przebudzenie_cienie

NOWA niekończąca się opowieść..........

- Zabić was - z tyłu rozległ się znajomy, szorstki głos. - Wiesz wampirze... Gdybyś nie odskoczył za wcześnie, może odkryłbyś naszą maskaradę. Ale... wiemy... kto jest naszym przeciwnikiem. Wię zamiast brać się na początek za was, weźmiemy się za resztę. A, i zapomniałbym - myslisz, że elita magii dałaby się złapać na magiczne pociski? Mamy dla was pamiątkę, zanim odejdziemy - postać uśmiechnęła się ponuro. Co było dziwne, widać było dolną częśc twarzy, lecz nos i oczy były ukryte w sztucznym cieniu. - Miłej zabawy.
Mężczyzna otworzył Wrota, a gdy je zamknął, na ziemi leżał mały skrawek pergaminu, którego trawił ogień.
- O cholera!... - zdążył powiedzieć Marcus, zanim miejsce pod pergaminem ekslodowało wysyłając odłamki bruku i grudy ziemi wysoko w powietrze.
- Popieram... - przyznał Ramizes, gdy naprzeciwko nich pojawiło się 6 Demonów Ognia...

____________________________________

- Gdzie jest Rince? Długo nie wraca - spotrzegła Aya, i wesołe odgłosy rozmowy ucichły. Jednakże uwaga Ayi była nie jedynym 'dziwnym' zdarzeniem. Z daleka dobiegł ich huk eksplozji.
- Co się dzieje?! - zdezorientowany Nazin był zaniepokojony. Wyczywał niesamowicie silną magię dookoła nich.
- Taak... Demony. I bardzo silne w magii jednostki - powiedział nagle Ashgan. Wszystkie oczy zwróciły się ku niemu. - No co? Po prostu ich wyczuwam, a potrafię rozdzielić poszczególne źródła magicznej energii. To znaczy, ich typy.
- Zaraz... Mówisz Demony. Pojawiły się nagle? Ile może ich być? - zapytał Medivh.
- Nie wiem. Ale na pewno więcej niż 5. Czemu pytasz?
Pół-demon pobladł.
- A... czy te... Demony... jaka jest ich.. magia elementów?
Seraphin rzucił ku niemu przestraszone spojrzenie.
- O co ci chodzi? Te Demony... sądzę, że są z Ognia. MEDIVH, O CO CHODZI? - krzyknął, widząc, iż mieszaniec ma najwyraźniej zamiar zemdleć.
- Mamy kłopoty. Polujący.
- We własnej osobie, Polujący. Skąd wiedziałeś? - dobiegł ich głos gdzieś z góry, z trudem maskujący zadowolenie. Na grubych krokwiach stały dwie postaci, patrząc na bohaterów z wyższością. - Dzisiaj zginiecie.

Nikt nie zauważył łuczniczki, chyłkiem wymykającej się za drzwi.

______________________________________

- Adam?... - Rince nie mógł wierzyć własnym zmysłom. Adam... Adam przecież nie żył. A jednak pojawił sie w jego obronie.
- Skąd?... Adam... - potrafił się zdobyć jedynie na szept. Jednakże w jego oczach zapłonął ogień.
- Zabiłeś go - powoli podniósł wzrok na mężczyznę. Patrzył sie na niego wzrokiem smoków... Wściekłych smoków. Oprawca powoli wycofał się, stając obok swojej towarzyszki.
- ZABIŁEŚ GO - powiedział cicho, ale z naciskiem. - Dlatego dzisiaj to wy zginiecie.
Nie wykonał żadnego ruchu; nie mrugnął nawet powieką. Nagle jednak ziemia lekko zadrżała, by po chwili się uspokoić. Polujący byli gotowi na unik, na kontrczar; Rince hipnotyzował ich tym wzrokiem, nie pozwalał oderwać od niego wzroku.
Zrobił krok naprzód - jego przeciwnicy cofnęli się.
'Znakomicie' - pomyślał.
Wiedział, że oni nie są prawdziwi... Nikt nie wystawia się całą mocą na kogoś kogo nie zna.
Po kilku uderzeniach serca dwie postacie, osłonięte zaklęciem Niewidzialności wybuchły wysokim płomieniem. Ich krzyk niedowierzania i niesamowitego bólu niósł się jeszcze echem gdy ich popioły spadały z góry na dwie marionetki ożywiane magią, żywo przypominających ich twórców.

Mag padł na kolana, łapiąc się za przedramiona. W takiej pozycji zastała go Aya, która wybiegła zza budynku.
- Rince! Rince!
Z biegu przypadła do niego, obejmując go, a jej łzy moczyły jego podartą szatę.
- Rince!... - wyłkała.
- Boli... - ledwo słyszalnym szeptem.
Aya delikatnie odwinęła poszarpane mankiety, i poznała źródło bólu ukochanego.

Na przedramionach Rincewind'a błyszczały w mroku złotawo smocze łuski.
Więc, jest to mój sześćset sześćdziesiąty szósty post, więc będzie niezwykle brutalny :twist:.....

Joan przechadzała się nieistniejącą ścieżką. Nie spodziewała się, że zwykły skok międzysferalny skończy się na wycieczce po Sferze Ciemności. Rozglądała się dookoła lecz nic nie dało się zobaczyć. Wszędzie była czerń i pustka.
- No, no, no....fajnego mają tu dekoratora wnętrz... - powiedziała do siebie. - Aaaaatis! Nie ukrywaj się przedemną! Wiem, że tu jesteś suko....
Zero odpowiedzi. Joan uśmiechnęła się do siebie w okrutny sposób. Nagle dziewczyna zobaczyła jakąś postać biegnącą na nią. Odwróciła się jedynie aby stać do niej przodem. Cień nagle znalazł się dokładnie przed Joan. Była to Atis. Wycelowała w Strażniczkę sai* (*Sai to takie sztylety, długo szukałam jak się nazywają, Atis ich używa) i zadała pchnięcie. Joan zatrzymała sztylet na dwóch palcach, w przestrzeni między ostrzami. Dokładnie przed okiem, nie mrugając przy tym i stojąc w bezruchu. Krew pokapała na ziemię.
- Co się z tobą dzieje? Straciłaś już dawne wyczucie? Co Atis? - zapytała sucho Joan.
- Przestań...
- Przestań? To ty przestań, szmato! Robisz z siebie idiotkę! Czy ta twoja drużyna debili kompletnie wyprała ci mózg?! Nic już nie potarfisz! Stałaś się zwykłym najemnikiem! Straciłaś wszytskie przywileje Łowcy Demonów! Wszystko to, co odróżniało cię od tych bezpłciowych imbecyli, z którymi się jeszcze niedawno zadawałaś!
- Zamknij się! Nie--
- Sama się zamknij. Daj mi w końcu coś powiedzieć!
Atis umilkła.
- Zamieniłam się z tobą na jakiś czas. Zrobiłam to z litości. I jak widzę niepotrzebnej. Nigdy za nic mi się nie odwdzięczyłaś. A ja głupia idiotka wierzyłam, że kiedyś zrobisz coś dla mnie.....Gardzę takimi jak ty. Rozczulasz się nad sobą, starsz się wzbudzić współczucie u innych!
- Nawet sama nie wiesz co mówisz! Nawet nie wyobrażasz sobie co przeżyłam!
- Tak, jasne! Nie wyobrażaj sobie, że jesteś najbardziej poszkodowana na świecie! Wbrew pozorom, przeżyłam tyle samo co ty plus jeszcze więcej! Nigdy nie patrzałaś na mnie! Zawsze byłaś tylko ty, ty i ty! I co, myślisz, że skoro zginęła bliska ci osoba, to powód, żeby od razu uciekać do Sfery Ciemności? Ja nawet nie znałam swoich rodziców i jakoś żyję. Masz w Faeurunie kogoś kto czeka na ciebie, kto cię kocha. A ja? Ja nie mam nikogo, ja jestem sama i zawsze muszę liczyć tylko na siebie...
Po policzku Atis popłynęły łzy. Upuściła broń, padła na kolana i zaczęła płakać. Schowała twarz w dłonie.
- Jesteś idiotką...żal mi ciebie, ale wiem, że nie zasługujesz na to uczucie...- Powiedziała szorstko Joan. Odwróciła na moment wzrok od zapłakanej dziewczyny. Odetchnęła głęboko przymykając oczy po czym znów zwróciła się do Atis. Nie miała zamiaru nic mówić. Widok płaczącej "przyjaciółki" wzbudził u niej pogardę. Joan kopnęła Atis prosto w twarz z taką siłą, iż ta ostatnia poleciała na parę metrów dalej od Strażniczki. Podniosła się z trudem stękając. Spojrzała Joan prosto w twarz.
- Dziwne...-zaczęła. - Przez tyle lat twoje ciało musiało uledz zmianie...musiałaś dorosnąć, prawda Joan?
- Prawda, to nie jest moje ciało. Podczas przenoszenia się przez przestrzeń musiał cofnąć się czas. Wiesz ile teraz mam lat?
- 21, zgadłam?
- Brawo. Jednak moje zdolności pozostały na równym poziomie z wiekiem.
- Dobrze...bardzo dobrze.....mam do ciebie jedną prośbę....
- Kolejną...
- Powalczmy trochę. - Atis wyprostowała się. Na jej prawym policzku widniał krwawy ślad. - Chcę się przekonać czy już do końca straciłam swoje umiejętności....
- Oczywiście, ja będę robić za cel.
- Nie, powalczmy na serio. Jeśli mnie zabijesz, to trudno. To propozycja nie do odżucenia...
- Idę na to...
__________________________________________________________________
Dziwne, czuję, że zaraz coś się stanie.....coś złego.....czyżby Atis miała jakieś kłopoty? Ale w Sferze Ciemności nie dopadnie ją nic innego jak rozpacz, nie istnieją tam żadne stworzenia.....przynajmniej kiedyś istniały.....Ech, muszę wziąść się w garść....
- Markus! Uważaj! - Wilk powrócił do rzeczywistości jaką była walka. W tym momencie leciała na niego Kula ognia. W porę zdążył zasłonioć się skrzydłem, które bez trudu odparło zaklęcie.
- Cholera.... - mruknął pod nosem.
- Markus! Oprzytomniej i pomóż nam! Prędko! - zawołał Ramizes stojący parę metrów od niego.
- Nie mogę się skupić! Dajcie mi moment!
- O to chodzi, że nie mamy tego momentu! - odpowiedział na prośbę wampir.
- Mam pomysł! Złap mnie za rękę! Już!
Ramizes zrobił tak jak kazał mu Markus. Wilk wykonał skok międzysferalny, mając nadzieję, że znajdzie się w towarzystwie reszty. Nie mylił się, lecz z walki przeszedł w kolejną.
- Z deszczu pod rynnę.... - powiedział cicho pod nosem wampir.
- No, no, no. Mamy kolejne dwie osoby....będzie więcej mięsa do nakarmienia bezomnych psów! - zawołał jeden z Polujących. - Przyszedł czas n--
Nie zdążył dokończyć kiedy on i jego kompan stanęli w płomienich. W błękitnych płomieniach. Po zaledwie paru sekundach nic już z nich nie zostało. Drużyna patrzała ze zdziwieniem, w miejsce gdzie jeszcze niedawno stali niedoszli zabójcy. Wszyscy milczeli i zastanawiali się co się stało i czyja to sprawka. W końcu spojrzeli na Markusa.
- Wybaczcie, ja nie używam takich czarów. Prawdę mówić nawet nie znam takich....
Wszyscy usłyszeli kroki. Spojrzeli w stronę skąd one dochodziły. Ujrzeli cień postaci. Widać było, że to dorosła kobieta. Była wysoka i dosyć dobrze zbudowana. Miała włosy splecione w bardzo długi warkocz. Przypominała Atis. W końcu drużynie okazała się w całej okazałości kobieta. Była rzeczywiście podobna do Atis, lecz jescze bardziej do...Joan. Stanęła przed nimi i spojrzała po wszytskich lodowatym wzrokiem. Trzymała coś za sobą....a raczej kogoś. Rzuciła pod nogi drużyny jakąś osobę. Była to Atis. Miała na ciele liczne rany, które wyglądały jakby krwawiły już od jakiegoś czasu. Jej skóra była całkiem sina. Nie oddychała.
- Spokojnie, ona żyje, ale się pośpieszcie, bo już niedługo... - odezwała się kobieta szorstkim głosem. Zaiste, była to Joan, lecz w swojej prawdziwej postaci, jako dorosła kobieta. Z jej twarzy nie możnabyło wyczytać żadnego uczucia. Ale emanowała z niej nienawiść do jednej osoby.....do Atis....
W sali zapadła cisza. Najszybciej opamiętali się Nazin i Ashgan, którzy od razu rzucili się do Atis i zaczęli ją uleczać. Med patrzyl na to wszystko nie rozumiejąc. Czas jakby sie dla niego spowolnil. W pierwszej chwili chciał biec do Atis, ale nie zrobił tego... Nie potrafil. Adrenalina buzowała w nim w bardzo wysokim stopniu.
-Zabije cię Joan.... - powiedział. Slowa zdawały mu się obce, odległe.
-TY?! Nie rozśmieszaj mnie... Nikt nie da mi rady, a szczególnie jakiś mieszaniec - Joan roześmiała się i spluneła mu pod nogi.
-Zabije cię - powtórzył jak w gorączce. Nic nie słyszał, a widział wszystko w piekącej czerwieni.
W sali była bardzo wyczuwalna Moc. Emanowała z Medivha, który się zmienial. Oczy zmienily się jak zawsze na czerwone, a cialo otoczylo się ognistą powloką. Ale on się dalej zmieniał... Wyrosły mu szpony, rogi na głowie, na łokciach i kolanach pojawiły się ostre jak brzytwa pazury... I było jeszcze coś... Wyrósł mu ogon.. Błoniasty, zakończony szpikulcem. Med zblizyl się do Joan.
-To ty skłócalaś naszą drużynę, prawda? -jego glos brzmiał jak zatrzaskiwane wrota... Nawet jak cie jeszcze nie było to dzialałaś na naszą szkodę. skłóciłaś Adama i Razmizesa... Stworzyłaś sytuację, w ktorej on zginąl. Ściągalaś na nas wrogów. Nwet Polujących.
Joan roześmiala mu się w twarz. Nie była wogóle zaskoczona.
-Tak to ja. I co z tego? Mieliście wszyscy zginąć... Banda debili. Ona nie mogła mieć szczęścia... - Joan wskazała na Atis. Ja go nie mialam to czemu ona mialaby ją mieć?! Zawsze byłam na drugim planie. Nigdy nie zauważana, pomjana.... A teraz się zemściłam. Ale zaskoczę cię. Polujący to nie moja sprawka.
Med wypchnąl Joan przed karczmę i rzucil jej Kulę Ognia. Joan została odrzucona, ale nic poza tym. Nie byla nawet osmalona. Wtedy zaczela się walka. Pojedynek nie byl wyrownany. Przeważała Joan. Mocą, techniką i strategią. Po paru minutach pół-demon leżał na trawie, cały zakrwawiony i próbowal wstać. Dziewczyna chciala rzucić jakieś zaklęcie, ale coś ją powstrzymalo.
-Muszę iść, ale...wrócę. Pamiętaj o tym - roześmiala się i wykonała Skok Międzysferalny.
Med leżał na ziemi. Jego postać w mgnieniu oka zmieniła się z powrotem. Podczas walki nikt sie nie wtrącał, instynktownie wiedzac,że to sprawa między Joan, a Med'em. Teraz Ramizes i Fink pomogli mu wstać. Nic się nie zmieniło w jego wygladzie prócz...oczu. Oczy pozostały czerwone... Gdy Med wszedł do karczmy, Atis równo oddychala...

