krzy­wiając wście­kle twarz. Bezgłośnie wy­szep­tał zaklęcie. Z de­li­kat­nych nacięć na jego skórze popłynęła sza­ra mgła i jak gdy­by ma­cając, czołgała się po cie­le mor­der­cy, wci­skając w wy­pa­loną tkankę. Z mgli­ste­go we­lo­nu for­mo­wała kształty roz­dar­tych żeber i or­ganów. Przez chwilę wyglądało to tak, jak gdy­by z sza­rej nicości po­wsta­wały płuca, ser­ce i kościec. Za­raz po­tem mgła po­czer­niała, prze­ista­czając się w czar­ne kości zni­kające pod lep­kim, szyb­ko od­na­wiającym się ciałem. Wkrótce pod pal­ca­mi mgły utwo­rzyły się również zdro­we ścięgna i mięśnie, a na wciąż jesz­cze ziejącą ranę zaczęła na­cho­dzić cien­ka skóra.

Grim za­cisnął pięści. Nie wie­dział, jaki przeklęty czar leczący rzu­cił ten fa­cet, że po­działał on z tak wielką siłą – nie za­mie­rzał jed­nak po­zwo­lić, by jego działanie się dopełniło. Z ry­kiem rzu­cił się naprzód, ude­rzył ob­ce­go w głowę i pchnął pro­sto w mi­goczącą czerń uro­ku pętającego Kron­ka i po­zo­stałe Gar­gul­ce.

Iskry buchnęły długi­mi spi­ra­la­mi aż pod dach hali, kie­dy mor­der­ca lądował we własnym cza­rze, oba­lając to­wa­rzy­szy Gri­ma na podłogę. Krępujące ich więzy odpłynęły gdzieś w prze­strzeń ni­czym mac­ki kra­ke­na toczącego śmier­tel­ny bój, a po­tem zniknęły.

Kronk sko­czył, wy­pusz­czając ku ob­ce­mu ze swo­jej pięści świetl­ny bicz. Za­nim jed­nak pejcz zdołał za­cisnąć się na szyi mor­der­cy, ten z okrzy­kiem chwy­cił go i przy­ciągnął Kron­ka do sie­bie. Błyska­wicz­nie ucisnął skro­nie Cie­nio­skrzydłego, śląc pro­sto w jego ciało lo­do­wa­te, nie­bie­skie światło. Gar­gu­lec zaczął gwałtow­nie dy­go­tać.

W tej sa­mej chwi­li Wal­li i Vla­dik stanęli na nogi. Grim, z tru­dem łapiąc od­dech, wy­char­czał roz­kaz. Nie bez po­wo­du od stu­le­ci za­wsze wal­czył właśnie z tymi Cie­nio­skrzydłymi u boku. Wy­rzu­cił pięść do przo­du i kie­dy Wal­li osłaniał Kron­ka ba­rierą ochronną, Grim z Vla­dikiem posłali w ob­ce­go potężne stru­mie­nie płomie­ni. Z gardła mor­der­cy wy­do­był się nie­ludz­ki wrzask, nie pusz­czał jed­nak Kron­ka. Przed ocza­mi Gri­ma za­mi­go­tały po­do­bi­zny ofiar zabójcy, przez chwilę słyszał krzyk dziew­czy­ny ze swo­je­go snu. Nie po­zwo­li, aby ten ktoś wy­du­sił te­raz życie z jed­ne­go z naj­lep­szych Cie­nio­skrzydłych Innoświa­ta. W żad­nym wy­pad­ku. Za­miast tego za­pragnął, aby mor­der­ca doświad­czył tego sa­me­go, cze­go mu­siały doświad­czać jego ofia­ry, kie­dy wy­ry­wał im życie z ciał. Chciał zo­ba­czyć, jak nie­zna­jo­my umie­ra, chciał po­czuć jego strach i jego bez­rad­ność w śmier­tel­nym boju. Wściekłość pul­so­wała Gri­mo­wi w żyłach ni­czym potężny de­mon, po­zwa­lając wci­skać złoci­ste piekło wyższej ma­gii do wnętrza ob­ce­go po­przez jego wy­krzy­wio­ne bólem usta. Wresz­cie zabójca puścił Kron­ka i cofnął się, dysząc ciężko. W jego zdro­wym oku zajaśniało ja­skra­we światło, a biała jesz­cze skóra za­trzesz­czała na­gle i po­ja­wiły się na niej pęche­rze. Grim się nie od­wra­cał. Wpa­try­wał się w czar­ne oko mor­der­cy, pa­trzył, jak tam­ten pali się żyw­cem, aż wresz­cie z sy­kiem roz­pa­da w smo­liście czar­ny popiół.

Gar­gu­lec, ciężko dysząc, opuścił ra­mio­na. Po­czuł w ustach gorz­ki po­smak wywołujący ka­szel. Po­wo­li, za­ta­czając się, Grim odwrócił się w stronę ko­bie­ty, która nadal, dy­gocząc, kuliła się pod ścianą hali. Uwol­nił ją z więzów. Po­czuł, jak Remi ląduje mu na ra­mie­niu. Spoj­rzał ko­bie­cie w oczy. Od­bi­jały się w nich strach oraz wspo­mnie­nie okro­pieństw, ja­kich doświad­czyć mu­siała w trak­cie mi­nio­nych dni, ale głęboko pod tym mro­kiem płonęło de­li­kat­ne zdu­mie­nie. Grim się uśmiechnął. Później już nie wie­dział, czy to strach, jaki na­gle do­strzegł w oczach ko­bie­ty, kazał mu się odwrócić, czy może szepczący szum po­piołów na­gle wypełniający po­miesz­cze­nie ni­czym brzęk ma­lut­kich pszczół. Pamiętał tyl­ko, że się odwrócił i cho­ciaż to, co stało się później, wy­da­rzyło w cza­sie jed­ne­go mru­gnięcia po­wie­ki, zo­ba­czył wszyst­ko wyraźnie ni­czym na zwol­nio­nym fil­mie.

Wśród po­piołów klęczała, ni­sko po­chy­lając głowę, kom­plet­na, szkie­le­to­wa po­stać. Prawą dłonią opie­rała się o podłogę, zaś lewe ramę spo­czy­wało na pod­ku­lo­nym ko­la­nie. Z po­piołów uniosła się mgła, owionęła nie­ru­cho­me ciało, następnie popłynęła wzdłuż kości. Z mgieł utwo­rzyły się włókna mięśni, ciało naciągnęło się na ra­mio­na i klatkę pier­siową, okry­wając również część twa­rzy. Gdy mgła do­tarła do oczo­dołów, sza­re opa­ry rzu­ciły się tam chci­wie, a przez chwilę mgła zajaśniała mi­go­tli­wym światłem. Po­tem się cofnęła. Grim uj­rzał, że stwór z wol­na uno­si głowę i zza wi­rujących dro­bin po­piołu spoj­rzało na nie­go dia­men­to­we oko.

W następnej chwi­li obcy z sza­leńczym wrza­skiem rzu­cił się na Gar­gul­ca i za­nim Grim zdołał pojąć, co się w ogóle dzie­je, kości­ste pal­ce już za­cisnęły mu się na gar­dle. Wolną ręką mor­der­ca sięgnął ku Cie­nio­skrzydłym. Grim usłyszał, jak krzyczą pod ogni­stym bi­czem. Sam le­d­wie po­tra­fił złapać od­dech i pa­trzył, ni­cze­go nie ro­zu­miejąc, na twarz ob­ce­go, gdzie odsłonięte mięso po­wo­li okry­wało się płata­mi skóry. Wpa­try­wały się w nie­go oczy po­zba­wio­ne po­wiek, ta­kie jak oczy umarłego. W dia­men­to­wym oku mi­go­tały cie­nie, a z ust, wciąż jesz­cze bez warg, wy­sunęła się mgła ni­czym trujący opar. Grim usłyszał cichą, kuszącą me­lo­dię, jak gdy­by wśród mgły rozśpie­wały się Sy­re­ny, wśród tej sa­mej mgły, co nie­po­wstrzy­ma­nie pełzła w stronę mor­der­cy i owi­jała mu się spiżowym uści­skiem wokół szczęki, by w końcu utwo­rzyć usta. Mgła chci­wie wniknęła w ciało Gri­ma, na chwilę jej zaśpiew roz­brzmiał aż do gra­nic wy­trzy­małości. Dźwięk coś w nim ro­ze­rwał, po­zo­sta­wił krwa­wiące roz­dar­cie. Chciał krzy­czeć, każdy jed­nak dźwięk dławiła chu­s­ta z mro­ku wle­wającego mu się do środ­ka jak cie­nie piekła.

– Kim je­steś? – wy­sy­czał Grim i na­gle zro­zu­miał, że ta mgła go bada, jed­no­cześnie uśmier­cając. Ogląda jego myśli, jego wspo­mnie­nia, wy­sy­sa je ni­czym pi­jaw­ka. Właśnie dla­te­go lu­dzie zna­le­zie­ni na uli­cach Paryża byli po­zba­wie­ni krwi. Obcy ukradł im życie, aż do ostat­niej kro­pli. Grim po­czuł ból prze­ni­kli­wy ni­czym pchnięcie mie­cza, kie­dy mor­der­ca wtargnął mu w myśli.

– Wro­giem – wy­szep­tał obcy i zaśmiał się, jak gdy­by każdym słowem wstrzy­ki­wał Gri­mo­wi tru­ciznę. – A po której ty sto­isz stro­nie?

Grim miał wrażenie, że słyszy mruczące, lo­do­wa­to zim­ne głosy, szept prze­ni­kający go raz za ra­zem. Przy­ja­ciel lu­dzi… Gar­gu­lec zaczął dy­go­tać, po­czuł, że z ciała ucho­dzi mu życie. Grim. Jakiś dziewczęcy głos roz­darł mgłę, sta­rającą się za­cisnąć na jego świa­do­mości. Przez opar w jego wnętrzu prze­sunął się ob­raz Mii. Oczy miała szma­rag­do­we ni­czym mo­rze tuż przed sztor­mem.

Ostat­kiem sił Grim roz­darł krępujące go więzy i ude­rzył szpo­na­mi w ciało ob­ce­go. Ten cofnął się z krzy­kiem. Na jego ra­mie­niu ziała te­raz świeża rana. Gar­gu­lec wy­szar­pał ob­ce­mu spo­ry kawał ciała.

Wte­dy po­wie­trze prze­cięły ude­rze­nia skrzy­deł. Nad­ciągało wspar­cie. Obcy wzdrygnął się, potężnym su­sem sko­czył w stronę drzwi. Raz tyl­ko odwrócił się w stronę Gri­ma, a na jego twa­rzy po­ja­wił się mrocz­ny uśmiech.

– Jesz­cze się zo­ba­czy­my – wy­szep­tał. – Te­raz już wiem, gdzie cię szu­kać.

Po­tem sięgnął dłonią w stronę noża, który błyska­wicz­nie po­mknął ku nie­mu z podłogi, po­now­nie na­ry­so­wał coś w po­wie­trzu i przez drzwi wy­sko­czył w noc.

Grim, jak urze­czo­ny, wpa­try­wał się w zni­kający znak po­zo­sta­wio­ny przez ob­ce­go, kon­tu­ry pan­te­ry, które w po­wie­trzu okryły się czer­nią. Strach chwy­cił go za gardło rozżarzo­ny­mi pal­ca­mi. To był Czar Ognia tuż przed swo­im uwol­nie­niem.

– W nogi! – ryknął Grim i chwy­cił za kołnierz ko­bietę, która osunęła się na podłogę.

