Marshal Blueberry

Marcin "Amaro" Martyniuk wtorek, 10 lipca 2018
marshal blueberry

Jeżeli spojrzymy na rynek komiksowy, naszym oczom ukaże się całkiem pokaźna kolekcja komiksów utrzymanych w konwencji westernu. Można wśród nich wyróżnić utwory znad Wisły ("Wounded") czy klasyki pokroju cyklu o poruczniku Michaelu Blueberrym autorstwa Jeana Girauda i Jean-Michaela Charliera.

Opowieści o Blueberrym fascynowały i nie jest to opinia na wyrost. Buńczuczny i sprytny kowboj, często równie mocno polegający na umiejętnościach, co na szczęściu, miał niezwykły talent do pakowania się w kłopoty z sobie charakterystyczną gracją. Teraz na polski rynek trafił spin-off oryginalnej serii zatytułowany "Marshal Blueberry". Akcja rozgrywa się w roku 1868, kiedy to stacjonujący w Forcie Navajo porucznik próbuje załagodzić napiętą sytuację pomiędzy ludnością i wojskiem a czerwonoskórymi. Oczywiście to tylko początek, a nasz bohater przeprowadzi jeszcze śledztwo w sprawie nielegalnego handlu bronią.

Na album składa się jedna historia podzielona na trzy części oryginalnie wydane w różnych latach, lecz stanowiące fabularną jedność. Giraud w swoim scenariuszu po raz kolejny pokazał Blueberry'ego takim, jakiego dobrze go znamy. Miłośnika hazardu, pewnego siebie i wygadanego porucznika, mającego dobre stosunki z Indianami, a jednocześnie całkiem zaciętych wrogów. Mimo pewnej szorstkości w obyciu bohater daje się poznać jako człowiek o miękkim sercu i w obliczu tych wszystkich cech nietrudno go polubić. Dodajmy, że przeżywa liczne przygody rodem z najlepszych filmowych czy literackich westernów, a problemy wciąż potrafi rozwiązywać w sposób niekonwencjonalny.

marshal blueberrymarshal blueberry

Dlaczego więc recenzja nie składa się z samych zachwytów? Otóż po przeczytaniu całej serii o Blueberrym spin-off jest do bólu wtórny. Protagonista stawia czoła nieuczciwym ludziom, musi mierzyć się z nie zawsze przychylną wierchuszką czy kolegami z armii, płeć piękna go uwielbia, a z salonu rzadko kiedy wychodzi trzeźwy. Tylko że widzieliśmy to już wielokrotnie i chciałoby się, aby te poboczne historyjki były czymś więcej niż odgrzewanym kotletem. Z innych mankamentów należy wspomnieć o czasem drętwych i sztucznych kwestiach rzucanych przez postaci, co nie jest jednak na tyle częste, by odmówić Blueberry'emu dobrego znoszenia upływu czasu.

Tym razem ilustrator oddał pałeczkę Williamowi Vance'owi oraz Michelowi Rouge'owi. Pierwszy z nich wykonał rysunki do dwóch opowieści, zaś prace Rouge'a wieńczą album. Zmiana artystów nie wpłynęła wydatnie na odbiór komiksu. Owszem, obaj panowie stworzyli kadry odmienne od Girauda, ale jednocześnie starali się utrzymać je w duchu oryginału. Mniejsza szczegółowość została nadrobiona przez dobre ukazanie warunków pogodowych (śnieżyca) i mocne rysy pierwszego planu. Ostatnia opowieść, pokolorowana przez Scarlett Smulkowski, może się podobać z jeszcze jednego względu, a mianowicie częstego okraszania plansz skąpym blaskiem światła. Pod względem graficznym komiks nie zawodzi, choć odbiega jaśniejszą kolorystyką i mniejszą szczegółowością od ilustracji Girauda, co niekoniecznie przysporzy mu zwolenników wśród lepiej zaznajomionych z serią fanów.

marshal blueberry

"Marshal Blueberry" zapewnia solidną porcję rozrywki i na pewno jest pozycją godną uwagi każdego miłośnika Girauda i Dzikiego Zachodu. Niemniej nie da się pozbyć wrażenia, że to wszystko już było – i to w wykonaniu tych samych aktorów. Czyta się przyjemnie, lecz szkoda, że Giraud nie silił się na większą oryginalność. Tak czy inaczej, przygodę z porucznikiem najlepiej rozpocząć od serii głównej, do czego też szczerze zachęcam.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe 7  
Ocena użytkowników -- Średnia z 0 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...