-------------------------------------

Rince'a pieklo cle ciało. Ból był ogromny, ale... fascynujący. Czuł, ze zaraz coś rozsadzi mu plecy. Klęczał na kolanach i nie ruszał się, bo każdy ruch potęgował ból. Aya niepewna co robić rzuciła sie do karczmy po pomoc...


Tonari no Totoro!
- Teraz potrzebuje długiego snu, Medivh - powiedział Ashgan, gdy tylko noga pół-demona przestąpiła próg. - Proszę więc, nie próbuj jej budzić ani zadawać pytań, gdy odzyska już przytomność.
- Nie miałem takiego zamiaru - odpowiedział dziwnie ciężkim i obcym głosem. Widać było, iż jest... Zawiedziony to byłoby bardzo delikatne słowo. Nie zdołał pomścić Atis, co było dla niego największym ciosem.
W karczmie zapadła głucha, trudna do zniesienia cisza. Medivh stał przodem do drużyny, Ramizes i Finkregh stali za nim niczym jego Gwardia Honorowa. Wokół Atis klęczeli Nazin i Ashgan, a Marcus stał ponad nimi. Nagle, ku wielkiemu zdumieniu reszty, do środka wbiegła zdyszana Aya.
- Rince!... On... jest... Coś się z nim dzieje! - jej głos był rozpaczliwy; domagający się pomocy. Coś tknęło dwie stojące najbliżej drzwi osoby; zniknęli szybciej, niż wymagałoby tego zaklęcie teleportacji. Później wybiegł Medivh, a za nim Aya. Dotarli do Rince'a w momencie, gdy Finkregh kleczał juz nad półobnażonym Rincem, a Ramizes z ciekawością przyglądał się marionetkom Polujących. Ten pierwszy klęczał, dotykając czołem ziemi a jego ręce ciasno oplatały klatkę piersiową i trzymały łopatki. Poniżej jego palców znajdowały się czerwone wybrzuszenia.
Mag natomiast jakąś czerwoną substancją wyrysowywał symbole na jego ciele i ziemi dookoła; Medivh od razu spostrzegł, że jest to Krąg Magii, jednak takich symboli nie widział nigdy. Fin skończył, i położył dłonie Rince'owi na wybrzuszeniach. Momentalnie krag rozbłysł złotawym blaskiem, który nie ogarniał jednak postaci w środku. Medivh, razem z Ramizesem instynktownie podeszli i znaleźli się w polu zaklęcia.

Między nimi pojawiła się linia, łącząca ich z parą w środku. Spod ich stóp wystrzeliły jeszcze po dwie kolejne, odbijając się od kręgu wyrysowały idealną, czteroramienną gwiazdę. Potem pięcio-, sześcio-, siedmio-... Gdy gwiazda miała już 11 wierzchołków zaczęła powoli się obracać, stopniowo nabierając prędkości... Po paru sekundach nie można było rozróznić jej poszczególnych linii, a chwilę potem nagle zatrzymała się; jej ramiona zapadły się do środka, centralnie pod Rincewinda, a potem wydłużyły się przebijając Krąg i niknąc w ciemnościach. Gdy światło zbladło, oczom łuczniczki ukazał się mało przyjemny widok - Ramizes, Medivh i Finkregh leżeli nieprzytomni obok Rincewinda, który stał w niedawnym centrum Kręgu.

Z jego pleców sterczały dwa złożone, złote skrzydła pokryte łuskami identycznymi, jakie mieniły się na jego przedramionach.
Rince stał dumnie wznoszać w powietrze skrzydła. Aya była pod takim wrażeniem, że nie mogła wypowiedzieć słowa. W powietrzu wyczuć można było potężną a nawet miażdzącą moc. Ciało Rinca było bez ran, a on świadomy swej teraźniejszej potęgi zastanawiał się nad tym czym jest, ale wiedział jedno. W tym momencie był poteżny. Spojrzał na Aye, która miała łzy w oczach, łzy radości. Podszedł spokojnym krokiem bliżej. Aya nadal ze zdumienia nie mogła się nawet ruszyć. Rince pogładził delikatny policzek swojej ukochanej i wpatrujać się w jej oczy swym niemal hipnotyzującym wzrokiem.
-Rince...-wyszeptała.
-Już dobrze...-powiedział równie cicho całując ją w czoło. Wyczuł niebezpieczeństwo. Polujący byli w pobliżu a przecież troje przyjaciół było nieprzytomnych a tym samym bezbronnych. Zdziwiła go sylwetka leżącego wampira. Jego się niespodziewał. Szybkim krokiem pognał do leżących i wtedy dostrzegł 3 nadciągaje postacie. Bezwątpienia byli to Polujący. Idąc tworzyli jakieś inkatancje. Robili ruchy symetrycznie i w tym samym czasie. Rince wyszedł im naprzeciw. Wtem z dłoni Polujących wyszły kule płomieni, w sile 3 kul. Siły skumulowały się tworząc poteżną bo potrójną Kulę Ognia. Kula była wielkości ulicy, w której się znajdowali. Rince wystawił ręce przed siebie, skupił się po czym kula poczęła zwalniać. Na czole Maga pojawiły się krople potu. Próba zatrzymania takiej siły była czynem ponadludzkim. Jedno co go dziwiło to brak uczucia gorąca. Kule zatrzymała się kilka kroków od Rinca. 3 Polujących nie widziało Maga za kulą ale dziwilo ich, że kula stoi w miejscu zamiast lecieć dalej, a przecież nikt nie przeżył by tego gorąca w takiej odległości.
-Co jest?- spytał jeden.
-Coś złego...- odpowiedział drugi, gdy kula poczełą się...cofać w ich stronę!
-Zatrzymać to!-krzyknął trzeci a postacie wychyliły ręce i połaczyły siły aby zatrzymać pedzącą w ich stronę kulę. Jednak coś było nie tak. Nie tylko nie mogli kuli zatrzymać ale ona nawet nie zwalaniała! Wysilili się mocniej jednak dalo to mizerne skutki.
-Uciekać!- rozkazał któryś lecz było już za późno...Kula z brako oporu przyspieszyła w mig, palac w pył magów. Rince uniósł ręcę w górę powodując, że kula wbiła się w powietrze oświetlając całe miasteczko. Następnie począł ją gnieść zbliżając do siebie dłonie. Kula poczęła się kurczyć a po chwili znikła. Rince czuł zmęczenie. Jednak jego praca się jeszcze nie skończyła. Podszedł do leżacych przyjaciół. Najpierw do najbliżej niego leżacego Finka. Dotknął go dwiema dłońmi, jedną położył na czoło drugą na klatę piersiową, zamknął oczy a wtedy niewielkie białe światło wydobyło się spod dłoni. Gdy juz wziął dłonie od Finka wziął się za Med'a i uczynił to samo. Po chwili obaj zaczęli dochodzić do siebie. Podszedł do leżacego wampira i zrobił to samo. Różnicą była reakcja wampira. Zamiast spokojnie leżeć niemal natychmiast zerwał się z krzykiem odskakując od Rinca ze zawrotną szybkością. Miejsca dotknięte przez Maga były wypalone w krzałtcie dłoni. Wampir wyszczerzył kły w grymasie bólu.
-Dobre ci uzdrowienie-syknął w "podzięce" Ramizes.
-Narzekać będziemy potem, jak wygląda sytacja?-spytał Fink otrzepujac się z kurzu.
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
- No, z tego co jeszcze wiemy, to zostają nam te ogniste demony i niewiadoma ilość Polujących. Proponuję się wynięść... Szkoda mi tylko ludzi tego miasta. Z demonami sobie poradzimy, bo prawdopodobnie zostały zwabione przez zaklęcie Rince'a, ale Polujący?... Jeśli potrafili połączyć trzy kule ognia, to połączą i więcej, a może i scalą dużo potężniejsze zaklęcia. Proponuję, żeby każdy zajął się jednym demonem i spotkamy się tutaj za... no nie wiem. Kwadrans wystarczy?
Marcus popatrzył się na zegar na wieży, stojącej centralnie w mieście.
- Dla mnie bomba... - syknął Ramizes, masujący oparzenie.
- Może być - powiedział Finkregh, który powoli dochodził do siebie.
- Jeśli trzeba... - Medivh nie był zachwycony pomysłem, ale jak mus, to mus...
- Spróbuję zrobić to szybko i najwyżej pomogę innym - powiedział Rincewind.
- Ja pójdę z nim. Łuk i strzały niewiele dadzą w walce z demonami.
- Dobra, to ja biorę ostatniego - powiedział Ashgan. - To... do zobaczenia.
Jedynie Atis niewiele mogła zdziałać. Spała głęboko w karczmie, względnie bezpieczna, wciąż wyczerpana walką z Joan. Spała. Nie, bardziej rzucała się na łóżku dręczona koszmarami ostatniej walki. Kiedyś zemści się na niej, jeszcze zobaczy!...
_______________________________________________________

Ramizes już po paru minutach zlokalizował pierwszego demona. No cóż, trudno było NIE zauważyć płonącego domu, a ogień w tak spokojnym - no, nie do końca - mieście mógł zwiastować jedynie podpalenie... Wampir szybko wyskoczył naprzeciw demona - i od razu musiał uchylić się przed ogromną kulą ognia, która wpadła do już palącego się domu, i, nienapotykając żadnych przeszkód ugodziła w sąsiedni budynek, który natychmiast zajął się ogniem.
- No chodź, cholero!
Ramizes szybko przekalkulował swoje szanse. W bezpośrednim ataku zginąłby od razu, a na magii nie znał się prawie zupełnie. Pozostał mu jedynie spryt - i chyba wiedział jak to zrobić. Wymacał i mocno chwycił schowany sztylet - broń małą i słabą, lecz w odpowiednich rękach śmiertelną. W myśl zasady 'wszystko ma swój słaby punkt' w zachowaniu demona starał się odnaleźć jakąś słabość. Rzuciwszy w niego kawałkiem drewna zauważył, że gdy tylko dotknęło jego skóry, zajęło się ogniem i doszczętnie spłonęło.
'Cholera... Będę musiał rzucać w niego czym popadnie'
Zwinnie wskoczył więc na dach unikając kolejnej kuli ognia, która podpaliła kolejny budynek. Zerwał nieco dachówek i ze wszystkich stron, unikając ataków demona, począł rzucać w niego. Jedno jedyne miejsce nie było rozgrzane na tyle, by spowodować pęknięcie 'pocisku'. Było to mianowicie miejsce, w którym każde stworzenie ma twarz...
'Jedna szansa!'
Wampir zaamchnął sie i rzucił. Trafił bezbłednie, o czym mógł świadczyć pełęn bólu i agonii odgłos, jaki wydobył się z wnętrza demona. Po chwili na jego miejscu pojawiła się kupka popiołu i stopiony do połowy sztylet.
- No i masz. Kwadrans już chyba minął...
Ramizes pobiegł na miejsce spotkania. Nie zauważył, że po zniszczony sztylet ktoś się schyla...
Med usiadł na parapecie jednego z mniejszej ilości ocalałych domów w tej najbliższej okolicy. Od karczmy doszedł tu - na obrzeża miasta - szybkim krokiem. Nie było sensu iść dalej. Wyczuwał obecność demona w pobliżu. W końcu sam tu przyjdzie. Gdy rozmyślał nad tym czy tylko jemu przydarzają się takie dziwne przygody, w pobliskim domu coś wybuchło i cały stanąl w płomieniach.
- Przyszedł - pomyslał Med.
Naprzeciwko na drodze stał ognisty demon. Jego czerwona skóra płonęla żywym ogniem. A on stał i tylko się patrzył na maga. Med szybko skalkulował swoje szanse.
- Ognisty demon niższego stanu. Zaklęcia z mniejszych kręgów, destrukcyjne. Ociężały, słaby refleks... Uwinę się szybko i wracam na miejsce spotkania.
Zeskoczył z parapetu i szybko rzucił Kule Ognia w jego stronę. Demon dalej stal bez ruchu. Kula Ognia zatrzymała się przed nim, a on sam ją wchłonął.
- No tak... Zaklęcia ognia...
Demon ruszył lekko jedną ręką i na jego twarzy wystąpił grymas. Prawdopodobnie uśmiech.
Med zorientowal sie szybko co się stało i ugasił skraj swojej szaty.
- A moze jednak nie pojdzie tak łatwo...
Bestia rzuciła się biegiem w strone maga. Med wyczekal na odpowiednią chwile.
- 50 metrów... 30 metrów... 15... 10....
Gryzące w oczy ciepło owionęło maga. I nagle silny podmuch wiatru wystrzelił z jego rąk w stronę demona, który upadł na plecy i potoczył się do tyłu. Med zaczął rzucać w niego różnymi zaklęciami oprócz ognistych. Błyskawice, Lodowe Strzały, Kwasowe Strzały Melfa, Magiczne Pociski itd. Nie były to wybitne zaklęcia, ale jakiś skutek wywierały. Demon był oszołomiony i nie mógl się podnieść z drogi. W końcu Med doskoczył do niego i wyrywając swój miecz dwuręczny ciął w twarz. Nie było to ładne cięcie, ale poskutkowało. Demon zaryczał, zatrząsł się w agonii i rozsypal w proch. Med wytarł miecz o małą kępkę trawy i włożył go do pochwy. Nagle poczuł denerwujące mrowienie na plecach. Odwrócil się lecz nikogo nie zobaczył. Poprawił szatę, spojrzał z żalem na jej wypalony skraj i otworzył Wymiarowe Drzwi. Wszedl w nie z przekonaniem, ze kwadrans na pewno już upłynąl. Gdy Wrota zniknęły, na drogę wyszła tajemnicza postać...


Tonari no Totoro!
Tymczasem Ashgan przemieszczał sie po mieście w poszukiwaniu demona. Nagle ujrzał coś jarzącego sie w ciemnościach. Początkowo myślał że to strażnik miejski z pochodnia ale potem spostrzegł że światło sie powiększa i pędzi w jego strone. Nie zdążył zrobić uniku gdy dopadł go czar Obezwładnienie.

-No ładnie ja szukam demona, a tu taki cos. No dobra pokaż sie kimkolwiek jesteś. - był pewien że to nie demon gdyż one nie znają zaklęć tego typu.