Kronk i po­zo­sta­li ostat­kiem sił sko­czy­li za nim. Remi ucze­pił się skra­ju jego płasz­cza i w ostat­niej se­kun­dzie zdołali bez­piecz­nie zna­leźć się na da­chu po­bli­skiej fa­bry­ki. Noc roz­darł ogrom­ny huk. Hala ma­ga­zy­nu wy­le­ciała w po­wie­trze w jed­nym, try­skającym iskra­mi fa­jer­wer­ku. Za­raz po­tem na da­chu wylądo­wa­li ko­lej­ni Cie­nio­skrzy­dli.

– Proszę się nie bać – wy­szep­tał Grim do ko­bie­ty, która jak­by spa­ra­liżowa­na wpa­try­wała się w płomie­nie. – Te­raz jest już pani bez­piecz­na.

Nie­znacz­nie skinął ku jed­ne­mu z Gar­gulców ze wspar­cia.

– Wy­ma­za­nie pamięci – mruknął i prze­ka­zał mu ko­bietę. Po­tem zno­wu spoj­rzał na eks­plo­dującą halę. Obok nie­go stanął Kronk.

– Co to był za typ? – za­py­tał jego sta­ry to­wa­rzysz z wyraźnym stra­chem w głosie.

– Nie wiem – od­parł Grim pra­wie bezgłośnie. Po­wo­li roz­warł szpo­ny, w których wciąż trzy­mał kawałek ciała mor­der­cy. – Ale się do­wiem. To pew­ne.

Roz­dział 4

Rozpa­dli­ny ja­rzyły się ciem­no­czer­wo­nym światłem. Z góry wyglądało to tak, jak gdy­by po­przez po­prze­rzy­naną szcze­li­na­mi równinę płynęły po­to­ki krwi i do­pie­ro kie­dy la­tający osioł, na którym prze­miesz­czała się Mia, zniżył lot, roz­po­znała płonące la­tar­nie usta­wio­ne nie­daw­no w otchłaniach wokół Ghro­go­nii. Prze­la­ty­wała nad Szcze­liną Kla­ba­ter­ników, gdzie jesz­cze przed kil­ko­ma mie­siącami obok li­chych cha­tek płynął brud­ny po­tok ścieków oraz eks­kre­mentów. Te­raz wzno­siły się tam czy­ste domy w najróżniej­szych ko­lo­rach, wyglądające ni­czym ogrom­ne pudełka zapałek, a pod nimi, świeżo za­be­to­no­wa­ne dno wąwozu kryło nową ka­na­li­zację. Mia wsłuchi­wała się w głosy dzie­ci kla­ba­ter­ników, które z wrza­skiem wy­sy­py­wały się z domów i mknęły ku niej ni­czym strze­lające ka­pi­szo­ny, wyciągając ręce do miękkiej sierści osła. Kie­dyś osiołek był tyl­ko nędznym tra­ga­rzem ciężarów, taksówką dla ubo­gich, te­raz pra­co­wał w jed­nym z głównych przed­siębiorstw taksówkar­skich mia­sta i mógł nie tyl­ko ko­rzy­stać z roz­bu­do­wa­nych po­wietrz­nych szlaków nad Roz­pa­dli­na­mi, ale otrzy­my­wał też za swoją pracę so­wi­te wy­na­gro­dze­nie. O tak, ob­li­cze Ghro­go­nii zmie­niło się i cho­dziło nie tyl­ko o Rozpa­dli­ny oraz ich miesz­kańców. W miej­scu sta­re­go, smo­cze­go mia­sta po­ja­wiła się te­raz barw­na, mi­gocząca światłami me­tro­po­lia, łącząca w so­bie wszyst­kie kul­tu­ry miesz­kańców Innoświa­ta. Sym­bo­lem tego wszyst­kiego był Se­nat, który kil­ka mie­sięcy temu, pod prze­wod­nic­twem Mo­urie­ra, ka­mien­ne­go lwa oraz króla Gar­gulców, otwo­rzył swe po­dwo­je dla wszyst­kich. Te­raz, obok Gar­gulców, na ka­mien­nych ławach par­la­men­tu za­sie­dli także Hy­bry­dzi, Mu­tan­ci, gno­my oraz wie­lu in­nych i to często na całkiem wy­eks­po­no­wa­nych miej­scach. Roz­ma­ite gru­py wciąż jesz­cze do sie­bie nie przy­wykły.

Kon­ser­wa­tyw­ne Gar­gul­ce aż na­zbyt moc­no trzy­mały się daw­nych czasów. Mia wie­działa również, że wie­lu z nich oba­wia się Hy­brydów i Mu­tantów, zaś prze­sie­dlo­ne gno­my najchętniej odesłałyby z po­wro­tem do daw­nych gett. Także wśród jesz­cze nie­daw­no uci­ska­nych In­no­stot były ta­kie, które nie­uf­nie od­no­siły się do no­wej przy­jaźni między lu­da­mi. Zwłasz­cza niektórzy Hy­brydzi z tru­dem po­wstrzy­my­wa­li się od wy­rzu­ca­nia Gar­gul­com se­tek lat nie­wo­li. Mimo to Mia wyraźnie czuła po­wiew no­wych czasów, z potężną siłą ogar­niający większość In­no­stot oraz nakłaniający je, aby Czar Przełama­nia wy­ko­rzy­stać do two­rze­nia wspólnej przyszłości. Mia także po­sta­no­wiła, że coś zmie­ni.

Wzięła głęboki od­dech, prze­biegła spoj­rze­niem po roz­wi­jającym się mieście i po raz ko­lej­ny za­pragnęła, aby Ja­kub mógł to wszyst­ko zo­ba­czyć. Przez chwilę wydało jej się, że w pal­cach zno­wu czu­je magię z gro­bu. Kie­dy wróciła z cmen­ta­rza, od razu ro­zesłała ko­bol­dy, by szu­kały jej bra­ta, a następnie spróbowała prze­spać się w dzień. Życie w Ghro­go­nii to­czyło się nocą. Po kil­ku mi­nu­tach czuj­ne­go, pełnego napięcia leżenia wresz­cie zasnęła. Śniła o Ja­kubie, o tym, że wresz­cie powrócił do tego świa­ta i te­raz błąka się gdzieś po Paryżu, nie mogąc so­bie ni­cze­go przy­po­mnieć. Wy­obrażała so­bie, jak za sprawą ja­kiejś wiel­kiej, ma­gicz­nej siły wy­do­stał się z gro­bu. Mia wie­działa, że pod­czas przejścia ze świa­ta do świa­ta utra­ta części wspo­mnień jest czymś zwy­czaj­nym; zwy­kle pamięć po­wo­li wra­cała, ale Mia nie chciała cze­kać aż tak długo. Tęskno­ta za bra­tem dręczyła ją i mu­siała moc­no się sta­rać, by po­wstrzy­mać się od roz­poczęcia sa­mo­dziel­nych po­szu­ki­wań. Ko­bol­dy były jed­nak zde­cy­do­wa­nie szyb­sze i miały większe szan­se od­nieść suk­ces. Zresztą i tak już mu­siała załatwić wy­star­czająco dużo spraw. Nie mogła się docze­kać, aż o wszyst­kim opo­wie Gri­mo­wi. Przez cały dzień nie wrócił do domu, pew­nie ślęczał wie­le go­dzin przy biur­ku. Ale i tak za­raz się zo­baczą, bo prze­cież umówili się przy wejściu do Błyszczących Zaułków, mrocz­nej pląta­ni­ny ulic, gdzie poza sie­dzi­ba­mi wie­lu al­che­mików i cza­ro­dziejów mieściło się także kil­ka zna­nych an­ty­kwa­riatów. Je­den z bu­ki­nistów, nie­ja­ki Hie­ro­ni­mus Fi­ren­sius Bal­tha­sar, kil­ka dni temu po­zo­sta­wił Mii wia­do­mość, że nie­daw­no wszedł w po­sia­da­nie szczególnie rzad­kie­go ar­te­fak­tu, którego nie po­win­no za­braknąć na jej wy­sta­wie. Do otwar­cia wy­sta­wy po­zo­stały tyl­ko dwa dni, Mia ze­brała więc już wszyst­kie eks­po­na­ty, które pla­no­wała na niej za­pre­zen­to­wać. Cie­ka­wiło ją jed­nak, o jaki to ar­te­fakt może cho­dzić han­dla­rzo­wi. Gdy­by rze­czy­wiście oka­zał się aż taki nie­po­wta­rzal­ny, pew­nie zna­lazłaby jesz­cze miej­sce w którejś ga­blo­cie.

Osioł wylądował na ka­mien­nej plat­for­mie po­sto­ju taksówek. Po­cze­kał, aż Mia mu zapłacił i da jabłko, po czym wzbił się w po­wie­trze. Dziew­czy­na odwróciła się, przez chwilę spoglądając z góry na mro­wie istot prze­ci­skających się ulicz­ka­mi. Były wśród nich gno­my o skórze napiętej na ich sym­pa­tycz­nych twa­rzach a wyglądającej, jak­by była wy­gar­bo­wa­na, oraz leśne skrza­ty, jak zwy­kle nie­przy­jem­nie pachnące czosn­kiem, a także Nor­ny, wid­mo­we, piękne ko­bie­ty po­ru­szające się w zwiew­ny, ete­rycz­ny sposób. Co i rusz wyłapy­wała spoj­rze­nie ja­kiejś In­no­sto­ty. W prze­ci­wieństwie do miesz­kańców bo­ga­tych dziel­nic Ghro­go­nii, stwo­rze­nia żyjące w Roz­pa­dli­nach za­wsze od­no­siły się do niej przy­jaźnie, i nie tyl­ko dla­te­go, że wal­czyła prze­ciw­ko Se­ra­fi­no­wi, ry­zy­kując życie dla mia­sta. Była człowie­kiem, należała do Góry, od­dzie­lo­nej od Innoświa­ta na tak długo, jak długo trwać będzie Czar Za­po­mnie­nia. Te­raz jed­nak już od nich nie od­sta­wała. Od cza­su do cza­su za­bie­rała do Ghro­go­nii matkę albo ciotkę Josi, ale tyl­ko ona, Har­tyd­ka, Widząca Możliwe, nie była do­tknięta Cza­rem Za­po­mnie­nia. I jako je­dy­ny śmier­tel­nik wi­działa mia­sto ta­kim, ja­kim było na­prawdę. In­no­sto­ty w obec­ności jej mat­ki i ciot­ki nig­dy nie po­ja­wiały się w swo­ich praw­dzi­wych po­sta­ciach. Co praw­da mat­ka oraz Josi po­tra­fiły wy­czuć, kim te stwo­rze­nia są na­prawdę, nie mogły jed­nak ich do­strzec. Mię owi­jał niewi­dzianym chłodem swe­go ro­dza­ju we­lon, od­dzie­lający ją od po­zo­stałych stwo­rzeń, zarówno lu­dzi, jak In­no­stot. Miesz­kańcy Roz­pa­dlin wie­dzie­li, jak to jest być wy­klu­czo­nym ze względu na to, kim się jest. Może właśnie dla­te­go po­zdra­wia­li te­raz Mię przy­jaźnie, z tym błyskiem w oczach, którym zda­wa­li się mówić: Dla nas już te­raz je­steś częścią Ghro­go­nii, cze­kaj więc spo­koj­nie, pew­ne­go dnia inni także to zro­zu­mieją!

