Velvet #2: Tajne życie umarlaków

Marcin "Amaro" Martyniuk czwartek, 12 stycznia 2017
velvet,tajne życie umarlaków

Ed Brubaker niezwykle sprawnie radzi sobie z wszelką materią zahaczającą o kryminał. Potwierdzenie tej tezy znajdziemy nie tylko w serii rodem z noir, czyli „Fatale”, niezwykłym ukazaniu kolegów po fachu Jamesa Gordona w „Gotham Central”, ale także w „Velvet”, opowieści o dawnej agentce wywiadu, której drugi tom niedawno zawitał do polskich księgarń.

Tytułowa bohaterka, Velvet Templeton, została wmieszana w sprawę morderstwa jednego z agentów, choć właściwsze określenie brzmiałoby „wrobiona”. Jej problemy nie kończą się na ucieczce przed żądnymi krwi niedawnymi współpracownikami, ponieważ nieprzerwanie poszukuje prawdziwych przyczyn całego zamieszania, a tropy, których się podejmuje, tym razem zawiodą ją w podróż po kilku europejskich krajach.

Prawdę mówiąc, niewiele znam godnych polecenia utworów w szpiegowskich klimatach i mowa tu nie tylko o tych zaprezentowanych w formule komiksowej. Za często mamy do czynienia z mdławym bełkotem sprowadzającym się do dziesiątek zdrad, zwrotów akcji, pościgów i strzelanin, które na końcu i tak prowadzą do jeszcze jednej, ostatniej już wolty mającej pozostawić odbiorcę w stanie osłupienia. Cóż, o wiele częściej takie próby kończą się utratą spójności oraz wiarygodności tworu i spadkiem zainteresowania ze strony odbiorcy.

Tym większe brawa należą się Brubakerowi, bo mimo że w drugim tomie „Velvet” nie stroni od wspomnianych wyżej elementów, łączy je w odpowiednich proporcjach, a wszelkie próby wywrócenia sytuacji bohaterów do góry nogami wiążą się z jeszcze mocniejszym wniknięciem w rzeczywistość podwójnych agentów, dawnych asów wywiadów czy wierchuszki, która nie uznaje sentymentów. I to nie tak, że jedyną kartą zagrywaną przez scenarzystę są zdrady dawnych kolegów po fachu czy pozostałych przy życiu przyjaciół. Brubaker potrafi też zadziwić w inny sposób, delikatnie sącząc kolejne fakty z przeszłości postaci, znamionujące o ich motywacjach i gorzkich doświadczeniach, czy nawet wprowadzając (lub zdejmując) ze sceny kolejnego bohatera.

To także potężny atut albumu – nie natrafimy tu na persony nijakie. Co prawda obsada zamyka się w niezbyt obszernym kręgu, lecz wszystkie pojawiające się twarze mają coś interesującego do powiedzenia i nawet drugoplanowi aktorzy wypadają wiarygodnie, będąc czymś więcej niż tylko nośnikami informacji. Z kolei najważniejsi, by nie spoilerować powstrzymam się przed wymienianiem nazwisk, są bardzo wyraziści, z Templeton na czele, o której trudno mówić inaczej niż w kontekście pełnokrwistej kreacji, wzmocnionej przez liczne monologi wewnętrzne. Nie mniej istotną sprawą jest unikanie przez twórcę czarno-białych bohaterów. Każdy stanowi potencjalne zagrożenie dla naszej protagonistki i łatwo przypisać im negatywne role, jednakowoż nie można odmówić im własnych motywacji lub spostrzec, że i oni nieświadomie wylądowali w roli pionków na o wiele większej planszy, niż im się zdawało. Również Velvet nie należy się miano krystalicznie czystej. Z jednej strony została wplątana w zabójstwo, z drugiej również ma swoje na sumieniu, o czym między wierszami mówią sceny akcji, kiedy to staje się maszynką do unieszkodliwiania wrogów.

velvet,tajne życie umarlaków velvet,tajne życie umarlaków

Nie ma w tym nic dziwnego, w końcu trudno byłoby uwierzyć, że wywiadowcze szkolenia nie przewidywały sztuk walki czy działania pod wpływem stresu. Dodajmy, że nie chodzi tu o bijatyki, w których kobieta na przestrzeni paru chwil rozprawia się z kilkunastoma napastnikami. Częściej zdarzają się kameralne starcia, które doskonale pokazują efekty wspomnianych treningów i lata doświadczeń w stosowaniu ich w praktyce. Nie ma mowy o scenach przejaskrawionych, obniżających tak znakomicie budowaną wiarygodność historii. Tylko w jednej scenie odniosłem wrażenie, iż bohaterka miała sporo szczęścia, bo nie sięgnęła ją żadna z wystrzelonych kul. Nie byłoby to jednak coś wytrącającego z rytmu.

Na oddzielny, pełen pochwał akapit zasługuje oprawa graficzna, którą określę mianem fenomenalnej. Steve Epting znakomicie rozrysował plansze, nie szczędząc im szczegółów i prezentując akcję z różnorodnych perspektyw, dzięki czemu zyskuje również narracja utworu. Jednak kadry i dbałość o detale to nie wszystko, grafik świetnie uchwycił emocje postaci odmalowujące się na ich twarzach. Dodajmy do tego, że nie mniej sprawnie zaprezentował czytelnikom dynamiczne sceny pościgów i potyczek.

Już same rysunki są bardzo dobre, ale tym, co winduje „Velvet” do rangi jednego z najurodziwszych albumów, jakie miałem okazję czytać, jest niesamowita praca wykonana przez Elizabeth Breitweiser. Nakładając zróżnicowane barwy i kontrastując ciemne plansze jaskrawymi pląsami, tchnęła w ilustracje nowe życie. Surowa, chłodna kolorystyka miesza się z jaśniejszymi elementami, tworząc niepowtarzalny klimat, każący co i rusz poprzestawać lektury i sycić oczy nastrojowymi planszami. Niektóre z nich samodzielnie uruchamiają wyobraźnię i zmuszają do dopowiedzenia sobie pomniejszych historii, które mogłyby stać się udziałem podobnych scenerii.

„Velvet” to w głównej mierze opowieść szpiegowska, więc nie mogło się obyć bez spisków i intryg zakrojonych na szeroką skalę. To, jak bardzo szeroką, pozostanie jeszcze jakiś czas tajemnicą, ale bez przesady już teraz można stwierdzić, że otrzymujemy jeden z najlepszych komiksowych thrillerów w historii, głównie za sprawą autentycznej i dojrzałej fabuły, ciekawych postaci oraz fantastycznej oprawy graficznej. Nie pozostaje nic innego, niż wyczekiwać kolejnego tomu. Ktoś zaś nie miał okazji poznać pani Templeton, niechaj czym prędzej nadrobi zaległości!

Dziękujemy wydawnictwu Mucha Comics za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe 9,5  
Ocena użytkowników -- Średnia z 0 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...