Sesja eimyra

Słyszałeś. I była to jedyna dobra wiadomość w tym momencie. Na ręce ujrzałeś pręgę, brązowo-czarną, zawiniętą jak szarfa wokół nadgarstka i połowy przedramienia. Ścisnąłeś i otworzyłeś pięść, dowiadując się przy tym, że ścięgna i mięśnie w tym miejscu są niezwykle słabe, jakbyś właśnie skończył godzinny maraton w siłowaniu na rękę.
Marka nie widziałeś nigdzie. Był tylko rozerwany, spalony wrak samochodu.
Przeniosłem wzrok na Korothira, podnosząc się powoli. Wszyscy znaliśmy niebezpieczeństwa tej roboty. A w naszej Tradycji łatwiej nam było zaakceptować czyjś koniec. Mimo wszystko...

- Marek, ten młody mag..? - spojrzałem na swoje rzeczy, konkretnie nóż i pistolet.
Młodość i niedojrzałość mijają z czasem, ignorancję pokonać można nauką, a pijaństwo trzeźwością, za to głupota jest wieczna. - Arystofanes
Pistolet i nóż leżały tuż obok na asfalcie.
- Nie żyje. - odpowiedział Korothir, beznamiętnym głosem. - Zabił go on. A jeśli nie, to dobiła eksplozja. - Następnie zamknął oczy, potrząsnął głową jakby chciał się ocknąć i usiadł tam, gdzie stał.
-Szczątki? - lewą ręką podniosłem obie rzeczy, chowając je w przeznaczone im miejsca.

Pomiędzy śmiercią a dobrą śmiercią była spora różnica. Kiedy przyjeżdżałem do tego miasta, byłem przekonany, że to robota. Nastawiony na biznes. Byłem magiem, miałem swoje obowiązki, pewną dozę lojalności, ale to wszystko. Teraz poczułem się odpowiedzialny. Może nie do końca za jego śmierć, w końcu to nie ja go zabiłem, ale jednak. Czy gdybym mu powiedział o śnie, przyszedłbym tu sam? Pewnie tak. Czy to by mu pozwoliło przeżyć? Być może. To była głupia śmierć, nic nie wnosząca do Gobelinu. Nawet dla avatara, który nie zdążył jeszcze się rozwinąć, a znów musiał zrobić krok w tył. Kurwa. A zdążyłem go polubić.

- Potrzebuję wrócić do Fundacji. Znasz numer do jakiejś taksówkowni? - spytałem klechy, gdy już ocknął się ze swojego stuporu - Dzięki, nawiasem. Nie planuj zbyt wielu gości, Melonik chyba za nimi nie przepada.
Młodość i niedojrzałość mijają z czasem, ignorancję pokonać można nauką, a pijaństwo trzeźwością, za to głupota jest wieczna. - Arystofanes
- Zbyt wiele w nim Sehona, żeby miał mnie kochać. - odpowiedział wstając. - Przyjemność po mojej stronie... Znam numer, ale zaraz będzie tu policja. Jeśli zobaczą taki bajzel i nie znajdą nikogo, to prędzej czy później dowiedzą się, że kogoś zabrała stąd taksówka i sprawdzą dokąd pojechał. Zwłoki przyjaciela znajdziesz zapewne gdzieś tu nieopodal... Ale samochód był przecież na kogoś zarejestrowany. To też sprawdzi policja, a lepiej będzie, jeśli właściciel - denat będzie na miejscu. Połączą to jakoś z wypadkiem, inaczej mogą dotrzeć do was.
[sorry- brak neta]

- Nie ma mowy. Policja jest opanowana przez różne nieprzychylne nam grupy, klecho. Właśnie jeśli go to zostawimy, wtedy z pewnością do nas dotrą - tylko nie policjanci.

Podszedłem do ciała, by na własne oczy zobaczyć, czy nie ma w nim ani iskry życia. Jeśli nie miałem najmniejszego powodu by się łudzić, efektem Rozkładu Materii zniszczyłem numery nadwozia, silnika, pozwalając, by rdza i kruszenie się metalu rozeszły się na większe częsci samochodu. Blachy rejestracyjne chowam do torby.