Nagle na karku poczuł ukłucie jakby igły i zemdlał. Gdy się ocknał leżał w jakiejś sali tronowej. Było tam tak ciemno że widział tylko pochodnie z Magicznej rudy. Leżąc zacząl dochodzic do siebie.

-Ha..Halo - był tak zmęcząny że nie mógł krzyczeć - jest tu kto?.

Nikt nie odpowiadał. Ashgan podniósł się i rozejrzał po sali. Nie mial przy sobie Tribunala ani nawet zbroi był nagi. Dzwi pomieszczenia otwarły się. Weszło przez nie 5 żołnieży i 5 zakonników którzy otoczyli go. Na końcu do izby wkroczył jakiś Zbrojny Mag. Stanąl na przeciwko i zaczął mówić.

-Znajdujesz sie teraz Ashganie w Klasztorze Magi i Miecza. Jak widzisz odebrane zostały ci artefakty i twoje moce. Pewnie zastanawiasz sie dlaczego? Odpowiedź jest prosta nie jesteś gotowy na tak zaszczytne rangi.
-Ale co ja wam zrobiłem?! - wykrzyczał już w pełni sił mężczyzna
-Uspokój się. Nie jestem tu żeby sie kłócić albo cos ci wyjaśniać. To co powiedziałem musi ci wystarczyć. Trudno. A teraz zaprowadźcie go do komnaty i dajcie jakieś szaty.

Żołnieże zaprowadzili go do pokoju gdzie stała skrzynia, jakieś łoże, komoda oraz stół a przy nim 2 krzesła. Na stole leżał klucz którym otworzył skrzynie. Znajdowała sie tam zwykła szata zakonna i jakis świstek papieru.

Ashganie wiem że czujesz sie teraz rozczarowany, ale cóz moge rzec. Nie byłeś gotowy na takie rzeczy jakie otrzymałeś więc zostały one usunięte. Teraz zaczniesz wszystko od nowa. Pewnie jesteś teraz zrezygnowany na myśl że twe lata treningu poszły na marne, ale nie martw się. Mnisi dysponuja zakleciem Pojętny Uczeń, dzięki któremu bedziesz uczył sie w tempie błyskawicznym. Jutro o świcie udasz sie do sali tronowej ponownie. O twoich przyjaciół sie nie martw zostaną poinformowani o wszystkim.

Owa notatka wywołała dziwny wyraz twarzy u Ashgana. Nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. Postanowił więc nie poddać się i połozył się na łóżko i zasnął.

------------------------------------------------------------------------------------------------

Kwadrans później wszyscy zebrali się w umówionym miejscu. Jedynie Medivh spóźnił się o kilka minut. Marcus był zraniony w noge. Rana była głeboka ale najwyraźniej nie doskwierała demonowi gdyż poruszał się normalnie.

-Chodźcie do gospody. Tam ulecze Marcusa i pogadamy. - mówił Nazin
-Dobra więc ruszajmy - przytaknąl Ramizes
-Ej ej ej! Chwila, a gdzie Ashgan? - Rinc nie krył zdziwienia.
-Nie mam pojęcia, ale nie bójcie sie o niego ten stary cap da sobie rade. Chodźmy. - powiedział wampir i ruszyli.

Miasto było puste. Nawet strażnicy poruszali sie jakby mniej obficie. To pewnie za sprawa wydarzeń z dzisiejszego wieczora. Kto by pomyślał że tyle może sie wydarzyć w jeden dzień. W tawernie panował spokój i oni chcieli byc cicho żeby nie zbudzić Atis. Zasiedli do stolika, koło wazonu leżał jakiś papier. Med wział go i zaczał czytać nagłos.

Ashgan jest w Zakonie Magi i Miecza. Niedługo wróci nie martwcie się. Na dowód macie pieczątke naszego Pastora. †††

-Boże, znowu. Najpierw fiolka z krwia, potem Seraphin teraz to. Ten facet ma naprawde ciekawe życie. - powiedziała zirytowana Aya
-Olać go. Da sobie rade pozatym sami widzicie że jest bezpieczny. Znam go zbyt długo i cos o tym wiem. - rzekł Ramizes
-Demony mamy z głowy, teraz tylko polujący. Trzeba bedzie uważać w nocy, dlatego zrobimy tak. Poprosimy o pokój tak żebyśmy sie wszyscy pomieścili i ty wampirze będzies stał na warcie z uwagi na to że nie sypiasz. Bóg jeden wie kiedy ci polujący moga sie zjawić. - mówił Fink
-Tak będzie chyba najrozsądniej.

Wszyscy udali się do gospodarza, a następnie do pokoju gdzie zasnęli. Jedyny Med nie liczac Ramizesa nie spał. Czuwał całą noc przy Atis i chwilami plakał ze szcześcia że jego wybranka nadal żyje.

-------------------------------------------------------------------------------------------------

Ashgan przebudził się, enrgicznie wstał z łózka i podążył do Sali Tronowej. Wszyscy już czekali na niego.

-Witam. Podejdź tu.
-Ja? - zapytal zdziwiony Ashgan
-Tak ty. - postać powiedziawszy to zamilkła natomiast człowiek zbliżył się do niego.

Postacią którą ujrzał był Gnom. Skromnie ubrany z majestatyczną laską.

-Teraz musisz wybrać mój drogi. Bowiem jak ci wiadomo musisz zacząć trening od nowa. Zatem jak najszybciej bierzemy sie do pracy, lecz najpierw odpowiesz na kilka pytań.
-Cokolwiek sobie życzysz.....
-Danasie. Mam na imie Danas i jestem Pastorem tego zakonu. Zaczynajmy więc.

Gnom i mężczyzna dosiedli sie do stołu który był nieopodal, przed pastorem stała kartka, pióro i atrament.

-Widzisz kobiete atakowaną przez Zombie co robisz?
-Staram się jej pomóc przy okazji liczac na zysk.
-Matka wysyła cię do sklepu po pół wieprza. Co się okazuje po kupnie zostaje ci 50 sztuk złota. W drodze powrotnej widzisz Dom Publiczny. Co robisz?
-Zachowuje monety, ale nie zwracam ich matce.
-Ciekawe. Wyobraź sobie że jesteś w zbrojowni i nagle napada cię grupa koboldów. Po jaką broń sięgasz?
-Kafar. I rozgniatam wszystkich.
-Teraz ostatnie pytanie. Masz okazje dołączyć do Barbarzyńskiego plemienia które wbrew pozorom jest szlachetne. Nie zarobisz tam nic ale orkowie tam mają honor i dume. Masz tez możliwośc dołaczenia do gildi wojów. Zarobisz tam dość dużo, ale nie zawsze każdy ma honor i dume osobistą. Co zatem wybierasz?
-Barbarzyńskie plemie.

Danas skończył ostatnie notatki na papierze i dał go Ashganowi rzecząc:

-Zanieś tę kartkę do Koszarów i daj Mondo'wi głównemu nadzorcy treningu bojowego.
-Tak zrobie pastorze - to powiedziawszy mężczyzna wziął kartke i udał się w wyznaczone miejsce.

Gdy dotarł zobaczył wielu rekrutów szkolących sie to w broni dystansowej to w białej.
Uwagę jego przykół ubrany na niebiesko facet z dwuręcznym mieczem. Zbliżył się do niego i odparł:

-Zapewne ty jestes Mondo główny nadzorca. Pastor przysyła mnie do ciebie.
-Tak to ja. W jakiej sprawie przybywasz. - zapytał trener, w tym samym czasie Ashgan wręczył mu kartke. On natomiast podrapał sie po głowie i rzekł - Z tego co tu wynika mam przeprowadzić trening w którym twoją specjalizacją będzie Kafar, nauczysz się też honoru i dumy, ale to już później. Teraz bierz ten Kafar tam i porozwalaj kilka lalek treningowych, gdy poczujesz przypływ twoich umiejętności wróć do mnie.

Mijały godziny, Ashgan ćwiczył zacięcie i nie poddawał się. Gdy już udawało mu się niszczyć stalowe lalki treningowe za jednym uderzeniem wrócił do trenera.

-Trenerze udało mi się zniszczyć stalową lalkę treningową za jednym uderzeniem.
-No no rekrucie nie tak źle, Ale tutaj więcej sie nie nauczysz, musisz trenowac samemu na prawdziwych potworach. Teraz natomiast zmierzysz się z Mardokiem aby przejść próbe dumy i honoru.

Do sali wszedł uzbrojony po zęby krasnolud z toporem i rzucił się na bohatera. Walczyli długo i zacięcie. Nagle Mardok potknał sie i upadł. Wojownik już miał wykonac cios w klatke piersiową, ale nie zrobił tego wręcz przeciwnie podał mu rękę i pomgł wstać.

-STOP! - krzynkął Mondo - Przeszedłeś pomyślnie ten test. I mogę z calą odpowiedzialnościa powiedzieć że jesteś wspaniałym wojownikiem. Na koniec masz tu Kafar Zakonny. Jest to podstawowa broń tyle że ma takie małe bajery w postaci wygrawerowanego twojego imienia na uchwycie.
-Dziekuje trenerze.
-Udaj sie do komnaty teleportacyjnej i powiedz mnichom że ja cie przysyłam i że mają cię odesłac spowrotem do twojej druzyny. Aha jeszcze coś. Nie potrzebujesz zbroi gdyż jako potęzny wojownik masz twardą skóre i obrażenia nie są aż tak straszne dla ciebie.
-Rozumiem. - powiedziawszy to Ashgan udal sie do sali teleportacyjnej.

Doszedł na miejsce i ujrzał otwary portal oraz demona przed nim. Nie zastanawiając sie ani chwili zaatakował demona. Co prawda naszemu bohaterowi udało sie pokonać go, ale był poparzony na całym ciele. Wtedy usłyszał głos w głowie.

Ashganie zapamiętaj że to twoja skóra jest zbroją więc trenuj dużo bo im wiecej razy będziesz skaleczony tym ona bedzie twardsza i mniej podatna na obrażenia, pamiętaj również że nie możesz przeceniać swych sił

Głos sie urwał a nasz bohater wszedł w portal i pojawił sie na parterze w tawernie......

Ehh, sam w to nie wierzę... 3 odpowiedzi jednego dnia xD
_____________________________________________________________

Po mieście snuła się mgła. Nie była to jednak zwykła zawiesina z pary wodnej, wręcz przeciwnie - możnaby powiedzieć, iż były to macki, macki żywej istoty. A może to była sama istota? Jednak wraz z kończącym sie mrokiem mgła cofała się, zamiast rozwiać się w pierwszym świetle świtu...

- Nieeeee, znowu ty?
Okrzyk Ramizesa trudno nazwać było choćby radosnym na widok Ashgana, który ze zmęczenia zasnął na krześle. Zaskakująca była zmiana jego wyglądu - zamiast Tribunala, ktorym często się chełpił, używał kafara bojowego, a cała godność - jeśli można było nazwać godną jego osobę - rozwiała się w nicość. Najbardziej jednak dziwna była jego skóra, całkowicie poparzona, a on sobie spał na krześle! I naprawdę był zmęczony - ignorował podniecone, przyciszone głosy wokół siebie niczym polny, omszały głaz.
No cóż, brutalność to brutalność... Aya wypatrzyła najbardziej paskudne poparzenie i uszczupnęła je mocno, przez co Ashgan podskoczył i dość zabawnie wylądował na krześle, które runęło pod jego ciężarem.
- Ej, co się dzieje?! Gdzie ja...?! - zamilkł, rozglądając się po głównej sali, lekko już nadpalonej. - Ah, już pamiętam. Jak widać, nieco się zmieniłem... - wstał.
- Nieco? - Medivh obszedł już kompana dookoła. - Jesteś cały poparzony, nie masz zbroi, walczysz kafarem i 'nieco' się zmieniłeś? Bogowie!... - Med wzniósł oczy na sufit. Chwilę później powiedział, iż musi iść do Atis i szybko wszedł po schodach.
- No cóż, jestem wam winny wyjaśnienia... Gdy szedłem ulicą, by pokonać demona, ktoś rzucił na mnie zaklęcie obezwłądniające, po czym uśpił i wywiózł gdzieś do zakonu czy klasztoru. Tam dowiedziałem się, iż zostałem pozbawiony wszystkiego, i muszę uczyć się czego innego... Wybrałem więc kafar. Ale później, gdy miałem już udać się tutaj, przy portalu spotkałem ognistego demona, stąd te oparzenia... A co do braku zbroi - zrobili mi coś z nią w ten sposób, że teraz po każdym uderzeniu robi się mocniejsza.
- Hmm... Może to zabrzmi trochę oskarżycielsko, ale muszę to powiedzieć - odezwał się Finkregh. - Otóż, nic nam nie wiadomo o tamtym 'zakonie', jak to nazywasz. Bez trudu obezwładnili cię i pozbawili mocy, co już jest wprawdzie niemałym osiągnięciem. Cóż więc za problemem byłoby zmienić ci wspomnienia i priorytety?... Niczego nie narzucam, ale ostrożność nie zawadzi... Proponowałbym zadać mu jakieś szczegółowe pytania, aby tylo on byłby w stanie na nie odpowiedzieć. Zgadzasz się, Ashgan?
- No cóż... I tak nie mam wyboru.
Drużyna więc, po krótkiej naradzie, zaczęła zadawać mu pytania tak trudne, jak to tylko możliwe. Pomylił siekilka razy, lecz nie rzutowało to negatywnie na całokształt.
- No więc witaj, prawdziwy Ashganie... - Rincewind wyciągnął do niego dłoń, którą wojownik ujął i po kolei zaczął witać się ze wszystkimi.
_____________________________________

