Trybunał Sów

Wiktor "Wiktul" Werner piątek, 9 maja 2014
batman, tydzień z batmanem, trybunał sów

Dobry pomysł z marnym rozwinięciem i w szalenie nierównym wykonaniu to coś, co zawsze boli oraz drażni mnie znacznie bardziej, niż obcowanie ze stuprocentową chałą. Zmarnowane potencjały potrafią złamać serca zasilone nadzieją na coś lepszego, nawet w wypadku przypadkowych dzieł nieznanego autora, co zatem mówić przy tytułach powszechnie szanowanych?

Do "Trybunału Sów" Grega Capullo i Scotta Snydera (bez skojarzeń) zabierałem się niechętnie. Okładka powitała mnie wizerunkiem Nocnego Mściciela, którego bardzo nie lubię: spłaszczoną głową przypominającą hełmofon, stallone'owskim grymasem na twarzy, słowem – wszystkim tym, co zwiastuje wizerunkowe machinacje rysownika, mocno odbiegające od mojego gustu. Niemniej, jak przestrzega piosenka, postanowiłem nie sądzić książki po okładce, a kilkadziesiąt początkowych stron pierwszego tomu sugerowało słuszność takiego podejścia.

batman, tydzień z batmanem, trybunał sów

Opowieść zaczyna się obiecująco, od solidnej rozpierduchy w samym sercu zakładu Arkham, w którym znów każdy psychopata ma wolną rękę w praktykowaniu swych pasji. Batman zjawia się tam, prawym sierpem i kopem przywracając społeczny porządek, my zaś mamy okazję obejrzeć sztandarowych antybohaterów serii w nowych odsłonach. Pojawia się też pierwsze "?!?!?!", które rysownik ilustrujący naszą lekturę komiksu z pewnością umieściłby w dymku nad naszymi głowami. Wizyta w Arkham to jednak tylko apetyczna przystawka, główne danie jest dopiero w fazie przygotowania. Niebawem Gotham zaleje fala zbrodni inspirowanych miejską legendą o Trybunale Sów, mitycznej organizacji mającej od dziesięcioleci trzymać enigmatyczną władzę w mieście Nietoperza. On sam, idąc śladem kolejnych łamigłówkowych morderstw, usiłuje odnaleźć prawdziwą motywację sprawcy lub też grupy sprawców, za wszelką cenę usiłujących podszyć się pod nieistniejącą lożę, pod szyldem której mogliby wprowadzić w Gotham oparty o zabobony terror.

Pierwszy z dwóch tomów "sowiej opowieści" w kwestii fabuły prezentuje się naprawdę nieźle. Z jednej strony widzimy Batmana jako idealnego obrońcę miasta – kogoś, kto zna każdy jego zaułek, piwnicę i kryjące się w niej sekrety, kto wie, widzi i słyszy wszystko. Jednocześnie z drugiej strony dostrzegamy, że Zamaskowany Mściciel popadł w swoistą butę czy też rutynę, a przez lata walki z panującą w Gotham zbrodnią, zaczął postrzegać je jako swoją własność. Jak niebawem pokażą nachodzące zdarzenia, taka postawa ułatwia zadanie jego nowym przeciwnikom, co zauważa chociażby Nightwing. Czy Największy Detektyw na Świecie może się mylić? Czy jego zaawansowane techniki śledcze i nadzwyczajna sprawność umysłu wystarczą do wygrania pełnych napięcia podchodów?

batman, tydzień z batmanem, trybunał sów batman, tydzień z batmanem, trybunał sów

Na te oraz inne pytania moglibyśmy szukać odpowiedzi znacznie dłużej i ze zdecydowanie większą satysfakcją, gdyby mniej więcej w jednej trzeciej pierwszego tomu nie postanowiono zerwać ze sprawnie zakreśloną intrygą. W drastycznie szybkim tempie akcja przechodzi od bezpośredniej bijatyki z nowym nemezis Batmana do obnażenia całego misterium tytułowej organizacji. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że styl, w jakim prowadzona jest "sensacyjna" część fabuły, mocno odstaje od budowanego wcześniej napięcia i monologów wewnętrznych Mrocznego Rycerza, zabierając nam dane wcześniej nadzieje na wykorzystanie potencjału wątków pobocznych, jak Batman współpracujący z Jokerem, konflikt na linii uczeń-mistrz z Nightwingiem w roli głównej czy późniejszy, finalnie niestety bezsensowny, epizod Mr. Freeze'a.