Po kar­ku dziew­czy­ny prze­sunął się po­wiew chłod­ne­go wia­tru i spra­wił, że spoj­rzała na ze­ga­rek. Rze­czy­wiście, Grim już daw­no po­wi­nien się tu­taj zja­wić. Uparł się, aby nie szła sama. Błyszczące Zaułki są nie­bez­piecz­ne. Dopóki mor­der­ca nie zo­sta­nie schwy­ta­ny, nie po­win­naś prze­by­wać sa­mot­nie w ta­kich miej­scach. Nie mogła po­wstrzy­mać uśmie­chu na wspo­mnie­nie jego sta­now­czej miny. Mu­siała się zgo­dzić, aby Grim przy­dzie­lił jej mat­ce i Josi dwóch Gar­gulców jako ochro­nia­rzy. Ale Mia wca­le nie była bez­bron­na. Dys­po­no­wała magią, której przez ostat­nie mie­siące pil­nie uczyła się od The­ry­ona, Wo­jow­ni­ka Wróżek. Nie bar­dziej niż In­no­sto­ty oba­wiała się gro­zy krążącej po Górnym Paryżu, ale jed­nak tu­taj, wśród ka­mien­nych uli­czek Ghro­go­nii, nie czuła lęku. Po­do­bało się jej jed­nak, że Grim tak się o nią trosz­czy. Po­nad­to przez kil­ka ostat­nich ty­go­dni rzad­ko mie­li okazję spędzać wspólnie czas, dla­te­go po­zwo­liła mu się prze­ko­nać, aby jej to­wa­rzy­szył. Z wes­tchnie­niem sku­liła ra­mio­na. Zim­ny wiatr przy­brał na sile, nie­przy­jem­nie dmuchnął jej w twarz.

Gri­ma mu­siało coś za­trzy­mać, jak to się często działo ostat­ni­mi cza­sy. Spra­wa mor­derstw zaj­mo­wała go dniem i nocą. Mia ro­zu­miała, że tak bar­dzo zaj­mu­je się pracą, jed­nak te­raz, kie­dy tak ciążyła jej na ser­cu dziw­na spra­wa z Ja­ku­bem, za­pragnęła, by wróciły cza­sy, kie­dy mie­li się tyl­ko dla sie­bie. Nie wątpiła jed­nak, że Grim już niedługo roz­wiąże za­gadkę tych przeklętych zabójstw i wte­dy ona też nie będzie aku­rat miała cze­goś pil­ne­go do zro­bie­nia. Nie­cier­pli­wie spoj­rzała na ze­ga­rek. Światło la­tar­ni po­wo­li mętniało, świadcząc, iż zbliża się zmrok. Na­wet jeżeli nie oba­wiała się sa­mych Błyszczących Zaułków, wie­działa, że w Innoświe­cie czają się stwo­rze­nia, które o zmierz­chu stają się nie­bez­piecz­ne. Nie mogła więc dłużej cze­kać. Szyb­ko wy­stu­kała wia­do­mość na pa­ge­rze, wysłała ją do Gri­ma, a następnie, cho­wając się przed zim­nym wia­trem, zeszła po scho­dach.

Tłum na dole po­wi­tał ją swo­im ciepłem oraz nie­zli­czo­ny­mi za­pa­cha­mi. Dała mu się po­nieść, obok skle­pików, gospód oraz al­che­micz­nych kramów. Uli­ca się roz­gałęziała, jej od­no­gi robiły się co­raz ciem­niej­sze. Już wkrótce Mia po­zo­sta­wiła za sobą cały zgiełk i zbliżyła się do mrocz­nych re­jonów Zaułków.

Domy stały tam ciaśniej, je­den przy dru­gim, i co­raz częściej prze­my­kały obok niej ghu­le, żywiący się tru­pa­mi nie­umar­ci, rzu­cając jej chmur­ne spoj­rze­nia. Mia po­czuła napięcie sa­do­wiące się na kar­ku. Po ci­chu prze­sunęła lo­do­wy czar na lewy nad­gar­stek. Do han­dla­rza sta­rzyzną miała jesz­cze dosyć da­le­ko, a tym­cza­sem co­raz licz­niej po­ja­wiały się nie­sa­mo­wi­te po­sta­ci, wzmógł się też wiatr, który ni­czym żywa isto­ta szar­pał za włosy. Mia zapięła płaszcz i opa­tu­liła się sza­li­kiem.

Wte­dy usłyszała za sobą kro­ki, które zde­cy­do­wa­nie nie należały do chwiejących się ghu­li ani do prze­my­kających ni­czym cie­nie cza­row­ników. Kro­ki były głośne i wyraźne, roz­brzmie­wały wśród głuchej ci­szy mro­ku ni­czym strze­la­nie z bi­cza. Przez chwilę Mia pomyślała, że ktoś ją śle­dzi, że prześla­dow­ca chce, aby go usłysza­no. Zmu­siła się więc, by nie przy­spie­szać, ale na wszel­ki wy­pa­dek wzmoc­niła czar w ręce. Jeżeli jakaś In­no­sto­ta odważy się ją za­ata­ko­wać, będzie się bro­niła wszyst­kim, co ma.

Kro­ki stały się szyb­sze. Mia nie­omal czuła, jak drży pod nimi uli­ca. Na­gle za­trzy­mała się i już chciała się odwrócić, kie­dy za kark chwy­ciła ją czy­jaś lo­do­wa­ta dłoń. Nie prze­ry­wając mar­szu, dziew­czy­na cisnęła lo­do­wym cza­rem, tra­fiła jed­nak w me­ta­lo­wy po­dest la­tar­ni. Ro­zej­rzała się. Kro­ki ucichły, ale ona wciąż czuła tam­ten zim­ny do­tyk na kar­ku. A może to był tyl­ko wiatr? Ni­czym śmier­tel­nie ran­ne zwierzę wi­cher zawył między do­ma­mi i zno­wu szarpnął Mię za płaszcz. Ode­tchnęła głęboko. Mu­siała się uspo­koić. Na­prawdę wa­rio­wała już przez te opo­wieści Gri­ma o mor­der­cy i po­zba­wio­nych krwi zwłokach z wydłuba­ny­mi ocza­mi. Ob­ra­zy te sta­rały się te­raz usa­do­wić wśród jej myśli. Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ru­szyła przed sie­bie.

Od ulicz­ki od­cho­dziło jesz­cze kil­ka odgałęzień. Mia wciąż miała wrażenie, że kątem oka do­strze­ga w ciem­nościach jakiś kształt, ale się nie od­wra­cała. Za­trzy­mała się do­pie­ro wte­dy, gdy znów usłyszała kro­ki. Ucichły. Mia odwróciła się po­wo­li. Na skra­ju uli­cy, tam, gdzie za­ta­czało się kil­ka ghu­li, nie­ru­cho­mo, ni­czym wo­sko­wa fi­gu­ra stał jakiś mężczy­zna. Ubra­ny był na czar­no i pa­trzył na nią. Jego po­dar­te odzie­nie okry­wał kurz, jak gdy­by mężczy­zna miał za sobą długą podróż przez bez­droża, a wy­so­kie buty pod­ku­te miał sre­brem. Początko­wo nie mogła przyj­rzeć się jego twa­rzy, zda­wało się, że okry­wa ją drżąca mgła, która w końcu roz­wiała się jed­nak, uka­zując wyraźny ob­raz. Nie­zna­jo­my miał skórę bladą jak umarły, a jego twarz o re­gu­lar­nych ry­sach była nie­zwy­kle piękna. Bra­ko­wało mu jed­nak le­we­go oka, w oczo­do­le tkwił czar­ny klej­not. Mia wi­działa to jak­by przez jakiś we­lon. Pa­trzyła na zdro­we oko mężczy­zny, ja­sne ni­czym oszli­fo­wa­ny krysz­tał lub dia­ment. Połyskli­we spoj­rze­nie spoczęło na jej twa­rzy. Po­czuła, że od ob­ce­go ema­nu­je przej­mujący ziąb. Przez chwilę zda­wało jej się, że ghu­le za­marły bez ru­chu, a wiatr ucichł jak­by z roz­ka­zu ob­ce­go. Pa­trzył na nią prze­ni­kli­wie i ba­daw­czo, wresz­cie na jego ustach po­ja­wił się uśmiech. Mia po­czuła, że po po­licz­ku gładzi ją niewi­dzialna ręka. Pal­ce ręki były zim­ne, ale miały w so­bie de­li­kat­ność, która spra­wiła, że Mię przeszły desz­cze. Pra­wie nie­zau­ważal­nie chłodne cie­nie położyły się na jej war­gach, wsunęły w usta oraz gardło.

Na­gle coś gwałtow­nie ude­rzyło Mię w pierś. Za­to­czyła się. I wte­dy usłyszała prze­pro­si­ny pi­ja­ne­go gno­ma, który wy­to­czył się z jed­nej z gospód. Prze­sunęła dłonią po po­licz­ku. Nie­wi­dzial­na ręka zniknęła. Zdu­mio­na dziew­czy­na odwróciła się w stronę nie­zna­jo­me­go, ale jego także już nie było.

– Mia!

Odwróciła się i spoj­rzała pro­sto w zdu­mioną twarz Gri­ma. Stał przed nią w ludz­kiej po­sta­ci, unosząc brwi.

– Co z tobą?

Spoj­rzała w stronę miej­sca, w którym jesz­cze nie­daw­no wi­działa nie­zna­jo­me­go.

– Ja… – zaczęła, ale po­tem machnęła tyl­ko dłonią. Nie chciała przy­spa­rzać Gri­mo­wi ko­lej­nych zmar­twień, zwłasz­cza że tam­ten dziw­ny typ przy­pusz­czal­ne był tyl­ko ja­kimś złośli­wym de­mo­nem, który wziął ją za bez­bronną ofiarę. Z po­nurą miną przy­gryzła war­gi, w końcu The­ry­om na­uczył ją czarów prze­ciw­ko de­mo­nom. Gdy­by tam­ten typ zro­bił cho­ciaż krok w jej stronę, usmażyłby się żyw­cem. – A, nic ta­kie­go. Tyl­ko się zamyśliłam.

Grim przyj­rzał jej się uważnie.

– Mie­liśmy się spo­tkać na po­sto­ju – rzekł i oto­czył ją ra­mie­niem. – Wiesz, że nie po­win­naś sama za­pusz­czać się w ta­kie oko­li­ce. O zmierz­chu jest tu nie­bez­piecz­nie.

Mia wes­tchnęła.

– Cze­kałam, ale cie­bie nie było. Chciałam wrócić przed zmierz­chem. Czy to nie ty ostrze­gałeś mnie przed cho­dze­niem po zmro­ku? – Grim już otwie­rał usta, by coś po­wie­dzieć, jed­nak nie dała mu dojść do słowa. – Nie­po­trzeb­nie się mar­twisz. Po­tra­fię na sie­bie uważać. Myślisz, że lek­cje u The­ry­ona nic mi nie dały? Ale te­raz po­wiem ci o czymś in­nym. – Chwy­ciła go za rękę i zre­la­cjo­no­wała, co wy­da­rzyło się na cmen­ta­rzu.

– Ja­kub powrócił – wy­mam­ro­tał Grim w zamyśle­niu. – To nic dziw­ne­go, że śmier­tel­nik, prze­chodząc między świa­ta­mi, tra­ci pamięć, ale prze­cież Ja­kub był wyjątko­wym ma­giem. Po­tra­fiłby się przed tym ochro­nić.

Mia wzru­szyła ra­mio­na­mi.

– Nie wie­my, ile kosz­to­wał go powrót do na­sze­go świa­ta i jak trud­na była dla nie­go ta dro­ga. Jed­no jest pew­ne. Już nie leży w swo­im gro­bie, opuścił go w ma­gicz­ny sposób. Te­raz jest tyl­ko kwe­stią cza­su, jak wywęszą go ko­bol­dy, a po­tem wresz­cie zno­wu będzie­my ra­zem.

Grim pa­trzył na nią przez chwilę, a na jego twa­rzy po­ja­wił się cień zamyśle­nia. Otrząsnął się jed­nak i przy­ciągnął dziew­czynę do sie­bie.

– Masz rację – po­wie­dział, de­li­kat­nie gładząc ją po włosach. – Ko­bol­dy po­win­ny go szu­kać tak długo, aż ich roz­bolą nosy. Po­tem uczci­my jego powrót tak, że gno­my będą się mogły od nas uczyć w tych swo­ich piw­nicz­kach, jak należy się do­brze bawić.