- Taak, to będzie prostsze niż myśleliśmy... Ashgan nie stoi juz nam na drodze. Jedynym problemem jest ten półsmok, demon i półdemon... Resztę zgnieciemy na miazgę!
Wypowiedziała to osoba obdarzona mocnym, kobiecym głosem, który brzmiał zachęcająco, gdy tamta się śmiała. Widoczny był tylko zarys jej sylwetki, była to kobieta wchodząca dopiero w stan dorosły, jednakże była już obarzona kobiecymi kształtami.
- Zgnieciemy!...
I rozległ się śmiech dzięczny, niczym tysiące czysto brzmiących dzwoneczków.
Nastał już ranek i to późny. Wszyscy wciąż byli w karczmie czekając na przebudzenie Atis. Najbardziej na to czekał Med siedząc wciąż i nie przerwanie przy swojej ukochanej. Reagował na najmniejszy ruch czy słowo wypowiedziane przez sen. Cieszył go iż był to sen zdrowy. Nie taki, po którym człowiek wstaje jakby w ogóle nie spał. Wiedział, że gdy wstanie będzie w pełni sił.
W międzyczasie na dole karczmy Ashgan opowiadał o swoim przeżyciu i zmianie swojego starego "ja". Wszyscy wsłuchiwali się uważnie a szczególnie Fink. To wszystko jakieś dziwne myślał z kolei Ramizes. Wiedział, że Ashgan mówi prawdę, czuł to, jednak...Bynajmniej nie miał zamiaru o tym wszystkim krzyczeć. Nie ma podstaw, dowodów. To tylko dziwne do określenia uczucie. Wampir stał tak trochę z boku, wpatrywał się w Ashgana, który czasem zwrocił wzrok na Ramizesa. Wampir czuł złość do byłego towarzysza. Nie wiedział dokładnie skąd ona jest, nie jest taka dokuczliwa jak w sprawie Adama, ale zmienionego wojownika traktuje jak powietrze. Może być, może nie, byle by nie właził pod nogi. Fink siedział tuż naprzeciw opowiadającego trzymajać się jedną reką za brodę dokładnie analizując każde zdanie, słowo. Wzrok umarłego po chwili trochę zszedł na dół. Miał stąd gdzie stał doskonały widok na tętnicę Ashgana. Czuł zew krwi, czuł ją. Niemal słyszał jak toczy się w tętnicy. Dawno nie pił życiodajengo napoju nieumarłych bogów. Wzrok przylepił się do tego miejsca. Po chwili jednak się opamietał. Skierował wzrok na Finka. W głowie chodziły mu słowa dotyczące krwi. On mi ją da...ale po co, kiedy jej tyle w koło? Nie ma niczego lepszego nizeli ciepła krew z tętnicy wzrok powędrował na tętnicę Finka.
-Uważaj na żądzę...- usłyszał Ramizes w uchu, był to szept Markusa. Idącego w stronę schodów i do góry. Wampir odprowadził go wzrokiem.
Markus cichaczem wszedł do pomieszczenia, nie chciał obudzić Atis, o ile spała.
-Widzę, że wszystko zmierza w dobrą stronę-powiedział demon do Meda cichym tonem aby nie przeszkodzić w spaniu ukochanej Med'a.
-Tak, śpi dobrym snem, niebawem wstanie jak nowonarodzona-głos półdemona był pełen nadzeji.
-Kochasz ją nad wszystko, nieprawdaż?-spytał Markus wpatryjąc się w Atis.
-Kocham ją nad wszystko-odpowiedział powtarzając niemal pytanie demona-Oddałbym życie, duszę dla niej. Jest taka piękna. Gdy...gdy jej nie ma czuję pustkę. Jakby część mnie gdzieś odeszła. Ta wesoła część, bo ona jest radością mego życia. Lecz...lecz wstyd mi tego, że nie pomściłem przegranej Atis, okazałem się za słaby. Nie zdolny jej obronić i pewnie zdolny aby zrobić to ponownie-oskarżał się kochanek.
-Nie myśl tak-Markus położył prawą dłoń przyjacielko na ramię Med'a-Zrobiłes co mogłeś, chciałeś to zrobić. walczyłeś do końca, nie zawsze się wygrywa. Taka kolei rzeczy. Teraz najważniejsze, że ona jest tutaj i ty też jesteś. Cieszcie się sobą póki możecie. Nigdy nie wiadomo, co los wam zgotuje.
-Póki ona jest ze mną, może być nawet koniec świata. Grunt abym ja był przy niej. Chciałbym być wszędzie gdzie ona jest, móc być z nią, bronić jej...A..a nie zawsze mogę. To boli...tak bardzo...
-Wiedz, że ty nie jesteś jej obojętny. Ona też napewno wolała by być z tobą jak tylko długo się da. Jednakże są rzeczy, które musi załatwić abyście oboje mogli wreszcie bez przeszkód być razem...
Atis zaczęła się przeciągać skąpana w promieniach porannego słońca. Otworzyła swje piękne oczy, wskazywały na wypoczęcie oraz dużą dawkę zdrowej energii.
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
Dziewczyna uśmiechnęła się promiennie i popatrzała na pół-elfa i demona stojących nad nią.
- No hej chłopaki. - Powiedziała od razu. Medivh nie wiedział jak miał okazać swoją radość. Łzy poczęły spływać po jego policzkach. Dziewczyna podniosła się do pozycji siedzącej. - No co płaczesz? Żal, że się obudziłam co? - zapytała drwiąco Atis.
- Nawet tak nie mów! - Pół-elf przytulił do siebie dziewczynę.
Markus przyglądał się temu z boku. Uśmiechnął się na swój demoniczny sposób i ruszył w stronę drzwi. Zszedł po schodach w dół. Ujrzał resztę drużyny siedzącą przy stole i rozprawiającą o czymś. Kiedy go ujrzeli zamierzali już wypytywać się o towarzyszkę, lecz niezbyt im to wyszło. Markus pośpiesznie wyszedł z karczmy.
No proszę, jak jedna istota może zmienić cały nastrój tej gromady....ech....

***

-Med...byłbyś łaskaw mnie już puścić? Jestem już mokra od twoich łez...
- Nie, nie zamierzam...
- Więc, nie zostawiasz mi wyboru... - Atis dotknęła dłonią ręki Pół-elfa. Jej palce zajarzyy się lekko czerwienią i nagle Medivh odsunął się od dziewczyny.
- Ej! Poparzyłaś mnie!....dziwne, czemu mnie to bolało, skoro to był ogień....
- Sztuczka.
Między dwójką zaległa cisza, żadne nie wiedziało co powiedzieć. Rozległ się dziwny odgłos.
- A-atis?...
- Ale wstyd.... - dziewczyna spuściła głowę.
- Jesteś głodna...
- Nawet mi nie mów.....chodźmy coś zjeść, dobra? Bo ci zemrę tutaj.
- A nie lepiej jakbym ci co przyniósł?
- Nie przesadzaj, taka słaba nie jestem.....zresztą, dobrze mi się spało, więc mam mnóstwo sił. - Atis przeciągnęła się na łóżku, po czym wstała, nadal się przeciągając w różne strony i na wszelkie możliwe sposoby.
- Przynajmniej tobie się poszczęściło.
- Nikt ci nie kazał nademną czuwać. - Atis odwróciła wzrok i spojrzała w drzwi.
- Skąd wiesz, że nad tobą czuwałem? - Medivh wstał i podszedł do dziewczyny. W jego głosie można było usłyszeć nutkę zdziwienia.
- Jesteś prosty. Łatwo przewidzieć co zrobisz. - po ostatnim słowie, odwróciła się w stronę pół-elfa i pocałowała go w policzek.

***

- OK, Markus sobie poszedł, czyli coś już się musiało stać. - skomentował Nazin patrząc na schody.
- Nie liczyłbym na to. - odpowiedział mu ponuro Ramizes.
- Coś sceptyczny się dziś zrobiłeś. - Aya włączyła się do rozmowy bardzo energicznie. (wiem, to zdanie jest bez sensu...)
- Mam swoje powody....
- Hej ludzie!
To było niemałe zaskoczenie. Nad Nazinem nagle pojawiła się Atis i wykrzyknęła mu do ucha powitanie. Nietrudno się domyślić, że elf od razu spadł z krzesła.
- Grrr...mogłabyś tak więcej nie robić!? - zawołał Nazin podnosząc się z podłogi. Dziewczyna zaczęła śmiać się po cichu.
W tymże momencie zaczęła się fala pytań o zdrowie, samopoczucie i o inne rzeczy. Atis zasypana wszystkimi słowami nie mogła na nic odpowiedzieć, jeden mówił przez drugiego. Pusty żołądek wziął górę nad myślami i czymkolwiek innym:
- ZAMKNIJCIE SIĘ WRESZCIE! - jedyne słowa, które wydobyły się z Atis były dosyc ostre. Wszyscy bezsprzecznie umilkli. - Dziekuję. Pozwolicie mi coś zjeść? Bo wam padnę na stół i już nie będziecie mieli o co pytać.
- Jaka szkoda... - mruknął pod nosem Finkregh.
- Ja wszystko słyszę....
Po około godzinie, w której Atis jadła śniadanie, przyszedł czas na pytania.
- Więc...- Rincewind splótł ręce.
-...Nic mi nie jest, czuję się dobrze. Nie interesujcie się resztą, bo nie trzeba. Nie marnujcie czasu, wykorzystajcie go lepiej. - dokkończyła za niego Atis. Nikt się nie odzywał. Nastała dosyć niezręczna cisza...
Przez drzwi karczmy zajrzał Markus. Był uśmiechnięty od ucha do ucha...o ile można to było nazwać uśmiechem...
- Panie i panowie, będziecie siedzieć tu cały czas? Wychodźmy z tego miasta, bo mi już zbrzydło... - Powiedziawszy to, demon zniknął im ponownie z oczu.
I ponownie nastała cisza. Wyglądało na to, że każdy analizował pomysł Wilka. Pierwszy wyszedł Ramizes, jak zwykle bez słowa, zaraz po nim Atis i Medivh i dalej reszta.

***

Dzień był piękny, to fakt, ale coś wisiało w powietrzu, i nie zanosiło się to na nic dobrego...
Drużyna szła drogą wiadącą przez pola. Wiał lekki zefirek. Po jakimś czasie Aya zaczęła nucić jakąś elficką piosenkę. Rincewind zaczął jej potakiwać i po chwili śpiewał razem z nią. Kiedy słowa się skończyły, oboje się roześmiali.
- Co to za piosenka? Pamiętam słowa, ale tytuł wyleciał mi z głowy. - Rince uśmiechał się szeroko do elfki.
- No wiesz co! Ty to masz pamięć! Śpiewałeś mi ją na moje 12 urodziny, sklerotyku! - Aya wyglądała na lekko oburzoną, ale podśmiewywała się pod nosem.
- Och wybacz, taka elfia pamięć. - Rincewind ukłonił się elfce na znak pokory.
- Nie przesadzaj... - Aya poklepała go delikatnie po głowie.
Markus trzymał się z tyłu drużyny. Obok niego szedł Ramizes, nadal milczący. Oboje mieli doskonały widok na to, co robi reszta. Rince i Aya zaczęli śpiewać co innego, Finkregh rozmawiał z Ashgan'em, zaś Atis wskoczyła Med'owi na plecy i kazała się wieźć....
- Miło wszyscy wyglądają, nie sądzisz? - zaczął Markus.
Ramizes jesdynie przytaknął kiwnięciem głowy.
- Czujesz się dziwnie prawda? Osoba, która kiedyś była z twojego klanu nagle stała się pośrednikiem Boskiego Światła, którego tak bardzo unikaliście, i znowu nagle stała się zwykłą istotą, zaczynającą wszytsko od początku...
- Dlaczego starasz sie zrozumieć....
- Ja się nie staram, ja po prostu rozumiem. I wierz mi, wiem, że nie przychodzi ci to łatwo, bo znam to uczucie. Przebywanie na początku w świecie istot takich jak wy, nie należało do najprostszych......No, ale to co się stało to się nie odstanie!
Markus stanął, a instynktownie wraz z nim Ramizes. Demon podszedł do nie, złapał za ramiona i przerzucił przez ramię.
- H-HEJ! CO TY WYPRAWIASZ, NA KAINA!
- Skracam ci drogę odrobinę. W końcu, każdy wampir ma syndrom przemęczenia słonecznego. A ja na to nie cierpię...
- WYGLĄDAM JAK IDIOTA!
- A widzi cię tu ktoś?
- ONI! WSZYSCY! RESZTA!
- Wstydzisz się? - to pytanie było nadzwyczaj bezpośrednie...
- .........
- Wstyd się przyznać, co? Musisz popracować nad sobą.
- I kto to mówi......
- Ja kochaneczku mam 36 tysięcy lat jak nie więcej, a nadal wiem bardzo mało o świecie, a ty masz z 90 lat i jeszcze śmiesz mi pyskować?
- Byłbyś łaskaw nie tkaktować mnie jak małe dziecko....I POSTAWIĆ MNIE NA ZIEMIĘ?!
- Nie, zrobię ci na złości i nie odstawię cię na ziemię.
Ramizes zrobił się czerwony ze złości, wiedział jednak, że przeciwstawianie się Markusowi nie jest najlepszym pomysłem, szczególnie, że miał dziś bardzo dobry humor.
Markus, wraz z Ramizes'em, dołączył do reszty. Kiedy drużyna zobaczyła "pakunek" demona, nie mogła się powstrzymać od śmiechu i dosyć złośliwych komantarzy. Rzecz jasna wampirowi było to niezbyt na rękę, ale w końcu to była drużyna....taka wielka rodzina.
Negle coś w zbożu niepokojąco zaszeleściło, przez co śmiechy ucichły. Markus odstawił Ramizesa na ziemię mając złe przeczucia. Atis także stanęła nogami na ziemię, nie chcą obciążać pół-efla w razie jakiegoś wypadku. Wszyscy stali w milczeniu i nasłuchiwali. Po paru minutach oczekiwania, stwierdzili, że nic się nie stało. Kiedy już zamierzali ruszyć się z miejca, ze zboża wyskoczył ogromny wilk. Miał czarną sierść, w wielu miejscach poszarpaną. Wyglądał jakby stoczył ciężką walkę. Zwierzę było szybkie, nikt nie zdążył sięgnąć po broń. Wilk miał wytyczony cel, ponieważ normalnie zaatakowałby pierwszą lepszą osobę, w tym przypadku byłby to Finkregh, zaś pobiegł w stronę Atis. Dziewczyna nie zdążyła się odsunąć. Rozwścieczone zwierzę wgryzło jej się w ramię. Atis udało się odepchnąć go od siebie. Zatopione w ciało kły wydarły spory kawał skóry. Z gardła dziewczyny wyobył się krzyk. Wilk padł na cztery łapy i szybko umknął spowrotem w zboża. Medivh w przypływie gniewu przygotował dwie Kule Ognia, lecz zanim zdążył nimi "rzucić" powstrzymał go Rincewind.
- Nie rób tego! Podpalisz całe pole!
- Racja, nie pomyślałem. - wycedził przez zęby Medivh.
Nazin, jak to Nazin, już siedział przy Atis opatrując jej ranę. Po jej policzkach spływały łzy.
- Wszystko dobrze? - zapytał z troską Medivh, kucając przy dziewczynie.
- Tak, tak, wszytsko dobrze. - odpowiedziała mu, starając się uśmiechnąć.
- Czy to nie było podejrzane? Wilk, pewnie z wścieklizną, który zaatakował konkretną osobę? Niezbyt wiarygodne, chyba te zwierzęta nie są do tego stopnia inteligentne. - Finkregh zaczął "głośno" myśleć.
- Chyba Atis nie obraziła duchów natura, prawda? - zapytał Ashgan, bez namysłu.
- Jestem druidką, nie przesadzaj.
- No, gotowe, powinno się szybko zagoić. - Gdy elf skończył opatrywać ranę, wstał i pomógł podnieść się towarzyszce z ziemi.
- Dzięki, cobyśmy bez ciebie zrobili.
- Poginęlibyście wszyscy, jak nic. - Nazin nie udawał zbyt skromnego.
Medivh niespodziewanie wziął Atis na ręce.
- EJ! Med, boli mnie ręka, nie nogi...
- Jesteś blada. Pewnie z szoku. Lepiej będzie jak cię poniosę.
- No skoro nalegasz... - Dziewczyna spojrzała zalotnie na pół-elfa.
- OK, skoro wszystko dobrze, to idziemy dalej! - zawołał nagle Markus. Wszyscy popatrzeli na niego ze zdziwieniem. - Eee...powiedziałem coś nie tak?
Nikt nie raczył tego skomentować. Ruszyli w dalszą drogę.