- Potrzebuję transportu. Jakiegokolwiek. Jeśli nie potrafisz mi pomóc, do przyjmij chociaż ciało na plebanię, zanim sam zorganizuję jakiś samochód.
Młodość i niedojrzałość mijają z czasem, ignorancję pokonać można nauką, a pijaństwo trzeźwością, za to głupota jest wieczna. - Arystofanes
- Ledwie złapałeś drugi oddech i już musisz udawać twardziela? - zapytał tonem, jakim zwraca się do przygłupiego dziecka, po czym zmrużył nieznacznie oczy. - Jesteś kawalerem, prawda? Nieważne, skoro znasz miejscową policję lepiej ode mnie, to niech będzie... - pogrzebał w kieszeniach, wyciągając komórkę - Mogę ci zamówić taksówkę. I zabrać tego nieszczęśnika... Halo? Dobry wieczór, poproszę o taksówkę na róg ulic Liniowa i Złotno. Dobrze, dziękuję. - schował telefon - Dokąd się wybierasz teraz? Jesteś cały?
- No i świetnie. Zamierzam zostawić szczątki Marka u Ciebie. Muszę wrócić do Fundacji, stamtąd będę mógł coś dalej działać. - ruszyłem w kierunku kościoła - Widzisz, jak to wygląda. Nie jestem pieprzonym Indianą Jonesem. Muszę zrobić swoją robotę, a ten skurwiel przypomina mi natarczywie, że mam mało czasu. Fabrykantowi bardzo zależało, żebym nie spotkał się z tobą, więc właśnie to zrobiłem. Nie wiem czemu, skoro zamiast mi pomóc postanowiłeś mi udowodnić jak mały i nieznaczący jestem, zasypując mnie zagadkami i domysłami, zamiast mówić wprost. Mogę z tym żyć. Marek już nie. Dzięki za troskę, ale swoją raną najprędzej zajmę się w Fundacji. - byłem zmęczony. Wyraźnie zmęczony. Nie starałem się trzymać fasonu, wystarczyło mi już na dziś.
Młodość i niedojrzałość mijają z czasem, ignorancję pokonać można nauką, a pijaństwo trzeźwością, za to głupota jest wieczna. - Arystofanes
- Chcesz obwiniać mnie za jego śmierć? - zaśmiał się krótko - Równie dobrze możesz mieć pretensje do własnego chamstwa i demonstracji ogólnego niezadowolenia z rzeczy, które w twoim mniemaniu są nieistotne. Życzysz sobie otrzymać streszczenie dziesiątków lat walki i mileniów poczynań w dwóch zdaniach? To nie tak działa kolego. Czas nie jest już ważny, bo jego on w żaden sposób nie wiąże. - przeszliście przez bramę kościoła - Chcesz pomocy? Dobrze, ty przestaniesz strugać "antyklerykała, że pała mała", ja nie będę patrzył na ciebie jak na małpę na kiju. Dwadzieścia minut temu nie mieliśmy powodu sobie ufać. Teraz nie ma sensu, byśmy sobie nie ufali.
Byliście pod plebanią. Korothir znów wyjął telefon i zadzwonił.
- Zygmunt? Wiesz już chyba... No to wiesz, co trzeba załatwić. Dobra. - rozłączył się.
- Nie obwiniam cię za jego śmierć, nie przybieraj sobie do głowy, jeśli ktoś tu zawinił to ja. Nie powinienem był go w ogóle ze sobą brać. I nie jestem antyklerykałem, po prostu nie uważam, żebyście byli w jakikolwiek sposób wyjątkowi lub lepsi od innych, w przeciwieństwie do połowy tego smutnego jak dupa kraju. Mam nadzieję, że nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli odpuszczę sobie "Prosze Księdza", bo dla mnie jesteś po pierwsze wrogiem fabrykanta, po drugie wampirem, na duchownego nie starcza już listy. - spojrzałem na niego, ale właściwie miałem gdzieś jaka będzie jego reakcja - Mówiłem ci, że nie potrzebuję tego streszczenia, chcę tylko wiedzieć jak wam pomóc i nie stracić przy tym życia. Muszę znaleźć te ołtarze, o których mówiłeś i użyć ich przeciw Fabrykantowi. To właśnie zamierzam i zamierzam tego dokonać w najprostszy i najskuteczniejszy możliwy sposób.