Mia za­mknęła oczy. Czuła ciepło ciała Gri­ma. Rzad­ko kie­dy w zwy­czaj­ny dzień przyj­mo­wał ludzką po­stać. Opo­wia­dał jej o roz­dar­ciu w swo­jej pier­si, o roz­ter­ce między tą jego częścią, która po­cho­dziła z Innoświa­ta, a częścią ludzką, do której jesz­cze nie przy­wykł. Tłuma­czył, że ciało ludz­kie wzmac­nia każdą myśl i każde uczu­cie, dla­te­go wy­co­fy­wał się do ciała z ka­mie­nia, by uniknąć opo­ru swo­je­go hy­bry­do­we­go je­ste­stwa. Nie mogła mieć mu tego za złe, po­trze­bo­wał cza­su, żeby po­go­dzić się z ist­nie­niem pomiędzy świa­tami, dla­te­go te­raz ko­rzy­stała z oka­zji, że może do­ty­kać jego ludz­kiego ciała. Oparła głowę o jego pierś, wsłuchując się w bi­cie ser­ca, a chwilę po­tem po­czuła nie­wi­dzial­ne pal­ce wia­tru sięgające ku jej po­licz­kom. To było nie­wie­le więcej jak tyl­ko po­wiew, wy­star­czył jed­nak, by wpro­wa­dzić chłód w jej członki i spędzić z jej barków wszel­ki spokój.

– Czy po­ja­wiły się ja­kieś nowe tro­py w spra­wie mor­derstw? – za­py­tała.

Kie­dy ru­szy­li ulicą, Grim w krótkich słowach opo­wie­dział Mii o wy­pad­kach mi­nio­nej nocy.

– A te­raz ten mor­der­ca jest na wol­ności – pod­su­mo­wał po­nu­ro. – W po­zy­ska­nym prze­ze mnie kawałku jego ciała ukry­ta jest ma­gia. Prze­ka­załem go al­che­mi­kom, ale do tej pory nie zdołali nic od­fil­tro­wać. A Niu­cha­cze po­trze­bują go, by podjąć trop. Nie­wie­le wiem o ma­gicz­nych bzdu­rach, o których al­che­mi­cy roz­pra­wiają na swo­ich ma­gicz­nych spo­tka­niach, lecz jed­no wiem na pew­no: to wszyst­ko trwa za długo.

Mia wzru­szyła ra­mio­na­mi.

– Vra­ter­nius uczy­ni wszyst­ko, co w jego mocy, tego możesz być pe­wien. Prze­cież wiesz, że kie­dy musi, to pra­cu­je dzień i noc. Zro­bi, co będzie mógł, a po­tem znaj­dziesz mor­dercę. – Wy­krzy­wiła usta w uśmie­chu. – Prze­cież je­steś bo­ha­te­rem, nie pamiętasz? Cie­nio­skrzydłym, który uchro­nił Ghro­go­nię i świat lu­dzi przed Se­ra­fi­nem oraz jego sie­pa­cza­mi. Gar­gul­cem, który w rze­czy­wi­stości jest Hy­bry­dem i który na­uczył się ko­chać swoją ludzką na­turę. Se­na­to­rem, który uczy­nił Ghro­go­nię miej­scem, gdzie pa­nu­je spra­wie­dli­wość, który nakłonił króla, aby otwo­rzył par­la­ment przed wszyst­ki­mi In­no­sto­ta­mi, kazał zmo­der­ni­zo­wać Roz­pa­dli­ny i być spra­wie­dli­wym władcą różnych In­no­stot. Je­steś Ko­men­dan­tem Po­li­cji, który w prze­ciągu kil­ku mie­sięcy zre­du­ko­wał do mi­ni­mum całą roz­dmu­chaną biu­ro­krację NPG i zdołał wpro­wa­dzić własne, uprosz­czo­ne struk­tu­ry. A na ko­niec, cho­ciaż to wca­le nie jest naj­mniej ważne, je­steś Aniołem Nocy, którego ko­cham, strażni­kiem lu­dzi oraz Innoświa­ta. – Stanęli właśnie przed drzwia­mi nie­wiel­kie­go an­ty­kwa­ria­tu. – I jeżeli kto­kol­wiek może ura­to­wać lu­dzi przed tą grozą – po­wie­działa ci­cho – to tym kimś je­steś właśnie ty.

Grim spoj­rzał na nią, przez chwilę miała wrażenie, że chce jej coś po­wie­dzieć, coś ciążącego mu na języku ni­czym ołów. On jed­nak tyl­ko się uśmiechnął i otwo­rzył drzwi.

Zabrzęczały sre­brzy­ste dzwo­necz­ki. Mia w pierw­szej chwi­li pomyślała, że zna­leźli się w ja­kimś ma­ga­zy­nie, bo wszędzie wokół stały me­ble, sta­re i nowe, a ze wszyst­kich stron ota­czały ich nie­zwykłości z Innoświa­ta oraz ma­gicz­ne uten­sy­lia. Nie po­tra­fiła od­na­leźć w tym bałaga­nie żad­ne­go ładu, Grim naj­wy­raźniej także, bo z hu­kiem ude­rzył głową o brązową, wiszącą lampę, prze­wra­cając jed­no­cześnie srebr­ny lich­tarz.

– Albo ja je­stem za duży, albo ten sklep za mały – wy­mam­ro­tał, po czym od­sta­wił lich­tarz na miej­sce.

– Kogo my tu mamy – zawołał głos brzmiący ni­czym ty­ka­nie spieszącego się ze­ga­ra z po­zy­tywką. Odwrócili się i na ko­mo­dzie zo­ba­czy­li leśne li­cho o si­wej, szpi­cza­stej bródce, w ja­sno­nie­bie­skim wyświech­ta­nym sur­du­cie na sza­rej, opiętej ka­mi­zel­ce i z chu­s­teczką ko­lo­ru bzu w bu­to­nier­ce. Li­cho uśmiechnęło się do nich zza złotych bi­no­kli, chwy­ciło kie­szon­ko­wy ze­ga­rek, po czym, nie spoglądając na nie­go, ode­mknęło i za­mknęło wiecz­ko. Następnie uchy­liło maleńkie­go, czar­ne­go ka­pe­lu­si­ka z fil­cu.

– Wi­ta­my w Błyszczącym Tar­gu Bal­tha­sa­ra, a wita państwa Hie­ro­ni­mus Fi­ren­sius Bal­tha­sar we własnej oso­bie – oznaj­miło przy­jaźnie li­cho, ze­ska­kując z ko­mo­dy na podłogę, z odgłosem przy­po­mi­nającym klaśnięcie – bo nie nosiło butów – i uścisnęło dłoń naj­pierw Mii, po­tem Gri­mo­wi. – W czym mogę państwu pomóc?

– Na­zy­wam się Mia La­vie – od­po­wie­działa Mia. – Do­stałam od pana wia­do­mość. Przy­go­to­wuję w Luw­rze wy­stawę ar­te­faktów z Innoświa­ta.

– Lu­uuwr! – zawołał Hie­ro­ni­mus i trzy­krot­nie klasnął. Błyska­wicz­nie z su­fi­tu ze­sko­czyły trzy małe cho­chli­ki, owłosio­ne isto­ty ze skrzy­dełkami, nie­wie­le większe od ludz­kiej dłoni, nie­zwy­kle roz­miłowa­ne w sta­ro­daw­nych przed­mio­tach, o czym Mia wie­działa od Re­mie­go. Naj­wy­raźniej spały, bo dwa z nich, za­nim przy­wi­tały się z nimi, ziewnęły, a trze­ci z brzdękiem wylądował w sto­sie srebr­nych spodków, ude­rzając się w głowę.

– Eki­pa po­szu­ki­waw­czo-ar­ty­stycz­na mel­du­je się do usług! – za­krzyknął z en­tu­zja­zmem ten trze­ci i jed­no­cześnie gwałtow­nym ru­chem uniósł cienką rączkę, aby za­sa­lu­to­wać do swo­jej sza­fra­no­wej grzy­wy.

– Już do­brze, do­brze – po­wie­dział Hie­ro­ni­mus, składając dłonie i zer­kając w stronę Mii. – Co praw­da skon­tak­to­wałem się z państwem z kon­kret­ne­go po­wo­du, ale może spodo­ba się pani także jesz­cze jakiś ten czy inny ar­te­fakt. – Odwrócił się do cho­chlików. – Przy­go­to­wać mi tu­taj ar­te­fakty do po­ka­za­nia. Hop, hop!

I za­nim zdążył jesz­cze coś po­wie­dzieć, cho­chli­ki rzu­ciły się w po­wie­trze i jak sza­lo­ne zaczęły przetrząsać za­gra­co­ne po­miesz­cze­nie. Sam Hie­ro­ni­mus do­tarł do stołu pełnego nie­zli­czo­nych fi­gu­rek z brązu, po­mknął wzdłuż nie­go i za­trzy­mał się przed ozdobną szka­tułką. Po­szep­tując ci­cho, otwo­rzył ma­gicz­ny za­mek, prze­sunął wiecz­ko w swoją stronę, następnie zaczął wyj­mo­wać licz­ne wy­ci­na­ne ser­wet­ki oraz zdo­bio­ne kwia­ta­mi por­ce­la­no­we filiżanki, które pie­czołowi­cie usta­wiał na bla­cie obok szka­tułki.

– Niech mi pani wy­ba­czy ten bałagan – zwrócił się do Mii, rozkładając ra­mio­na w prze­pra­szającym geście. – Ale szczególne przed­mio­ty wy­ma­gają prze­cho­wy­wa­nia w szczególnych wa­run­kach, nie­praw­daż? A w skrzy­necz­ce ze spodka­mi i filiżan­ka­mi z pew­nością nikt nie szu­kałby tego, co w niej ukryłem. Już od daw­na przyglądam się pani sta­ra­niom związa­nym z wy­stawą i od początku za­sta­na­wiałem się, czy… Te­raz tak… – Hie­ro­ni­mus za­trzy­mał się i ner­wo­wo złapał swój kie­szon­ko­wy ze­ga­rek.

– Niech pan pyta, o co tyl­ko ze­chce – od­parła Mia z uśmie­chem, biorąc do ręki kunsz­tow­nie wy­ku­ty miecz. Na głowi­cy za­mi­go­tały dro­go­cen­ne ka­mie­nie, a dziew­czy­na wy­czuła ema­nującą z bro­ni magię.

– W ja­kim celu urządzą pani tę wy­stawę? – Leśne li­cho chwy­ciło ze­ga­rek, drugą ręką wyj­mując ze szka­tułki ko­lej­ne filiżanki. Spoj­rze­nie han­dla­rza sta­rzyzną po­zo­sta­wało jed­nak uważne i przy­po­mi­nało Mii czuj­ny wzrok kru­ka. Od­wie­siła miecz na miej­sce, wzięła głęboki od­dech. Mu­siała od­po­wia­dać na ta­kie py­ta­nia już nie­zli­czoną ilość razy, wciąż jed­nak czuła się nie­swo­jo, sty­kając z nie­uf­nością miesz­kańców Innoświa­ta.

– W daw­nych cza­sach świa­ty były połączo­ne – od­parła i sięgnęła po złoty kie­lich, do którego przyschły reszt­ki ma­gicz­ne­go na­po­ju. – Chciałabym, aby pew­ne­go dnia zno­wu było tak jak kie­dyś, żeby lu­dzie wie­dzie­li o Innoświe­cie, a jego isto­ty nie mu­siały drżeć o życie. Chciałabym pew­ne­go dnia przełamać Czar Za­po­mnie­nia. Jed­nak lu­dzie nie są jesz­cze go­to­wi, aby za­ak­cep­to­wać obok sie­bie inne stwo­rze­nia. Dla­te­go chciałabym przy­bliżać im Innoświat drob­ny­mi kro­ka­mi. Uczy­nić ludz­kie wnętrze wrażli­wym na jego piękno. Prze­cież sam pan wie, że to, co jest zna­ne, nie wzbu­dza lęku.