batman, tydzień z batmanem, trybunał sów

W tym miejscu przychodzi czas na refleksję, czy nie oceniam "Trybunału Sów" oraz Batmana jako całości przez pryzmat własnych doświadczeń i oczekiwań, zapominając przy tym, że to w pierwszej kolejności komiks i jako taki skierowany jest raczej do młodszych, nieco mniej wymagających odbiorców. Trudno o w pełni obiektywną odpowiedź, nie wydaje mi się jednak, bym zapomniał o tym bardziej, niż sam Scott Snyder i DC o tym, że Mroczny Rycerz przestał być bohaterem z dziecięcej bajki już na początku wieku (jeśli nie wcześniej). Rzecz w tym, że twórcy "Trybunału..." w pełni świadomie skierowali się ku dorosłym fanom, o czym jasno świadczą niekiedy bardzo drastyczne, mroczne czy psychodeliczne sceny. Mimo to, ostateczną konkluzją wszystkich rozpoczętych wątków są banalne i do bólu sztampowe zabiegi, które nie trafiłyby nawet do mało wymagającego dwunastolatka. Batman przez cały pierwszy tom walczący na śmierć i życie z pojedynczym przeciwnikiem, który zwodzi go, wyprzedza o krok, w walce doprowadzając Zamaskowanego Krzyżowca do agonii z ostrzem w bebechach, kontra Batman z drugiego tomu, walczący z hurtowymi ilościami tych samych przeciwników, którym nagle dają odpór tacy mocarze, jak nastoletni Robin czy Batgirl. Atrakcyjny szkic fabuły z czasem staje się niewiarygodny wobec finalnego ukazania Trybunału – makiawelicznej, wszechmocnej loży – zaś po połączeniu tej koncepcji z upychanymi gdzie się dało powiązaniami z klanem Wayne'ów, bywa miejscami żenujący. Początkowa wizyta w Arkham, świetna, retrospektywna narracja głównego bohatera, ciekawie zarysowana, pełna suspensu intryga – wszystko to okazuje się jedynie pretekstem do wywołania w nas "ochów" i "achów", z których w dalszej perspektywie nie wynika nic, poza domniemanym, jednorazowym bajerem. Jednakże bodaj największym zarzutem wobec tej wersji Batmana jest jego niekanoniczność. Nie chodzi o brutalność, której tu mamy pod dostatkiem, a bez której Mroczny Rycerz nie byłby mroczny. Ale zabijanie? I to nie w formie "Nie muszę cię ratować", lecz w pełni świadomej i niemal odruchowej reakcji? Batman usiłujący zmiażdżyć tchawicę przeciwnika, który okazał się wymagający, zrzucający go ze szczytu kilkudziesięciopiętrowego wieżowca, wysadzający w powietrze ładunkiem przyczepionym do pleców, miażdżący na marmoladę grupę napastników. Do tego należy dodać niezrozumiale kruchą psychikę Największego Detektywa, bez oporów wpadającego w gniew, paranoję czy załamanie, rzekomo uzasadnione psychicznymi torturami. Dziwnie i nieprzyjemnie było na to patrzeć, zwłaszcza, gdy zestawić te zabiegi z resztą niedorozwiniętych, a początkowo obiecujących, pomysłów.

batman, tydzień z batmanem, trybunał sów

Wymagającą osobnej oceny (choć nierozerwalnie związaną z recenzją całości komiksu) kwestią są rysunki – ich styl, koncepcja, jakość wykonania. Pojawiające się i tutaj nierówności utrudniają wczucie się w nastrój podróży, w jaką chciano nas zabrać, przynajmniej w równej mierze, co zawirowania jakości fabuły. Bardzo nie lubię przedstawień Batmana jako dziwacznego diabełka z krótkimi uszkami, kostką zamiast głowy i zestawem klocków w miejscu mięśni, ale byłbym w stanie przełknąć taką konwencję za cenę jej spójności. Tymczasem w "Trybunale Sów" Batman co rusz chudnie, rośnie, puchnie, jakby właśnie wrzucił w siebie kilo koksu, w dodatku niemal non stop szczerzy zęby w idiotycznym grymasie. Bardzo dobrze przemyślane i wykonane plansze ukazujące makietę miasta, poszerzanie perspektywy obserwatora czy przedstawiające Nietoperza przemykającego w półmroku sąsiadują ze słabymi, szalenie powtarzalnymi sekwencjami walk i niechlujnymi portretami. W niektórych momentach Batman przypominał mi Supermana jakim ten mógłby być, gdyby w jego rolę wcielił się wspominany wcześniej Sylwester Stallone. Nie pasuje to do wizerunku Mrocznego Rycerza, podobnie jak – skądinąd ciekawe, lecz słabo wykonane – pomysły karykaturowania postaci w celu uwydatnienia ich emocji i charakteru. Morderczy, wściekły nietoperz-kanibal z gębą jak łycha koparki i zębami po kolana? Ok, rozumiem ideę, ale ten obraz mocno rozminął się z moimi preferencjami artystycznymi i estetycznymi.

