Chew #10: Krwawa kiszka

Chew

"Chew" to niezwykła seria. Podczas lektury ostatnich dwóch czy nawet trzech części towarzyszyło mi uczucie przeciągania najważniejszych wątków i – co za tym idzie – odwlekania nieuchronnej konfrontacji Tony'ego Chu z wampirzym kolekcjonerem nietypowych zdolności. Mimo to czytałem dalej i bawiłem się świetnie, niemal zupełnie ignorując wszelkie przejawy zbaczania z przewodniej linii fabularnej.

W kolejnych tomach przeciwko Wampirowi stawali niemal wszyscy, od agenta Colby'ego aż po nastoletnią córkę Tony'ego Chu. Jednakże chyba żaden miłośnik serii nie miał wątpliwości, że w starciu z kolekcjonerem ważną rolę odegra również tytułowy cybopata. W "Krwawej kiszce" fabuła dostaje prawdziwego kopa, chociaż pierwsze strony mogą wskazywać na zupełnie odmienny stan rzeczy. Szybko staje się jasne, że to tylko finałowe odliczanie przed długo wyczekiwanym pojedynkiem i czytelnik jest świadkiem swego rodzaju zbrojenia się do tej walki. I jak to w przypadku "Chewa" zwykle bywało, tak zbrojenie, jak i walka są uroczo karykaturalne.

Nie może być inaczej, gdyż John Layman nawet do najpoważniejszych scen dorzuca szczyptę humoru i równocześnie dba o spójność wykreowanej rzeczywistości. Motywacje postaci są jasne od wielu tomów, ale to właśnie w dziesiątej odsłonie dochodzi do swoistego zwieńczenia ewolucji głównego bohatera. Obdarzony niespotykaną zdolnością Tony przeszedł długą drogę od agenta FDA do punktu, w którym jedynie krok dzieli go od zemsty. Nie oznacza to, że scenariusz "Krwawej kiszki" jest prosty jak drut. Co to, to nie. Layman zaserwował też kilka zwrotów akcji, zaś jeden z nich jest tylko odrobinę mniej zadziwiający od zakończenia poprzedniego tomiszcza.

ChewChew

Po raz kolejny trudno przyczepić się do warstwy fabularnej, co jednak nie powinno dziwić. A jak ma się część graficzna? Cóż, w tym przypadku... również obyło się bez zmian, chociaż trzeba przyznać, że "Krwawa kiszka" jest jakby bardziej stonowana oraz nie zawiera tylu brutalnych fragmentów i scen zupełnie odrealnionych nawet jak na standardy "Chewa" (jak wstawki z Poyo). Trudno mieć o to pretensje do Roba Guillory'ego. Zwyczajnie scenariusz nie dawał mu pretekstów do tworzenia tak wielu plansz tego typu.

Pomimo niespiesznego rozwijania wątków scenariusz wciąż trzyma wysoki poziom, a w końcówce przynosi także kilka rozstrzygnięć. Jeśli więc dotychczasowe przygody Tony'ego wam się spodobały, doprawdy nie widzę powodów, żeby zrezygnować z kontynuowania tej przedziwnej i przesympatycznej historii.

Dziękujemy wydawnictwu Mucha Comics za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe
8
Ocena użytkowników
-- Średnia z 0 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...