Hie­ro­ni­mus przy­taknął, ale nie tak, jak­by przy­zna­wał jej rację, bar­dziej tak, jak­by po­przez mi­kro­skop swo­ich bi­no­kli przyglądał się ja­kie­muś obiek­to­wi ba­da­ne­mu w na­uko­wy sposób.

– Nie­sie pani w so­bie na­dzieję – od­parł z ciepłym uśmie­chem. – Jed­nak jest pani w swych działaniach osa­mot­nio­na. Skąd pani wie, że lu­dzie kie­dy­kol­wiek będą go­to­wi?

Mia opuściła wzrok. Na­gle wydało jej się, że reszt­ka na­po­ju w kie­li­chu to krew. Od­sta­wiła go po­spiesz­nie na biur­ko.

– Nie wiem – od­parła ci­cho.

Hie­ro­ni­mus wes­tchnął, jak gdy­by li­czył się z taką od­po­wie­dzią.

– Tak, tak – wy­mam­ro­tał pod no­sem, wska­zując na kie­lich. – Wie pani, ten ar­te­fakt kie­dyś dużo zna­czył dla lu­dzi. A jed­nak o nim za­po­mnie­li. Jak można za­po­mnieć o czymś, co przez tak długi czas de­ter­mi­no­wało los nie­zli­czo­nych osób? – Za­milkł na chwilę i potrząsnął głową. – Lu­dzie to mi­strzo­wie za­po­mi­na­nia. Sami wy­kreślili nas ze swo­je­go życia, nas, którzy kie­dyś byliśmy dla nich jak bra­cia.

Mia znała le­gen­dy o ko­bol­dach i Leśnych Li­chach, znała baśnie, które po dziś dzień w świe­cie lu­dzi opo­wia­da­no dzie­ciom. Człowiek nie miał pojęcia, jak bli­sko nie­go żyły te isto­ty, za­nim ludz­kość zeszła ze ścieżki przy­jaźni i po­ko­ju.

– Nie wszy­scy lu­dzie są tacy źli, jak pan twier­dzi – od­parła, ale Hie­ro­ni­mus tyl­ko się zaśmiał.

– A jak tam u pana? – zwrócił się do Gri­ma. – Wie­rzy pan w lu­dzi?

Mia po­czuła na so­bie spoj­rze­nie Gar­gul­ca i usłyszała, jak ner­wo­wo wciąga po­wie­trze.

– Ścieżka, którą idzie Mia, jest trud­na – po­wie­dział wresz­cie ci­cho. – Może na­wet za trud­na.

– Nig­dy się tego nie do­wiem, jeżeli nie spróbuję – od­parła Mia. Znała wątpli­wości Gri­ma, to pa­ra­liżujące, chłodne zwątpie­nie In­no­stot w lu­dzi, ale nie chciała, żeby i ją za­truło. Pójdzie własną drogą jako Har­tyd­ka.

Hie­ro­ni­mus kiwał głową w zamyśle­niu, wyj­mując ze skrzy­ni ostat­nie filiżanki oraz spodki i nie­prze­rwa­nie przyglądając się Mii zza złotych bi­no­kli.

– I oto jest – wy­szep­tał, wyciągając ze szka­tułki błyszczące, ręczne lu­ster­ko. Wy­ko­na­ne było ze szkła, a po­wierzch­nię miało mgli­sto­szarą. Bez słowa trzy­mał je te­raz przed Mią.

Le­d­wie wzięła zwier­cia­dełko w dłoń, sza­rość od razu się od­sunęła, uka­zując jej twarz.

– Tak – szepnął Hie­ro­ni­mus i po­ki­wał głową w sku­pie­niu. – To szczególne lu­ster­ko.

Mia usłyszała, że cho­chli­ki pobrzękują w po­wie­trzu, i do­strzegła, że spoglądają na lu­ster­ko z mie­sza­niną lęku i czci. Grim stanął obok niej.

– Co ono ta­kie­go w so­bie ma? – za­py­tała, gdy Hie­ro­ni­mus wyciągnął rękę w stronę zwier­cia­dełka i za­raz ją cofnął, jak gdy­by go opa­rzyło.

Mia przyglądała się lu­ster­ku, czując ma­giczną moc otu­lającą ar­te­fakt nie­wi­docz­nym we­lo­nem. Przez chwilę wy­da­wało jej się, że jakiś ci­chy głos wzy­wa jej imię, a za­raz po­tem roz­legł się de­li­kat­ny śmiech, łaskoczący jej skórę ni­czym mżawka. Za­fa­scy­no­wa­na, prze­sunęła dłonią po szkla­nej ta­fli.

– Przy­niósł mi je pe­wien wędrow­ny han­dlarz, oczy­wiście ra­zem z kil­ko­ma in­ny­mi, bez­war­tościo­wy­mi rze­cza­mi – wy­szep­tał sprze­daw­ca an­tyków, zaś Mia dosłyszała w jego głosie pod­eks­cy­to­wa­nie. – Gno­my na­zy­wają po­dob­ne lu­ster­ka Zwier­ciadłami Życzeń. Ta­kie lu­stro może za­pro­wa­dzić do kra­iny tęsknot i myśli. Jed­nak za sprawą na­szych życzeń nie za­wsze spo­ty­kają nas miłe rze­czy. Czy mimo to odważy się pani je wypróbować?

Mia wzru­szyła ra­mio­na­mi.

– Dla­cze­go nie? Sko­ro mam umieścić zwier­cia­dełko na wy­sta­wie, naj­pierw muszę się oso­biście prze­ko­nać, jak działa.

– Proszę się nie bać – po­wie­dział Hie­ro­ni­mus, gdy Grim nie­uf­nie potrząsnął głową. – Jest całko­wi­cie nie­groźne. Proszę bar­dzo, niech pani przy­trzy­ma lu­ster­ko przed twarzą, właśnie tak, a po­tem głośno i wyraźnie po­wie słowo Ne­fran­thio. Proszę je powtórzyć trzy­krot­nie, w ten sposób do­sta­nie się pani do świa­ta zwier­ciadła!

Mia po­czuła, jak ser­ce zaczęło jej szyb­ciej bić, kie­dy tyl­ko spoj­rzała sama so­bie w oczy i wypełniła po­le­ce­nie leśnego li­cha. Le­d­wie wy­po­wie­działa od­po­wied­nie słowo, pokój wokół niej zniknął, sza­ry stał się także ob­raz wi­docz­ny w lu­ster­ku. Ogarnęła ją mgła, jed­nak było ci­cho, tak ci­cho, że słyszała własny od­dech. I własne imię.

Mia.

Wzdrygnęła się.

– Ja­ku­bie – wy­szep­tała.

Mgła pojaśniała, jak gdy­by to imię było po­le­ce­niem, a poza nią Mia zo­ba­czyła sku­loną na podłodze po­stać, która po­wo­li uniosła głowę. Ze zdu­mie­niem spoj­rzała w twarz bra­ta. Ja­sne włosy miał zmierz­wio­ne, w jego oczach do­strzegła znużenie. Gdy ją do­strzegł, przez jego ob­li­cze prze­mknęło zdu­mie­nie. Chwiejąc się, wstał. A kie­dy już z radością miała wziąć go w ra­mio­na, na­gle do­strzegła krew na jego dłoniach i ubra­niu, które w strzępach zwi­sało z o wie­le za chu­de­go ciała.

Mio! Co tu­taj ro­bisz? Jak się tu do­stałaś?

W jego głosie za­brzmiała taka roz­pacz, że dziew­czy­nie aż za­parło dech. Chciała coś od­po­wie­dzieć, ale Ja­kub pod­szedł do niej i potrząsnął głową, jak gdy­by odwołując py­ta­nie.

To zresztą nie­ważne, po­wie­dział pra­wie niesłyszal­nie, cho­ciaż w jego głosie za­brzmiał gorączko­wy pośpiech. Gdzie ona tra­fiła, do diabła? Czy to wszyst­ko działo się na­prawdę, czy tyl­ko było jakąś iluzją?

Mio, wy­szep­tał Ja­kub, prze­ry­wając jej myśli. Nie wiem, dla­cze­go tu­taj je­steś, może to wszyst­ko jakaś far­sa, ko­lej­na sztucz­ka i nic poza tym, ale muszę sko­rzy­stać z tej oka­zji. Posłuchaj, zbliża się wiel­kie nieszczęście. Nie­bez­pie­czeństwa, które mają znisz­czyć wszyst­ko, o co wal­czysz. W cie­niu kry­je się i czai coś złego. Mu­sisz…

I wte­dy właśnie Ja­kub krzyknął pra­wie bezgłośnym krzy­kiem, który jed­nak wstrząsnął Mią aż do głębi. Sku­lił się, a kie­dy znów na nią spoj­rzał, z oczu po­ciekła mu krew. Chciała mu pomóc, ale kie­dy tyl­ko go do­tknęła, prze­niknął ją kłujący ból. Prze­rażona cofnęła dłoń. Opusz­ki jej palców krwa­wiły, jak gdy­by roz­cięły je tysiące maleńkich ostrzy. Ja­kub jęknął i na­gle jego oczy stały cię ciem­niej­sze, w źre­ni­ce wśli­zgi­wały się ja­kieś dziw­ne cie­nie. Po­now­nie krzyknął, a mrok w jego spoj­rze­niu sta­wał się co­raz gęstszy.

– Bądź czuj­na! – zawołał jesz­cze, ale w tej sa­mej chwi­li chwy­ciły go nie­wi­dzial­ne szpo­ny i zniknął wśród mgły, nim Mia zdołała wyciągnąć ku nie­mu rękę. Do­tarł tyl­ko do niej jesz­cze głos, rozpływający się w prze­raźliwy krzyk. Oni na­dejdą i…

Zroz­pa­czo­na Mia rzu­ciła się w mgłę i padła w kurz u stóp Hie­ro­ni­mu­sa.

– Co się stało? – Grim pomógł jej wstać, a po­tem chwy­cił sprze­dawcę za kołnierz. – Prze­cież mówiłeś, że to nie­groźne! Co się tu­taj dzie­je?

Leśne li­cho za­char­czało w uści­sku Gri­ma, a zde­ner­wo­wa­ne cho­chli­ki zaczęły krążyć wokół swo­je­go pana.

– Wi­działam Ja­ku­ba – wy­szep­tała Mia.

Grim na­tych­miast wypuścił sprze­dawcę an­tyków, który klnąc, upadł na podłogę.

– Ostrze­gał mnie – kon­ty­nu­owała. – Po­wie­dział, że w ciem­nościach sie­dzi i czai się coś złego.

Grim otwo­rzył usta, aby coś po­wie­dzieć, ale Hie­ro­ni­mus oka­zał się szyb­szy.

– Kim jest Ja­kub? – za­py­tał, otrze­pując sur­dut z ku­rzu.

Mia nie pa­trzyła na nie­go.

– To mój brat. On nie…

– …nie żyje? – ode­zwał się je­den z cho­chlików ze szcze­rym współczu­ciem.

Mia spoj­rzała ze złością. Wie­działa, co praw­da, że ko­bol­dy nie od­zna­czają się zbyt dużym tak­tem, ale aku­rat w tej chwi­li nie miała na­stro­ju, aby oka­zy­wać wy­ro­zu­miałość.

– On jest… był… w ja­kimś in­nym świe­cie – oznaj­miła z wściekłością.

Hie­ro­ni­mus wes­tchnął, po czym wyjął zwier­ciadło z dłoni Mii, i prze­tarł je chustką.