Gdy doszliśmy, ułożyłem szczątki na leżąco. Kim jest Zygmunt? Nieważne. Dowiem się niedługo.
Młodość i niedojrzałość mijają z czasem, ignorancję pokonać można nauką, a pijaństwo trzeźwością, za to głupota jest wieczna. - Arystofanes
- Aaaależ... - skrzywił się, jakbyś wypowiedział jakiś oczywisty sofizmat - Na nieszczęście dla niektórych znam historię, zarówno powszechną jak i tę dotyczącą bezpośrednio mojej religii, więc i ja nie widzę tu żadnej wyjątkowości czy wyższości, wręcz przeciwnie. Co do tego, kim jestem, to mamy zaskakująco zbieżne poglądy. Choć moje oceny wystąpiły by pewnie w odwrotnej kolejności...
Przez boczną furtkę, prowadzącą z plebanii i od wejścia do większej kościelnej przybudówki, wyszedł z ciemnej ulicy żul. Nie miał jednej nogi i poruszał się o dwóch kulach. Szybko spostrzegłeś też, że był łysy, pomarszczony, szczerbaty jak płot po wiejskiej imprezie, a także brzydki i śmierdzący ponad wszelkie wyobrażenie.
- A, witaj Zygmunt. - Korothir uścisnął mu dłoń jak staremu znajomemu - Ten tutaj nieszczęsny młodzieniec - wskazał na zwłoki - nie może zostać znaleziony przez policję. Prosiłbym cię, żebyś zabrał go na Manię i pochował w którymś z wolnych grobów. Jutro odprawię ceremonię, a niezbędne formalności załatwi później pan Kruk, jak sądzę.
- Nie ma problemu. - powiedział lump przepitym, ochrypłym głosem. Oparł kule o drzewo, szarpnął przy uciętej nogawce obsranych spodni i stanął na drugiej nodze, która pojawiła się w miejsce kikuta. Następnie uniósł ciało i skinąwszy księdzu odszedł niespiesznie.
- W tym momencie to najlepsze z najszybszych rozwiązań, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko. - oznajmił Marius, odprowadzając wzrokiem Zygmunta. - Dokąd zatem teraz zmierzasz? Noc jeszcze młoda, mogę zabrać się z tobą.
- Do naszej Fundacji, mówiłem. Chcesz to chodź, ale widziałeś, jak to się skończyło dla Marka. Ja już nikogo nie zamierzam w to mieszać. - z obrzydzeniem patrzyłem na żula. Walczyłem ze sobą, by zastrzelić śmierdziela, poprawić Korothirowi, a potem zrobić Markowi pogrzeb godny Maga. Najlepiej całopalny. Z drugiej jednak strony, nie wiedziałem, jakie były jego własne życzenia... czy w ogóle miał jakieś. Być może w ogóle nie przywiązywał do tego wagi, lekko traktując tego rodzaju obrzędy jako przedstawienie dla pozostałych żyjących, by ułatwić im pożegnanie. Zastanawiałem się, co powiem Nikodemowi.

- KKKUUURRRRRRWAAAAAAAA! - zaintonowałem, ciągnąc lewym ramieniem za zniszczone prawe. W okrzyk włożyłem całą swoją pozostałą z tego wieczora Kwintesencję. W moim wykonaniu zawsze to było widowiskowe i patetyczne. Ale przede wszystkim krwawe i kurewsko bolesne. Szarpnięcie wspomogłem magyą, zagryzająć z bólu zęby, gdy poczułem, jak łamie i miażdży mi się kość przedramienia, wygina i rozdziela łokieć, mięso pęka, obficie brocząc na trawę strugą świeżej posoki. Patrzyłem, otępiały, jak krwawy ochłap, jeszcze przed chwilą będący moją zmasakrowaną ręką pada na trawę i obserwowałem, jak odnawia się wzorzec mojego żywego ciała, odrastając rękę węźlastymi pędami żyłek, nerwów i mięśni. To zawsze wyglądało jak młoda, mięsna wierzba, nagrana w ciągu pierwszych kilkudziesięciu lat życia i puszczona w przyspieszeniu. Spojrzałem na efekt, oceniłem, spróbowałem poruszyć.