(BTW do wszytskich piszących: Atis to wilkołak teraz >X3)
Ty stary zgrzybiały psie! wyklinał Markusa wampir gdy zaczął się nim "bawić". Oczywiście przekleństwa były o wiele wiele cieższe 90...żebyś się nie zdziwił... zapewniał w głowie Ramizes. Po ataku nastała cisza. Każdy był jeszcze lekko zaszokowany wydarzeniem które było a tak szybko się skończyło. A Atis nie straciła o mało ramienia. Razmizes czuł coś zanim wilk zaatakował, lecz już zapomniał co to za uczucie. Teraz sobie przypomniał na nowo i czuł cały czas. Spojrzał na Atis z pogardą, wielką nie chcecią, grymasem złości oraz wzrokiem jakby patrzył na skazańca. Łowczynni to dostrzegła.
-Co się tak gapisz jakbym ci co zrobiła!-wykrzynęła Atis nie rozumiejąc czemu tak na nią patrzy.
-Nic, to przez Markusa, jakoś *humor* mi uciekł-starał się wyjaśnić (bardzo słabo) wampir. Po słowach natychmiast przyśpieszył, niemal biegiem przed siebie na pewną odległość. Nikt nie rozumiał o co chodzi. Markus przyglądal się bardzo badawczo wyrazowi twarzy wampira oraz jego zachowaniu.
-Co go ugryzło?-spytała Atis patrząc w sylwetkę wampira idącego przodem w sporej już odległości.
-Nie wiem, ale wątpię aby to była wina Markusa-odpowiedział Rince idąc wraz z Aya.
Markus idący z "tylnią" grupą przyśpieszył tempa. Drażniło go trochę zachowanie wampira. Po chwili stał już koło niego, wampir wciąż wpatrywał się przed siebie z grymasem niezadowolenia na twarzy.
-Co cię ugryzło?-spytał.
-Pytaj raczej co ugryzło Atis a nie mnie.
-Jakis wilk ze wścieklizną przypuszczalnie. Nazin juz wszystko wyleczył, wiec w czym problem?
-Zadziwiające, że ktoś żyjący *36 tysiacy lat* nie wie-podkreślił wiek ironicznie.
-Przestań sobie żarty stroić i mów o co chodzi.
-Widzisz...może mam te *90 latek* ale wiem co czuje wampir gdy spotyka jednego z największych wrogów Dzieci Nocy. Atis nie długo odstrzeli ładny prezencik i nie wiem czy chciałbym być blisko przy tym.
-Co ty gadasz? Powiesz wreszcie czy nie?
-Ty masz 36 tysięcy lat to sobie sam odpowiedz-po czym uśmiechnął się kpiąco i przyśpieszył kroku.
-Chyba rozmowa się nie udała-spostrzegł Fink gdy wampir przyśpieszył kroku.
-A Markus nie zdaje sie być z tego zadowolony-dopowiedział Nazin.
Demon poczuł złość z tych kpin. Podbiegł do wampira odwrócił go i chwycił mocno za ramiona.
-Przestaniesz wreszcie gadać głupoty i powiesz?!-na tawrzy Markusa widać było złość.
-Dosyć tego!-wampir wytworzył silną eksplozję kinetyczną powodując natychmiastowy odrzut demona w powietrze. Wampir prędko podskoczył i przyspieszył lądowanie Markusa uderzając go z łokcia w brzuch bardzo silnie. Demon wbił się w ziem dosłownie a wampir już stał nad jego twarzą z mieczem gotowym do przebicia faciaty.
-Posłuchaj, demoniczy przyjacielu-mówił to ze złoscią nie tyle na Markusa co jego zachowanie oraz ogólne siłowe sposoby wyzyskiwania informacji-weź przestań postępować ze mną jak z tamtymi śmiertelnikami. Czasami pozory mogą mylić, pamiętaj. A co do Atis to jeszcze dziś o pełni...zresztą sami zobaczycie...Powiem ci kiedy nadejdzie na to pora, albo sam się domyślisz.
Wampir szybko odskoczył do tyłu na dróżkę. Markus nie bronił się gdy miał miecz przed twarzą nie ze względu, że bał się, lecz dlatego, że wampir miał rację...Poza tym zachował się trochę "dziecinnie". Dał ponieść się prowokacji i emocjom. No i go trochę zaskoczył, ale to tylko trochę. "Tylnia" grupa była zaszokowana tym co się stalo w przeciągu niespełna 15 sekund. Nikt nie był w stanie zareagować w tam krótkim czasie a ponadto byli za daleko.
Markus juz stał na nogach i wpatrywał się w postać wampira idącego dalej przed siebie na nikogo nie czekajacego.
-Co się stało? Co to za walka? Nic ci nie jest?-pytał Nazin otrzepującego się Markusa.
-Nic ważnego ani poważnego. Mała sprzeczka-spojrzał na Atis badawczo.
-O mnie poszło, prawda?-spytała a raczej orzekła Łowczynni.
-Coś w tym stylu...-odrzedkł demon wymijająco.
-A o co dokładniej?-dopytywała się z nieukrywaną ciekawoscią "obgadywana".
-Nie ważne. Po prostu nie zgadzaliśmy się w kilku kwestiach.
-I to było powodem bijatyki?-wtrącił pytanie Nazin.
-A co, nie było widać?-odrzekł ośmieszająco Markus i nie czekając na kolejną falę głupich i drażniących pytań poszedł przed siebie.
-Co tu nie gra...-doszła do wniosku Atis.
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
"Blisko, blisko. Wiesz, że nie dałbyś mu rady, Ram."
"Wiem o tym, ale nie wszyscy muszą być tego świadomi. I przestać mnie tak nazywać, bo ciebie mógłbym zabić, Fin."
"I to wie każdy. Ale pojawiłoby się pytanie JAK chciałbyś to zrobić." Na twarzy maga pojawił się lekki uśmieszek.
"Tak jak każdego. Tym razem nie ma Adama, który by cię zasłonił."
"Adama - nie. A co wiesz o pozostałych?..." Tutaj Finkregh postanowił zerwać kontakt. Wymiana myśli, dosłownie myśli, miała to do siebie, że trwała ułamki sekundy, a męczyła jak sprint na dystansie jakiejś pół mili. No, ale nikt nie miałby szans ich podsłuchać, i to była zaleta.
W sumie, to nie czuł się już swojsko w takiej grupie, chociaż łatwo udawało mu się zachować takie pozory. Wampir, demon, elfka, półsmok, półdemon, elf i plamokrwista, a on jako jedyny - człowiek, choć nie do końca. Ale teraz coś się nie zgadzało. Czuł zawirowania w umysłach innych, najbardziej Atis, choć to akurat przypisał szokowi po napaści przez wilka i przegranej walce z Joan. Zaraz... Wilk. To nie był zwykły wilk. Czarna sierść, większe umięśnienie, silniejsze szczęki, rozmiar i inteligencja. Zwolnił kroku, czekał, aż Atis przejdzie obok niego, po czym delikatnie sięgnął ku jej myślom. Obiecał sobie tego nie robić, ale w takiej sytuacji...
Zatrzymał się jak wryty. Łańcuchowo cała grupa zwróciła swój wzrok na maga.
- Ej, co się na mnie tak patrzycie? Właśnie sobie coś przypomniałem, więc nie podejrzewajcie każdego mojego postoju jako zwiastuna niebezpieczeństwa.
No, tutaj mu się udało. Większość podjęła swoją drogę, natomiast on został nieco z tyłu, az dołaczył do Ramizesa i Marcusa.
- Wiecie już?
- Ja wiem -
odpowiedział wampir - ale ktoś jest jeszcze nieuświadomiony... Jak na te prawie 40 tysięcy lat - dodał z naciskiem. Cała wypowiedź ociekała wręcz ironią i sarkazmem.
- Skończ z tym - warknął Marcus. - Inaczej ja skończę z tobą.
- No dobra, dobra, nie awanturujcie się tak... Sprawa nie wyglada różowo, a czas nagli. Wybacz, Ram, ale trzeba go uświadomić, przykro mi że pozbawiam cię takiej satysfakcji... Sprawa wygląda tak: Atis...

W tym czasie i Nazin zaczął mieć watpliwości co do pochodzenia wilka, choć nie domyślał się całej głębi sprawy. Rozejrzał się po grupie: Aya z Rince'em, Med z Atis, Finkregh, Marcus i Ramizes trzymali się swojego towarzystwa, a on poczuł, że jest teraz całkowicie sam. Sam w takiej drużynie...
"Muszę wziąć się w garść! Wiele lat spędziłem samotnie, i nie przeszkadzało mi to!" Taka myśl zabłąkała mu się na obrzeżach jego umysłu, i tam wczepiła się nieubłaganie.