– Nie ma ni­cze­go nie­zwykłego w tym, że w Zwier­cia­dle Życzeń mie­szają się oba­wy i tęskno­ty przeglądających się w nim osób, co zresztą do­pro­wa­dza je do kosz­marów. Kie­dy myślę so­bie o wy­da­rze­niach, ja­kie obec­nie mają miej­sce w Górnym Świe­cie, po­tra­fię do­sko­na­le zro­zu­mieć, że będąc człowie­kiem, wszędzie wi­dzi się upio­ry… Na­tu­ral­nie, w prze­nośni.

Mia przy­taknęła zamyślona. Przez chwilę zno­wu słyszała za sobą głośne, dźwięczne kro­ki i po­czuła chłód, jaki posyłał ku niej tam­ten obcy z krysz­tałowym okiem.

Ocknęła się, gdy roz­legł się jakiś prze­ni­kli­wy dźwięk.

– Prze­pra­szam – po­wie­dział Grim i wyjął pa­ger z kie­sze­ni. Twarz mu drgnęła. – Vra­ter­nius – wy­mam­ro­tał. – Muszę iść. Wyślę kogoś, żeby cię od­pro­wa­dził do domu. W porządku?

Mia przy­taknęła, pocałowała Gri­ma w po­li­czek i pa­trzyła, jak szyb­kim kro­kiem opusz­cza sklep. Zamyślona odwróciła się do Hie­ro­ni­mu­sa i wska­zała lu­ster­ko.

– Wezmę je – po­wie­działa ci­cho.

Sprze­daw­ca przy­taknął skwa­pli­wie i po­pro­wa­dził ją w stronę sta­re­go kon­tu­aru. Ru­szyła za nim, roz­myślając. Może rze­czy­wiście Hie­ro­ni­mus miał rację, prze­cież nie tyl­ko Gri­ma po­ru­szały te strasz­li­we zabójstwa, a jej tęskno­ta za Ja­ku­bem, zwłasz­cza po od­kry­ciu do­ko­na­nym na cmen­ta­rzu, właśnie na nowo się roz­bu­dziła. Nic dziw­ne­go, że czuła się taka roz­bi­ta. Ma­gicz­ny ar­te­fakt, taki jak Zwier­ciadło Życzeń, mógł za­grać z nią w kot­ka i myszkę. Cho­ciaż… Dotąd w jej uszach brzmiał krzyk Ja­ku­ba, nie­mal czuła jego strach, a jego słowa brzmiały tak wyraźnie, jak gdy­by szep­tał jej pro­sto do ucha. W cie­niu kry­je się i czai coś złego.

– Czy­li że tam­ten obcy miał rację – rzu­cił Hie­ro­ni­mus przez ramię i zaśmiał się z ci­cha.

– Jaki obcy? – Mia spoj­rzała na nie­go ze zdu­mie­niem.

Sprze­daw­ca an­tyków do­tarł do kasy i zaczął pa­ko­wać lu­ster­ko w sze­leszczącą bibułę.

– No, taki wędrow­ny han­dlarz, od którego do­stałem lu­ster­ko. Też uważał, że ten przed­miot jest jak gdy­by dla pani stwo­rzo­ny. Przy­pusz­czal­nie słyszał już gdzieś w Innoświe­cie o tej pani wy­sta­wie. Wyglądał na ta­kie­go, co wie­le podróżuje, ubra­nie miał całe okry­te ku­rzem, a do tego wy­so­kie buty ze srebr­ny­mi podkówka­mi… Wyglądał pra­wie tak, jak gdy­by zja­wił się z ja­kie­goś in­ne­go świa­ta. Cho­ciaż może ta­kie wrażenie wy­ni­kało z cze­goś in­ne­go…

Mia za­marła bez ru­chu, bo aku­rat w chwi­li, gdy sprze­daw­ca wy­po­wie­dział ostat­nie słowa, jakaś nie­wi­dzial­na dłoń de­li­kat­nie pogładziła ją po po­licz­ku. Hie­ro­ni­mus wziął jed­nak jej napięcie za oznakę nie­zro­zu­mie­nia i ze śmie­chem uniósł pa­lec przed twarzą.

– Miał ta­kie dziw­ne oczy – wyjaśnił. – Bra­ko­wało mu le­we­go oka, a w jego miej­scu tkwił taki czar­ny klej­not. A pra­we oko… Pra­we oko miał zdro­we, ale ja­kieś ta­kie nie­zwy­kle ja­sne, ni­czym oszli­fo­wa­ny krysz­tał.

Roz­dział 5

Grim szedł ko­ry­ta­rzem wiodącym do biu­ra, a kro­ki sta­wiał tak ciężko, jak gdy­by chciał skru­szyć na pył gra­ni­tową podłogę. Spie­szył się. Vra­ter­nius we­zwał go, nie po­dając żad­nych szczegółów, rzecz dla nie­go ty­po­wa, czym zresztą re­gu­lar­nie do­pro­wa­dzał go do szału. Jeżeli al­che­mi­ko­wi udało się wy­do­być magię mor­der­cy z tam­te­go strzępu ciała, Grim będzie mógł na­resz­cie podjąć trop i od­naj­dzie tego przeklętego typa.

Przy biur­kach ślęcze­li gar­gul­co­wi re­fe­ren­ci NPG. Wy­czu­wał ich na­dzieję, że śledz­two wresz­cie ru­szy z miej­sca. Za­ma­szyście otwo­rzył drzwi biu­ra. Po­zwo­lił, aby same się za nim za­mknęły, po czym ru­szył do por­ta­lu z czar­ne­go mar­mu­ru, wiodącego do po­miesz­cze­nia ghro­gońskich al­che­mików. Świa­do­mie nie spoj­rzał na ogromną ta­blicę zaj­mującą całą ścianę za jego biur­kiem, na której wi­siały zdjęcia ofiar mor­der­cy.

Do­tarł do ka­mien­nej sali o skle­pio­nym su­fi­cie pod­trzy­my­wa­nym przez dwa­naście ko­lumn. Całe po­miesz­cze­nie było czar­ne od sa­dzy, a na sza­rej, łupko­wej podłodze wid­niały czar­ne oraz białe zna­ki wy­ry­so­wa­ne kredą, ni­czym ja­kieś ta­jem­ni­cze ry­sun­ki na­skal­ne. Pod tymi su­ro­wy­mi ścia­na­mi stały długie rzędy regałów, na których ułożono ma­gicz­ne uten­sy­lia wszel­kie­go ro­dza­ju: sta­re księgi, ru­lo­ny per­ga­mi­nu, szkla­ne po­jem­ni­ki z barw­ny­mi cie­cza­mi, flu­ore­scen­cyj­ne rośliny, ma­gicz­ne ka­mie­nie, błyszczące dia­men­ty, a także łańcu­chy wy­ko­na­ne ze szla­chet­nych kruszców, zwłasz­cza ze złota i sre­bra. Tu­taj, w naj­bez­piecz­niej­szym miej­scu Ghro­go­nii, pomiędzy główny­mi gma­cha­mi NPG, królew­scy al­che­mi­cy pro­wa­dzi­li swo­je mniej­sze i większe ba­da­nia. W za­kre­sie ich obo­wiązków leżało zarówno przy­woływa­nie duchów, dżinów oraz de­monów, jak i związane z magią stu­dia w ra­mach nauk al­che­micz­nych.

Grim, wzdy­chając, uniósł wzrok ku su­fi­to­wi. Przyj­rzał się sied­miu naj­ważniej­szym al­che­mi­kom Ghro­go­nii, siedzącym te­raz pod stro­pem na czer­wo­nych, wyściełanych krzesłach usta­wio­nych wokół okrągłego stołu. Ści­szo­ny­mi głosa­mi pa­pla­li coś między sobą fa­cho­wym żar­go­nem.

– Cze­muż to nie zwi­sa­cie z su­fi­tu głowa­mi do dołu, tak jak nie­to­pe­rze?! – zawołał do nich na po­wi­ta­nie. W od­po­wie­dzi usłyszał czte­ry obu­rzo­ne par­sk­nięcia. Je­dy­nie Vra­ter­nius, cza­ro­dziej siedzący z przo­du, wy­buchnął głośnym, zaraźli­wym śmie­chem, po czym do­stoj­nie spłynął ze swo­je­go krzesła, aby po­zdro­wić Gri­ma. Miał na so­bie, po­dob­nie jak po­zo­sta­li al­che­mi­cy, biały far­tuch po­kry­ty śla­da­mi sa­dzy. Wbrew swo­im przy­zwy­cza­je­niom zdjął wszyst­kie ozdo­by, które pod­czas wy­po­wia­da­nia oraz kreśle­nia cza­ro­dziejskich for­muł prze­szka­dzałyby mu własną magią. Nie­bie­skie włosy splótł na kar­ku w gru­by war­kocz. Jego żółte jak u kota oczy w nie­sa­mo­wi­ty sposób kon­tra­sto­wały z oliw­kową skórą.

– Ma­gia nie daje się tak łatwo ogarnąć – wyjaśnił, kłaniając się Gri­mo­wi. – Jest wszędzie, gdzieś pomiędzy nie­bem, a zie­mią. Jak w ogóle mamy ją pojąć, przy­kle­je­ni sto­pa­mi do zie­mi, pod­czas gdy nasz duch tęskni za obłoka­mi? Za sprawą zaj­mo­wa­ne­go przez nas miej­sca, je­steśmy wte­dy isto­ta­mi pełnymi sprzecz­ności. Zajęliśmy więc te­raz miej­sce, które na­sze ta­len­ty po­pro­wa­dzi od­po­wied­nim nur­tem, zna­leźliśmy się pomiędzy.

Grim uśmiechnął się z uzna­niem, a po­zo­sta­li al­che­mi­cy po­wo­li spływa­li w dół, wraz ze stołem i krzesłami, aż wresz­cie wylądo­wa­li na podłodze po­kry­tej kre­do­wy­mi sym­bo­la­mi. Pośrod­ku stołu, między gru­by­mi, czer­wo­ny­mi kre­ska­mi wy­ry­so­wa­ny­mi lepką sub­stancją i pod klo­szem z cie­niut­kie­go szkła spo­czy­wał frag­ment ciała mor­der­cy.

Grim na­tych­miast po­czuł wra­cające napięcie kar­ku. Zbliżył się do stołu. Nad skraw­kiem ciała po­ja­wiły się fio­le­to­we iskry. Gar­gu­lec usłyszał ich ci­chy trzask. Zde­rzały się ze szkłem, w nagłych eks­plo­zjach, zmie­niając w złoci­sty, ogni­sty deszcz.

– Udało się wam – oznaj­mił ci­cho, a po­tem po­czuł wyraźną wi­brację ma­gii bijącej o szkło.

– Nie całkiem – od­parł Vra­ter­nius z po­nurą miną. – Z tru­dem zdołaliśmy wy­eks­tra­ho­wać tyl­ko część ma­gii. Resz­ta spo­czy­wa nadal pod zasłoną, która skry­wa ją przed na­szy­mi spoj­rze­nia­mi i unie­możli­wia Niu­cha­czom podjęcie tro­pu mor­der­cy. Jed­na rzecz nie pod­le­ga wątpli­wościom – ta ma­gia jest star­sza niż to mia­sto. Wy­wo­dzi się z Pierw­sze­go Cza­su, z epo­ki, kie­dy Alfy nie po­dzie­liły się jesz­cze na wróżki, elfy, kra­sno­lu­dy i de­mo­ny. Wte­dy na świe­cie nie było jesz­cze żad­ne­go z nas. Nig­dy dotąd nie spo­tkałem isto­ty dys­po­nującej aż taką magią. Po­dob­no te isto­ty już daw­no opuściły nasz świat.

Grim zmarsz­czył brwi.