- Chcesz trochę? - podniosłem z ziemi ciepłą jeszcze rękę, cała naprężoną z zaciśniętą pięścią, pomachałem nią do wampira - Jeśli nie, to planuję ją wsadzić Sehonowi w dupę tak głęboko, że wybiję mu zęby.
Młodość i niedojrzałość mijają z czasem, ignorancję pokonać można nauką, a pijaństwo trzeźwością, za to głupota jest wieczna. - Arystofanes
Ksiądz uśmiechnął się drapieżnie.
- Tak się szczęśliwie składa, że Sehon nie ma już ani zębów ani dupy. Ale zawsze chętnie przyjmę pomocną dłoń, choć tego typu manewry zdarzały mi się już zbyt wiele razy. Oczywiście, nie tak błyskawicznie, z takim problemem należy się przespać. Co do "mieszania mnie" w tę sprawę, to jestem w nią "zamieszany" od lat. Ta deiforma posiada zapewne wszystkie wspomnienia, wiedzę i moc Sehona, a także część jego osobowości, więc jakby się nie starać i tak będzie to sprawa między nim, mną, a jeszcze paroma osobami. Także nie martw się o mnie - uśmiechnął się kwaśno - Wy studiujecie i zgłębiacie śmierć. Ja żyję nią na co dzień...
Znów wyjął telefon, tym razem jednak po to, by sprawdzić godzinę.
- Idziemy? Taksówka zaraz podjedzie.
Spojrzałem na swoją rękę.

- Huh. Nie sądziłem, że się z tego wywinę tak łatwo. Chodźmy. - ruszam za nim, po drodze ściągając koszulę i marynarkę, o ile są poplamione, tak, żebym w taksówce nie musiał paradować urąbany krwią i szczątkami. Daję kierowcy znać, gdzie ma dojechać - w okolice cmentarza.
Młodość i niedojrzałość mijają z czasem, ignorancję pokonać można nauką, a pijaństwo trzeźwością, za to głupota jest wieczna. - Arystofanes
Dotarcie na miejsce nie trwało długo. Po dziesięciu minutach jazdy niemal pustymi ulicami zatrzymaliście się na Ogrodowej nieopodal cmentarza.
- Dwadzieścia cztery pięćdziesiąt. - oznajmił taksiaż, włączając lampkę, która oświetliła wnętrze samochodu.
Podaję kierowcy dwie dychy i piątkę, po czym wysiadam. Kieruję się od razu na cmentarz, bezpośrednio do krypty. Napotkanej sowie, zanim zdąży zadziałać mi na nerwy rzucam eleganckie "wypierdalaj". Wchodzę do Fundacji i łapię pierwszego napotkanego akolitę.

- Gdzie jest Nikodem?
Młodość i niedojrzałość mijają z czasem, ignorancję pokonać można nauką, a pijaństwo trzeźwością, za to głupota jest wieczna. - Arystofanes
- W kuchni. - odpowiedział młodziak, wskazując palcem znany ci kierunek. Zastałeś tam Nikodema, który stojąc przy blacie robił sobie kanapkę.
- Jesteście już? Jak tam... O. - zdziwił się, dostrzegając stojącego obok ciebie księdza.
- Marek nie żyje. Korothir postanowił kręcić się w mojej okolicy. Znowu walczyliśmy. Jego inkarnacja nie jest taka potężna jak sądziłem. - rzuciłem do niego, idąc do swojego pokoju. Z szuflady wyjąłem oczną książkę, z którą wróciłem do kuchni.
Młodość i niedojrzałość mijają z czasem, ignorancję pokonać można nauką, a pijaństwo trzeźwością, za to głupota jest wieczna. - Arystofanes
Wróciłeś, widząc minę Kruka świadczącą o pewnej konsternacji, oraz niewzruszoną jak maska twarz Korothira.
- Faktycznie, również nie spodziewałem się, że wyjdziemy z tego w jednym kawałku... - poparł twoje zdanie ksiądz. - Ale mieliśmy też sporo szczęścia. Najwyraźniej nie jest on tak silny w tamtym rejonie, albo był jednocześnie podzielony na inne aktywności w innej przestrzeni lub czasie. Znając swoje szczęście, pewnie będzie nam dane to sprawdzić.
- Marek zginął od jednego uderzenia. Nic nie mogłem zrobić. - położyłem książkę na stole, za którym usiadłem - Nie otwieraj, jeśli nie musisz. Myślę, że może się przydać.
Młodość i niedojrzałość mijają z czasem, ignorancję pokonać można nauką, a pijaństwo trzeźwością, za to głupota jest wieczna. - Arystofanes
← Sesja WoD
Wczytywanie...