_____________________________________

- Brawo! - odezwałą się kobieta o głosie dzwoneczków z kryształu. - Tak jak myślałam, grupa się podzieliła! Ty też masz w tym swoje zasługi - zwróciła się do mężczyzny stojacego u jej boku, z twarzy zaskakująco podobnego do wilka. - Twoja nagroda - rzuciła mu pękatą sakiewkę, która przy upadku wydała głęboki, metaliczny dźwięk.
- Dziękuję, pani. - Po chwili na jego miejscu stał wilk, który chwyciwszy sakiewkę, zniknął w mroku.
- Durnie. Rozdzielę ich, a potem pozabijam każdego z osobna, powolutku...
Przejechała opuszkiem palca po stopionym ostrzu sztyletu.
HAHAHA!-zaśmiał się głośno wampir-Nie no, świetna bajka Fink! HAHAHA! Zostań bajkopisarzem, wróżę ci świetlaną przyszłość!-humor wampira był po prostu *genialny*.
-Tak? To może ty coś powiesz?-zaproponował niezadowolony i wyraźnie pooirytowany mag.
-Nie widzę sensu, bajka była idealna-Markus zadawał się, że gotów jest wybuchnać. Dostrzegł to Ramizes-Spokojnie Markus teraz powiem jak to jest naprawdę. Chyba nie wie tego lepiej nikt niż odwieczny wróg tych bestii i w drugą stronę...Atis jest teraz zarażona chorobą zwana likatropią. Widzę w kazdym momencie jak bakterie płynące żyłami wraz z krwią wnikają w każdą komórkę jej ciała ale nie atakują komórek dlatego Atis nie będzie czuć żadnych negatywnych skutków likantropii. Wszystko zacznie się w momencie zajścia Słońca za horyzontem. Atis będzie ospała i poczuje się wyczerpana. Jednym slowem pójdzie spać i uwierz mi, za diabła jej nie obudzisz. To coś jak śpiączka. Następnie gdy Księżyć już wyjdzie a noc będzie młoda chora dostanie drgawek a białą pijana zacznie wylewać się z buzi, padacza, brak kontaktu wzrokowego i reagowania na bodźce zewnątrze. Ostania faza zacznie się, gdy Księżyc znajdzie się w zenicie. Wtedy wejdzie w nią Duch Wilka. Cialo zacznie się zmieniać. W bardzo szybkim tępie zacznie się wzrost owłosienia i znieksztalcenia ciała. Kończyny się wydłuża, twarz przybierze wilcze kształty. Obrzydliwie będie to wyglądać szczególnie za pierwszym razem. Jest to najdziksza zmiana. Gdy już się skończy Księżycowa Bestia zacznie rzucać się na wszytkich kto jest w pobliżu. Jest porytetowym zadaniem będzie wydostanie się z miejsca, ucieczka i eliminacja każdego kto stoi na drodze. Bez znacznie kto to jest. Ucieknie z miejsca a po chwili wróci gdyż głód nakarze polować lub zjeść to co przedchwilą było zabite. Ponadto...
-Jak ją wyleczyć?-przerwał Markus.
-To sprawa podobna do wampiryzmu, na wilkołactwo jest jedno lekarstwo, śmierć.
-Kłamiesz! MUSI być jakieś wyjście!-niedowierzał demon.
-To je jej daj-odpowiedział kpiąco wampir lecz Markus nie zwrócił na to większej uwagi.
-Ram, to bzdury, Opisałeś to jak jakies straszydło. Przecież wiadomo, że wilkołak ma zdolnoc myślenia. Tak jak tamtem, mamy teraz poteżnego nocnego sojusznika-dopowiedział z zadowoleniem Fink.
-Głupek, tamtem był widać bardzo stary bo tylko poteżne i stare wilkołaki potrafią zachować własną ludzką wolę i nie poddać się bestii. Bestia Atis będzie za wszelką cenę doążyć do przetrwania i polowania. Najlepiej na ludzkie mięso.
-To ty odpadasz, jesteś martwy.
-Największym przeciwikiem wilkołaka jest wampir. Tak było od kiedy obie te rasy powstały ale to inna *bajka*.
-Przestań pleść te głupoty, nie znasz się! Niby skąd wiesz tyle?
-Nie zawsze polowałem na wampiry, osobiście nie mam nic do wilkołaków ale jeśli trzeba to poluje na te bestie. Nie jedną już sie zabiło a i sprawdziło jak powstają. Ciekawe jest to, że osoba nie pamięta co się w nocy z nią działo. Wie że znajduje się gdzieś indziej od miejsca gdzie spała ale nie wie co się działo. Tak zawsze mówiły mi osoby, którym wbijałem miecz w gardło. Wampir czuje obecność wilkołaka w ludzkiej formie, tak samo wilkolak w ludzkiej może poczuć, że w pobliżu jest wampir.
-Ram, Ram, według mnie to wszystk nieprawda. Pewnie usłyszałeś to od innych i teraz opowiadasz takie rzeczy. Napewno nie widziałeś nigdy jeszcze wilkołaka. Dlatego, też nie zareagowałeś gdy zaatakował Atis-wampir poczuł wzrastającą złość.
-Śmiesz wątpić w moje słowa?! To był powód tego, że dawno nie czułem tego uczucia, które mówiło, że wilkołak jest w pobliżu! Dawno tych kudłaczy nie widziałem.
-La la la, wampir się nie zna!-drwił z wampira Fink.
-Grrrr co za idiota!
-A wampr to ciota!
Tej zniewagi zzdrosnego Finka Ramizes nie wytrzymał, mag był już gotowy na atak, sprawiłby nie lada zadymę i ośmieszenie wampira lecz ten o dziwo przeklinając maga udał się na bok w ścieżkę prowadzącą w las.
-Gdzie on idzie?-dziwił się Med.
-On to ma problemy...-skoentował Rince.
-Wredny charakter i tyle-dokończył komentarz Nazin.
Wampir czuł furię lecz już wiedział gdzie się wyżyje. Fink to idiota. Każdy tam to idiota. Po cholerę ja z nimi idę i się z nimi trzymam? Po co mi to bycie ośmieszanym i byciem chlopcem do bicia? Niech ich wszsytkich diabli. A szczególnie teraz Atis...szkoda jej...No ale.... rozwyślał idąc przed siebie dróżką. Wiedział, że nikt go nie śledzi. Ashgan..Cholerny zdrajca...jak ja go nienawidzę. Nie mogę na niego patrzeć.... wyklinał niemal każdego w myślach. Na horyzoncie pokazał sie domek. Czuł, że ktoś w nim jest. Zwęszył zapach krwi, dlatego wiedział, że ktoś tu jest a ścieżka nie prowadzi w puste miejsce. Przyspieszył kroku, był głodny i to bardzo. Wiedział, że ktokolwiek tam jest, czeka go śmierć. Bolesna. Widział bawiace się dziecko, dziwczynkę, około 8 lat. Potem się nim zajmie. Wszedł do domu bezszelestnie. Słyszał pomrukiwanie jakiejś kobiety. Nie dane jest napisać jej zdziwienie i strach gdy zobaczyła jak jakoś człowiek rzuca się z kłami do jej szyi. Zwykle Pocałunek Wampira jest nieziemsko przyjemny i tak podniecający, że ofiary nie kryczą ale to zależne jest od woli wampira. W tym wypadku kobieta krzyczała...przez chwilę, zanim jej glos zakłucił bulogt krwi. Ta poczęła curkiem wylewać się z koncików ust. Przeklęci! Wszyscy! Nie nawidzę ich! zwykle myśli wampira sa pełne ekstazy z powodu pitej krwi, ale tutaj brak bylo na to miejsca. ramizes ssał tak dużo jak tylko dał radę, aż wyciekało mu z ust lecz ssał nieprzerwanie. Po chwili wciagął już tylko powietrze. Puścił ciało które padło na drewnianą podłoge, nie uleciała choćby kropla z ciała. Wtedy do pomieszczeni przybył mąż, z siekierą w ręku, być może rąbał drzewo w piwnicy.
-Przklęty morderco! Meżczyzna rzucił się z siekierą w tojącego w miejscu wampira. Machnał sikierą przed siebie. Ostry trzon wbił się wampirowi w klatę dosyć głęboko. Umarły nawet sie nie ruszył. Zamiast tego na twarzy zakrwawionej z cieknaćą po bordzie krwią pojawiłsię diabeslki uśmieszek. Chwycił jedną ręką za szczękę meżą umarłej kobiety po czym drugą wyjął siekierą z ciała. Nie poleciała choćby kropla krwi. Odwrócił głwoę siła trochę w bok, z widokiem na tętnicę. Szybkim uderzeniem trzon rozciął tętnicę powodując bryzgnięcie sporej ilości krwi zarówna na ściane jak i na twarz wampira. Błos bólu był glośny, dla wampira była to muzyka. szybko przyssał się do krwawiącego miejsca trzymając w ręku siekierę. Śmierć...Piękno samo w sobie myśli już sie trochę uspokoiły. Krzyk bólu został utopiony we krwi. Gdy ciało dołączyło do swojej żony wampir uderzył tępym zakończeniem w czaszkę meżą rozstrzaskujać czaskę. Jej zawartość wylała się na ziem. Piekny widok, szkoda tylko, że brakowalo krwi...Do pomieszczenia weszła dziewczynka była zszokowana tym co ujrzała. Popatrzyła na sprawcę a szok zamienił się w płacz i złość. Rzuciła się z małymi piąstkami na wampira. Ten wiedział co z nią zrobi. Coś specialnego. zauważył, że w pomieszczeniu obok znajdowaly się piękne rogi pewnie jakiegoś jelenia. Bardzo pokaźne trofeum. Długie, ostre ale nie rozlożyste. Podniósł dziewczynkę
-Elkamstri ometie oler'kiele-był już coraz bliżej-Hastem palenius saoumden-głos był coraz wyższy, pełen czci, piękna dodawał płacz dziecka-Beldar'vie Joesew Reptrabite! Po tych słowach wampir podnisł dziewczynkę nad wysokosć głowy w pozycji poziomej i naobił na rogi. Rogi przebiły okolice gardła pięknie wychodząc z ust dziecka a część z okolic niżej pasa. W chwili nabicia chłusła krew ponownie kopiac wampira twarz w czerwonej cieczy. Krew poczęła spływać dwoma strumieniami. Oczy dzieczynki był pelne strachu i bólu. Cudowny widok. Ofiara Nieumarłym Bogom została złożona! Lecz to nie koniec! Ofiarował im czystą krew dziewicy, czy może być piękniejsza ofiara? Lecz on coś jeszcze miał zamiar ofiarować. Począł szpetać slowaw języku nieumarłych. Powiało zimnem a boska moc poczęła się kumulować.
-Czyjecie to?! Krzyknął niemal Fink wyczuwajac tak poteżną energię. NIe czuł jej nigdy wczesniej. A raczej nigdy w takiej dawce. Ta moc była napełniona złem, zgnilizną, śmiercią. Raczej nikt nie miał wątpliwości kto jest tego sprawcą. Wszyscy ruszyli w kierunku tej siły. W tym samym czasie w domu wampir dokonywał strasznego aktu. Nie tylko skazał ciała na śmierć, ale teraz pozbędzie się ich dusz i odda je do Nieumarłych Bogów Nie robiłem tego od cvzasów bycia szczeniakiem... Wypowiedział tajemną formułkę, przyklęknął i wziął z kałuzy krwi na podłodze niewielką ilość krwi. Nadal mówiąc wystawił dłonie do góryjakby dawał Bogom pić. gdy poczuł, że Bogowie sie napili sam wypił tę krew. W głowie usłyszał astralne krzyki duszy tej tróji, ktorych krew została ofiarowana Bogom a teraz ich dusze są im poddanymi. Nigdy nie wzywał tak Bogów ani w ogóle nie wyznawał ich. Wierzył i darzyłszacuniem tak jak Caina jednak jak to mawiał "Nie chciał im przeszkadzać". Wiedział, że od dawna jest kaplanem Nieumarłych Bogów lecz on zawsze chciałbyć wojownikiem-łowcą. Tym nie mniej teraz chciał aby Bogowie spojrzeli na niego. Chciał aby go wzmocnili, pomogli mu. Nie uznawał się za słabego lecz chciał uświadomoć innym kim jest naprawdę. Poteżnym Nieumarłym, wyslannikiem Nieumarłych Bogów. Wtem padł na kolana. Zaczłęlo się. Bogowie teraz oczyszczą go aby wprowadzić swoje boskie Ziarna. Klęknał i począł krzyczeć w nieboglosy. Jakieś widma i cienie przedzierały się przez jego ciało przeniakjac je i znikajac. Wampir był w pozycji klęczącej z rękoma w stylu krzyża. Całkowicie oddał się temu co następuje. Po killu chwilach wszystko ucichło. Wampir padł na twarz, był wykończony. Nie stracił przytomności lecz musiał teraz zregenerować siły. Czułw sobie potęzną moc, siłe, ktorej mu brakowało, lecz teraz cialo musiało się do tej nowej potęgi przyzwyczaić. Gdy towarzysze podeszli do odmu czuli zpach krwi. Prubowali otowrzyć dzrwi lecz były zablokowane. Siła je wyważyli. Usłyszał krwiopijca jak hucznie wkraczają jakies osobniki do domu. Wiedział, że to reszta.
-Ramizes, jesteś? Odezwał się głos Med'a. Wampir nie był w stanie odpowiedzieć.
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
Gdy weszlo się do domu od razu widać było przy pokoju po lewej stronie mnóstwo krwi. Pierwsi dotarli tam Fink i Med. Stanęli w drzwiach jak wryci.
-On zabił dziecko... - powiedział cicho Med.
-Racja bytu? - zapytał Fink nie dowierzając własnym oczom. Przecież znał Ramizesa... i nigdy nie widział jeszcze czegoś takiego w jego wykonaniu. Reszta właśnie doszła do wejścia do pokoju. Jako, że Fink i Med byli dośyć wysocy zaslonili w większości wejście i nic nie mozna było przez nich zobaczyć.
-Nie wchodźcie tam lepiej - Medivh był blady jak płótno.
-Co wy tam takiego zobaczyliście? Wyglądacie tak jakby tam siedzial jakiś duch - Atis starała się zobaczyć coś przez nich.
-Gorzej... - powiedzial wolno Fink.
Atis odepchnęła ich i również stanęła jak wryta. Teraz wszyscy mogli zobaczyć już co stalo się w środku.
-Trzeba pochować ciała - trzeźwo powiedział Rince po chwili milczenia - zbliża się noc, a ja chętnie przesałbym się w normalnym łóżku a nie na kocu w jaskini. Ale świadomość, że te trupy leżą gdzieś w pobliżu nie byłaby przyjemna.
Wykopano 3 doły na zewnątrz w ogrodzie. Ciala starano się przenieść w jednym kawałku. Nie obyło się bez czarów. W zakopywaniu brała udzial cała drużyna.

----------------------------

Ramizes zniknął.

----------------------------

Wszysycy siedzieli w kuchni. Drzwi do tamtego pokoju były zabarykadowane. W szafkach znaleziono całkiem smaczne piwo. Rozmowa nie za bardzo sie kleiła.
-Ślady są aż zbyt wyraźne. To był wampir - stwierdził Ashgan.
Nikt nie zaprzeczył.
-Ta potęga... Też ją poczuliście, prawda? - zapytał z ociąganiem Nazina.
Wszyscy skinęli głowami.
-To były nekromanckie rytualy - stwierdził Fink bawiąc się nożem.
-Te z cyklu ofiara + słowa = potęga?
-Mniej więcej. Ramizes jest teraz prawdopodobnie o wiele silniejszy niż przedtem. I nie wiem jakie są jego zamiary wobec nas jeżeli o to wam chodzi.
Nikt się więcej nie odezwał. Wszyscy wolno sączyli piwo. Markus wstał od stołu i po prostu wyszedł. Atis spała w rogu stołu.
-Niech śpi. Dużo dzisiaj przeszła - powiedział Med i przykrył ją kocem...

----------------------------

-Co?! pozwoliliście nabrać mu takiej mocy?! Niech was szlag trafi. Diliynrae, G'eldriia do mnie!
Para drowów podeszła do młodej kobiety. Byli bardzo podobni. Być może brat i siostra.
-Znaleźć go i wyelminować!
Elfy skłoniły się lekko. Nie za mocno. Ukłon wyrażał lekką pogardę, ale też i szacunek. Gdy para odeszła kobieta odezwala.
-Widzicie ile nasz bezimienny przyjaciel wilk potrafił zdziałać? W jeden dzień rozdzielił drużynę na grupy i zdołał odłączyć od niej - przynajmniej na jakiś czas - jednego jej członka. Co prawda pomógł w tym ślepy traf. Przypadkowa rodzina w przypadkowym miejscu. I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?
Kobieta roześmiała się. Wszyscy w pałacu zadrżali słysząc ten śmiech pelen okrucieństwa i pogardy...