– Jak to możliwe? Chcesz mi po­wie­dzieć, że mor­der­ca przywędro­wał z przeszłości? I kim on w ogóle jest?

Vra­ter­nius potrząsnął głową.

– Tego nie wie­my. Wy­da­je się, że należy do ludu Alfów, cho­ciaż w jego ma­gii miesz­ka jesz­cze coś, co prze­wyższa nie­gdy­siejszą magię Alfów, jakaś taka nie­ja­sna, większa siła, której nie po­tra­fi­my ani wyjaśnić, ani opa­no­wać i która unie­możli­wia ze­rwa­nie zasłony i wy­do­by­cie z tego skraw­ka ciała jego ma­gii.

Grim spoj­rzał na al­che­mi­ka z nie­do­wie­rza­niem.

– Czy to ozna­cza, że naj­lep­si al­che­mi­cy Innoświa­ta, ci, którzy z po­wo­dze­niem two­rzy­li złoto na Złotej Ulicz­ce w Pra­dze i wy­tro­pi­li man­ty­korę w in­dyj­skiej dżungli, aby jej krwią uwięzić światło gwiazd, że ci cza­ro­dzie­je ska­pi­tu­lo­wa­li przed ja­kimś żałosnym ochłapem mięsa?

Zo­ba­czył, że twa­rze al­che­mików tężeją, także Vra­ter­nius spoj­rzał na nie­go, mio­tając z oczu wściekłe iskry.

– Właśnie tak. A jeśli uważasz, że dasz so­bie radę le­piej od nas, to pro­si­my bar­dzo! Wątpię jed­nak, że choćby przez chwilę zdołałbyś pa­trzeć wprost na tę magię, nie tracąc przy tym ro­zu­mu! Właśnie dla­te­go al­che­mia jest taka nie­bez­piecz­na! Bar­dzo nie­wie­lu magów poj­mu­je, że w pierw­szym rzędzie cho­dzi o zro­zu­mie­nie isto­ty rze­czy, o jej głębszy sens, skrytą w niej ta­jem­nicę i o to, aby zda­wać się tyl­ko na te moce, które nosi się w so­bie. Zbyt często ma­go­wie za­pusz­czają się na ob­sza­ry, na których w żaden sposób nie są w sta­nie so­bie po­ra­dzić, w re­jo­ny, gdzie lek­ko­myślni zni­kają ni­czym iskry gasnące wśród nocy.

Grim wziął głęboki wdech. Nie był w na­stro­ju do pro­wa­dze­nia fi­lo­zo­ficz­nych dys­put, a już na pew­no nie z tym gno­mem, który właśnie z wo­jow­ni­czym bla­skiem w oczach założył so­bie ręce na pier­si.

– Czy­li, że nie je­steście w sta­nie zmie­rzyć się z tą magią – stwier­dził po­now­nie.

Vra­ter­nius wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Żaden z nas nie jest wy­star­czająco sil­ny, aby w pełni ją prze­niknąć. A to jest ab­so­lut­nie ko­niecz­ne, by ro­ze­rwać zasłonę, po­skro­mić ją i wresz­cie wyciągnąć coś z tego kawałka ciała.

Grim po­ki­wał głową w zamyśle­niu.

– Prze­cież w tym mieście żyją isto­ty, w których żyłach płynie krew Alfów, nie­praw­daż? Stwo­rze­nia, które byłyby w sta­nie po­ra­dzić so­bie z tą magią.

Vra­ter­nius zaśmiał się prze­bie­gle, jak gdy­by właśnie cze­kał, aż Grim po­wie coś ta­kie­go.

– Bar­dzo do­brze – wy­szep­tał. – Ale to musi być krew Alfów z daw­no mi­nio­nych czasów. Z tych czasów, kie­dy ich ma­gia sta­no­wiła jesz­cze część na­sze­go świa­ta.

Grim po­czuł na so­bie spoj­rze­nie gno­ma i zro­biło mu się nie­swo­jo. Vra­ter­nius pa­trzył tak na Gar­gul­ca za­wsze wte­dy, kie­dy coś pla­no­wał w związku z nim, coś, co było albo za­bro­nio­ne, albo okrop­nie nie­bez­piecz­ne, zaś naj­le­piej i ta­kie, i ta­kie. Zro­zu­miał wresz­cie, co al­che­mik za­mie­rza i z wol­na potrząsnął głową.

– Chce­cie we­zwać Pożera­cza Dusz? Pra­daw­ne­go de­mo­na?

Wszy­scy al­che­mi­cy odwrócili się równo­cześnie ni­czym je­den mąż, jak gdy­by to słowo szturchnęło ich w ple­cy.

Vra­ter­nius, dla od­mia­ny, stał nie­ru­cho­mo.

– Jeżeli chcesz wy­do­być magię z tego przeklętego kawałka ciała, po­trze­bu­jesz kogoś, kto po­tra­fi ją skrępować. Kogoś, kto zdoła ro­ze­drzeć skry­wający ją przed nami we­lon i wyciągnąć ją na wierzch. A nie mam naj­mniej­szych wątpli­wości, że tego właśnie chcesz, bo tyl­ko ma­gia po­zwo­li tro­pi­cie­lom do­trzeć do mor­der­cy.

Grim wpa­try­wał się w fio­le­to­we iskry, bez­u­stan­nie lecące do szkła i pękające po zde­rze­niu z nim.

– Chce­cie uwol­nić de­mo­na z dia­men­to­we­go ognia? – wy­mam­ro­tał, czując, że ser­ce za­czy­na mu szyb­ciej bić. – Tego de­mo­na, który kie­dyś chciał za­pa­no­wać nad Pragą i zo­stał po­ko­na­ny do­pie­ro po krwa­wych wal­kach? – Wes­tchnął głęboko, a przed ocza­mi du­szy stanęły mu wciąż żywe wspo­mnie­nia tam­tych bojów. Oso­biście po­za­my­kał w krysz­tałowych klat­kach z dia­men­to­we­go ognia niektóre z naj­potężniej­szych de­monów, co ozna­czało dla nich nie­znośne cier­pie­nia. Niektóre de­mony były star­sze od pierw­szych Gar­gulców i znacz­nie od nich potężniej­sze.

Vra­ter­nius po­ki­wał głową.

– To je­dy­na szan­sa, byśmy schwy­ta­li mor­dercę.

Przez chwilę Grim wpa­try­wał się w skra­wek ciała, następnie po­ki­wał głową.

– Sta­wia­liśmy już czoło gor­szym rze­czom niż pra­daw­ne de­mo­ny. Za­py­ta­my go, a później po pro­stu na nowo za­mknie­my w jego ogniu. Którego z de­monów mie­liście na myśli?

– A za­tem… – Vra­ter­nius wy­mie­nił spoj­rze­nia ze swo­imi ko­le­ga­mi cza­ro­dzie­ja­mi. Grim wyraźnie do­strzegł na ich twa­rzach tłumio­ne uśmie­chy. – Myśleliśmy o Ve­ru­sie Cren­di­la­sie Dho­rze, Złotym Cie­niu Znik­czem­nie­nia.

Grim przewrócił ocza­mi. Co­raz le­piej. Ve­rus Cren­di­las Dhor ski­nie­niem pal­ca wzniósł mury Rzy­mu, upo­lo­wał i zjadł zwierzę z Ba­bi­lo­nu oraz nie­je­den raz obrócił Kon­stan­ty­no­pol w popiół i zglisz­cza. O tak, Ve­rus był pra­daw­nym de­mo­nem, z pew­nością będącym chlubą swe­go ludu. Per­fid­nym, podstępnym, na­der potężnym i za­wsze myślącym o własnych ko­rzyściach. W daw­nych cza­sach użyczał lu­dziom swo­jej mocy, później jed­nak zszedł z tej dro­gi i zaczął do­ma­gać się pa­no­wa­nia nad Innoświa­tem. Gar­gul­com udało się zwy­ciężyć w wal­ce o władzę, do­pie­ro jed­nak w prze­ciągu ostat­nich dwóch stu­le­ci zdołały osta­tecz­nie po­ko­nać te isto­ty. W pamięci Gri­ma żywe było jesz­cze wspo­mnie­nie, jak w ostat­nim boju, ra­zem z Kron­kiem oraz in­ny­mi to­wa­rzy­sza­mi bro­ni, rzu­cił Ve­rusa na ko­la­na, nałożył mu dia­men­to­wy kne­bel, wy­sma­gał go ba­tem i wresz­cie wtrącił do lo­chu, aby tam oddać na pastwę nie­opi­sa­nych cier­pień. Wes­tchnął ci­cho. Ve­rus niewątpli­wie ucie­szy się na jego wi­dok.

– Je­stem gotów – oznaj­mił Grim, czując, że jego ser­ce przy­spie­sza. De­mo­ny były nie­bez­piecz­ne, wie­dział o tym do­sko­na­le, a tym bar­dziej, jeśli kogoś nie­na­wi­dziły. Jeżeli do ja­kie­goś de­mo­na czuł taką praw­dziwą, dogłębną od­razę, to z pew­nością do Ve­rus Cren­di­la­sa Dho­ra. I wza­jem­nie.

Le­d­wie Grim wy­ra­ził zgodę, a już Vra­ter­nius sięgnął po skra­wek ciała leżący pod szkla­nym klo­szem. Al­che­mi­cy z za­ska­kującą szyb­kością ze­rwa­li się z krze­seł, po czym wraz ze stołem ka­ta­pul­to­wa­li się z po­wro­tem pod su­fit. Dwóch po­spie­szyło do jed­ne­go z regałów, prze­sunęło go w bok, następnie sięgnęło do ukry­tej za nim szcze­li­ny w mu­rze. Powrócili z ja­kimś przed­mio­tem wiel­kości pięści, owi­niętym w ja­sny je­dwab. Uniżenie prze­ka­za­li go Vra­ter­niusowi, który za­ma­szy­stym ge­stem zdjął ma­te­riał.

Widząc dia­ment, Grim cofnął się.

– Bez ni­czy­jej zgo­dy wy­kra­dliście go królew­skie­go więzie­nia! – ryknął. – Chy­ba po­stra­da­liście ro­zum. To nie tyl­ko nie­bez­piecz­ne, ale też za­bro­nio­ne.

– A od kie­dy to przej­mu­jesz się regułami? – za­py­tał Vra­ter­nius, unosząc brwi. – Sądziłem, że cho­dzi o to, aby schwy­tać mor­dercę. Jeśli ten de­mon jest naszą je­dyną szansą, a z ta­kie­go założenia wy­chodzę, pro­wadząc na­sze po­szu­ki­wa­nia, po­win­niśmy zadać mu py­ta­nia, a nie bez sen­su tra­cić czas przez ja­kieś re­gu­la­mi­ny.

Płomie­nie dia­men­to­we­go ognia za­mi­go­tały w czer­wo­nym świe­tle i na okry­tych sadzą ścia­nach sali, roz­sz­cze­piając się tysiącem ko­lorów. Przez jedną chwilę Grim sądził, że słyszy ochrypły śmiech do­chodzący z wnętrza dia­men­tu. Na ple­cach po­czuł lo­do­wa­ty dreszcz. Zde­cy­do­wa­nym to­nem wy­chry­piał:

– Za­czy­naj­cie.