Niewiele rzeczy denerwuje mnie bardziej niż sytuacje, w których coś, co mogło być zrobione dobrze, wykonano "na odwal się", przy pomocy Podręcznika Fajnych Zabiegów Dla Głupich Konsumentów. Ostateczny rozdźwięk między tym, jaki dana rzecz posiadała potencjał, a tym, jak z premedytacją zmarnował go jej twórca, to miara niechlujstwa i lekceważenia odbiorcy, godna długiej kąpieli w powodzi recenzenckich złośliwości. Nie zamierzam jednak silić się na więcej w tej materii, bowiem twórcy "Trybunału" oraz "Miasta Sów" również tego nie zrobili. A może po prostu zabrakło im zdolności? Konsekwencji? Może też, koniec końców, to tylko moje wydumane wyobrażenia o tym, jak powinien wyglądać dobry, poważny komiks o Batmanie? Przecież, jak głosi maksyma, krytyka, to tylko mówienie komuś, jak sam bym coś zrobił, gdybym potrafił. Oceńcie sami, jeśli wraz ze mną należycie do grona bat-fanów, bo niniejsza opowieść mimo wszystko może stanowić ciekawy punkt na liście waszych nietoperzowych doświadczeń. W przeciwnym wypadku, jeśli chcecie lepiej poznać prawdziwe oblicze Rycerza Nocy, z przyjemnością wskażę wam bardziej wartościową pozycję.

Ocena Game Exe 5  
Ocena użytkowników 10 Średnia z 1 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Jedi Master · sobota, 10 maja 2014, 18:51
0
W tym miejscu chciałbym podziękować Wiktulowi za tak wnikliwe analizy wizualnej strony tej opowieści, po pierwsze dlatego, że właśnie tak powinna wyglądać rzetelna ocena komiksu, a po drugie, dlatego, że muszę się z nią zgodzić. Mnie również nie pasuje najzwyczajniej w świecie styl w jakim poprowadzono kreskę tej historii, jedynym człowiekiem który w tej produkcji odrobił pracę domową i wykonał swoja robotę naprawdę dobrze jest kolorysta. Co do samego scenariusza, uważam, że byłby to dobry scenopis.... do opowieści o innym bohaterze. Całość zaczyna się -jak powiedział już sam recenzent- dość dobrze, w duchu najlepszych opowieści Willa Eisnera "Spirit", ale potem... równia pochyła prowadzi do tego, że główny bohater mógłby być równie dobrze kimś pokroju "Lobo", "Slaine'a" czy miejscami nawet "Magoga". Szanuję to, że każdy autor biorący się za kultową postać chce dodać do jej świata coś od siebie, nadać uniwersum za które się bierze filtr charakterystyczny dla swoich autorskich projektów- i z batmanem już tak robiono i robiono to umiejętnie- zrobił to Frank Miller, zrobił to Dave McKean, zrobił to Azarello, zrobił to nawet Mike Mignola. Tego ostatniego przytaczam, ponieważ problem nie tkwi w tym, jak bardzo przeszkadza mi sam Trybunał, (w świecie Mike'a Mignoli Batman zmienia się za sprawą pradawnej klątwy w olbrzymiego nietoperzołaka) ile próba zniweczenia tego, czym Batman od zawsze jest- nie detektywem, nie ninją a symbolem kogoś, kto wymierza sprawiedliwość w niesprawiedliwym świecie ponad własne popędy z ponurą konsekwencją budząc strach w sercach wrogów- kogoś kto jest taki a nie inny, bo sam kiedyś był w miejscu w którym gniew i chęć odwetu przyćmiewały mu różnice między czernią i bielą. Ale to tutaj.... to jakaś zwykła tania sieka W połowie lat 80'tych, świat bohaterów wkroczył w nowy okres, czas herosów brutalnych, okrutnych i powalających swych przeciwników z taką przemocą, że przestało być zupełnie oczywiste czy walka toczy się o dobro, czy jedynie o odwet pomiędzy dwójka postaci, które tylko udają, że biorą udział w opowieści o ważnych i uniwersalnych tematach. Podobało mi się to bardzo, że w odpowiedzi na taki stan rzeczy scenarzyści DC zrobili w 1996 roku komiks o Supermanie, który jest już starym i znużonym wojownikiem, ze smutkiem oglądającym co się stało z jego dziedzictwem i który postanawia wezwać starą gwardię by ta staneła jeszcze raz do boju i dowiodła żółtodziobom jak wygląda stara szkoła bohaterstwa ( mowa tutaj naturalnie o komiksie "Kingdom Come")... Ale co się stanie jeśli stara gwardia zmieni się w nową gwardię? Kto wówczas im przypomni jak powinno się walczyć ze złem?

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...