Tonari no Totoro!
Ramizes poczuł czucie, wiedział, że leży na ziemi. Suchej. Gdzieś w oddali słyszał jakieś pomlaskiwania. Otworzył powoli oczy, wzrok był mętny. Było jasno, zatem to dzień. Zaczął wstawać. Gdy już się wyprostował spojrzał przed siebie. Był na jałowej pustyni. Na horyzoncie przed nim nie było nic poza wyschniętą do cna ziemią. Brak choćby źbła trawy czy rośliny. Nic. Odwrócił się w stronę mlaskania. To co zobaczył zdziwiło go. Masa istot ludzkich martwych a na nich sępy. Chmara sępów. Spożywały padlinę ciesząc się nieograniczonym posiłkiem. Padlinożercy byli niezwykle utuczoni a ich apetyt nie zdawał się mieć końca. Czyżbym umarł? zadał sobie pytanie i podszedł do ciał. Były to jakieś armie. Jedna ubrana w czane zbroje, czarni ludzie o z czarnym opencerzeniem i bronią. Drudzy to ich całkowita odwrotność. Rycerze w białych lśniących ale teraz bardziej zakrwawionych zbrojach z mieczami białymi jak śnieg. Wszyscy byli martwi. Chociaż gdyby się dokładniej przyjżeć więcej martwych było białych. Żadnego żywego. Popatrzył w bezchmurne niebo. Słońce było wielkie i zdawało sie, że nigdy nie gaśnie. Zadziwiające, że nie czuł ciepła. Ogólnie to nie czuł nic. Za pobojowiskiem wzosił się zamek. A raczej stara zrujnowana rudera przypominająca niegbyz zapewnę okazałą fortecę. Teraz wydaje się, że zostanie zburzona przy najmniejszym podmuchu wiatru. O ile tutaj coś takiego istnieje. W okół zamku znajdowały się krzyże a na nich jakieś osoby a nad nimi sępy. Powoli i bez pośpiechu wyjadały poszczególne częsci ciała. Szokujące było to, że te postacie "żyły". Dochodziły krzyki bólu i niewyobrażalnego cierpienia. Wampir powoli przechodził przez pobojowisko. Sępy patrzyły na niego jak na intruza jednak nie odlatywały. Nie bały sie go, były w swoim królestwie i nikogo się nie bały. Jednak zakłucał porządek tego dziwnego świata swoją obecnością. Tym nie mniej, nie atakowały go. Tylko spoglądały chytrze i jakby złe z powodu niemożności dobrania się do świeżego mięsa. Gdy Ramizes podszedł pod pobliski krzyż widział nagie ciało kobiety. Wysuszona z niemal spaloną przez Słońce oraz sępa, który wydłubywał oczy. Kobieta piszczała i krzyczała błagając o śmierć o koniec tych męk, ale zdaje się, że prośba ta nie zostanie wysłuchana. Zewsząd dobiegały łkania, krzyki, prośby o śmierć. Niekończące się ciepiernie. To spotyka dusze. Ale co to za miejsce? nadal nie wiedział. Podszedł do innego krzyża. Był na nim ukrzyżowany człowiek, który o dziwo był wolny od sepów. Jedynie Słońce paliłego jego duszę powodując niemal rozpływanie się skóry.
-Odpowiedz mi, jesli mnie rozumiesz, gdzie jestem?
Istota spojrzała na pytającego jednym okiem gdzyż drugie było już wydłubane. Całkowicie zniszczona twarz doskonale odzwierciedlała brzemie wiecznej męki. Nic nie powiedział tylko przekręcił głową w stronę zamku po czym zawiesił głowę stękajac z bólu. Informacja była zrozumiała. Wampir podszedł do zamku. Wejście było otwarte. W środku panował mrok oraz ciemność. Nawet jego oczy, które przecież doskonale widziały w ciemnościach nie były w stanie się przez nią przedrzeć. Wszedł do środka. Teraz do jego nozdrzy doszły zapachy zgnilizny, rozkładająych się ciał, łez oraz krzyki i jęki jakiś ludzi. Jedynia dalsza droga kierowała na dół schodami. Ramizes tam poszedł. Przed nim czekał długi korytarz. Na ścianach z obu stron wisiały przypięte łańcuchami istoty ludzkie. Ich ciała były odrażajace. Pozbawione mięsa, wystające kości, wiszące organy. A to wszystko sprawka szczurów, których było od zalania. Każde ciało miało na sobie kilka a te powoli i boleśnie odrwywały kawały mięsa. Nie było ciał, które by były w całości szkieletami. Zawsze znadowało się mięso, które z czasem było konsumowane przez szczury. Niekończący się cykl umierania i odradzania się aby przeżywać to samo, to samo ciepienie i ból. Przez niezliczone wieki. Bez końca. Krew była wszędzie, cała podłoga były nią namazana. Zadziwiające było to, że nie czuł pragnienia napicia się jej. Korytarz zdawał się nie mieć końca. Gdy tak szedł dostrzegł ciało inne od innych. Nie było tak obskubane, zdaje się, że sczury jeszcz nie zajęły się nim. Była to kobieta a koło niej mąż oraz mała dziewczynka...To byli ci, których złożył w ofierze. Kobieta, mąż oraz dziewczynka spojrzeli na swojego mordercę oraz oprawcę. Nie wiadomo, czy wiedzieli, że to on skazał ich na tę męki. Wampir nie czuł wyrzutów sumienia, chociaż cieszył się, że to nie on tutaj wisi. Poszedł kilka kroków usłyszał "MORDERCA!" krzyknęła z całej siły gardła kobieta co zakłuciło na krótką chwilę, wszystkie te jęki boleści. Chwilę po tym jej krzyk zamienił się w krzyk bólu a po korytarzu rozegł się odgłos odrywanego mięsa. W końcu widział koniec korytarza. Przyśpieszył kroku. Miał dosyć tych jęków. To spotkanie rzuciło trochę światła na pytanie "gdzie jestem". Zatem jestem w kranie Umarłyuch Bogów. Nigdy nikt jeszcze nie opisał tego miejsca. Nie przypuszczałem, że tak wygląda. Zapewne zaraz spotkam się z Władcami tego miejsca. Przeszedł przez wejście do nastepnej sali. Zaram po tym dziwi się za nim zamknęły.
-Zatem przybyłeś, Ramizesie-powiedziała to ciemność gdyż nikogo w tym mroku dostrzeć nie było można. Głos był zimny i miał niski bass. Wampir natychmiast uklęknał na jedno kolano schylając głowę w geście szacunku.
-Rzekłbym, że to Wy mnie tutaj sprowadziliście, Mroczni-ledwo mógł utrzymać głos w ryzach. Czuł taką potęgę, moc, która wręcz go gniotła. Był w pomieszczeniu Bogów, tuż koło nich. Patrzą, widzą go. Wampir starał się zachować powagę lecz to co czuł było niewiarygodne. Teraz gdy stanął przed obliczem Bogów musiał pokazać się z najlepszej strony. Nie mógł się schańbić w Ich oczach!
-W rzeczy samej, zostałeś tutaj przywany. Twa ofiara była niezwykła...nie tylko pod względem wykonania ale także jakości. Chociaż musisz przyznać, że nie byłeś zbyt wpatrzony w Bogów, prawda?-teraz był to inny głos, jakby mieszanina wielu. Wampir poczuł wstyd. Nie wiedział jak odpiowiedzieć-jednakże szanowaleś nas i nie wyrzekłeś, dlatego jesteś tutaj.
-Obserwowaliśmy cię od jakiegoś czasu. Twa ofiara dała nam do zrozumienia, że możesz być dla nas bardzo pożytecznym osobnikiem.
-Zapewne widziałeś pobojowsko, czy wiesz co ono symbolizuje? Powiem ci, to siły dobra i zła, które od dziejów powstania światów walczą o dominację w nieskończonym cyklu wojen.
-Czasem jedna lub druga strona odnosi mniejsze straty i przechyla szalę wygranej na swoją stronę lecz nigdy nie była ona zbyt wielka.
-Od pewnego czasu mozna zauważyć, że białych ginie więcej a czarni nieustąpliwie wygrywają.
-Czy to źle? Zło ztrunfuje!-krzyknał niemal Ramizes.
-Musisz zrozumieć, że zło nie może istnieć bez dobra i tak samo dobro bez zła. Gdzie będzie dobro gdy zło je zniszczy? Jak sprawiać zło gdy się go nie da? Tak samo jak czynić dobre uczynki, gdy nie ma takiej możliwości?
-Walka o dominację musi trwać, ale po skończenie czasu obie strony muszą zachowyać chwiejna równowagę, aby świat istniał.
-Trzeba sprowadzić zło na dobry kierunek.
-Ale jak? Jak mam to ucznić?
-Twa grupa, z którą się trzymasz jest czymś więcej niżeli zwykłymi poszukiwaczami przygód. To istny cieżarek na środku wagi. Balans pomiędzy dobrem a złem. Tak było wam pisane i taką pełnicie funkcję, chociaż nie do końca świadomie.
-Grupa poczęła się rozpadać na mniejsze grupy. Zachodzą ZBYT wielkie zmiany. To powoduje zachwianie równowagi. Wszystko zaczęło się od zabicia przez ciebie śmiertelnika imieniem Adam, zmianą Ashgana oraz Atis, a teraz ty odszedłeś od grupy. Pewna osoba własnie to chce zrobić. Aby zło wygrało.
-Poważnie zachwiało to balans. Musisz...a właściwie musicie tę osobę powstrzymać. Wtedy wszystko znów się wyrówna.
-Jak tego dokonamy? Kto nią jest?
-Czymże było by wasze życie oraz nie-życie gdybyście wszystko wiedzieli? Tę osobę już spotkaliście i tyle powiemy. Musicie się zjednoczyć i ją powstrzymać.
-Czyli muszę do nich wrócić?-spytał z niewilką dawką niezadowolenia wampir.
-Czujesz się tam słaby i nidoceniany? Czy zapomniałeś, że wampir nie jest żadnym paradującym śmiertelnikiem? Twoim prawem jest nie zdadzanie swojego prawdziwego ja, co jak dotychcas udawało cię prawie idealnie.
-Tylko, że teraz nie ma na te zabawy czasu. Teraz możesz w pełni wykorzystywać swoje zdolności oraz nieukrywać siły drzemiącej w ciele pozbawionego ludzkich ograniczeń.
-M...-chciał powiedzieć pewne imie.
-Markus to potężny sojusznik. Trzymaj się go blisko i wykrzytaj jego wiek oraz doświadczenie. Z pewnością przewyższa cię w wielu względach, jednak w jego sercu tli się pewnym szacunek do ciebie. Musisz z tego wykrzesać ognisko. Chociaż z demonami i wszytkimi istatami posiadającymi dusze trudno rzec jednoznacznie co myślą.
-Jeśli czujesz się ośmieszany czy poniżany zachowaj się z godnością i odejdz aby skupić się na modlitwie. W niej znajdziesz ukojenie. Nie wykorzystowałeś tego przez ponad 1000 lat, ale dla nieumarłego czas nie gra wielkiej roli więc przysłowie "Lepiej późno niż wcale" ma duże znacznie.
-Czy masz jakieś pytanie zanim zostaniesz odesłany z powrotem?
-Nie, proszę tylko aby wasza moc i siła nigdy mnie nie opuściła.
-Tego możesz być pewny....
Wtem Ramizes poczuł trawę na twarzy oraz śpiew ptaków. Szybko zoorietnował się, że jest w miejscu gdzie stoczył z Markusem małą potyczkę. Słońce już niemal zaszło. Wiedział gdzie się udać.

W czasie gdy Ramizes był w innym świecie w domu sprzątano krew oraz pozostalości masakry, którą zostawił Ramizes.
-Uuuuuuuuuuaaaaaaaaaaaaaa-poteżnie ziewnęła Atis-ale zrobiłam się śpiąca. Ta praca mnie wykańcza.
-Ta pora i ty zmęczona? To do ciebie zupełnie nie podobne, kochanie!-powiedział Med.
-No ale dziś wyjątkowo zmęczona jestem.
Wszystko słyszał Fink, który wiedział teraz, że słowa Ramizesa nie były bezpodstawne. Czyżby prawda?
-Ohhh....tylko na chwile się zdrzemnę. Za chwilę wstanę-ledwo Atis padła na łóżko a juz odeszła do krainy snów.
-Niesłychane...Może ten atak ją tak sił pozbawił?-spytał drapiąc się po głowie Nazin.
-Może...chociaż to dziwne.
I wtedy wszystkich uderzyła jakaś siła. Ta sama, którą było czuć, wcześniej a zniknęła, gdy weszli do domu.
-Znowu ta potężna aura. Co pradwa już jej nie czuć, ale napewno miała miejsce. Całkiem nie daleko-powiedział Rince.
-Coś się dzieje...I nie wiem czy to dobre...

Wampir zbliżał sie do ścieżki, która prowadziła do domku. Na ścieżce stała postać. Markus...
-Witaj Markusie...dobrze Cię znów widzieć...miło zobaczyć znaną twarz gdy wraca się z drugiej strony...
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
- Mógłbyś wrócić choćby z trzeciej, ale ja raczej bym za tobą nie tęsknił - powiedział Finkregh, ukryty w cieniu wilczego demona. W ręku coś trzymał. - Coś kiedyś sobie obiecaliśmy. To było dawno temu, ale mnie pamięć się nie stępiła. Obiecałem ci to - w świetle zachodzącego słońca błysnął kryształ. Jakieś wąskie naczynie. - w zamian za brak ambicji do wiekszej potęgi, chwiejącej równowagą. Tak, Ramizesie, w tej fiolce jest krew, nasza pomieszana krew, która miała symbolizować złożoną przysięgę. Złamałeś ją.
Fiolka powoli sturlała się po wyciagniętych palcach, i upadła na ziemię. Delikatny kryształ rozprysnął się na tysiące kawałków, a szkarłatna ciecz szybko wsiąkła w ziemię, zostawiając tylko ciemniejszy ślad na wysuszonej drodze.
- Powołuję więc na świadka istotę z międzyświata, wilczego demona, do potwierdzenia anulowania przysięgi złożonej między przedstawicielami prastarych ras tego świata, człowieka i wampira.
Jego wzrok był pusty, niczym naczynie ze szkła, opróżnione całkowicie. Błękit oczu odcinał się wyraźnie pomimo czerwonych promieni słońca znikającego za horyzontem. Można powiedzieć, że wyrażały chłodną stronę wszystkich prawie emocji - od gniewu, przez smutek do nienawiści, skierowanych do jednej osoby.
- Żegnaj.
Jeden ruch dłonią otworzył coś podobnego do wąskiej bramy, jednakże druga strona była już całkowicie skąpana w ciemnościach. Mag podszedł do niej, patrzył na widok po drugiej stronie.
- Żegnaj.
Przestąpił świetlistą pręgę i z suchym trzaskiem okno zniknęło.

Zerwał się przejmujaco lodowaty wiatr.
_____________________________

- Hmm? Co ci? - powiedział Medivh, widząc drgnięcie Rincewinda.
- Nie wiem... Ktoś niedaleko otworzył coś jak wymiarowe wrota, ale nie mogę wyczuć, co to dokładnie jest. Coś jakby... siłą zrobiona dziura w przestrzeni.
- E, przesadzasz. Jak mozna zrobić coś takiego? Przecież to jest zdolne zabić. I wymagałoby nielichej siły przy samym wywoałniu, a co dopiero kontroli. Chyba nawet ty byś tego nie mógł zrobić, a jesteś najsilniejszy... Przynajmniej między nami.
- Hmm... Może masz rację. Jestem chyba przewrażliwiony przez to, co zrobił wampir. Muszę sie z nim rozmówić, nawet jeśli może mnie zabić jednym ciosem. To się robi uciążliwe, a jest zbyt spokojnie, jak na mój gust.
- Nie przejmuj się tym... Ja się cieszę ze spokoju. Ale Ramizes mnie martwi, fakt. I oby skończyło się tylko na zmartwieniach...
- Hej, czemu jest tak zimno? - do rozmowy właczyła się Aya, otulając się płaszczem. - Zupełnie jakby w środku lata nadeszła zima.
____________________________