Al­che­mi­cy wy­mam­ro­ta­li ci­cho jakiś czar, który na­tych­miast zaczął oczysz­czać podłogę ze śladów kre­dy, i za­raz po­tem z wielką skru­pu­lat­nością wzięli się za ry­so­wa­nie na jej ka­mie­niach białych i czar­nych kręgów z wple­cio­ny­mi zna­ka­mi oraz licz­ba­mi. Wresz­cie Vra­ter­nius chwy­cił kawałek czer­wo­nej kre­dy, na­kreślił nim krąg o śred­ni­cy mniej więcej dwóch metrów, który następnie obwiódł ko­lej­nym, czar­nym kręgiem, a po­tem jesz­cze kręgiem białym. Następnie, bez­u­stan­nie mam­rocząc, ostu­kał podłogę poza kręgiem – gwałtow­nie za­bar­wiła się na nie­bie­sko. Za­fa­scy­no­wa­ny Grim przyglądał się, jak podłogę po­kry­wają błyszczące światła. Tyl­ko prze­strzeń wewnątrz kręgu po­zo­sta­wała bar­wy sza­rej skały.

Vra­ter­nius wszedł do naj­bar­dziej wewnętrzne­go kręgu i ostrożnie położył tam dia­ment. Następnie stanął obok Gri­ma i trzy­krot­nie pstryknął pal­ca­mi, roz­nie­cając płomie­nie nad wy­ry­so­wa­ny­mi kredą kołami. Z trza­skiem uniosły się czer­wo­ny, czar­ny i biały ogień, wkrótce sięgając Vra­ter­niusowi aż po pierś.

Gnom ge­stem na­ka­zał Gri­mo­wi odstąpić kil­ka kroków w tył. Następnie al­che­mi­cy usta­wi­li się przy zewnętrznym kręgu i roz­po­star­li ra­mio­na. Równo­cześnie wy­po­wie­dzie­li for­mułę spra­wiającą, że z ich palców popłynęło mie­niące się, ja­sne światło i za­mknęło się wokół nich okręgiem. Roz­poczęli przej­mującą in­kan­tację. Grim już kil­kakrotnie to­wa­rzy­szył po­mniej­szym za­kli­na­niom – cho­dziło głównie o dżiny oraz du­chy – i za każdym ra­zem głosy al­che­mików ocza­ro­wy­wały go spla­tającymi się słowa­mi. Nie­mal wydało mu się, że to jego sa­me­go przy­zy­wają do wnętrza kręgu, wabiąc go ni­czym Sy­re­ny daw­nych żegla­rzy rzu­cających się za ich sprawą w objęcia śmier­ci.

Wresz­cie ma­go­wie umil­kli. Światło wewnątrz dia­men­tu się zmie­niło. Za­mi­go­tało rozżarzo­nym, mio­tającym iskry złotem, ko­lo­rem Ve­ru­sa. Na­deszła pora, by uwol­nić de­mo­na. Vra­ter­nius wy­po­wie­dział sto­sowną for­mułę, a po­zo­sta­li al­che­mi­cy powtórzy­li ją dźwięcznym ka­no­nem, który sta­wał się co­raz szyb­szy, aż wresz­cie dia­ment roz­padł się z wiel­kim hu­kiem.

Po­wie­trze roz­darł ogłuszający wrzask, ryk tysiąca osza­lałych paszcz. Grim przy­cisnął szpo­ny do uszu, a i tak po­czuł, że krzyk prze­ni­ka go ni­czym nóż wchodzący w masło. Po­tem ton zmie­nił się tak gwałtow­nie, że Gar­gu­lec aż wstrzy­mał od­dech. W sa­mym środ­ku ob­wie­dzio­nych ogniem kręgów po­ja­wił się w całej swej strasz­li­wej kra­sie Ve­rus Cren­di­las Dhor.

Grim do­brze wie­dział, że wca­le nie ma przed sobą isto­ty z krwi i kości, ale i tak na chwilę uwie­rzył, że ma przed sobą człowie­ka albo ja­kieś bóstwo.

Pośrod­ku kręgów stał młody mężczy­zna w sza­cie z białego lnu. Skóra lśniła mu ni­czym brąz, miękkie włosy spływały na ra­mio­na ciem­ny­mi fa­la­mi. Twarz była oszałamiająco de­li­kat­na ni­czym u anioła. Na pełnych, miękkich war­gach po­ja­wił się uśmiech. Grim przyglądał się smukłym pal­com de­mo­na, przez chwilę ocza­mi wy­obraźni wi­dział, jak prze­su­wają się po kla­wi­szach or­ganów, i usłyszał dźwięki szu­miące mu w uszach ni­czym chór umarłych. Ze złością ode­rwał wzrok od tych dłoni, po czym spoj­rzał de­mo­no­wi w oczy. I od razu wie­dział, kogo ma przed sobą. Zresztą, nie tyl­ko wie­dział, ale także czuł, aż do najgłębszej głębi swo­je­go je­ste­stwa – Otchłań, Zło, Nicość. Oczy de­mo­na były czar­ne jak za­schnięta krew, ciało sta­no­wiło per­fek­cyj­ne wręcz kłam­stwo, drżącą okrywę śmier­cio­nośnego wrzo­du. W cie­le tym wiły się węże ze­psu­cia, a Gri­ma, jak za każdym ra­zem, na ten wi­dok ogarnął wstyd. Bo jed­no wie­dział do­sko­na­le: gdy­by płomien­ne kręgi nie trzy­mały te­raz Ve­ru­sa w sza­chu, gdy­by nie był osłabio­ny ogniem dia­men­tu, od stu­le­ci roz­ci­nającym mu ciało, ten de­mon przy­zwałby go już do sie­bie. Już raz tak zro­bił, na polu bi­twy, i tyl­ko dzięki po­mo­cy swo­ich druhów Gar­gu­lec zdołał oprzeć się we­zwa­niu i po­ko­nać de­mo­na. Od tam­tej pory sądził, że już za­wsze zdoła prze­ciw­sta­wić się Ve­ru­so­wi, w tym jed­nak mo­men­cie, stojąc na­prze­ciw­ko nie­go, wołany przez krwa­we płomie­nie oczu Dho­ra za­czy­nał w to wątpić.

– De­mo­nie! – za­krzyknął Vra­ter­nius i wyciągnął z kie­sze­ni dia­men­tową różdżkę, którą skie­ro­wał w stronę Ve­ru­sa. Ten na­tych­miast się sku­lił i skrzy­wił twarz jak gdy­by z bólu. – Po­daj mi swo­je imię!

De­mon uniósł wzrok. Z oczu bu­chały mu ciem­ne ognie.

– Ve­rus Cren­di­las Dhor, trze­ci syn Fra­na­to­sa, dzie­wiąty krąg Lhot.

Grim na­brał po­wie­trza. Lhot to były naj­potężniej­sze i naj­star­sze ze wszyst­kich de­monów, a dzie­wiąty krąg… Oni już tak da­le­ce udo­sko­na­li­li swe mrocz­ne umiejętności, że nie było żad­ne­go mi­strza, który mógłby ich cze­go­kol­wiek na­uczyć.

Vra­ter­nius opuścił różdżkę. Ciało Ve­ru­sa zadrżało, gdy spoj­rzał na gno­ma. Wy­da­wało się, że al­che­mik trzy­ma jego wzrok na wo­dzy.

– We­zwa­liśmy cię, aby uzy­skać od­po­wie­dzi na pil­ne py­ta­nia – kon­ty­nu­ował Vra­ter­nius, za­nim jed­nak zdołał co­kol­wiek jesz­cze po­wie­dzieć, de­mon prze­rwał mu, śmiejąc się głośno.

– Od­po­wie­dzi! – zawołał Ve­rus ak­sa­mit­nie miękkim głosem. – Chce­cie uzy­skać ode mnie od­po­wie­dzi! – Na­gle jego śmiech gwałtow­nie umilkł, a twarz przy­brała gniew­ny wy­raz. – A może naj­pierw wy udzie­li­li­byście mi kil­ku od­po­wie­dzi? Na przykład, dla­cze­go mój lud prze­trzy­mu­je się w dia­men­to­wych lo­chach, w których aż po kres dni musi gnić i cier­pieć męki? Dla­cze­go…

Vra­ter­nius wy­ce­lo­wał różdżkę w czoło Ve­ru­sa. Skóra de­mo­na zaczęła na­gle płonąć.

– Do­brze wiesz, co uczy­niłeś, stwo­rze­niu cie­nia! – krzyknął al­che­mik.

De­mon jęczał pod mocą różdżki, dopóki gnom jej nie opuścił.

– A może – wy­char­czał Ve­rus, łapiąc się za czoło – chce­cie wie­dzieć, jak to jest całymi la­ta­mi leżeć w trza­skającym ogniu, czuć swo­je płonące ciało, ciągle na nowo pa­trzeć, jak po­ja­wiają się pękające pęche­rze, jak płomie­nie przeżerają się do kości, aż nie zo­sta­je nic poza spęczniałym, czar­nym pyłem?

Wte­dy ode­zwał się Grim.

– Nie masz żad­ne­go ciała, którego pa­le­nie mógłbyś od­czu­wać – warknął, wy­trzy­mując czar­ne spoj­rze­nie de­mo­na, które, cho­ciaż Ve­rus się nie odwrócił, sięgnęło ku nie­mu chci­wy­mi płomie­nia­mi. – Je­steś wszyst­kim, tak jak po­wie­działeś mi wte­dy w Dol­nym Świe­cie Pra­gi i dla­te­go za­ra­zem je­steś ni­czym. Nig­dy nie po­znasz, czym jest praw­dzi­wy ból. Nig­dy!

Grim przez chwilę sądził, że de­mon splu­nie, taki wy­raz wstrętu po­ja­wił się na jego twa­rzy. Jed­nak Ve­rus roześmiał się, a wraz z tym śmie­chem z jego ob­li­cza ule­ciała cała gro­za, cała nik­czem­ność.

– Gri­mie – wy­szep­tał, a głos miał tak zim­ny, że płomie­nie wewnętrzne­go kręgu na chwilę aż zadrżały. – Do two­ich szponów przyschła moja krew. Obie­cuję, że pew­ne­go dnia zapłacę ci za to.

Grim prychnął tak po­gar­dli­wie, jak tyl­ko po­tra­fił.

– A na co chcesz przy­sięgać, kre­atu­ro z mro­ku? Na nicość swo­je­go ist­nie­nia, a może ra­czej na pustkę swo­je­go wnętrza?

Ve­rus zaśmiał się ci­cho, jak gdy­by z uda­ne­go żartu, po czym spo­ważniał.

– Po­trze­bu­je­cie mo­jej po­mo­cy – stwier­dził. – O co za­tem cho­dzi?

Vra­ter­nius sięgnął po szkla­ny klosz i przy­sunął go do ognia.

– Uwol­nij magię tego skraw­ka ciała z jej więzów, abyśmy mo­gli podjąć trop tego, kto ją zro­dził.

Na chwilę za­padła ci­sza. Ve­rus ukrył pod maską swo­jej pięknej twa­rzy wszelką myśl, wszelką emocję, zaś Grim mu­siał ze wszyst­kich sił trzy­mać się w ry­zach, by nie oka­zy­wać za­nie­po­ko­je­nia. Ve­rus, do­strze­gając jego wysiłek, uśmiechnął się.

– Dla­cze­go w ogóle miałbym to uczy­nić? Już wrzu­ci­liście mnie w wiecz­ny ogień. Jaką za­tem karą jesz­cze mi za­gro­zi­cie, jeżeli będę się wahał z udzie­le­niem wam po­mo­cy?

Grim za­cisnął zęby. Już miał coś od­po­wie­dzieć, kie­dy de­mon uniósł rękę.

– Nie – oznaj­mił Ve­rus zde­cy­do­wa­nym to­nem. – Nie dbam o to, czy gdy­bym się ociągał, zwiększy­cie po­ziom mo­jej męki, czy też wydłużycie czas spędza­ny prze­ze mnie w płomie­niach. Czas kar już minął. Te­raz na­stał czas nagród.

Grim przez chwilę za­sta­na­wiał się, czy może jakoś prze­mocą dałoby się do­pro­wa­dzić Ve­ru­sa do porządku, ale do­brze znał de­mo­na. Nie uda się go złamać groźbami.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...