Odrodzenie #5: Wezbrane wody

Odrodzenie #5

Mimo że to już piąty tom "Odrodzenia", to dopiero w poprzedniej części wizja kreowana przez Tima Seeleya i Mike'a Nortona kupiła mnie na dobre.

Wcześniej scenarzysta konsekwentnie rozbudowywał historię o nowe wątki, prezentował postacie z różnych perspektyw i powoli, a czasem w iście ślimaczym tempie odkrywał kolejne tajemnice mieszkańców Wausau. Od czwartego tomu można zaobserwować wyraźny wzrost tempa akcji i dalsze splatanie się stworzonych wątków. Co nie oznacza, że Seeley zrezygnował z dodawania kolejnych.

Policjantka Dana Cypress wróciła z Nowego Jorku do Wausau, gdzie sytuacja staje się coraz bardziej niebezpieczna. Szaleństwo zatacza coraz szersze kręgi, miejscowy szeryf (ojciec Dany) próbuje panować nad zdezorientowaną społecznością, a do tego wszystkiego swoje trzy grosze dorzucają agenci federalni i media łaknące sensacji. Oczywiście nie trzeba było długo czekać, żeby ktoś próbował napełnić swoją kiesę czy uzyskać wpływy przez skorzystanie z powstałego rozgardiaszu.

Jak dotąd czwarty tom wywarł na mnie najlepsze wrażenie, głównie dzięki podkręceniu tempa, kilku pomysłowym scenom i dalszemu zagłębieniu się w charaktery bohaterów. Tym razem nadal można angażować się w losy postaci, a i rozwój wydarzeń okazuje się szybki, ale jako całokształt jest to słabsza odsłona. Winą za ten stan rzeczy należy obarczyć przede wszystkim opieszałość scenarzysty w doprowadzaniu wątków do końca. Do zakończenia serii pozostały już tylko trzy tomy, podczas gdy czytelnicy wciąż dostają nowe motywy, zaś niektóre z poprzednio rozpoczętych linii fabularnych nadal oczekują na swoje zwieńczenie. Zapewne nie byłoby to tak dotkliwe, gdyby towarzyszyło nam uczucie zbliżania się do odkrycia najważniejszej tajemnicy. Tymczasem scenarzysta ciągle skupia się na konsekwencjach jestestwa Odrodzonych i zaniedbuje przez to aspekt ich genezy.

Odrodzenie #5Odrodzenie #5

Od strony rysunkowej nowa odsłona właściwie niczym się nie różni. Kreska jest ostra, nałożone barwy flirtują z szarzyzną i... nadal zdarzają się dziwne potknięcia w mimice postaci. Generalnie oprawa daje radę, ale też nie wywołuje "ochów" i "achów". Solidna, rzemieślnicza robota. Bardziej efektowne są okładki poszczególnych zeszytów (#24-29) stworzone przez Jenny Frison.

W dalszym ciągu dobrze się to czyta i sporo postaci jest nam bliskich lub takimi się staje, ale nieustanne przekładanie niektórych wyjaśnień na później robi się uciążliwe. Niemniej wciąż liczę na interesujący finał, chociaż mam przeczucie, że nie domknie należycie wszystkich wątków.

Ocena Game Exe
7
Ocena użytkowników
7 Średnia z 1 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...