- Co oni zrobili? Nie, oni są zabawniejsi niż myślałam! Ułatwiają mi zadanie!
Znowu ta dziwna kobieta. Szybkie klasnięcie dłoni przywołało służacego, którego już dawno pozbawiła duszy.
- Znaleźć mi tego maga i zabić, a ciało przytransportować tutaj. Mają iść najlepsi zabójcy, jakich uda ci się znaleźć w tych zastępach hołoty, jaka tutaj się znajduje.
- Tak, pani. - Służacy skłonił się krótko i jego sylwetka rozpłynęła w mroku.
- Zabawni... A teraz będzie jeszcze więcej zabawy, kiedy ONA się obudzi!
Szalony śmiech zatrząsł kryształami, którymi się otaczała. Zakołysała kielichem z przyprawianym winem w dłoni, uśmiechając się na poły do siebie.
Fink!-krzyknął wampir lecz było już za późno. Mag wszedł w portal i zniknął-Cholera!
-Problemy? Tak to już jest gdy łamie się przysięgi...
-Akurat to był mały problem, Markusie, mamy inne, znacznie poważniejsze problemy.
-Takim problemem jesteś choćby ty.
-Hehe, niestety muszę Cię rozczarować, bo ani ja, ani Ty, ani ktokolwiek z nas jest problemem-wampir podszedł bliżej Markusa. Ten cały czas badawczo nowoprzybyłemu się przyglądał. Gotowy zaatakować w momencie choćby najmniejszego fałszywego ruchu.
-Zatem jaki jest problem?
-Przebyłem pewną podróż i wiele mnie ona nauczyła. A napewno wyjaśniła kilka rzeczy. Musisz zrozumieć Markusie, że pewne rzeczy nie dzieją się zależnie od nas...
-A dokładniej?
-Postaram się to wytłumaczyć szybko jak to możliwe...-wampir zaczął opowiadać w wielkim skrócie co *przeżył* i czego się dowiedział. Markus słuchał bardzo uważnie. Nie przeszkadzał i nie przerywał mówiącemu. Wszyscy co mówił było jasne i zrozumiałe. Zarówno to co muszą zrobić.
-Zatem musimy zjednoczyć naszą grupę?
-Dokładnie, chociaż teraz wydaje się to dosyć trudne do zrealizowania...Teraz jak na złość Fink uciekł sprawając nam trudność. Atis niedługo wiesz co spotka. Ugryzienie jej widać nie było przypadkowe. To następy dowód iż ta osoba, chce nas rozdzielić a następnie się nami zająć. Każdym po kolei.
-To co opowiedziałeś ma sens i jestem w stanie ci uwierzyć. Zatem staniesz się teraz przywódcą?-spytał Markus bez zadnych złości.
-Bawienie się teraz w takie zabawy gdzie jeden jest ponad wszystkimi napewno nie pomoże nam w zjednoczeniu się. Musimy stworzyć silną jedną grupę przeciwko tej osobie.
-Czy wiadomo ci kto nią jest?
-Nie powiedziano mi nic poza tym, że już ją spotkaliśmy. Im więcej o tym myślę, tym bardziej skłonny jestem postawić tutaj jedną osobę.
-Kogo?
-Tę kobietę, która walczyła z Atis.
-Joan?
-Tak, pamiętam jej zdanie dotyczące mnie i Adama. To ona przyznała się do tego, że nas skłuciła. Bardzo możliwe, że robi to dalej. Chociaż nie wiadomo gdzie macza swoje palce a gdzie nie. Np. ta akcja z Finkiem, której byłeś świadkiem, nie była jej robotą.
-Trzeba się udać do grupy...-stwierdził Markus a wampir spojrzał w niebo. Zapewne wszystko już się zaczęło...
-Nie wiem, jak zareaguje grupa, gdy mnie zobaczy. Możliwe, że teraz są na mnie źli..i to bardzo. Znowu sytuacja napięta. Ciebie darzą szacunkiem. Musisz coś im powiedzieć jeśli rozmowa pójdzie źle i będą chcieli mnie zlinczować.
-Dobra dobra, chodź-delikatnie uśmiechnął się Markus.
Po chwili byli już przed drzwiami. Wampir idący za Markusem chwycił położył dłoń na ramieniu, demon spojrzał na dłoń i na wampira niewiedząc co się dzieje.
-Trzymam Cię za słowo...-powiedział wpatrując sie w oczy demonowi.
-Boisz się?-spytał bez ogródek.
-Nie, nie chcę dalszych rozłamów w grupie.
-Jedna podróż na drugi świat a jak bardzo zmieniła nie dbającego o nic wampira w przejmującym się innymi, powiedz mi, robisz to dla grupy czy dlatego, że ci kazano?
-To drugiego napewno, mam nadzieje, że z czasem i to pierwsze...-Markus zrozumiał o co chodzi wampirowi.
-Ty nie dotrzymałeś słowa, dalczego jak miałbym to zrobić?
-Ja widać miałem jakić cel w jego złamaniu, czy ty masz jakiś?-pytanie wampira spowodowało znów delikatny uśmieszek na twarzy demona.
Weszli do środka. Na korytarzu nikogo nie było. Za to z pomieszczenia dalej wychyliła się jakaś głowa. To Nazin. Zrobił wielkie oczy gdy dostrzegł drugiego gościa.
-Ramizes!-wykrzyknął Nazin a dwie postacie już były koło niego. Twarz maga nie okazywała radości z powortu wampira-jak mogłeś...
-Gdzie jest Atis?-przerwał Nazinowi, do pomieszczenia weszli razem Rince i Med.
-A gdzie Fink?-zadał pytanie na pytanie Nazin
-Wziął sobie wolne-powiedział Markus.
-Śpi, a co?-spytał lekko zdenerowany Med.
-To, że trzeba ją stąd wynieść i to czym prędzej-odpowiedział wampir.
-Ogłupiałeś? Po co? Gdzie?-rzucał pytaniami Med.
-Nie ważne, trzeba ją stąd wynieść.
-Ledwo przyszedłeś a już się rządzisz! Krwi ci zabrakło, morderco dzieci?-oskarżał Rince.
-Nie mamy na to czasu...
-Co to za aura? Dlaczego to zrobiłeś?-kontyunował Rince.
-Róbcie co mówi, to bardzo ważne-powiedział po chwili Markus.
-A od kiedy to ty słuchasz Ramizesa?
-Czy nie możecie się uspokoić? Atis zaraz nas wszystkich pozabija a wtedy nie będzie czasu na zadawanie pytań.
-Co zrobi? O czym ty gadasz?-dziwił się Nazin
-O tym, że grozi nam niebezpieczeństwo. Wszystkim. I jeżeli nie ruszymy się, to będzie z nami i Atis bardzo źle-te ostatnie słowa trafiły e serce Med'a. Nie chciał aby coś się jej złego stało.
-Co mam robić?-spytał Med.
-Weź ją i chodź za nami. Szybko!-popędzał Ramizes. Med po chwili z Atis w rękach wyszedł za resztą na zewnątrz. Wyszli na głowną drogę.
-Dobrze, połóż ją na ziemi.
-Że co?
-Połóż ją na ziem-powtórzył wampir. We krwi czuł, że zaraz zacznie się zamiana. Cała krew ostrzegała go przed tym, kazała uciekać. Znaleźć schronienie. Instynkty przetrwania zaczynały dawać o sobie znać. Inny zaś mówił aby ja zabić zanim się przemieni, ale wiedział, że tego zrobić nie może-A teraz chować się. W tamte krzaki-wskazał zagęszcznie jakiś krzaków. Były na tyle szerokie i gęste, że ukryły wszystkich.
-I po co my ją tam...-Med nie dokończył gdyż głos urwał mu się, gdy zobaczył jak jego ukochana zaczyna drgać, wpada w konwulsje-Atis!-chciał już biedz do niej lecz zatrzymał go Ramizes.
-Siedź, nie ruszaj się! Jesli chcesz zginać i być pierwszą jej ofiarą to idź, niech potem wie, że zabiła kochanka oraz zjadła jego ciało-po twarzy wampira widać, że mówił śmiertelnie poważnie więc kochanek przypatrywał się scenie. Jego serce trzęsło się niemal tak samo jak jego ukochana.
Po chwili z buzi poczęly wyciekać piana a dragwaki stały się jeszcze mocniejsze. Wampir spojrzał na Ksieżyc Zaczęło się. Atis poczęła krzyczeć. Krzyk pełen był bólu oraz dzikości. Dochodziły wszystkich odgłosy jakby łamania kości. Włosy poczęły się nienaturalnie szybko rozrastać, na całym ciele. Twarz wydłużała się a zęby rosły. Krzyk przeradzał się wraz z ciałem w ryk. Kończyny wydłużały się a ubranie rozrywało się gdyż ciało znacznie się rozrosło. Wszyscy patrzyli na to jak zahipnotyzowani. Teraz ciało wyglądało w połowie jak ludzkie a w połowie zwierzęce. Caly dół od pasa to były już łapy, nie nogi. Klatka piersiwa znacznie sie powiększyła a zarys piersi zniknął pod grubą warstwą włosów a raczej śierści. Twarz już nie przypominała ludzką, tak samo jak odłosy. Były nie ludzkie. Pełne złości. Nie długo po tym zwierze wstało. Przemiana w całości się zakończyła. Istota, którą była piękna Atis teraz było zwierzęciem. Stało na czterech łapach i wydało długi i głośny wyk w stronę Księżyca ukazując rząd ostrych zębów oraz bardzo długich kłów. Rozgląło się oceniając nowe otoczenie. Dostrzegło biernych oberwatorów. Po czym natychmiat wilkołak udał się w drugą stronę lasu.
-Teraz wie, że tu jesteśmy. Nie bawem wróci aby na nas zapolować.
-Co robimy?-spytał Nazin
-Udanie się do domu w celu schornienia chyba będzie najlepszym wyjściem-zaproponował Rince.
-Zatem nie czekajmy dłużej. Nie chcę być kolecją Atis...
Wszyscy ruszyli w stronę domu. Poza jedna osobą, Med'em. Wpatrywał się w miejsce gdzie leżała nie dawno Atis. Był w szoku, chociaż może szok to mało powiedziane. Wtrząs i to poteżny zagościł w jego sercu.
-Chodź Med, teraz nic nie możemy zrobić. Tylko przeczekać i przeżyć do rana-wrócił się po Med'a wampir. Kochanek bestii wstał i bez słowa udał się z Ramizesem do domu.
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
Świt zastał go przy otwartym oknie, przez który wpadały do środka drobinki morskiej wody, niesionej zimnym sztormem. Zima nadchodziła szybciej niż zwykle, gdyż jeszcze nie zaczęły się żniwa w rolnej części krainy. Niemniej, miło było patrzeć się na wodę i niczym się nie przejmować.
- Wiem, że tu jesteście. Zamiast się czaić, zaatakujcie otwarcie.
Zdanie to padło z jego ust w stronę morza, lecz postacie za nim gwałtownie drgnęły. Nie powinny zostać nawet ujawnione; znowu spotka je kara po wykonaniu zadania. W przygasającym świetle kominka błysnęły sztylety, dosłownie na mgnienie oka, póki nie zamieniły się w srebrzyste smugi zmierzające ku głowie maga. Na jedno uderzenia serca byli pewni, że im się udało. Potem poczuli tylko parząco lodowate zimno... I nic więcej.
Stanął nad ich ciałami, patrzył na ich rozerwane gardła i na krew, rozlewającej się po pysznych, jednakże już dawno mokrych, dywanach. Pokręcił głową; kolejne życia, stracone w imię jej żądzy władzy. Ale coś sobie obiecał - będzie bronił siebie i ich w miarę możliwości, ale z nim nie chciał mieć nic wspólnego. Nawet wroga.
_____________________________________

- Kurde, co tu tak zimno...? - Atis leżała jeszcze chwilę. - Dobra, schodzę z łóżka.
Jakież było jej zaskoczenie, gdy spadła z krzykiem z wysokiej gałęzi na swoje siedzenie.
- Med, ja cię zabiję! Niech no ja cię dorwę, to ci normlanie...!
Rozejrzała się dookoła i wreszcie się zorientowała, że nie wie, gdzie jest! Tak, wczoraj pochowali ciała, trochę porobili, a ona położyła się spać i... Koniec. Znalazła się tutaj, z bolącym tyłkiem, i - co właśnie sobie uświadomiła - prawie całkiem naga! No tak, pewnie była tutaj razem z Med'em, a on ją zostawił! Bydlak! Tylko jak ma się teraz dostać do chatki? Zupełnie orientowała sie w tym lesie, tym bardziej we mgle rozjaśnianej tylko i wyłącznie nieśmiałym światłem świtu. Jakby w odpowiedzi na jej prośby, usłyszała stłumione głosy nawołujących ją członków drużyny, ale jak to we mgle, zdawały siędochodzić zewsząd. Spojrzała na ziemię, i podskoczyła zaskoczona; prawie stanęła na małej strzałce z lodu, skierowanej dokładnie na wprost niej. No cóz, kto nie ryzykuje...
Poszła we 'wskazanym' kierunku, i po paru minutach las zaczął się przerzedzać, a jeszcze później zauważyła kontur chatki. Podbiegła, i z całej siły kopniąc drzwi, wparowała do środka, ale nie zaznała nikogo. Widać, ciąglę jej szukają. W sumie, dobrze im tak - zostawili ją na pastwę losu w środku lasu, to niech się nabiegają. Poszła do swojej izdebki, i ściągnęła z siebie rozerwane ubranie. Przelotnie spojrzała na lustro, ustawione pod kątem przy ścianie, zostawione tam prawdopodobnie przez poprzednią właścicielkę, i zamarła w pół ruchu. Jej ciało pokrywały ślady zaschniętej krwi, małych pazurków, głęboko rozrywających skórę, splątane włosy były pokryte skorupą z igieł, liście, krwi i futerka... Ogarnęła ją trwoga. Nie wiedziała, co robić. Szybko zmyła z siebie krew, włosy, jako że nie chciały się rozczesać, ścięła na długość palca. Położyła się na łóżku i zakryła twarz dłońmi; nie chciała wiedzieć, co działo się w nocy. Wiedziała, że Med jest czasem... trudny do opanowania, ale przecież nie zbliżało się to do nawet najbardziej szalonej nocy, jaką ze sobą spędzili.
Nie, nie chciała wiedzieć. Zapadła w otchłań bez sennych marzeń.
Tymczasem grupka znajdowała się koło miejsca gdzie nastąpiła transformacja.

-Dobra koniec. Mamy ranek. Założe się że Atis jest już w chatce i jest nieźle zdezorientowana. Powinniśmy wracać, - Oznajmił Med
-Spokojnie. Już wracamy nie bój nic. - Powiedział bardzo spokojnym głosem Nazin


Tymczasem Ashgan został w tyle z Ramizesem.

-Ram słuchaj. Wiem że zawiodłem cały nasz klan i ciebie. Ale cóż taka musiała być najwyraźniej kolej rzeczy. Nieumarłym nie zostane ponownie bo nie mam jak. Widzisz. Zawsze byłeś moim przyjacielem, nigdy mnie nie zawiodłeś. Nie chce żeby to się zatraciło na zawsze. To że jestem człowiekiem to nie znaczy że nie wyznaje bogów śmierci.... - tłumaczył się Ahgan, ale wampir mu przerwał
-W pewnym sensie cię rozumiem. Zresztą znasz mnie. Wiesz że do zmian nie przywykam od tak sobie. Póki co możemy zostać na takim poziomie znajomości i zaufania na jakim jesteśmy. Może kiedyś doczekasz się momentu że ponownie będziemy jak bracia. O ile wogóle ten moment nastanie. - Ramizes nie krył swego rozczarowania licznymi zmianami druha.

Po chwili marszu Ashgan zauważył jakiś świstek papieru który wypadł z ubrania wampira. Szybko podniósł ten kawałek kartki i udając że nic sie nie stało dołączył do drużyny.

-O!!!! Jest widze domek!! - wykrzyczał Med i pobiegł do budynku.
-Ej kurde wracaj tu!!! - krzyknął Rinc
-Zostaw go. Jak widzisz miłość nie zna granic więc twoje słowa na nic się zdadzą. - Aya uśmiechnęła się leciutko pod nosem i chwyciła maga za rękę.
-Dobra nie czas na amory. Musimy się zastanowić co zrobić z Atis. Bo bez sensu jest żeby zawsze w nocy ukrywać się przed nią. Napewno musi być sposób na wyleczenie jej. - Nazin głośno myślał

Nagle przed nimi otwarły się drzwi wymiarowe i ukazał się Fink.

-Owszem jest sposób - powiedział mag
-Fink skąd ty tu?
-Mniejsza o to. Wiem jak mozna wyleczyć Atis. Teoretycznie jest to możliwe, ale znalezienie składników do antidotum graniczy z cudem także musimy uzbroić się w cierpliwość chcąc żeby nasza droga kompanka mogła normalnie żyć. - wypowiedziawszy to Fink wyjął z torby jakąś zatkaną Kolbe z tajemniczą cieczą podobną do wody ale świecącą ostrym światłem - Oto woda z gór Geum-Oh. To podstawowy składnik naszego Eliksiru. Natomiast pozostałe z nich macie tu na liście. - mag wręczył listę Ashganowi
-Wyciąg z Anhomium.... Pył księżycowy... bla bla bla - czytał powierzchownie wojownik - Słuchaj Nazin ty weź tę kartkę bo ja się nie znam na tym czymś - człowiek oddał mu liste
-Oh! To faktycznie wyjątkowo rzadkie składniki... Masz może Fink jakieś wskazówki gdzie tego szukać? Bo szczeże móiąc ja widziałem te rzeczy tylko raz w życiu na Uniwersytecie Magi w Keolth. A tak pozatym to jestem zielony ..........

← Fan Works
Wczytywanie...