dziki_lad

Alita: Battle Angel

4 minuty czytania

alita: battle angel

Dobroduszny doktor Ito znajduje na złomowisku resztki cyborga, który skrywa w sobie umysł nastoletniej dziewczynki. Postanawia wykorzystać swoje talenta, środki oraz poczucie niespełnionego rodzicielstwa do dania jej drugiego życia. No, a że mamy do czynienia z adaptacją mangi, a wszystko to podlane jest antyutopijnymi klimatami przyszłości, to zdawałoby się niewinne wydarzenie prowadzi z grubsza do niezgorszej rozpierduchy.

Nie wiem, czy to wina tego, że Ameryka nie przebaczyła Japonii za Pearl Harbor, czy też Kraj Kwitnącej Wiśni rzucił na Hollywood jakąś szpetną starożytną klątwę za ataki atomowe, ale jak Jankesi biorą na tapet temat "ekranizacja mangi", to w zdecydowanej większości przypadków mamy gotowy przepis na tragedię. Z kasową porażką i gwałtem na uznanej marce w tle.

Jednak tym razem miało być przecież inaczej. Pieczę nad projektem objął Robert Rodriguez, który potrafi bawić się energetycznymi, mrocznymi i krwawymi klimatami jak nikt inny, a filozoficzne luki w warsztacie Teksańczyka miał wypełnić sam wielki James Cameron. alita: battle angel Blockbusterowy przepis na sukces?

Cóż, faktycznie czuć w tej produkcji rękę obu panów i sporo się tu dzieje, więc na nudę narzekać nie można. Mamy intrygujących bohaterów o skomplikowanej, niejasnej oraz traumatycznej przeszłości. Przewija się tu wątek "czystej karty", są potyczki między fatalizmem a pokusą wolnej woli. Gdzieś tam w tle majaczą rozważania o duszy, istocie człowieczeństwa, miłości i czy to wszystko ma jeszcze jakieś znaczenie w czasach powszechnej augmentacji oraz cyborgizacji. No i nie zapomnijmy o akcentach antyutopijnych, słabościach natury ludzkiej, dobrych ludziach zatrutych przez bezlitosne zasady gry, wszetecznych łowcach nagród, pogorzeliskach po wojnie ziemsko-marsjańskiej oraz futurystycznej odmianie roller derby, będącej jedyną przepustką do lepszego świata.

Uff... Panowie wzięli sobie do serca powiedzenie "od przybytku głowa nie boli", ale totalnie zapomnieli, że matka lubiła dodawać "co za dużo to niezdrowo". Wieść gminna niesie, że Rodriguez był zakochany w 180-stronicowym skrypcie oraz kilkuset odręcznych notatkach, które dostał od Camerona, ale musiał wykonać kilka bolesnych cięć, aby nie wyszedł mu 4-godzinny kolos. Efekt – poczucie cenzorskich nożyc oraz skazanej na porażkę próby złapania kilku srok za ogon towarzyszy nam przez cały film. Każdy z wątków jest delikatnie liźnięty, bohaterowie nie dostają odpowiedniej ilości czasu ekranowego na rozwinięcie skrzydeł, ciągle i niespodziewanie skaczemy z jednego niedomkniętego tematu na drugi, a historia jest jakby ucięta, gdy zaczyna na dobre nabierać rumieńców. Cierpi na tym emocjonalna siła filmu oraz napięcie. Dramaty i dylematy postaci nami w ogóle nie wstrząsają, nie czujemy w pełni ich motywacji. Mamy poczucie, że to wszystko jest sztuczne, nieszczere, papierowe, stworzone na kolanie oraz cholernie wtórne.

Gra aktorska raczej też pogłębia to wrażenie. Christoph Waltz to taki "dobry, ciepły wujas", który snuje się po ekranie bez specjalnego przekonania i negatywne zaskakuje swoją przeciętnością, wręcz graniczącą ze zblazowaniem. Jennifer Connelly i Mahershala Ali odwalają totalną chałturę, a ich postacie sprawiają wrażenie tanich wypełniaczy, bez których film mógłby się spokojnie obejść. No i okey, tylko cholera mnie bierze, gdy pomyślę, że mówimy tu o artystach, którzy mają niejednego Oscara na koncie oraz od groma innych nagród. Ludzie, którzy prostą sceną potrafią zrobić różnicę. A tu dupsko zbite, bo praca odwalona, czeki odebrane i sayonara, tyle ich widzieli. Jedynym pozytywnym promykiem w tym wszystkim jest chyba tylko Rosa Salazar, której trudno nie polubić za tę całą niewinność, optymistyczną determinację i charakter "mordercy o twarzy dziecka".

alita: battle angel

Tylko wiecie co? Drapię się po głowie i zastanawiam się teraz, ile w tym wszystkim umiejętności aktorskich, a ile trików komputerowych speców? Można wiele "Alicie" zarzucać, ale akurat w kwestii efektów specjalnych odwalono kawał naprawdę porządnej roboty. Główna bohaterka jest w dużej mierze wykreowana przez nowoczesne sztuczki, ale obserwując jej poczynania, wcale nie mamy wrażenia sztuczności i przymykamy oko, że nie obserwujemy postaci z krwi i kości. Ogólnie za sam design świata i charakterów przewijających się przez ekran należą się duże brawa. W kwestii technicznej nawet najwięksi puryści będą mieli problem, aby przyczepić się do czegokolwiek, a pewne jest, że niejednokrotnie smacznie mlasną z wrażenia.

Podobnie jest w przypadku choreografii walk. Choć film jest o wiele grzeczniejszy od swojego protoplasty i skrajnie hardcorowych klimatów raczej tu nie spotkamy, to podczas starć między bohaterami dzieje się naprawdę sporo, lecą iskry, a ekranowa adrenalina bije z mocą stalowej pięści. To wszystko ma odpowiednią moc. Krew się leje, członki spadają, kiedy trzeba, pościgi posiadają prawidłową dynamikę, a wybuchy są idealnym dopełnieniem symfonii masakry. Kto jak kto, ale Robert Rodriguez doskonale wie, jak zrobić dobrą i satysfakcjonującą rozpierduchę, a budżet "Ality" pozwolił mu w końcu popuścić pasa w tym względzie.

alita: battle angel

Z jednej strony całość podchodzi ze sporym szacunkiem do pierwowzoru, czujemy ten mangowy klimacik, a świat dość mocno wkręca. Z drugiej – fabuła goni jak Kubica na torze F1, więc czuć też spaloną gumą. Jest trochę sztucznie, papierowo i po łebkach. Konkludując - fani lekkiego, nieangażującego umysłu, wypełnionego świetnymi efektami specjalnymi widowiska, raczej będą zadowoleni z seansu. Świat "Ality" ma swój czar, więc można go polubić pomimo nieszczególnego wykończenia. No i miło, że po tylu latach wyszło w końcu coś sygnowanego marką "Cameron". Może przyzwyczaiłem się do milszego pieszczenia podniebienia przez Jamesa i liczyłem na coś lepszego, ale nie żałuję czasu poświęconego na seans.

Ocena Game Exe
5,5
Ocena użytkowników
6,25 Średnia z 2 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
Wczytywanie...